Tak naprawdę mam na imię HannaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału

MY REAL NAME IS HANNA

Copyright © 2018 by Tara Lynn Masih

Published by arrangement with Macadamia Literary Agency and Curtis Brown, Ltd.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Dagmara Ślęk-Paw

Korekta

Iga Wiśniewska

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

ISBN 978-83-66481-98-5

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu

Książkę tę dedykuję wszystkim Żydom ukraińskim, którzy nie przetrwali Holokaustu oraz tym kobietom i mężczyznom, którzy go przetrwali, takim jak nieugięta Esther Stermer, Zhanna Arshanskaya i Wilhelm Dieter.


Dedykuję ją także tym Galicjanom, Ukraińcom, Polakom, Rosjanom i chłopom z Ukrainy, którzy ryzykowali życie (i czasami je tracili), chcąc ocalić swoich żydowskich sąsiadów.

„Wszelkie smutki i rozgoryczenia możemy znieść, jeżeli sklecimy z nich wartką opowieść, lub jeśli po prostu o nich opowiemy”.

— Isak Diensen, pisarz

„Dawno temu ludzie wierzyli, że duchy i zjawy żyją w ruinach i grotach. Obecnie wiemy już, że nigdy ich tam nie było. Diabły i złe duchy funkcjonowały na zewnątrz, wcale nie w pieczarach”.

— Esther Stermer, ocalona z Holokaustu

Uwaga: cytaty na początku kolejnych części pochodzą z książki Joanna d’Arc Marka Twaina (1896). (Wydanie polskie w tłumaczeniu Katarzyny Ciarcińskiej, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2015 — przyp. tłum.)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Po raz pierwszy usłyszysz ode mnie, jak brzmi moje prawdziwe nazwisko. Hanna Śliwka. Nie bój się. Przecież nadal jestem twoją matką. Urodzoną 22 lutego, zimą 1928 roku. Twoja babcia często mówiła mi, żebym zapamiętała tę datę, ponieważ właśnie tego dnia Bóg pozwolił mi przyjść na ten świat i po raz pierwszy wciągnąć do płuc chłodne ukraińskie powietrze. Pamiętała, jak pachniało tego poranka, kiedy leżała w domu, w łóżku z kory brzozowej. Mówiła, że pachniało nowymi deskami sosnowymi, które mój Tato oheblował i zbił razem, aby powiększyć nasz jednoizbowy dom. Musiał być większy, żeby znalazło się w nim miejsce dla mnie, pierwszego dziecka moich rodziców.

Opowiedziała mi o tym wszystkim, kiedy siedziałyśmy w ciemnościach, drżąc w obawie o życie. Powiedziała, że nasz naród wierzy, iż pierwszy oddech jest święty — neshamah. Że tego dnia widziała płatki śniegu za oknem, wielkie jak gęsie pióra. I kogut rasy bantamka zapiał wtedy, wspomniała, jakby witając mnie na świecie.

Moja rodzina opowiadała mnóstwo różnych historii. Połykaliśmy je zamiast jedzenia i wody. Opowieści utrzymywały nas przy życiu w tej podziemnej świątyni. Świat ponad nami wirował w szaleńczym okrucieństwie, a my pragnęliśmy jedynie pozostawać pod ziemią, w naszym ukryciu.

Wczoraj znalazłaś egzemplarz książki Joanna d’Arc, ukryty od wielu lat pod ciemnymi krokwiami strychu. Pachnący stęchlizną, upstrzony brązowymi plamami po miesiącach, które spędził w mokrej jaskini i na wilgotnym strychu. Przyniosłaś go do mnie w milczeniu, z wielkim umartwionym pytaniem, bardzo wyraźnie widocznym w twoich bystrych brązowych oczach. Podałaś mi go bez słowa, otwarty na jednej ze stronic, na których widniało mnóstwo ołówkowych kresek. Te kreski odliczały kiedyś nasze dni, spędzane w ukryciu. Każdego piątego dnia przekreślałam je w poprzek i wyglądały wtedy jak bramy w płocie zbitym ze sztachet, ale były to wówczas bramy, które zagradzały nam drogę do wolności. Kreski znajdowały się u dołu stron, na marginesach, nad tytułami kolejnych rozdziałów. Każda znaczyła tyle, co kolejny przetrwany dzień. Była świadectwem kolejnego triumfu. Była częścią mnie. Wciąż żywej.

