Kariera Nikodema Dyzmy

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kariera Nikodema Dyzmy
Kariera Nikodema Dyzmy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 36,90  29,52 
Kariera Nikodema Dyzmy
Audio
Kariera Nikodema Dyzmy
Audiobook
Czyta Marek Konopczak
19,90 
Szczegóły
Kariera Nikodema Dyzmy
Audiobook
Czyta Jacek Kiss
24,95 
Szczegóły
Kariera Nikodema Dyzmy
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
29,99 
Szczegóły
Kariera Nikodema Dyzmy
Kariera Nikodema Dyzmy
E-book
24,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– I zamierza pani po ukończeniu uniwersytetu praktykować? – pytał Dyzma.

– Oczywiście.

– Będziemy twoimi pacjentami – zaśmiała się pani Nina.

– Ty tak – odparła Kasia – ale pan Dyzma nie.

– Pani jest nielitościwa. A gdybym zachorował, a nie byłoby w pobliżu lekarza?

– Ależ pan mnie źle zrozumiał. Ja będę lekarzem chorób kobiecych.

– Ach tak? To szkoda. Ja cierpię na reumatyzm, a to chyba choroba męska.

– To zależy – zauważyła pani Nina – czy została nabyta po męsku.

– Na wojnie – odparł Nikodem.

– Pan był oficerem?

– Nie, zwykłym szeregowcem.

– To pięknie – powiedziała Nina. – Wielu wybitnych ludzi służyło wówczas w szarych mundurach żołnierskich.

– Mundury były zielone – sprostował Dyzma.

– Oczywiście, kolor nadziei, bardzo to pan subtelnie zaznaczył. Czy może był pan ranny?

– Nie. Tylko reumatyzm zostawiła mi wojna na pamiątkę.

– No i na pewno ordery? – zapytała.

Nikodem nie miał żadnych odznaczeń, ale skłamał:

– Virtuti Militari. A poza tym miałem i awans, omal nie zostałem generałem.

– Jak to?

– Mianowano mnie starszym szeregowcem i na pewno doszedłbym aż do generalskiej szarży, gdyby nie to, że akurat wojna się skończyła.

– Ma pan jednak, widzę, miłe o niej wspomnienia.

– To był najpiękniejszy okres mego życia – powiedział szczerze.

– Rozumiem pana. Chociaż sama, jako kobieta, nie umiałabym czuć się szczęśliwą wśród umierających i rannych, jednak zdaję sobie sprawę, że prawdziwy mężczyzna może znaleźć na wojnie środowisko pobudzające najbardziej męskie instynkty. Braterstwo, walka…

Dyzma uśmiechnął się. Przypomniał sobie koszary baonu telegraficznego, kury hodowane przez sierżanta, ciepłą kawę i monotonne dni próżnowania…

– Taki, dziki zwierz – potwierdził.

– Moja droga – powiedziała pani Nina, jakby nawiązując dawniej przerwaną rozmowę – jednak musisz przyznać, że i w tym jest urok, który zwłaszcza na kobiety działa silnie.

Kasia wzruszyła ramionami.

– Nie na wszystkie.

– Kobiety – powiedział Nikodem – na ogół wolą brutalną siłę niż ślamazarność.

– Niech się pan nie reklamuje – roześmiała się Nina.

Rozmawiano jeszcze kilka chwil, po czym Dyzma poszedł do swego pokoju. Pamiętał, że umówił się w parku z tym zwariowanym hrabią, od którego można wielu ciekawych rzeczy dowiedzieć się o całym towarzystwie koborowskim.

Sprawdziwszy, że nikogo w pobliżu nie ma, otworzył drzwi na taras i wybrał aleję, która wydała się mu najprościej prowadzącą do owej kamiennej ławki pod starą lipą.

Nie mógł jej wszakże odszukać i już zaczął tracić nadzieję, że zobaczy się z tym Ponimirskim, gdy usłyszał w pobliżu ujadanie ratlerka.

„Jest!” – ucieszył się.

Istotnie, w pobliżu ujrzał pokracznego pieska obskakującego dookoła pień rosochatego kasztana i szczekającego zawzięcie. Podniósł wzrok i ku swemu zdziwieniu zobaczył młodego hrabiego usadowionego w rozwidleniu gałęzi.

– A, jest pan – zawołał ten z góry – to doskonale.

Zeskoczył lekko na ziemię i skinął Dyzmie głową.

– Nie zadenuncjował mnie pan przed Kunikiem? – zapytał nieufnie.

– Broń Boże. Zresztą nie ma go w domu.

– To dobrze. Zdziwił się pan, że siedziałem na drzewie?

– Nie, dlaczego…

– Widzi pan, to atawizm. Czasami odzywa się w człowieku nieprzeparta chęć powrotu do pierwotnych form bytowania. Nie zauważył pan tego, ten… No, jak się pan nazywa?

– Dyzma.

– Aha, Dyzma. Głupie nazwisko, a imię?

– Nikodem.

