Genialna hakerka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tara Pammi

Genialna hakerka

Tłumaczenie: Monika Łesyszak

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: An Innocent to Tame the Italian

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Tara Pammi

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-7473-9

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Czy wykryłeś przyczynę i sposób ciągłych włamań do systemu?

Massimo Brunetti uniósł głowę znad trzech monitorów będących sercem jego pracowni, zajmującej się zabezpieczeniami teleinformatycznymi.

Założył ją w wieku szesnastu lat, kiedy ich ojciec, Silvio, nadal z nimi mieszkał. Wykorzystywał ją jako schron, żeby uniknąć kontaktu z tyranem. Obecnie stanowiła supernowoczesne centrum technologiczne, otwierane za pomocą odcisku palca, z serwerami i zaprojektowanym przez niego oprogramowaniem o wielomiliardowej wartości.

Tylko jego starszy brat przyrodni, Leonardo, i pasierbica babci Grety, Alessandra, mieli do niej dostęp, ale jedynie w sytuacjach awaryjnych jak pożar lub podobne zagrożenie.

Babki nie dopuścił. Ostatni raz przeszkodziła mu w dniu jego trzydziestych urodzin przed trzema miesiącami. Rozpaczała, że wraz z Leonardem umrą bezpotomnie, a wraz z nimi dziedzictwo Brunettich. Powinna wiedzieć, że wcale o nie nie dba.

– Ustaliliśmy, że spotkamy się w celu aktualizacji informacji za pół godziny – przypomniał bratu, nie podnosząc głowy. – Wiesz, że nie lubię, jak się tu kręcisz.

– Tkwisz tu przez większą część tygodnia. Nie zdołam dłużej ukryć przed zarządem wycieku danych. Jeżeli do prasy przeniknie wiadomość, że jakiś haker z Ciemnej Sieci uzyskał dostęp do finansów naszych klientów… Cholera jasna! To będzie totalna katastrofa! Już straciliśmy kontrakt wart dziesięć miliardów dolarów.

Massimo przetarł zmęczone oczy. Faktycznie zbyt długo siedział w studiu.

– Nie moja wina, że ludzie pamiętają spustoszenia dokonane przez naszego ojca.

Przywrócenie dawnego blasku rodzinnej spółce Brunetti Finances Inc. zajęło braciom piętnaście lat i nadal trwało.

Dla ich babki rodowa spuścizna oznaczała prestiż. Nadal mogłaby wymienić połowę drapaczy chmur w Mediolanie, będących niegdyś siedzibą głównych biur Brunetti Finances w jej dwustuletniej historii.

Leo i Massimo czerpali satysfakcję z odbudowania, powiększenia i umocnienia finansowego imperium, które ich ojciec niemal doprowadził do ruiny.

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy utracili niejeden kontrakt w ostatniej chwili. Przy pierwszym odkryli, że księgowy ujawnił szczegóły przetargu. Przy drugim podwykonawca, którego zatrudnili, został podkupiony, zostawiając Lea z całym bałaganem do posprzątania. Na koniec przed tygodniem Massimo odkrył włamanie do systemu zabezpieczeń w swej ukochanej, założonej przez niego filii, Brunetti Cyber Securities.

Ktoś najwyraźniej obrał ich sobie za cel. Nie mógł zignorować bezpośredniego ataku.

Gdyby ojciec nie przebywał pod stałą obserwacją w klinice przez dwadzieścia cztery godziny na dobę bez kontaktu ze światem, nie licząc Lea, uznaliby go za winnego. Odkąd go przerośli, fatalnie znosił poczucie bezsilności.

– Jesteś pewien, że nie mamy żadnych wrogów prócz Silvia? – zapytał Leo. – Twoja ostatnia dziewczyna nadal robi wiele szumu.

– Między mną a Giselą wszystko skończone, od czterech miesięcy – odburknął Massimo, niezadowolony z osobistego pytania.

– Czy aby na pewno córeczka najpotężniejszego rekina bankowego we Włoszech też o tym wie? Ostatnio nawet do mnie wydzwania!

W normalnej sytuacji Massima rozbawiłaby zbolała mina brata.