Ale ty jeszcze o tym nie wiesz. Dla ciebie to wygląda tak, jakbym kiedyś przebywała w więzieniu albo w domu dla obłąkanych. W pewnym sensie byłam w takim właśnie miejscu. Postanowiłam to ukryć przed tobą, nie dopuścić do ciebie strachu i zmartwień. Ale to niemożliwe. Teraz zdaję sobie z tego sprawę, widząc twój ból — my, rodzice, wcale nie czynimy naszym dzieciom dobra, kiedy osłaniamy je przed rzeczywistością.

Śledzę wzrokiem duże litery na okładce, składające się na tytuł książki — Joanna d’Arc. Znam je tak dobrze, jak własny podpis. Podobnie jak znam złoty liść, wytłoczony na skórzanej okładce, liść, który już dawno temu stracił swoją barwę.

Znów czytam fragmenty, które tak starannie przepisywałam z książki na kartki wyrwane z notesu. Używałam ich jako zakładek. Z biegiem lat pożółkły, jednak wciąż mają dla mnie wielkie znaczenie.

Zamykam oczy i odnoszę wrażenie, że znów tam jestem, w ciemności, że staram się żyć i pragnę kiedyś zobaczyć kolejny jasny dzień.

Teraz, kochana córko, przyszła kolej, żebym właśnie t o b i e opowiedziała pewną historię. Moją historię. Wreszcie. Bardzo chcę, aby ta historia, moja kochana, nie sprawiła ci bólu. Oby w jakiś sposób cię pokrzepiła i wlała w ciebie nadzieję.

Sztetl

Maj 1941 — Październik 1942

Dni naszej młodości upływały spokojnie i przyjemnie; to znaczy, z reguły tak było, gdyż żyliśmy dosyć daleko od toczącej się wojny. Mimo to co jakiś czas zgraje łupieżców na tyle się zbliżały, że nocami zdarzało nam się widzieć czerwone łuny na niebie, wznoszące się nad podpaloną zagrodą czy wioską. Wówczas spodziewaliśmy się, a raczej przeczuwaliśmy, że pewnego dnia nadejdzie nasza kolej.

— Przepisane przez Hannę Śliwkę z Księgi pierwszej, W Domremy: Rozdział V[1]

Leeba i ja splatamy się rękami, tulimy się do siebie, dodając sobie odwagi przed długim spacerem ze szkoły do domu. Idą za nami.

To już trzeci dzień z rzędu, jak rzucają w nas kamieniami.

— Żydówki! Żydówki! Żydówki! — skandują bez końca.

Głowy trzymamy opuszczone i staramy się nie reagować, gdy kamienie kłują naszą skórę, a świat — straszliwy świat dla Żydów — kłuje nasze serca. Ale dzisiaj, kiedy próbujemy wyminąć trzech chłopaków, słyszymy też przekleństwa, po rosyjsku i po ukraińsku. Odwracamy się i widzimy naszego brata, Symona. Trzyma w rękach procę i strzela do nich, głównie kamieniami. W ciągu kilku sekund każdego z nich trafia przynajmniej jeden raz.

Chłopacy uciekają.

Symon mówi, że poszedł za nami w tajemnicy po tym, jak wczoraj Leeba wróciła do domu z płaczem, a mnie nakrył, jak stałam przed zagrodą dla owiec i wściekle kopałam w deski drewnianego ogrodzenia, powtarzając pod nosem, co chciałabym zrobić trzem chłopakom.

Symon często się przechwala. Lubi też wsuwać kciuki pod szelki i przechadzać się po gospodarstwie z nadętą miną. Ale Leeba i ja się tym nie przejmujemy. Wiemy, że pod postacią pyszałka kryje się chłopak o dobrym sercu. Wiemy, że zawsze stanie w naszej obronie.


Na samym początku moje życie bardzo małego dziecka w Kwasowej jest dobre i proste. Uwielbiamy święta w naszym małym sztetlu oraz codzienne rytuały, zadania i chwile modlitwy. Życie nas wszystkich jest ustabilizowane, jednak nie jest doskonałe.

Ale czy ludzkie życie może być doskonałe?

W Kwasowej jesteśmy częścią małomiasteczkowej społeczności żydowskiej, złożonej z ludzi, którzy przyjechali tutaj z Rosji, Polski i Ukrainy. Granice państw zmieniają się. Zmieniają się rządy. Byliśmy już obywatelami Ukrainy, potem Austrii i wreszcie Polski. A we wrześniu 1939 roku, tydzień po Rosz ha-Szana, do naszego miasta wkroczyła Armia Czerwona. Żołnierze śpiewali piosenki ludowe i mówili po ukraińsku… a my nagle zostaliśmy rosyjskimi Ukraińcami, zmuszonymi przysięgać posłuszeństwo towarzyszowi Józefowi Stalinowi!