– Dziwne. Nie wygląda pan na Nikodema. Ale mniejsza o to. Zresztą mój Brutus też nie wygląda na Brutusa, a ja na Żorża. Powiadasz pan, że ten łajdak wyjechał?

– Na jeden dzień.

– Pewno jakiś nowy szwindel szykuje. Czy pan wiesz, że on nam Koborowo wydarł?

– Nic nie słyszałem – odparł Dyzma.

– Uważasz pan, Kunik trudnił się lichwiarstwem. A że mój ojciec wydawał dużo pieniędzy, zaś wojna mocno nadszarpnęła stan naszych finansów, Kunik łatwo oplątał nasze interesy i wmówił w końcu papie niby fikcyjną sprzedaż Koborowa.

– Jak to fikcyjną? Taką na niby?

– Nie wiem, nie znam się na tym. Dość że zrobił jakieś grube szachrajstwo i przywłaszczył sobie majątek. Ale to nic. Wsadzę go jeszcze do kryminału.

– No, dobrze – zapytał ostrożnie Dyzma – a dlaczegóż w takim razie siostra pana hrabiego wyszła za mąż na Kunic… za Kunika?

– Z miłości do ojca. Ojciec nie przeżyłby wyjazdu z Koborowa, a ten łotr, zwąchawszy to, podsunął ojcu układ, że jeżeli Nina zostanie jego żoną, on przepisze na nią tytuł własności Koborowa i że w ten sposób nasze gniazdo rodowe pozostanie w rękach Ponimirskich. Siostra więc poświęciła się i gorzko to pokutuje, bo ojciec w rok po ślubie i tak umarł, a ten łotr wycyganił od Niny jakieś weksle na ogromną sumę i plenipotencję. Dzięki temu siostra nie może ani palcem ruszyć we własnym majątku, bo gałgan Kunik ma pełnię władzy.

– A co na to mówi jego córka?

– Ta Kaśka? To też małpa, ale Kunika nienawidzi, bo on podobno strasznie maltretował jej matkę.

– Umarła?

– Kto?

– Pierwsza żona pana Kunika?

– Jakiego pana? – zaperzył się Ponimirski. – Łajdaka, chama, nie pana. Pan to jestem ja! Rozumie osoba?

– Rozumiem – zgodził się Dyzma – a więc umarła?

– Po pierwsze, nic mnie to nie obchodzi, a po drugie, umarła już dawno. Proszę mi dać papierosa.

Zapalił i, puszczając misterne kółka dymu, zamyślił się głęboko… Dyzma zauważył, że Ponimirski jest dziś znacznie spokojniejszy i dlatego zaryzykował zapytanie:

– A dlaczego pana hrabiego usunęli z pałacu?

– Co?

– Pytałem, dlaczego pana hrabiego usunęli?

Ponimirski nic nie odpowiedział i dłuższą chwilę wpatrywał się w oczy Dyzmy. Wreszcie pochylił się do niego i rzekł szeptem:

– Zdaje mi się, że będę pana potrzebował…

– Mnie? – zdziwił się Nikodem.

– Ciiiicho! – Rozejrzał się nieufnie dokoła. – Mam wrażenie, że nas ktoś podsłuchuje.

– Przywidziało się panu hrabiemu. Nikogo tu nie ma.

– Pst! Brutus! Szukaj szpiega, szukaj!

Ratlerek przyglądał się swemu panu z głupkowatą miną i nie ruszał się z miejsca.

– Głupię bydlę! – zirytował się hrabia – poszoł wont!

Wstał i skradającym się krokiem obszedł dokoła krzaki. Gdy usadowił się znowu na ławce, powiedział pouczająco:

– Nie można nigdy przesadzić w ostrożności.

– Mówił pan hrabia, że będzie mnie potrzebował – zaczął Dyzma.

– Tak, użyję pana jako narzędzia, tylko musi mi pan przyrzec absolutne posłuszeństwo. Oczywiście, nikomu ani słowa. Przede wszystkim pojedzie pan do Warszawy do mojej ciotki, pani Przełęskiej. Jest to bardzo głupia i bardzo szanowana osoba. Pewnie i pan to zauważył, że osoby szanowne najczęściej są głupie?

– Rzeczywiście…

Ponimirski wykrzywił się ironicznie i dodał:

– Pan, panie, jest wyjątkiem z tej reguły, bo chociaż pan jest głupi, szacunku nie wzbudzasz. Ale to drobiazg. Tu sprawa jest ważniejsza. Otóż ciotka Przełęska ma szalone stosunki i Kunika nienawidzi. Dlatego właśnie pomoże panu w mojej sprawie.

– W jakiej sprawie?

– Milczeć, sapristi, gdy ja mówię. Kunik ogłosił mnie wariatem. Mnie! Uważasz pan, i uzyskał kuratelę nade mną. Otóż chodzi o to, by ciotka zmobilizowała nie wiem już tam kogo, by ustanowiono jakieś konsylium, które orzeknie, że jestem całkiem normalny. Rozumiesz pan?

– Rozumiem.