Leo nie podał numeru nawet własnej kochance, szczęśliwym zbiegiem okoliczności supermodelce przebywającej na końcu świata na dwumiesięcznej sesji zdjęciowej. Poprzednia, dyrektorka, widywała jego brata przez pół roku raz na dwa tygodnie. Jeszcze wcześniejsza, fotoreporterka, śledziła migracje egzotycznego ptaka i spędzała w Antarktyce co najmniej dziesięć miesięcy w roku. Zawsze wybierał najlepsze kandydatki: równie bezwzględne i ambitne jak on, i przebywające jak najdalej. Wszystkie jego związki kończyły się w pokojowy sposób.

Massima wprawdzie nie pociągały tak zimne, kliniczne relacje, ale nie starczało mu czasu ani energii na nawiązanie bliższej więzi. Przypuszczał, że tak pozostanie co najmniej przez najbliższych dwadzieścia lat. Zresztą nie bardzo wiedział, jak związek osób przeciwnej płci właściwie powinien wyglądać. Jego mama toczyła z ojcem nieustanną wojnę – o niego.

– Musisz jakoś przemówić Giseli do rozsądku, nie drażniąc równocześnie jej ojca.

Massimo z żalem przyznał w duchu rację bratu.

– Zadbam o to – zapewnił.

Popełnił błąd, romansując z samolubną, rozpieszczoną Giselą Fiore, ale potrzebował odskoczni po kilku miesiącach ciężkiej harówki nad projektowaniem swojego ostatniego produktu: platformy handlu internetowego, która przyniosła dziesięć miliardów zysku.

Gisela uwielbiała gorące romanse. Biegłość w sztuce kochania stanowiła jej mocny, ale też jedyny atut. Po dwóch tygodniach burzliwego związku Massimo zgodnie ze swoją reputacją nie marzył o niczym innym, jak tylko o powrocie do pracy. Przeciwnie niż Gisela. Wciąż wysyłała mu niepokojące wiadomości z groźbami i łzawymi prośbami, o ile nie warowała przed biurem Brunettich.

– Chcesz usłyszeć o hakerze czy nie? – warknął.

– Proszę.

– Wczoraj wieczorem wpadłem na jego trop. Wykryłem też, że dwukrotnie przełamał liczne bariery ochronne, które zbudowałem.

– Aż dwukrotnie? – powtórzył Leo z bezgranicznym zdumieniem. – Jak to możliwe? Jesteś przecież informatycznym geniuszem!

Massimo nie zaprzeczył, bynajmniej nie z arogancji. Znał swoją wartość. Wiedza o komputerach była jedyną dziedziną, w której osiągnął mistrzostwo.

– On najwyraźniej też – odpowiedział.

Przekleństwo Lea zabrzmiało głośnym echem w piwnicy.

– Ale zdobyłeś dowody przeciwko niemu?

– Tak. Namierzyłem jego malware’a przy pomocy bota…

– Błagam, używaj ludzkiego języka, żeby człowiek o bardzo małym rozumku, takim jak mój, mógł pojąć, o co chodzi – upomniał go Leo z uśmiechem.

Oczywiście żartował. Rozumiał znacznie więcej, niż przyznawał. To on odkrył talent Massima. W najtrudniejszych chwilach dodawał mu odwagi, zachęcając do wykorzystania intelektualnego potencjału.

– Już tłumaczę. Wytropiłem go. Nie tylko zdobyłem dowody, ale też ustaliłem jego fizyczną lokalizację: Nowy Jork.

– Fantastycznie. W ciągu pół godziny mogę zorganizować spotkanie z komisarzem. Zaangażuje całą dywizję do zwalczania cyberprzestępczości. Wsadzimy drania za kratki jeszcze przed wieczorem i ustalimy tożsamość jego zleceniodawcy.

– Nie. Jeszcze nie angażujmy policji.

– Czemu nie?

– Znalazłem klub internetowy, w którym działa, i nawiązałem kontakt.

– Po co?

Massimo tylko wzruszył ramionami. Nie potrafił ubrać w słowa swoich motywów. Powodowała nim ciekawość i pewien rodzaj branżowego koleżeństwa. Ten przestępca go intrygował.

– Chcę poznać jego metody – odrzekł.

– Na Boga! – wykrzyknął Leo. – Ten człowiek włamał się dwa razy do naszego systemu!