Flaga rosyjska, krwistoczerwona z młotem, sierpem i gwiazdą, musi teraz zastępować biało-czerwoną, polską. Część sklepikarzy — ci zbyt skąpi, aby płacić za ową flagę — poodrywało białą górę z flag polskich i powywieszało na drzewcach tylko jej czerwoną, dolną część. Te marne wąskie flagi zwisają teraz żałośnie w całym miasteczku, które nagle stało się bardzo ponurym miejscem.

Mama i Tato mocno się starają, aby pomóc nam zrozumieć nowe prawo, nawet w tej części, w której dąży ono do wymazania naszego żydowskiego dziedzictwa. Starają się, abyśmy wciąż byli dumni z tego, kim jesteśmy, nawet wtedy, gdy słyszymy pod naszym adresem głośne obelgi.

Kiedy Żydzi po raz pierwszy przybyli tu z zagranicy, uciekając przed rosyjską wojną głodową, mieszkańcy Kwasowej się z nimi zaprzyjaźnili. W końcu nasi przodkowie, Aszkenazyjczycy, żyli na tych ziemiach już od prawie tysiąca lat. No i w tej małej, samotnej dolinie Żydzi na setki lat zamieszkali po sąsiedzku z wieśniakami i mieszczuchami, nawet przy tych samych ulicach. Nie ma tutaj odrębnego di Yidishe gas, wydzielonej dzielnicy żydowskiej, jakie zdarzają się w wielu miastach. Dzielimy z Ukraińcami nawet ratusz, urządzamy w nim żydowskie tańce i przyjęcia.

 

Jednak mała grupa Polaków i Rosjan wciąż wyzywa nas od żydków, drwiąc z nas i nas unikając, podobnie jak rumuńskich Cyganów, którzy mieszkają w rozproszeniu po obu stronach granicy. A ich chłopcy obrzucają nas wyzwiskami. Cieszymy się jednak, że Rosjanie zajęli naszą część kraju, Galicję. Słyszymy, że powstrzymują niemieckiego Führera, Adolfa Hitlera, przed najazdem na nasze miasteczko. I Rosjanie pozwalają naszym dzieciom chodzić do szkoły za darmo. Polskie dzieci, obecnie pod władzą Niemców, po drugiej stronie nowej granicy, muszą kończyć naukę na czwartej klasie, ponieważ Hitler uważa, że Polaków należy nauczyć jedynie dodawania, odejmowania i posłuszeństwa. O nas nikt tak nie mówi.

Zaczęłam zauważać, że niektórzy kwasowianie znikają z naszej doliny (na przykład polski dyrektor szkoły, polski ksiądz katolicki), ale Mama i Tato zawsze mają racjonalne wytłumaczenie absencji tych ludzi.

Jednak, chociaż życie wydaje się całkiem znośne, ciągle spoglądamy za siebie w obawie, że w każdej chwili coś może nas uderzyć.


Wiosna jest moją ulubioną porą roku na niżej położonych stepach. Świat znów staje się zielony. Jest to taka nowa, jakby dziecięca zieleń, która lśni na tle czarnoziemu, bardzo czarnej ziemi, oranej pod uprawy. Dolina jest mozaiką bruzd, biegnących w różnych kierunkach, gotowych na przyjęcie nasion siewnych — pszenicy, słoneczników, buraków cukrowych, jęczmienia, żyta, prosa, gryki, ryżu, kukurydzy, kapusty — oraz sadzonek ziemniaków. Wiatry w Kwasowej wieją łagodnie. Rzeki płyną wysoko i leniwie w kierunku południowym, na spotkanie z Morzem Czarnym. Chłopi przygotowują się do wyprowadzenia bydła i owiec na zielone łąki i na zewnętrzne pasy pól.

Za polami, na których smagana wiatrem zielona pszenica kołysze się niczym fale wodne, wznoszą się w górę tereny leśne. Za nimi można z kolei dostrzec nieostre kontury błękitnych gór, do których nigdy nie dotrę. Góry posyłają w naszym kierunku gorące wiatry latem i zimne wiatry zimą.

Wiosną pomagam w dostarczaniu do domów kwasowian pisanek, czyli malowanych jaj, które przygotowuje moja sąsiadka, pani Petrovich. Na drogę układam je bezpiecznie w koszyku z witek wierzbowych i otulam je suchą trawą z łąk. Skorupki jajek są kruche, kiedy ze środka usunie się ich zawartość. Pani Petrovich z moją pomocą koloruje te wydmuszki dla swoich chrześcijańskich klientów. Stanowią niezbędny element obrzędów wielkanocnych.