– Napiszę list do ciotki, w którym przedstawię pana jako swego kolegę, chociaż wyglądasz pan na szewca, ale ciotka tak pragnie zaszkodzić Kunikowi, że gotowa uwierzyć. Objaśnisz pan wszystko ciotce, że tu nade mną się znęcają, że mnie więżą, że moje listy przetrzymują. Trzeba to przedstawić w najczarniejszych kolorach.

– No, dobrze, ale…

– Cicho! Chcesz pan spytać, co pan będziesz mieć za to? Otóż dowiedz się, że za to zaszczycę pana moją przyjaźnią i dożywotnią rentą. Wystarczy? Idę pisać list, a pan przed wyjazdem do Warszawy niech przyjdzie tu po list i szczegółowe instrukcje. Jeżeli jednak zadenuncjujesz mnie, pamiętaj pan, że ciebie zabiję jak psa. Do widzenia.

Gwizdnął na ratlerka i jednym susem znikł w krzakach.

„To wariat, nie ulega najmniejszej wątpliwości” – pomyślał Dyzma.

Jednakże informacje hrabiego musiały zawierać znaczną dozę prawdy. Kunicki sam przecie mówi, że Koborowo kupił. Stosunek zaś doń jego żony i córki istotnie był wrogi. Ma się rozumieć, nie ma sensu zajmować się tym obłąkanym i jego projektami, jednakże należy zastanowić się, czy z tego całego mętliku nie da się wyciągnąć dla siebie jakichś korzyści?

Dyzma na razie nie widział jeszcze żadnych otwierających się możliwości, lecz zdawał sobie sprawę, że posiadanie cudzych tajemnic nigdy nie zawadzi. Zwłaszcza w jego położeniu.

„W każdym razie muszę się jakoś wywiedzieć, czy to, co ten zwariowany hrabia opowiada, jest prawdą”.

Przyszło mu na myśl, że gdyby się zarzuty Ponimirskiego potwierdziły, miałby możność grozić Kunickiemu ich ujawnieniem. Rozmyślał właśnie nad tym, gdy już przed samym pałacem spotkał lokaja, od którego dowiedział się, że pan nie wrócił i odesłał auto, bo interesy zatrzymały go jeszcze na jeden dzień.

Wiadomość ta ucieszyła Dyzmę. Jeszcze jedna doba świętego spokoju! Jednakże postanowił nie odkładać swego zachorowania. Zawsze to lepiej będzie wyglądać, gdy reumatyzm przyjdzie na cały dzień przed konferencją z Kunickim.

Toteż podczas kolacji zaczął krzywić się niemiłosiernie i chwytać się za ramię i za kolano. Obie panie, a zwłaszcza Nina, ze współczuciem wypytywały go o przyczyny bólu, gdy zaś powiedział, że to reumatyzm, obie zgodnie zaopiniowały, że w Koborowie klimat wilgotny sprzyja atakom reumatycznym. Pani Nina zaś nawet przepraszała go za nieuprzedzenie o tym.

Akurat przy ostatnim łyku kompotu ból Dyzmy stał się już nie do zniesienia. Przeprosił panie i chciał iść do swego pokoju, lecz pani Nina kazała służącemu, by go podtrzymywał, sama zaś poszła do domowej apteczki po jakieś lekarstwa.

 

Po kwadransie zapukano do drzwi, a gdy powiedział: „Proszę”, usłyszał głos pani Niny.

– Jakże się pan czuje?

– Źle, proszę pani.

– Niczego panu nie potrzeba?

– Nie, dziękuję!

– No, to dobranoc. Mam nadzieję, że będzie jutro lepiej.

– Dobranoc pani.

Zaległa cisza, a że kolacja była obfita, Dyzma uczuł senność i zasypiając, pomyślał:

„Ta pani Nina to sympatyczna baba… Ba, hrabianka…”.


Rozdział piąty

Klimat Koborowa fatalnie wpływał na reumatyzm Nikodema Dyzmy. Rankiem okazało się, że przez całą noc oka nie zmrużył i że bóle się wzmogły. Z takim raportem przyszła pokojówka do pani Niny i wróciła z nowym asortymentem lekarstw i z zapytaniem od pani, czy może by pan życzył sobie jakichś książek do czytania.

Dyzmie jednak nie chciało się wcale czytać, nie chcąc wszakże zdradzać braku entuzjazmu dla literatury, powiedział służącej, że trudno byłoby mu trzymać książkę w ręku.

Efekt tego był dlań niespodziewany.

Mianowicie za drzwiami znów rozległ się głos pani Niny:

– Dzień dobry panu. Martwi mnie to, że panu nie lepiej. Może posłać po lekarza?

– O nie, nie trzeba – stanowczo odpowiedział Nikodem.

– Pan pewno bardzo się nudzi. Może by panu ktoś poczytał głośno?

– Cóż robić, kiedy nie ma komu.

Za drzwiami zaległa cisza i po pauzie odezwała się pani Nina:

– Czy można wejść do pana?

– Ależ proszę bardzo.