– Właśnie. Może to znów zrobić. Musisz przyznać, że to dość zagadkowa sprawa. Nie wyciekły dane żadnego z klientów. Zainstalowałem internetowe roboty do wykrywania szpiegowskiego oprogramowania na każdym nielegalnym portalu, gdzie mogłyby zostać sprzedane, jak czarny rynek czy ukryta przed wyszukiwarkami Ciemna Sieć. Nigdzie niczego nie wykryły, jakby mnie tylko drażnił. Trudno byłoby go przycisnąć.

– Co sugerujesz?

– Pozwól mi nawiązać z nim relacje, wniknąć w jego umysł. Kiedy go rozpracuję, zastawię pułapkę.

– Daj mi słowo, że nie zaatakuje ponownie naszych serwerów.

– Straciłeś we mnie wiarę, Leo? – zapytał Massimo, przypominając, że nie musi już szukać wsparcia u starszego brata jak dawniej, kiedy ojciec podczas pijackich tyrad wyzywał go od cherlaków. Wyrósł na informatycznego geniusza, tworzącego programy, przynoszące wielomiliardowe dochody. – Daj mi tydzień, a dostarczę ci hakera, jego życiorys i dowody nielegalnej działalności, elegancko zapakowane i przewiązane wstążeczką jak świąteczny prezent.

 

Leo przystanął ze zmarszczonymi brwiami przy rozsuwanych szklanych drzwiach.

– Dobrze, ale nie więcej niż tydzień. Nie mogę się doczekać, kiedy wsadzę go za kratki.

Tydzień później Massimo stanął przed wyjściem z klubu internetowego – metalowymi drzwiami nieokreślonego koloru na tyłach zaniedbanego budynku w zapadłej części Brooklynu. Marcowy śnieg pokrywał miejsca do parkowania w ciemnej ulicy i na szczęście tłumił przykre zapachy z wielkich kontenerów na śmieci.

Odkrył, że haker ma stałe nawyki wbrew popularnym wyobrażeniom o obyczajach niezależnych, swobodnych geniuszy. Przez dwa wieczory w tygodniu przychodził tu dokładnie osiem minut po dwudziestej pierwszej. Zostawał równo czterdzieści trzy minuty, po czym znikał bez śladu z sieci.

Massimo nie znalazł go nigdzie więcej. Musiały mu wystarczyć dwie czterdziestotrzyminutowe sesje do rozpracowania jego metod. I osiągnął cel. Hakerzy, istoty antyspołeczne, najczęściej bywają też chełpliwi. Wystarczyło pochwalić go za sprytne ominięcie zamontowanej przez właściciela klubu blokady nielegalnych oprogramowań, żeby nawiązać kontakt.

Massimo nie doświadczył takiego przypływu adrenaliny od chwili wprowadzenia na rynek swego ostatniego produktu. Nie, nieprawda. Równie silne emocje przeżywał, zastawiając obecną pułapkę.

Zesztywniał na metaliczny szczęk otwierania ciężkich drzwi. Z podniesionym dla ochrony przed wiatrem kołnierzem obserwował schodzącą po schodach szczupłą postać o chłopięcej sylwetce, odzianą od stóp do głów w czerń. Czarne botki do kolan i czarne spodnie na długich nogach żywo kontrastowały z bielą śniegu.

Porywisty wiatr zerwał schodzącemu kaptur z głowy, odsłaniając subtelną linię żuchwy, zbyt ostry nos, wysokie czoło, szerokie, pełne usta, wyraziste kości policzkowe i spiczasty podbródek. Tylko delikatne rysy i długie, czarne kręcone włosy zdradzały jego płeć.

Massimo nie wierzył własnym oczom. Czy to możliwe, żeby przechytrzyła go ta krucha, młodziutka dziewczyna? Czy to ona sforsowała jego zapory sieciowe? Czy to z nią od tygodnia wymieniał korespondencję pod pseudonimem „Człowiek Witruwiański”, korzystając z anonimowego serwisu „Czat”? Czy to przez nią od dwóch tygodni zarywał noce?

Żadna z jego dziewczyn nigdy czegoś takiego nie zrobiła.

Jego gardłowy śmiech zabrzmiał głośno w otaczającej ciszy.

Hakerka zamarła w bezruchu jak zwierzyna w świetle reflektorów. Podniosła na niego brązowe, otoczone długimi rzęsami oczy. Pisnęła cichutko jak wystraszony kociak i ruszyła w stronę samochodu.