Po drodze do ich odbiorców mijam ogrody rozkwitające fioletowymi liliami, zwisającymi ciężko ze swych łodyg i brzęczącymi gromadami zapracowanych pszczół. Lilie rosną także wzdłuż dróg, na zboczach rowów odpływowych. Przez całą drogę z rozkoszą wdycham powietrze. Białe bociany z czarnymi podbrzuszami budują gniazda na dachach domów, gromadzą gałęzie i trawę na szczytach ceglanych kominów.

Drzewa owocowe w naszym przydomowym ogrodzie rozkwitają białymi płatkami, cienkimi jak pergamin, a jasnoniebieskie i różowe dzikie niezapominajki rosną dosłownie wszędzie. Pierwiosnki i żółte kaczeńce oraz białe kwiaty koniczyny unoszą się znad bruzd przecinających pola uprawne. Wśród zielonej trawy małymi jaskrawymi główkami kołyszą czerwone makówki.

Wiosną budzą nas dzwony rosyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego. Ich dźwięki, nietłumione już przez śniegi i zimno, unoszą się w przyjemnym nowym powietrzu jak ziemia długa i szeroka. Pióropusze dymu z pociągów ciągnących wagony bydlęce unoszą się prosto ku bezchmurnemu niebu. (Wtedy nie wiem jeszcze, że część wagonów bydlęcych zajmują polscy więźniowie, transportowani do gułagów na Syberii, a to dlatego, że pociągi nie zatrzymują się w Kwasowej.)

Widzę te dymy, kiedy stoję na wzniesieniu za naszym domem, które jest najwyżej położonym punktem w mieście.


Wiosna jest także czasem dorocznej Parady Pasterzy. Ale ostatnia parada odbywa się w naszym sztetlu w 1941 roku. Tato musiał długo przekonywać Rosjan, żeby na nią pozwolili.

Tato jest mądrym człowiekiem, a Mama lubi to powtarzać, kiedy Tato uczyni coś, co sprawia, że jest z niego dumna. Ciągnie go za kręconą czarną brodę i nazywa go mądrą głową. Tato stara się pozostawać w przyjaznych relacjach z komisarzem Egorovem, który dowodzi małą grupą funkcjonariuszy NKWD, stacjonujących teraz w Ratuszu Miejskim. NKWD to policja rosyjska, która tropi zbuntowanych partyzantów ukrywających się w lesie oraz polskich nacjonalistów sprawiających Rosjanom kłopoty.

Tato ma dwie prace. Jest pasterzem. Kupił owce razem z ziemią, na której teraz mieszkamy, i postanowił je zachować. Symon kocha owce, masuje je po brzuchach, i uwielbia psa pasterskiego, Ovida, który ich pilnuje.

Drugą pracą Taty jest naprawianie wszystkiego, co się zepsuje. Naprawia stare, pogruchotane ciężarówki rosyjskiej armii; nikt inny tego nie potrafi. Rosjanie słuchają go, ponieważ go potrzebują. Tato przekonuje ich, że nasza doroczna parada nie jest obrzędem religijnym — takich stanowczo zakazali — ale świętem całej społeczności, organizowanym ku chwale towarzysza Stalina.

To działa.

Tato każe Leebie uszyć długi czerwony transparent z sukna, które przywozi z Rosji żona komisarza. Ponieważ na sukno musimy czekać, paradę organizujemy w czerwcu, a nie w maju, jak każe tradycja.


Kiedy wreszcie nadchodzi dzień parady, jesteśmy podekscytowani. Tato wstaje wcześnie, aby udekorować swoją furmankę. Pomagam Mamie w przygotowaniu śniadania z cienkich naleśników. Rzadko już używamy do naleśników cukru i bitej śmietany. Jest to już tylko wspomnieniem z czasów sprzed wejścia Rosjan. Armia Czerwona, która wkroczyła do naszego miasta pod postacią obdartych i głodnych żołnierzy, śmierdzących alkoholem i głośno śpiewających dla dodania sobie animuszu, wyjadła większość naszych zapasów żywności i wypiła większość naszych alkoholi. Pozostawiła dla nas niewiele, a sklepikarze wciąż mają problemy z uzupełnianiem towarów na półkach.

Mama pilnuje, żeby Symon jadł więcej od innych.

— On wciąż rośnie — mówi, a moja siostra i ja drażnimy go, kopiąc go pod stołem po kostkach.

Symon nie pozostaje nam dłużny.

— Kiedy będę mógł wsiąść na paradzie do furmanki? — pyta.