Weszła i obrzuciła go spojrzeniem, w którym mieszała się ciekawość ze współczuciem. Niespodziewanie zaproponowała, że mu sama będzie czytała. Nie było innego wyjścia i Dyzma, dziękując i przepraszając za kłopot, musiał się zgodzić.

– Ależ to drobiazg. I tak nic nie robię. Z przyjemnością przeczytam panu cokolwiek. Tylko musi pan powiedzieć, jakiego autora pan woli.

Nikodem zastanowił się: trzeba wybrać jakiego lepszego, takiego, co go inteligentniejsi wybierali w czytelni w Łyskowie. Już wiedział, o którego chodzi, o takiego Anglika, co to się pisze inaczej, a wymawia się Dżek London.

– Może coś Jacka Londona? – powiedział.

Uśmiechnęła się i skinęła głową.

– Za chwilę przyniosę kilka jego książek.

Wkrótce wróciła z kilkoma pięknie oprawnymi tomami i powiedziała:

– Wcale się nie zdziwiłam, że pan właśnie tego pisarza lubi.

Dyzma nigdy nie czytał Jacka Londona, odparł jednak:

– Rzeczywiście, ten autor podoba mi się bardzo, ale skąd pani domyśliła się tego?

– Ach, proszę pana, pochlebiam może sobie, ale wydaje mi się, że jestem dobrą obserwatorką. Pan zaś nietrudny jest do odgadnięcia, chociaż jest pan naturą zamkniętą, żyjącą wewnętrznym życiem, jakby w splendid isolation…

– Czyżby? – zapytał Nikodem.

– Tak. My, kobiety, może nie robimy tego naukowo, a nawet niesystematycznie, ale jesteśmy specjalistkami w psychoanalizie, powiedziałabym, w psychologii stosowanej. Intuicja zastępuje nam metodę badawczą, a instynkt ostrzega przed błędami.

Dyzma pomyślał: „A to się rozgadała!”.

– I dlatego – ciągnęła Nina, przerzucając od niechcenia kartki książki – dlatego właśnie łatwiej odgadujemy szyfr do czytania książek zamkniętych niż otwartych.

– Hm – zastanowił się Nikodem – ale po cóż się wysilać na odgadywanie, skoro każdą książkę tak łatwo jest otworzyć.

Sądził, że Nina, mówiąc o książkach zamkniętych, miała zamiar zademonstrować mu czytanie Londona przez okładkę, i dodał:

– Nic łatwiejszego, jak książkę otworzyć.

Pani Nina spojrzała mu w oczy i odparła:

– O nie. Są takie, które tego nie znoszą, i te właśnie są najciekawsze. Tych nie można przeczytać, jak tylko oczyma wyobraźni. Zgadza się pan ze mną?

– Nie wiem, proszę pani – odrzekł bez namysłu – ja takich książek nie spotykałem. Widziałem nawet bardzo cenne wydania, ale każde mogłem otworzyć i przeczytać.

– Ach, to zrozumiałe, pan prawdopodobnie w ogóle nie sięga po książki nieinteresujące, te zaś, które go interesują, jak pod prądem magnetycznym, otwierają się same. Siła woli ma takie właściwości.

Dyzma roześmiał się – „Co ona za bzdury opowiada?!” – i powiedział:

– Ależ do otworzenia książki wystarczy sił niemowlęcia.

– A jednak pan jest typem niezwykle silnego charakteru…

– Ja? – zdumiał się Dyzma.

– O, niech pan nie usiłuje wprowadzić mnie w błąd. Mam masę spostrzeżeń, które to potwierdzają – uśmiechnęła się zwycięsko – a chociażby to, że pan woli Londona… Przecie to jaskrawe świadectwo upodobań! Dlaczego nie Paul Geraldy, dlaczego nie Maurois, nie Wilde, nie Sinclair Lewis, nie Żeromski, Mann czy Shaw, lecz właśnie London z jego poezją cichego twórczego bohaterstwa, z jego pogańską potęgą walki, z jego apoteozą trudu.

Dyzma milczał.

– A widzi pan. Z góry mogę panu powiedzieć, że nie lubi pan Chopina, a lubi Brahmsa, że bliższy panu jest Matejko niż Jacek Malczewski, Lindbergh niż Cyrano de Bergerac, gotyk i drapacze chmur niż barok i rokoko…

Patrzyła nań swoimi ogromnymi niebieskimi oczyma dziecka, które zdawało się mówić: „A widzisz, wujciu, wiem, co masz w kieszeni!”

Dyzma nie wiedział, co odpowiedzieć, toteż skrzywił się i syknął z bólu. Pani Nina troskliwie zaczęła wypytywać, czy nie nudzi go rozmowa, bo jeżeli tak… a może chciałby się zdrzemnąć…

– A niech pan powie, tylko szczerze, czy trafnie określiłam upodobania pana?

„A czort że ją wie?” – pomyślał, głośno zaś rzekł przebiegle:

– Częściowo tak, częściowo nie.

– No dobrze – roześmiała się, zadowolona – teraz poczytamy. Chce pan „Zew krwi”?

– I owszem.