Nie, nie pomylił się. To na pewno ona. To do niej napisał ze swojego auta, podczas gdy siedziała w klubie. Zaintrygował ją do tego stopnia, że pozwoliła sobie zostać w środku dłużej niż zwyczajowe czterdzieści trzy minuty.

Pod wpływem impulsu wyciągnął tablet i wysłał krótką wiadomość, mimo braku pewności, czy korzysta z internetu poza kawiarenką. Skusił ją opisem nowego programu ochronnego, który tworzył dla spółki należącej do ojca Giseli.

Człowiek Witruwiański: Mogę Ci pokazać najnowszy system dwupoziomowego szyfrowania – obiecał.

Nieznajoma przystanęła i wyciągnęła z kieszeni telefon. Serce Massima przyspieszyło rytm jak u nastolatka przed pierwszym pocałunkiem. Wkrótce dostał odpowiedź:

Gollum: Dziękuję, nie dzisiaj. Dziś mój czas się skończył. Może następnym razem.

Massimo uśmiechnął się radośnie. Od chwili nawiązania kontaktu zdumiewała go jej uprzejmość, kontrastująca z bezwzględnością ataków.

Nie wątpił, że trafił na godną przeciwniczkę. Przyjęcie do wiadomości tego niezwykłego odkrycia zajęło mu kilka sekund. W tym czasie zdążyła już dotrzeć do samochodu.

Szybko pokonał dzielący ich dystans. Jej napięta postawa skłoniła go do pozostania kilka kroków za nią. Nie chciał jej wystraszyć. Jeszcze nie teraz.

– Skąd pseudonim Gollum? Dlaczego nie wybrała pani jakiejś milszej postaci z „Władcy Pierścieni” jak choćby Aragorn albo Gandalf Czarodziej? – zapytał łagodnym tonem, choć rozsadzała go złość.

Dziewczyna zrobiła wielkie oczy. Zaczęła szybko oddychać.

– Nie wiem, o czym pan mówi – odpowiedziała.

Kiedy spróbowała otworzyć drzwi swego starego samochodu marki beetle, zagrodził jej drogę, ale nadal jej nie dotknął.

Doszedł go subtelny zapach lawendy. Uniósł telefon i pokazał otrzymane od niej wiadomości.

– Wiem, kim pani jest. Mam dowody pani ataków na Brunetti Cyber Securities.

Uśmiech zgasł na jego ustach, gdy uniosła podbródek i popatrzyła na niego surowo.

– Czego pan chce? – warknęła.

– Proszę mi podać portfel – zażądał stanowczo.

Dziewczyna rozejrzała się po połaci śniegu dookoła.

– Nie znajdzie tu pani drogi ucieczki ani kryjówki, więc radzę mnie posłuchać.

Powoli wyciągnęła portfel z tylnej kieszeni i wręczyła mu.

– Natalie Crosetto – odczytał na głos. – Zmusiła mnie pani do pościgu po całym internecie. Teraz ja dalej poprowadzę tę grę. Wrócimy do mojego hotelu. Tam wyjaśni mi pani, dlaczego zaatakowała moje systemy.

– Nie! – wydyszała. – Nigdzie nie pójdę z obcym człowiekiem. Nie pozwolę, żeby mnie pan porwał!

– Co więc pani proponuje?

– Proszę przyjść do mnie jutro rano.

– Nie po to odbyłem podróż przez Atlantyk, żeby pozwolić pani uciec w ostatniej chwili. Pójdziemy do pani, jeżeli to da pani poczucie bezpieczeństwa. Może pani zatrzymać telefon i zadzwonić na policję w dowolnym momencie, jeżeli poczuje się pani w jakikolwiek sposób zagrożona, ale jeszcze dziś wieczór odpowie pani na każde moje pytanie.

– Albo…?

– Jeszcze dziś trafi pani do więzienia. Pozwolę pani nawet osobiście wezwać policję. Zostanie tam pani co najmniej przez najbliższe dziesięć lat, jeżeli będę miał coś do powiedzenia w tej sprawie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Natalie Crosetto patrzyła na człowieka, który siedział na jej miękkiej, starej kanapie z komisu meblowego niczym król na złotym tronie. Obserwował ją jak podsądną, czekającą na ogłoszenie wyroku. Dostała dreszczy i gęsiej skórki.

