Trzy sercaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Czyż to ważne? – odpowiedziała. – Ale nie rozumiem, dlaczego odnosisz się doń niechętnie. Takie uprzedzenia utrudnią ci zbliżenie się do niego. A to przecież leży w twoim interesie.

Uśmiechnął się z odcieniem niezadowolenia.

– Ach, Kate, jak to nie pasuje do ciebie ta... zapobiegliwość, to mówienie o interesie, o oszczędzaniu, o wszystkich tych materialnych sprawach.

– Dlaczego uważasz, że nie pasuje? – zdziwiła się szczerze.

– Boś ty powinna myśleć o kwiatach, o miłości, o gwiazdach, czy ja wiem... Nie powinnaś w ogóle wiedzieć o istnieniu pieniędzy. Czy zdaje ci się, że nie zauważyłem twego niezadowolenia wtedy, gdy sprowadziłem z Krakowa te róże?

– Przyznaję, że chociaż byłam ci wdzięczna, nie ucieszył mnie twój postępek.

– A dlaczego? – podchwycił. – Oczywiście tylko dlatego, że to dużo kosztowało.

– Tak – przyznała. – Nie chcę, byś dla mnie robił wydatki, które przekraczają nasze możliwości finansowe.

I pomyślała jednocześnie, że Gogo zdaje się zupełnie nie rozumieć tak prostego faktu, że roki prezenty właściwie z cudzej kieszeni, z pieniędzy, które dają mu z łaski, i że w tych warunkach tego rodzaju gesty po prostu ją zawstydzają.

On jednak myślał widocznie o czymś innym, bo nagle rozweselił się.

– Ach, ty moja buchalterko najcudniejsza! – zawołał. – Nie kłopocz się tymi rzeczami. To już wyłącznie moja dziedzina.

– A jaką dziedzinę mi zostawiasz?

– Jaką? Kochaj mnie! To wszystko. Kochaj mnie i bądź moją. Zapewniam cię, że to mi wystarczy. Będę zupełnie szczęśliwy.

– Nie sądzę – odpowiedziała po chwili wahania. – I żałuję, że nie zastanowiłeś się nad drugą stroną kwestii: czy ja byłabym szczęśliwa, gdybym ograniczyła swoje życie do roli hurysy haremowej.

– Kate! – oburzył się niezupełnie szczerze. – Czyż ja tego od ciebie żądam?!

– A jednak tak powiedziałeś – uśmiechnęła się doń, by zmiękczyć wrażenie poprzednich słów.

– Więc niezręcznie się wyraziłem. Chodzi mi tylko o to, byś nie martwiła się sprawami finansowymi. Te troski należą do mnie. Ja jestem ministrem skarbu... – przytulił ją do siebie – twoim ministrem, bo ty jesteś moim skarbem, najdroższym, bezcennym, jedynym...

Nazajutrz lało od samego rana i wszyscy wstali później niż zwykle. Gdy jednak zeszli około jedenastej do salonu, zastali już tam Irwinga, Polaskiego i nareszcie pana Tukałłę.

Od pierwszego wejrzenia dziwne wywoływał wrażenie. Wyglądał imponująco i jednocześnie groteskowo. Był trzydziestokilkuletni, wysoki, barczysty, niemal atletycznie zbudowany, z zarysowującą się tendencją do tycia, trzymał wysoko i dumnie swoją wypomadowaną głowę. Ubrany był z pedantyczną, nawet przesadną elegancją i tylko jaskrawy krawat pretensjonalnie zawiązany był w tym stroju jakimś niespodziewanym, ekscentrycznym wybrykiem. W klapie miał oznakę Legii Honorowej, w na wpół przymkniętych oczach wyniosłą obojętność, w zaciśniętych ustach wyraz bezgranicznej pogardy. Wyglądał jak prowincjonalny aktor-komik, któremu kazano grać rolę dostojnika, mającego za chwilę przeciąć wstęgę jakiejś wystawy czy przyjąć delegację krnąbrnych obywateli. Wydawał się groźny i śmieszny zarazem. Przedstawił się groźnie i dobitnie:

– Seweryn Maria Tukałło.