Zaczęła czytać. Była to historia o jakimś dużym psie, którego ukradziono. Dyzma oczekiwał z kartki na kartkę, że wreszcie wmiesza się w tę kradzież policja, gdy jednak opowiadanie poszło innymi torami, przestał stopniowo uważać, wreszcie stracił całkiem wątek treści, a słyszał jedynie melodyjny, miękki i ciepły głos pani Niny.

Zaczął rozmyślać nad przeprowadzoną przed chwilą rozmową i doszedł do przypuszczenia, że jednak była ona dość dziwna. Ta ładna pani wygląda tak, jakby nie mówiła o książce… Czyżby?

Przypomniał nagle salonik w mieszkaniu naczelnika poczty w Łyskowie, pana Boczka, dwie panny Boczkówny, pannę Walaskównę, nauczycielkę szkoły powszechnej, Jurczaka z sądu pokoju i resztę łyskowskiej złotej młodzieży. W saloniku tym, jakże mizernym w porównaniu z tym pałacem, grano w cenzurowanego, a panna Lodzia Boczkówna siedziała w środku i była niby książką! Tak, o niej mówiono różne rzeczy, że to nie rozcięta, a to książka kucharska, a to tomik wierszy, a to książka, która ciekawie wygląda, ale lepiej jej nie otwierać… Aha!

To musi być coś w rodzaju… na pewno coś takiego. Ale czy ta pani mówiła mu rzeczy przyjemne, czy przykre? Chyba przyjemne, chociaż u tych wielkich panów to nigdy nic naprawdę nie wiadomo.

„A jeżeli ona leci na mnie? Ee… niemożliwe”.

Głos Niny dźwięczał, falował subtelną modulacją, czasem drżał wzruszeniem. Spuszczone rzęsy opadały na białość policzków długim cieniem, w załamaniach puszystych włosów połyskiwało słońce, przedzierające się przez gąszcz liści i kładące na dywanie jasną, ożywczą plamą. W pokoju pachniało lawendą i lipcem, pyszniły się pozłacanymi brązami wielkopańskie sprzęty, z pokrytego arabeskami sufitu zwieszała się ciężka lampa, połyskująca rubinowym kryształem.

„Mój Boże, i kto by to jeszcze przed tygodniem pomyślał, że ja, Nikodem Dyzma, będę leżał tu w tym wspaniałym pokoju na tym bogatym łożu, a ta piękna pani będzie mi czytała książkę!”

Przymknął oczy i nagle zadrżał.

„A jeżeli to jest sen, jeżeli to wszystko jest fantazją, jeżeli teraz otworzę oczy i zobaczę okopcone i wilgotne ściany izby Barcików przy ulicy Łuckiej? A ten głos? Może to Mańka czyta Walentowej „Kurierka”?”

Wtem głos umilkł, by po pauzie odezwać się przyciszonym pytaniem:

– Czy pan zasnął?

Dyzma otworzył oczy i się uśmiechnął.

– Nie, proszę pani.

– Minął panu ból? Lepiej panu?

Nikodem znowu uśmiechnął się.

– Ból mi nie minął, ale mi lepiej.

Milczała.

– Jak pani jest tutaj, to mi lepiej.

Spojrzała nań ze smutkiem i nic nie odpowiedziała. Nikodem pomyślał, że jednak ten obłąkany jej brat musiał mieć rację, że ona jest nieszczęśliwa. Nadarzała się sposobność sprawdzenia i innych jego informacji, toteż Dyzma powiedział:

– A pani ma zmartwienie jakie?

– Pan chyba jest jedynym człowiekiem w tym domu, który może powiedzieć, że jest mu dobrze.

– Dlaczego jedynym?

– Nic pana z tym domem nie wiąże… Mój Boże, przecie pan w każdej chwili może stąd uciec, uciec na zawsze.

Usta jej drżały, a w kącikach oczu zaszkliły się łzy.

– I ucieknie pan na pewno…

– Nie – zaprzeczył gorąco, pomyślawszy o swojej pensji – chciałbym tu pozostać jak najdłużej.

Zarumieniła się.

– Mówi pan szczerze?

– A po cóż miałbym zmylić. Pewno, że szczerze.

– Czyż towarzystwo istot nieszczęśliwych nie przeraża pana?

– Nie, bynajmniej, a po wtóre, dlaczego pani ma być nieszczęśliwa? Kobieta młoda, zdrowa, bogata, ma życie wygodne.

– Ach – przerwała – czy można nazwać to życiem!

Dyzma spojrzał na nią z ukosa.

– Że to może mąż nie kocha?

– Mąż? – w jej rysach wyraziła się pogarda i wstręt. – Mąż… wolałabym, żeby mnie nienawidził. Zresztą, cóż mnie z nim łączy? On jest zajęty robieniem pieniędzy i tylko o nich myśli… Jego krąg zainteresowań jest mi tak daleki i obcy! A znowu on sam nigdy nawet nie próbował odczuć mnie i zrozumieć…

Przygryzła wargi.

– Zresztą, po co to panu mówię…

– To dobrze, że pani mówi.