Gdyby wysłał ją do więzienia, odebrałby jej szansę uzyskania praw do opieki nad Frankiem. Dlaczego Vincenzo namówił ją na popełnienie przestępstwa? Co się stanie z jej braciszkiem, jeśli trafi za kratki?

– Proszę spuścić głowę między kolana i głęboko oddychać – doradził, ustępując jej miejsca, żeby usiadła.

Natalie automatycznie spełniła polecenie. Wkrótce otaczająca ją ciemność zbladła, a powietrze gwałtownie wypełniło płuca. Po kilku oddechach odzyskała zdolność logicznego myślenia.

Nie mogła liczyć na to, że Vincenzo przybędzie jej na ratunek. Nie miała z nim żadnego kontaktu oprócz numeru, na który mogła wysyłać wiadomości. Nie śmiała spróbować, nie wiedząc, jak ten obcy wykorzystałby taką informację. Mogła liczyć tylko na siebie. Jak zawsze.

Nadal z pochyloną głową, przeanalizowała swoje położenie.

Za pierwszym razem starannie zatarła ślady. Ten człowiek nigdy by jej nie wytropił, gdyby za namową Vincenza wbrew sobie nie sforsowała po raz drugi jego zapór sieciowych. Popełniła błąd.

Jej przeciwnik musiał być geniuszem. Bez wątpienia dysponował nieograniczonymi środkami, nie tylko w internecie, skoro dotarł aż tutaj. Nie dość, że odnalazł klub internetowy, to jeszcze sprytnie zwabił ją w pułapkę za pomocą intrygującej wiadomości tekstowej.

Podniósłszy na niego wzrok, znów wpadła w popłoch. W jej mieszkaniu, w jej jedynej kryjówce przed okrutnym, zewnętrznym światem, przebywał obcy człowiek! Nawet Vincenza nigdy tu nie zaprosiła.

Tłumaczyła sobie, że przeżyła gorsze sytuacje. Z tej też znajdzie wyjście.

Przede wszystkim musiała się go pozbyć z domu.

Nosił drogie ubrania, począwszy od trencza, który zdjął, przez nienaganny, czarny garnitur, najprawdopodobniej platynowe spinki przy rękawach koszuli, aż po szyte na miarę skórzane buty, którymi postukiwał w tanie linoleum na jej podłodze. Nawet artystyczne strzyżenie kruczoczarnych włosów, uniesionych na czubku głowy, musiało kosztować fortunę. Ta stylowa fryzura podkreślała wysokie kości policzkowe i czoło, optycznie wyostrzając pięknie rzeźbione rysy.

Nie znała pochodzenia Vincenza, ale najwyraźniej tak jak on, ten mężczyzna gustował w drogich rzeczach.

Nie ulegało wątpliwości, że nie jest szeregowym informatykiem czy oficerem śledczym. Nawet gdyby zdołała mu umknąć, on albo jego szefowie znów by ją wyśledzili. Nie mogłaby się ukrywać przez resztę życia. Musiała znaleźć inne wyjście.

Nie odrywając wzroku od doskonałej sylwetki, wspartej o przeciwległą ścianę, wstała i powoli podeszła do regału. Wyciągnęła zza niego kij bejsbolowy, jedną z wielu rzeczy, które gromadziła, żeby stworzyć w swoim małym mieszkanku dom dla Frankiego.

– Proszę to zostawić – rozkazał nieproszony gość łagodnym, znudzonym tonem.

Tym razem nie zamierzała posłuchać.

Dopadł do niej w ciągu dwóch sekund z zadziwiającą jak na ponad metr osiemdziesiąt wzrostu zwinnością. Gwałtownie nabrała powietrza, gdy chwycił ją za nadgarstek, zmuszając do upuszczenia kija. Nie zadając jej bólu, odgiął jej ramię do tyłu, póki nie pochyliła tułowia. Z głową wspartą o jego tors podniosła na niego wzrok.

Jego twarz zrobiła na niej piorunujące wrażenie. Wyglądał jak model z najdroższego żurnala, jak ktoś, komu wszystko łatwo przychodzi: kobiety padają do stóp, a miliony zasilają konto w banku. Bystre szare oczy błyszczały inteligencją. Dostrzegła pod nimi ciemne cienie. Miał orli nos z garbkiem pośrodku i szerokie, zmysłowe usta z pięknie wykrojoną górną wargą.