Parada to oficjalny przemarsz pasterzy owiec i hodowców bydła. Aby wziąć w niej udział, trzeba osiągnąć odpowiedni wiek.

— To się okaże, na razie masz tylko dziesięć lat, mój chłopaku. Musisz jeszcze przez kilka lat chodzić do szkoły podstawowej i dopiero później puścimy cię samego na łąkę. Nie bądź w gorącej wodzie kąpany. — Mama wymachuje przed nim widelcem z nabitym kawałkiem naleśnika. — Na razie szkoła jest dla ciebie lepsza. Na łące nic nie rozwinie twoich horyzontów. Tam jest tylko wiatr, trawa i śmierdzące owce.

Tato sprzedawał owczą wełnę bezpośrednio miejscowym kapelusznikom i czasami sprzedawał też owce miejscowemu żydowskiemu rzeźnikowi. Nazywaliśmy go Osipem Rzeźnikiem. Jak już napisałam, Tato jest również lokalną złotą rączką. W swoim warsztacie w oborze naprawia wszystko, co się rusza, albo wszystko, co zatrzymało się i powinno ruszyć ponownie — takie przedmioty, jak zegarki, koła do furmanek, maselnice, broń palną i pułapki na zwierzęta. Nie mamy w domu broni, Tato jest temu przeciwny, jednak ludzie, którzy polują, potrzebują sprawnej broni palnej, żeby zdobywać żywność. Zatem Tato uważany jest w mieście za ważnego człowieka, w szczególności teraz, kiedy może swobodnie rozmawiać z komisarzem. Jest właścicielem porządnego domu z cegły, stojącego przy drodze, która prowadzi do łąk pastewnych. Przy tej drodze stoi tylko jedna chata kryta strzechą, naprzeciwko naszego domu. Należy do pani Petrovich, mojej przyjaciółki i pracodawczyni. Pani Petrovich sprzedała całą swoją ziemię Tacie, kiedy razem z Mamą przeprowadzili się do Kwasowej.

— Chcę przebywać ze śmierdzącymi owcami — mruczy Symon pod nosem.

Spacer do centrum miasta to tylko niecałe dwa kilometry. Rodziny zbierają się na rynku miejskim, ktoś gra buben i jakieś tańce kwasowskie. Dzisiaj wszyscy tańczą razem, zamiast kryć się w oddzielnych salach, świętując nowe życie. Wreszcie ktoś pociąga za sznur dzwonu kościelnego i parada rozpoczyna się dźwiękami mniejszych dzwonków, przymocowanych do końskich grzyw, uprzęży i do drewnianych powozów. Procesja podąża drogą wybrukowaną kamiennymi kocimi łbami, brzęcząc, dzwoniąc i podskakując, jakby konie znały przynajmniej z widzenia wszystkich mieszkańców, którzy je obserwują. Na powozach znajdują się najdorodniejsze owce oraz nieliczni pasterze, którzy nie zostali wygnani z miasta przez Armię Czerwoną. Krzyczą i machają do wszystkich znajomych. Koła powozów są naoliwione i oczyszczone z rdzy, żeby w czasie parady nie skrzypiały, i pięknie lśnią w jaskrawym słońcu.

Transparent Leeby trzymają z obu stron dwie śliczne dziewczynki w haftowanych rosyjskich sukienkach. Maszerują na czele parady z poważnymi minami, takimi samymi, jakie widujemy u żołnierzy rosyjskich na ich filmach propagandowych w te wieczory, kiedy jesteśmy zmuszani do ich oglądania w Ratuszu.

Mama z dumą poklepuje Leebę po głowie. Brązowe włosy dziewczynki, związane w dwa kucyki, lśnią. Jej policzki zawsze są różowiutkie. A ja zazwyczaj wiążę włosy w bezładny kok. Teraz unoszę rękę i przyklepuję go, gdyż wiatr daje się mocno we znaki.

Niektórzy chłopcy w tłumie krzyczą i przeklinają. Na głowach mają kapelusze wykonane z wielkich zielonych liści od kabaczków. Noszą je po to, aby gorące słońce nie spaliło im jasnych policzków ani nosów. Część mężczyzn wtyka w znoszone kapelusze kolorowe pióra kogutów.