– Przecie pan i tak wszystko widzi. Panie Nikodemie, niech pan powie, czy człowiek samotny, człowiek zupełnie samotny może być szczęśliwy?

– Bo ja wiem… Ja jestem sam na całym świecie.

– Jak to? Nie ma pan nikogo? Rodziny?

– Ano, nikogo.

– I nie gnębi to pana?

– Jakoś nie.

– Ach, bo pan jest mężczyzną, silnym, zwartym w sobie charakterem. Pan nie zna osamotnienia, bo sobie sam jest całością. Nawet nie wiem, czy w ogóle zdolny pan jest do zrozumienia pustki osamotnienia istoty słabej jak ja.

– A ma pani przecie pasierbicę.

– Ach! – rzuciła z niechęcią – Kasia… to kobieta…

Przygryzła wargi i patrząc na rozłożoną na kolanach książkę zaczęła mówić:

– Wie pan, że od wielu lat pan jest pierwszy, z którym czuję się tak swobodnie i tak… Pańskie współczucie nie ma w sobie ani obrażającej litości, ani egzotycznej indyferencji… Wie pan, przecie ja z nikim stosunków towarzyskich nie utrzymuję… Pan jest pierwszy, z którym mogę sobie pozwolić na otwartą wymianę myśli, z tym uczuciem, że nie będę źle zrozumiana.

Była zaróżowiona i mówiła z podnieceniem. Dyzma już nie wątpił, że pani Nina na niego „leci”.

– Nie męczy to pana, że wciągam go w orbitę moich smutków?

– Broń Boże.

– Ale cóż moje obchodzą pana?

– Bardzo obchodzą.

– Pan jest dla mnie bardzo dobry.

– Pani dla mnie też. Niech się pani nie martwi, wszystko złe odmieni się, grunt nie przejmować się.

Uśmiechnęła się.

– Pan mnie traktuje, jakbym była dzieckiem, uspokaja je rubasznym żartem, by przestało płakać. Ale wie pan, że szorstkość często jest dobrym lekarstwem.

– Nie wolno poddawać się nieszczęściu, a trzeba myśleć, jak jemu zaradzić.

Zasępiła się.

– Tu nie ma żadnej rady.

– Każdy człowiek jest kowalem swego losu – powiedział z przekonaniem.

– By być kowalem, trzeba mieć mocne ręce, a widzi pan, jakie moje są słabe.

Wyciągnęła ku niemu rękę, od której powiał zapach perfum.

Dyzma ujął jej dłoń i pocałował. Nie puściła jego ręki, lecz ścisnęła ją mocniej.

– Silnej dłoni potrzeba – powiedziała – takiej dłoni… Taką dłonią można nie tylko swój los wykuć… Czasami mi się zdaje, że dla potężnej woli nie ma żadnych przeszkód, że nie istnieją dla niej niemożliwości… Jest panią wszechwładną, łamie stal, buduje jutro… A jeżeli nie jest egoistyczna, wyciąga dłoń, ratuje i ratuje te biedne słabe istnienia… Ile poezji ma w sobie tajemnicza moc silnego człowieka…

Z wolna cofnęła rękę i powiedziała:

– Pan pewnie sądzi, że jestem egzaltowana.

Nie wiedział, co na to odpowiedzieć, więc znowu uciekł się do niezawodnego środka: syknął i chwycił się za łokieć.

– Boli?

– Bardzo.

– Biedny pan. Może by doktora sprowadzić?

 

– Nie, dziękuję.

– Tak chciałabym panu pomóc.

– Pani ma dobre serce.

– I cóż mi z tego – rzekła ze smutkiem.

Machinalnie wzięła książkę.

– Będziemy czytali?

– A może to panią męczy?

– O, nie, lubię czytać głośno.

Zapukano do drzwi i rozległ się głos Kasi:

– Nino, mogę cię prosić na chwilę?

– Przepraszam pana – rzekła Nina, wstając – zaraz wrócę.

Do uszu Nikodema dobiegły echa poirytowanych słów Kasi, a potem zaś wszystko ucichło.

Dyzma począł rozważać sytuację. Fakt, że podobał się pani Ninie, zdawał się być pewnikiem. Jakie z tego można wyciągnąć korzyści? Czy przez jej protekcję da się dłużej utrzymać stanowisko administratora w Koborowie?

„Wątpliwe – pomyślał – ona nie ma żadnego wpływu na męża. Z chwilą zaś, gdy stary spostrzeże się, że nic nie potrafię, wyleje mnie bez gadania, a przecie wiecznie chorować nie mogę”.

Dziwiło go nieco niespodziewane powodzenie u tej wytwornej pani, lecz nie odczuwał z tego powodu ani specjalnej radości, ani dumy. Mózg Nikodema zbyt był zajęty pracą nad poszukiwaniem sposobów utrzymania się w Koborowie, by inne, bardziej osobiste uczucia mogły go z tej absorbującej myśli wytrącić. Nina uważa go za kogoś godnego jej zwierzeń. Podobała się mu, lecz podobała się tak, jak by się podobała Kasia, Mańka czy każda inna młoda kobieta.