Na ten widok piersi jej nabrzmiały. Zaczęła płytko oddychać. Z bliska widziała falujące nozdrza. Słyszała, że gwałtownie zaczerpnął powietrza.

– Proszę uważać, żeby nie wpakować się w jeszcze większe tarapaty – ostrzegł, zacieśniając uścisk.

Jego arogancja doprowadziła ją do pasji.

– To pan wtargnął do mojego mieszkania – przypomniała.

Natychmiast ją puścił.

– Nie zrobię pani krzywdy, przynajmniej fizycznej. Pragnę też przypomnieć, że zaprosiła mnie pani do siebie. Myślałem, że za swoją hakerską działalność otrzymuje pani na tyle wysokie wynagrodzenie, że stać panią na coś lepszego niż ta nora.

Nat potarła nadgarstek, chociaż nie sprawił jej bólu, raczej żeby rozproszyć ciepło, które zostawił, i odeprzeć pokusę spoliczkowania tego wspaniałego oblicza, wykrzywionego w pogardliwym grymasie.

– Nie wiem, o czym pan mówi – odrzekła.

Usiadł znów na sofie, wspierając ręce na udach z nieprawdopodobną gracją.

– Ile pani zapłacili za włamanie do naszego systemu? – zapytał.

– Wziął mnie pan za kogoś innego. Jestem tylko skromną urzędniczką w taniej kasie pożyczkowej na Brooklynie.

– Proszę przestać odgrywać niewiniątko. Poznałem pani tożsamość. Bez trudu dotrę do pani finansów i wszystkich danych osobowych, począwszy od daty urodzenia, a skończywszy na częstotliwości korzystania z bankomatu.

Kilka kolejnych zdań całkowicie zmieniło jej wyobrażenia o jego osobie. Wyliczył co do sekundy czas jej kolejnych ataków.

– A więc nie jest pan tylko bogatym przystojniakiem?

Znieruchomiał i przysięgłaby, że zamrugał powiekami ze zdziwienia, ale w tym momencie nie ufała nawet własnym oczom.

– Muszę to powtórzyć mojemu starszemu bratu. Rozśmieszę go do łez. Najwyraźniej nie zdaje pani sobie sprawy, w jakie tarapaty wpadła.

– Owszem, jak najbardziej, ale czasami najlepszą obroną jest atak.

Popatrzył na nią z zainteresowaniem, po czym wyjaśnił, jak ustalił jej miejsce pobytu. Używając jako przynęty szkicowego opisu swej najnowszej technologii, sprawił, że połknęła haczyk.

– To było sprytne. Nie, genialne, ale popełniła pani błąd…

– Za drugim razem nie zatarłam śladów.

– Racja, ale też niepotrzebnie wróciła pani na miejsce zbrodni. Dlaczego?

Nat tylko wzruszyła ramionami. Nie zamierzała go informować, że zafascynował ją jego piekielny talent, z jakim odkrył jej tunel w internetowej fortyfikacji, ani też o braku innego dostępu do współczesnych technologii. Nawet członkostwo w klubie internetowym opłacał jej Vincenzo.

– Czemu więc pan ze mną rozmawia, zamiast od razu mnie zamknąć? – spytała śmiało, choć ze strachu oblał ją zimny pot.

Gdyby tylko zdołała jakoś zawiadomić Vincenza…

 

– Chcę poznać pani motywy. Projektuję systemy zabezpieczeń na najwyższym światowym poziomie. Dokonała pani rzeczy niemożliwej.

– Więc wymachuje mi pan mieczem koło szyi tylko dlatego, że uraziłam pańską dumę? Obydwoje dobrze wiemy, że nie tknęłam niczyich pieniędzy. Niczego nie ukradłam.

– Co nasuwa mi kolejne pytanie. Po co zadawała sobie pani tyle trudu, jeżeli nie po to, żeby zgarnąć miliony za bezcenne informacje? Dotarcie do nich musiało zająć wiele dni…

– Pięć godzin.

Nieznajomy znieruchomiał. Potem pokręcił głową z niedowierzaniem. Najwyraźniej go zaszokowała.

– Tylko pięć godzin?

– Tak.