Po drugiej stronie ulicy widzę Leona Stadnicka. Ma ponurą minę. Znam jego twarz bardzo dobrze. Przyglądam się jej uważnie, kiedy spotykamy się na rynku albo na tańcach. Lubię jego twarz dlatego, że często widzę na niej uśmiech, dzięki któremu powstaje śliczny dołeczek w jego lewym policzku. Teraz jednak tego dołeczka nie ma. Leon zdaje się patrzeć w odległą przestrzeń. Spogląda ponad paradą i ponad pohulanką w kierunku odległych wzgórz. Macham ręką, chcąc skierować na siebie jego uwagę. On jednak nie reaguje. Skonsternowana opuszczam ramię i zerkam na boki, chcąc się przekonać, czy ktoś zauważył moje starania. Symon głupio się uśmiecha. Uderzam go w wierzch dłoni.

— Tam jest Tato! — krzyczy Leeba i uwalnia dłoń, którą zaciskała dotąd na moim ramieniu.

Podskakuje radośnie. Tato słyszy ją i mijając Leebę, uśmiecha się do niej. Mama posyła mu całuska. Tato udaje, że go złapał i przyciska go mocno do serca. Wygląda dzisiaj bardzo przystojnie ze starannie przyciętą czarną brodą i w nowym filcowym kapeluszu. Jeszcze mruga do nas okiem i po chwili znika nam z oczu.


Moja siostra Leeba przyszła na świat dwie zimy po mnie. Byłam szczęśliwa. A Leeba po urodzeniu była okrąglutka, miała pucołowate czerwone policzki i tłuste, pulchne dłonie, które zaciskały się na moim palcu, kiedy wsuwałam go do ręki siostrzyczki. Gdy jej drobne paluszki zaciskały się mocno na moim środkowym palcu, czułam się, jakbym była częścią czegoś znacznie większego ode mnie.

Symon urodził się po Leebie. Od samego początku sprawiał rodzicom kłopoty. Mama mówiła, że nie chciał z niej wyjść. A przynajmniej nie w taki sposób, w jaki powinien, czyli głową do przodu. Akuszerka musiała bardzo mocno się starać, żeby go odwrócić, gdyż Symon koniecznie chciał przyjść na ten świat nóżkami do przodu. Pani Petrovich, która w dniu narodzin Symona opiekowała się mną i Leebą w naszej kuchni, tego dnia szybko zabrała nas obie do swojego domu, jak najdalej od „męczarni”, jak nazywała ten trudny poród. Leeba i ja trzymałyśmy się za ręce, skacząc przez błotniste kałuże na gruntowo-szutrowej drodze. Zastanawiałam się, czy problem z narodzinami naszego brata nie jest spowodowany tym, że przychodzi na świat latem, a nie zimą — jak my.

 

Ale zarówno on, jak i Mama jakoś przebrnęli przez tę „męczarnię”.

Po przyjściu na świat Leeby, zanim pojawił się Symon, Tato zaoszczędził dość pieniędzy, żeby zbudować dom z cegieł. Dom, przykryty gontem, stanął w odległości jakichś stu metrów od drewnianej dwuizbowej chaty, w której ja przyszłam na świat. Niewiele domów poza granicami miasta miało wtedy dachy kryte gontem; większość pokrywała strzecha. I większość miała ściany z malowanych drewnianych desek, a nie z twardych cegieł. Kiedy dom był już wykończony, niezwykle ekscytowała mnie myśl, że aby położyć się do łóżka, będę musiała biegać po schodach — doskonale to pamiętam. Pójście spać zdawało się z tego powodu jakby przygodą.

Ponieważ Tato był takim mężczyzną, który potrafi sobie ze wszystkim poradzić, i jest nawet przewodniczącym cechu rzemieślników, ludzie przychodzą do naszego domu po porady. Dzisiaj wieczorem słyszę, jak zjawiają się bliźniaki, bracia Cohanowie, a później pan Rabinowitz z panem Stadnickiem, ojcem Leona. Mama czasami opuszcza towarzystwo mężczyzn, aby się napili i porozmawiali, a sama w tym czasie naprawia ubrania na piętrze, dzisiejszego wieczoru pozostaje jednak na parterze i pozwala na to także mojemu wujkowi, Leviemu.

Lubię leżeć z otwartymi oczami tak długo, jak to tylko możliwe, i nienawidzę spać. Zazwyczaj co jakiś czas szczypię się w policzek i patrzę w sufit, mimo że Leeba już dawno zasnęła, a w sypialni unosi się odgłos cichego chrapania Symona. Jednak tej nocy pod koniec czerwca wcale nie muszę szczypać policzka. Jestem wciąż bardzo rozbudzona. Nadal tkwi we mnie zbyt wiele emocji związanych z paradą. No i nie śpię dlatego, że w domu jest nadzwyczajnie cicho. Nie słyszę dzisiaj dorosłych, zazwyczaj uniesionymi głosami omawiających treść Talmudu albo prawa sztetla, albo politykę cechu rzemieślników, czemu towarzyszy skrzypienie krzeseł i dźwięki, jakie wydaje szkło uderzające o szkło — tak właśnie przebiegają typowe spotkania w naszym domu.