Nikodem Dyzma miał serce dotychczas nienawiedzone przez miłość. Romantyczne karty jego życia zawierały tylko nieważne wspomnienia przygodnych i nic nieznaczących zdarzeń, których zresztą nie było zbyt wiele. Gdy teraz myślał o pani Ninie, niczego nie przewidywał, nie robił żadnych projektów. Co więcej, wrodzony zmysł ostrożności ostrzegał go przed jakimikolwiek bardziej zdecydowanymi krokami, które mogłyby zaszkodzić mu w razie połapania się jej męża w sytuacji.

Pani Nina wróciła nieco zdenerwowana i Nikodem pomyślał, że musiała mieć z Kasią jakąś nieprzyjemną rozmowę. Zaczęła znowu czytać i nie zamienili ze sobą ani słowa aż do obiadu. Po obiedzie Nikodem zasnął i obudziło go dopiero pukanie o zmroku. Był to Kunicki.

Zmartwił się bardzo chorobą Dyzmy i chciał depeszować po lekarza. Z trudem mu to Dyzma wyperswadował, zapewniając, że już czuje się lepiej i jutro lub pojutrze wstanie.

– To bardzo dobrze, bardzo dobrze – ucieszył się Kunicki – bo, kochany panie, ten Olszewski do grobu mnie wpędzi, co on wyprawia, to ludzkie pojęcie przechodzi. Wyobraź pan sobie, kazał zatrzymać sośninę, gdyż ja rzekomo nie wpłaciłem pełnego wadium. Wadium miało wynosić, uważa pan, czterdzieści tysięcy dwieście złotych. Zapomniałem o tych dwustu złotych, jak Boga kocham, zapomniałem i ten gałgan zatrzymuje mi teraz całą robotę. Dla dwustu złotych? Przecież to szlag człowieka trafić może!

Oburzenie jeszcze zwiększało szybkość jego wymowy. Opowiadał przeszło godzinę o różnych przejściach z Dyrekcją Lasów i zakończył tyradę wyrażeniem nadziei, że wreszcie dzięki Dyzmie te nieszczęścia miną. Trzeba koniecznie, żeby kochany pan Nikodem jak najprędzej pojechał do Warszawy i raz wreszcie rozmówił się z ministrem Jaszuńskim.

Dyzma zapewnił, że gdy tylko wstanie, natychmiast pojedzie do Warszawy.

– A jak pan sądzi, kochany panie Nikodemie, łatwo panu pójdzie? Prędko da się rzecz załatwić?

– Zrobi się – odparł Dyzma – niech pan będzie spokojny. Może tylko jakie drobne koszty będą.

– Koszty? Ależ to głupstwo. Służę panu zawsze gotówką. No, a jakże się pan u mnie czuje? Nie nudzi się pan?

Dyzma zaprzeczył. Owszem, jest mu nawet bardzo miło.

– Tylko, uważa pan, dla pańskiej informacji, gdy pan będzie załatwiał nasze sprawy w Warszawie, niech pan pamięta, że Koborowo nie jest zapisane na moje nazwisko, ale na nazwisko mojej żony. Musiałem to zrobić z pewnych względów formalnych.

– To niby – zapytał Dyzma, przypominając rozmowę z Ponimirskim – ja mam występować w imieniu pańskiej żony?

– Tak, tak, chociaż może pan i w moim, bo przecie jestem właścicielem faktycznym, zresztą mam od żony plenipotencję.

Dyzmę korciło, żeby zapytać, czy ma też i weksle, lecz pohamował się. Stary byłby gotów nabrać podejrzeń.

Kunicki zaczął wypytywać Nikodema o jego poglądy na stan gospodarki Koborowa, lecz musiał z tego zrezygnować, gdyż choremu wrócił atak bólu reumatycznego, i to tak silny, że kochany pan Nikodem aż syczał, a wyraz twarzy zmienił mu się do niepoznania.

Po kolacji Kunicki znowu zajrzał do Dyzmy, jednakże ten udał śpiącego, czym uniknął ponownej rozmowy. Długo w noc rozmyślał wszakże nad nieuniknioną koniecznością podróży do stolicy, z której już chyba nie będzie po co wracać. Postanowił jednak próbować rzecz jak najdłużej przeciągać. W każdym razie będzie mógł odszukać pułkownika Waredę i jego poprosić o porozmawianie z ministrem.

Przypomniał Ponimirskiego. Kto wie, może warto i od niego wziąć ten list. Jeżeli ciotka Ponimirskiego jest ustosunkowana, to może i przez nią da się coś zrobić. Oczywiście, ani przez chwilę nie łudził się, że uda mu się załatwić pomyślnie sprawy Kunickiego. To byłoby niemożliwością. Chciał jednak stworzyć pozory, które by utrzymały Kunickiego w przekonaniu, że on Dyzma, jest istotnie w przyjaźni z ministrem i że jeżeli nie teraz, to później będzie mógł u niego wyjednać wydalenie czy przeniesienie na inne stanowisko Olszewskiego oraz taki przydział drzewa z Lasów Państwowych, który by zaspokoił chciwość Kunickiego.