Jeżeli mogła ufać swojej ocenie, przysięgłaby, że dostrzegła w jego oczach coś więcej niż zaciekawienie: fascynację, silniejszą niż złość, że ktoś go przechytrzył. Nie ulegało wątpliwości, że jej atak obudził w nim bardzo silne, wręcz osobiste emocje. Mogłaby je wykorzystać dla własnych korzyści. Zabrakło jej jednak odwagi, żeby błagać o pobłażliwość. Wątpiła, czy cokolwiek by zyskała. Ten człowiek trzymał w rękach jej przyszłość.

– A za drugim razem? – dociekał dalej.

– Poświęciłam czternaście godzin. Zainstalował pan znacznie bardziej skomplikowane zabezpieczenia, a ja… no cóż… działałam pod presją.

Odsłonił w ciepłym uśmiechu równiutkie, białe zęby. Ciemna skóra szyi pięknie kontrastowała z białą koszulą. Nat pożerała go wzrokiem.

– Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam rozbudowane ego – zażartował.

– Nic pan o mnie nie wie.

– Wystarczająco dużo, żeby zainstalować elektronicznego detektywa na pani drugim szpiegowskim oprogramowaniu. Moje internetowe roboty monitorują wszystkie czarne rynki na wypadek kradzieży. Wykryję, czy należy pani do jakiegoś przestępczego syndykatu. Jeżeli wzięła pani wynagrodzenie, wyśledzę wypłatę.

– Nic pan nie znajdzie. Zobaczy pan, że mam na koncie dwa tysiące dwadzieścia dwa dolary i ponad dziewięć tysięcy długu na kartach kredytowych. Mieszkam w tej norze, jak pan ją określił. Nie mam własnego samochodu i żyję z dnia na dzień. Nic nie zarobiłam na przestępstwie. Nie wykonywałam zlecenia. Moje usługi nie są na sprzedaż.

Na szczęście odrzuciła finansową ofertę Vincenza mimo dramatycznej sytuacji materialnej. Chociaż nie mogła sobie pozwolić na etyczne postępowanie, nie chciała czerpać zysków z łamania prawa.

– Więc po co pani to robiła? Gdyby tylko raz, doszedłbym do wniosku, że stchórzyła pani, kiedy uświadomiła sobie możliwe konsekwencje. Ale po co pani wróciła? – Uciszył ją gestem, kiedy otworzyła usta. – Proszę starannie przemyśleć odpowiedź i mówić tylko prawdę. Wkrótce upływa termin oddania najnowszego projektu zabezpieczenia, dlatego wpadam w złość, kiedy coś mnie odrywa od pracy. Ponadto mój starszy brat nie może mi darować, że nie wtrąciłem pani do więzienia przy pierwszym spotkaniu. Jedno fałszywe słowo i posłucham jego rady.

Nat oblał zimny pot. Przyszło jej do głowy mnóstwo kłamstw, ale zrezygnowała. Nie widziała innego wyjścia, jak wyznać największą część prawdy, na jaką mogła sobie pozwolić.

– Nie planowałam kradzieży. Popełniłam głupstwo, ale… nie jestem zawodową złodziejką – dodała w ostatniej chwili.

– Czekam na konkrety – przypomniał, mierząc ją surowym spojrzeniem.

– Podjęłam wyzwanie jednego z członków klubu.

– Którego? – zapytał, wyraźnie zaszokowany odpowiedzią.

– Nie wiem. Przeczytałam tylko, że nie można sforsować fortyfikacji Brunetti Cyber Securities, że mają genialnego informatyka, którego nikt nie przechytrzy. Głupota i egoizm podkusiły mnie, żeby z nim wygrać. Nie próbowałam nikomu niczego udowodnić, tylko sobie samej.

– A za drugim razem?

– Tak samo. Zasypał pan mój tunel po kilku minutach od wykopania, co mnie zaszokowało. Dokonał pan rzeczy niemożliwej. Zaimponował mi pański geniusz. Kiedy zaczęłam… wciągnęła mnie ta gra i straciłam resztki rozsądku.

Nieustannie tłumaczyła Vincenzowi, że to niemoralne postępowanie, ale nawet ta świadomość jej nie powstrzymała, a on nie zrezygnował. Widział, że nie marzy o niczym innym, jak tylko o zwycięstwie nad ekspertem z potężnej korporacji.

– Przysięgam, że nigdy więcej nie spróbuję. Wcześniej nigdy czegoś takiego nie zrobiłam, proszę mi wierzyć.