Wytężam słuch, chcąc usłyszeć głosy, które dorośli ściszają z pełną świadomością. W końcu muszę podejść na palcach do schodów, unikając skrzypiących desek, aby się przekonać, co jest powodem ich nietypowego zachowania.

Mówią głównie młodzi bracia Cohanowie. Bliźniacy mają teraz własny sposób na komunikowanie się ze światem. Osieroceni podczas wojny głodowej, dorastali dzięki pomocy naszego sztetla, pomieszkując w stodołach i pracując w zamian za wyżywienie. Kiedyś na plecach nosili dla nas wodę, teraz mają własnego konia i furmankę. Mieszkają w pokoju u ukraińskiego mleczarza, Stepana Illiouka. Komisarz udzielił bliźniakom zgody na wyjazdy poza miasto. Jeżeli ktoś chce przetransportować swoje towary do innego miasta lub wioski, wynajmuje Cohanów. Silni i krępi, są w stanie sprostać wymaganiom nawet najbardziej wybrednych klientów.

Odkąd towarzysz Stalin zabrał nam radia i gazety, bliźniacy przywożą spoza miasta także wiadomości. Słyszę, jak składają chaotyczną relację.

— Ta nowa wojna nie toczy się już wyłącznie w Polsce — mówi Pavel.

— Armia Hitlera przekroczyła granicę — dodaje Jacob.

— Teraz wojna wkroczyła do naszego kraju.

— Towarzysz Stalin blokuje wszelkie wiadomości na temat najazdu Niemców. Ukraińcy z zadowoleniem ich witają. Pamiętają, jak przyzwoicie się zachowywali w czasie ostatniej inwazji i mają nadzieję, że uwolnią nas od Rosjan i znowu staną się gwarantami niepodległości Ukrainy.

— Ale ówcześni żołnierze niemieccy byli zupełnie innymi ludźmi, arystokratami. Ci, którzy prowadzą wojnę teraz, są bardziej pospolici i nie przestrzegają żadnych reguł. Niemieckie czołgi przetaczają się przez obsiane pola, niszczą zbiory, a za nimi postępują bezlitośni żołdacy. Słyszeliśmy, że wyłapują Żydów i umieszczają ich w obozach pracy albo deportują.

— Słyszałem, że mówią Żydom, że zostaną przesiedleni do Kraju Izraela.

— Ale wywożą ich nad rzekę Bug i wrzucają do wody, żeby się potopili.

Zapadła dłuższa cisza. Słychać było tylko, jak Tato nerwowo stuka knykciami w blat stołu. To znak, że intensywnie się nad czymś zastanawia.

— Jak daleko stąd są teraz Niemcy? — pyta.

— W tej chwili są na północ od nas — odpowiada Pavel.

— Kawałek za Lwowem.

Wujek Levi dodaje:

— Jestem pewien, że wkrótce Rosjanie ich zatrzymają.

— Do nas mają jeszcze daleko — pociesza pan Stadnick.

— Ale NKWD ewakuowała się już w czasie naszej parady. Wykorzystali nasze święto, żeby to ukryć. A my kilka godzin temu wyłamaliśmy zamki w więzieniu i wypuściliśmy na wolność przetrzymywanych tam więźniów politycznych — mówi Pavel i kończy ze złością w głosie: — Tych, którzy wciąż żyli.

— Armia Czerwona nie walczy, ona ucieka — dodaje Jacob.

— Czy komisarz też uciekł? — pyta Tato.

— Tak.

Znowu zapada cisza. Nagle odzywa się Mama:

— A jeśli Niemcy nadejdą z Węgier i z Rumunii?

Kolejna długa cisza. Czuję zimne mrowienie w podkurczonych palcach u nóg. To mrowienie pełznie ku mojemu sercu, które zaczyna bić szybciej. Jesteśmy w niebezpieczeństwie? Będą chcieli wypędzić nas z domu? Kwasowa leży tuż przy granicy z Rumunią. Dokąd stąd pójdziemy? Przecież nie możemy powędrować ani na zachód do Polski, ani na północ do Rosji, ani na wschód, nad Morze Azowskie.

Spokojny głos Taty kończy dyskusję.