Wkrótce po jego wyjściu zjawiła się pani Nina. Była smutniejsza niż zwykle i bardziej zdenerwowana, lecz na uśmiech Dyzmy odpowiedziała również uśmiechem. Wypytywała o zdrowie, skarżyła się na migrenę, przez którą noc spędziła bezsennie, wreszcie zapytała:

– Podobno jedzie pan do Warszawy, czy na długo?

– Jadę, proszę pani, na tydzień, najwyżej na dziesięć dni.

– Warszawa – rzekła w zamyśleniu.

– Lubi pani Warszawę?

– O, nie, nie… to jest, właściwie lubiłam ją kiedyś bardzo… Nawet dziś lubię, tylko siebie w niej nie lubię.

– Tak… A pani ma tam przyjaciół, krewnych?

– Nie wiem… Nie – zaprzeczyła po chwili wahania.

Nikodem postanowił zręcznie sprawdzić kwestię istnienia ciotki Przełęskiej.

– A czy pani Przełęska nie jest pani kuzynką?

Na twarzy Niny odbiła się przykrość.

– Ach, zna pan ciotkę Przełęską? Owszem, tak, ale po moim ślubie stosunki z nią bardzo się rozluźniły. Nawet nie pisujemy do siebie.

– Tak – rzekł Dyzma.

– Bywa pan u niej?

– Czasami – przeciągnął z namysłem. – Pani Przełęska, zdaje się, nie cierpi pana Kunickiego, lecz panią lubi.

Zdetonowała się i zapytała cicho:

– Rozmawiał pan z nią o mnie? Ach, przepraszam za niedyskrecję, ale, widzi pan, to mnie tak wzburzyło. Niech się pan nie dziwi. Przecie niemal wszystkie moje wspomnienia wiążą się z domem i ze środowiskiem cioci Przełęskiej… Pan tam bywa…

– Czemuż pani tam nie wpadnie?

– Ach… Przecie sam pan wie. Osoba mego męża… Nie mogą mi tego darować…

Odwróciła głowę i dodała niemal szeptem:

– Tak jak i ja nie mogę sobie darować.

Nikodem milczał.

– Wstyd mi przed panem i za to, i za te moje zwierzenia… Jestem bardzo bezsilna… bardzo słaba… Bardzo nieszczęśliwa…

– Proszę się nie martwić, wszystko jeszcze będzie dobrze…

– Nie, niech pan mnie nie pociesza, proszę pana. Ja wiem, ja to czuję, że znalazłam w pańskiej bogatej duszy głęboki i szczery oddźwięk. Przecie tak krótko się znamy, a ja mam dla pana tyle ufności… Nie trzeba, niech pan mnie nie pociesza, na moją tragedię nie ma rady. Wystarczy, że mnie pan rozumie… Pan jeden – dodała po pauzie.

– Ale dlaczego pani mówi, że nie ma rady, czyż nie może pani rozwieść się z mężem?

– Nie potrafię – odparła, patrząc na ziemię.

– Hm, więc jednak przywiązała się pani do męża…

W oczach Niny rozpalił się płomień.

– O, nie, nie – zaprzeczyła żarliwie – jak pan może posądzać mnie o to! Nic mnie nie łączy z tym człowiekiem o duszy sklepikarza, z tym… starcem…

W głosie jej brzmiały nienawiść i wstręt.

– Więc dlaczegóż powiedziała pani, że pani nie potrafi rozwieść się z nim? – zdziwił się Dyzma.

– Nie potrafię żyć… w nędzy… Zresztą, nie tylko o sobie muszę myśleć.

– Żartuje pani – przebiegle zaczął Nikodem – przecież Koborowo to grube miliony, są one pani własnością…

– Myli się pan, Koborowo jest własnością mego męża.

– Ależ sam mi pan Kunicki mówił…

– Tak. Zapisane jest na mnie, lecz w razie rozwodu byłabym nędzarką.

– Nie rozumiem?

– Ach, po co mówimy o tych rzeczach… Widzi pan, mój mąż wziął ode mnie zobowiązania na takie sumy, które przewyższają wartość Koborowa.

– Wyłudził od pani?

– O, nie, wziął, bo mu się należały… na pokrycie długów mojej rodziny.

– Aha!…

– Nie mówmy już o tym, to mi sprawia tak wielką przykrość – złożyła ręce i patrzyła mu w oczy z błagalną prośbą – i proszę pana, niech pan z moją ciotką o mnie nie rozmawia, dobrze?

– Jak pani każe. Chociaż…

– Proszę pana! Bardzo proszę! Tamten świat już dla mnie nie istnieje, nie mam do niego powrotu… Czytajmy…

Wzięła książkę i otworzyła ją na zakładce. Zaczęła czytać, lecz zanim zdołała wymówić kilka słów, głos począł drgać, piersi jej wznosiły się i opadały w szlochu.