– Nie mogę pani puścić wolno. Nie ufam pani bystremu umysłowi.

Strach chwycił Nat za gardło. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Bezwładnie oparła się o ścianę.

– Wyśle mnie pan do więzienia?

Popatrzył na nią jak na robaka pod mikroskopem, jakby rozważał, czy go zgnieść, czy nie. Obserwował kropelki potu pod górną wargą i wstrząsające nią dreszcze.

– Nie, ale nie puszczę pani wolno. Zabiorę panią do Mediolanu.

Nat pokręciła głową, rozdarta pomiędzy nadzieją a strachem.

– Nie mogę opuścić kraju. Mam… zobowiązania.

– Szkoda, że nie pomyślała pani o nich przed podjęciem decyzji o popełnieniu przestępstwa. Dopóki nie zdecyduję, co z panią zrobić, będzie pani moim gościem. Jeżeli da mi pani paszport, natychmiast zorganizuję podróż. Nie mogę pani spuścić z oka.

– To porwanie!

– Alternatywą jest cela więzienna – oświadczył bez mrugnięcia okiem. – Gram o zbyt wielką stawkę, żeby pani wielkodusznie wybaczyć. Proszę spakować swoje rzeczy. Wyjeżdżamy tak szybko, jak to możliwe – dodał, po czym zwrócił wzrok na laptop, dając do zrozumienia, że wyczerpał temat.

– To niemożliwe… Muszę kogoś zawiadomić, że opuszczam kraj.

– Chłopaka? A może tego człowieka, który panią wrobił?

– Nikt mnie do niczego nie zmuszał.

W ostatniej chwili postanowiła przemilczeć imię Vincenza. Ten człowiek był niebezpieczny, pod wieloma względami.

– Pracuję. Poza tym nie wiem, kim pan jest. Może seryjnym mordercą, handlarzem ludźmi albo łowcą organów, który tylko czeka, żeby dorwać w ręce moje ciało?

Oczywiście przesadzała. Co w nią wstąpiło? Czemu przyszła jej do głowy ostatnia myśl?

Tym razem nie pomyliła się, że zamrugał powiekami. Wyraźnie zobaczyła też ogień w jego oczach.

Przerażona ostatnim spostrzeżeniem, odstąpiła do tyłu. Ostatnią rzeczą, jakiej w tej chwili potrzebowała, był wzajemny pociąg. Nie wiedziała nic o mężczyznach, zwłaszcza ambitnych, bezwzględnych i zabójczo przystojnych jak jej oskarżyciel.

– Przestępcy, żywi czy martwi, choćby piekielnie zdolni, pozostają poza zasięgiem moich zainteresowań – oświadczył z wyższością, charakterystyczną dla przedstawicieli uprzywilejowanych klas społecznych. – Ale ponieważ nie pociąga mnie perspektywa towarzystwa rozhisteryzowanej kobiety przez całą podróż przez Atlantyk, przedstawię się.

Rozejrzał się po jej maleńkim salonie, zmarszczył brwi i wsparł plecy o ścianę. Nat jak zahipnotyzowana obserwowała wspaniałą męską sylwetkę o szerokich ramionach, smukłych biodrach i udach. Każdy gest, każdy ruch rozpalał jej zmysły.

– Massimo Brunetti, geniusz internetowych zabezpieczeń, którego pokonała pani z taką łatwością. Jako że nie dopuszczę pani do żadnych urządzeń elektronicznych w najbliższej przyszłości, podam też podstawowe dane, dostępne w wyszukiwarce Google. Założyłem Brunetti Cyber Securities przed dekadą w wieku dziewiętnastu lat. Jestem też dyrektorem technicznym Brunetti Finances, a mój brat, Leonardo, dyrektorem naczelnym. Nawiasem mówiąc, to on chce posłać panią za kratki. Nasza rodzina, jeżeli jeszcze pani sobie tego nie uświadamia, jest starym, bogatym rodem, który inne europejskie dynastie na próżno usiłują prześcignąć – dodał nie bez śladu dumy, z jaką opowiadał o własnej spółce. – Nie przypominam przeciętnego, bogatego rozpieszczonego przystojniaka, jak sobie pani wyobrażała. Proszę więc uważać. Pozwolę pani na jeden telefon. Przeprowadzi pani rozmowę w mojej obecności.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?