— W tej chwili nic nie możemy zrobić, powinniśmy mieć jednak oczy i uszy otwarte i być na wszystko przygotowani. Pavel, Jacob, teraz potrzebujemy was jeszcze bardziej niż do tej pory. Nawet jeśli nie będziecie mieli czego wozić, co tydzień zapłacę wam, żebyście przejechali się po stepie i zebrali wiadomości. Możemy się tak umówić?

Młodzi mężczyźni wypowiadają pod nosem ciche słowa zgody, a ja truchtam z powrotem do łóżka, gdyż słyszę, że Mama zaczyna wchodzić na schody. Pod kołdrą przysuwam się do ciepłego ciała Leeby. Mimo że jest gorąca letnia noc, chcę teraz, żeby była blisko mnie. Jej nocna koszula jest wilgotna od potu, moja siostra pachnie trawą i bzem, który dzisiaj zrywała. Trącam palcami koronki na jej kołnierzyku i szepczę jej bezgłośnie do ucha:

— Nie pozwolę nikomu, żeby cię ode mnie zabrał.

Symon wydobywa z gardła głośniejsze chrapnięcie, jakby upominał się o siebie.

— Ciebie również — szepczę w kierunku jego niewyraźnej sylwetki pod ścianą.


Ten krótki dzień parady był naszym ostatnim momentem radości i normalnego życia. Od tego dnia do naszego świata wkrada się Hitler ze swoją armią najeźdźców. Dzieci pytają w szkole, co znaczy słowo Führer. Nauczyciele odpowiadają, że oznacza ono „przywódcę”. Że są na świecie dobrzy i źli przywódcy. I że Hitler jest jednym spośród tych bardzo złych.

Wskazując na portrety Lenina i Stalina, nauczyciele mocno się wysilają, aby rozwiewać nasze strachy i odpowiadać na nasze kolejne trudne pytania. A przecież wiedzą niewiele więcej od nas. I w tym czasie zdaje się też poszerzać dystans pomiędzy Żydami i innymi kwasowianami. Niektórzy dorośli — wcale nie młodzi chłopcy — na nasz widok szepczą coś ukradkiem do siebie. W nielicznych sklepach, które wciąż są otwarte i sprzedają podstawowe produkty, ukraińscy sklepikarze każą nam płacić rosyjskimi rublami, wartymi teraz więcej niż nasze własne polskie złotówki, lub każą nam wymieniać towar za towar, odmawiając kredytów, które jeszcze niedawno były powszechne.

Tego lata nie słyszę już z mojego łóżka żadnych rozmów dorosłych (może tego pierwszego wieczoru Mama dostrzegła skrawek mojej białej koszuli nocnej, kiedy zaczęła wchodzić po schodach?). Ale bracia Cohanowie często późnymi popołudniami lub wieczorami goszczą w naszym domu, a wtedy my — dzieci — jesteśmy zawsze wyganiane na zewnątrz.


Wieczory przechodzą w półmrok, a później w noc, a ciemności w Kwasowej zawsze są magiczne. Koniec dnia nie może tutaj nie cieszyć. Nocny wiatr unosi cierpki zapach gnijących owoców w czystym powietrzu nad sadami i przydomowymi ogrodami. Od strony odległych grzbietów górskich dociera do nas wycie wilków. Wilki wyją, kiedy ze sobą rozmawiają. Cicho śpiewają świerszcze. Czuć kwaśny, piżmowy zapach palenisk w domach sąsiadów. Często można zorientować się po zapachu, co akurat stoi na ogniu — na przykład aromatyczne duszone mięso albo pieczywo drożdżowe.

W okresie żniw złocistożółte pola, upstrzone wysokimi stogami siana, lśnią w świetle zachodzącego słońca, przez co sprawiają, że cały świat przyjmuje złotą barwę. Nawet powietrze po wymłóceniu zbóż wygląda jak płynne złoto, gdyż unosi się w nim pył, którego źródłem jest i ziarno, i siano. Jednostajną barwę powietrza zakłócają ciemne sylwetki ptaków i skrzeczących gęsi.

Symon uwielbia podążać za Fedirem Wołińskim, polskim latarnikiem ulicznym, w czasie jego wieczornych obchodów miasta. Bywa, że i ja uczestniczę w tych eskapadach. Nasze miasto wciąż nie zostało zelektryfikowane, funkcjonuje jedynie kilka generatorów w Ratuszu, które ludzie z NKWD skonfiskowali, aby działał ich system łączności i aby mogli pokazywać nam filmy propagandowe. W pełni zelektryfikowane są jedynie duże miasta, takie jak Lwów i Kijów. My wciąż potrzebujemy latarnika. Wołamy na niego Fedir Latarnik.