Mówił trochę przez nos, a przywitał się wyprostowany, nie pochylając głowy i nie całując ręki Kate.

– Maria! – podkreślił takim tonem, jakby chodziło o rzecz niezmiernej wagi.

– Nigdy tego nie zapomnę – uśmiechnęła się Kate.

– Nie wątpię – zapewnił. – Kto raz jeden zetknął się ze mną, pamiętać mnie będzie przez całe życie. Pewien blondyn, którego widziałem jedyny raz przed dwunastu laty, nie dłużej niż przez kwadrans, odtąd regularnie dwa razy do roku pisuje do mnie listy, bym odesłał mu jakieś pieniądze, które wtedy od niego pożyczyłem. Wnukom kiedyś będzie opowiadał, że ze mną korespondował aż do śmierci.

– Więc mu jednak odpisujesz? – zapytał Polaski.

– Nie. Wolę, by ta korespondencja zachowała swój szlachetny, jednostronny charakter. Nie uznaję symetrii w działaniu ani ekwiwalentów moralnych. Zresztą wyobraźcie sobie to państwo, co to byłaby za ohyda, gdybym musiał się trudzić z tej jedynie racji, że jakiemuś kretynowi kontynentalnemu podobało się zaszczycić mnie listem. Już w latach młodzieńczych wyrobiłem sobie zasady, których trzymać się będę póty, aż nie zechcę ich zmienić. W owym właśnie czasie miałem wywieszoną nad drzwiami wielką tablicę z napisem: „Długów nie oddaję, książek nie pożyczam, na listy nie odpowiadam, uprasza się o niewydzielanie łez”. To ostatnie odnosiło się do kobiet. Niestety, napis wisiał krótko, gdyż uczyniony był na klapie z pianina, a właścicielka mieszkania uparła się, by tę deskę zwrócić instrumentowi. Cierpiała na kompleks kompletów. Chciałem udusić babinę, ale wśród innych zajęć odłożyłem to do środy. Nieszczęsne roztargnienie. Gdy sobie przypomniałem swój zamiar w piątek, babina już nie żyła. Struła się grzybami.

– Grzybom więc pan zawdzięcza, że nie stał się pan mordercą – zauważył Gogo, ubawiony gadaniną Tukałły i jego niewzruszoną powagą.

– Tak – przyznał Tukałło – w ogóle grzybom wiele zawdzięczam w życiu. Stosunek grzybów do mnie był zawsze życzliwy, nie powiem że: przyjazny. Lubię te ciche stworzenia. Na pewnym zgniłym maślaku poślizgnął się podczas polowania mój stryj. Oczywiście cały ładunek śrutu znalazł się w jego głowie. Był to zresztą jedyny ładunek, jaki znalazł sobie siedlisko pod jego czaszką podczas całego dłogoletniego życia.

– A ty dostałeś spadek? – zaśmiał się Irwing.

– Nieduży. Wystarczył zaledwie na urządzenie pogrzebu. Ale ja nie jestem chciwy na dobra materialne. Wystarczyła mi satysfakcja moralna. Przepadam za pogrzebami, a poza tym lubię, gdy się w rodzinie coś dzieje. Pogrzeby, śluby i rozbijanie talerzy na głowach, to są te nieliczne, niestety, zdarzenia, które urozmaicają ohydę życia rodzinnego. Państwo, jak słyszałem, od niedawna są po ślubie – zwrócił się do Kate.

– Tak. Ale mamy nadzieję, że dalsze atrakcje przyjdą nieprędko.

– Rozumiem. Mówi pani o drożyźnie talerzy. Istotnie, kryzys ekonomiczny i w tej dziedzinie spowodował rodzaj zastoju. Nie należę do optymistów, ale mam nadzieję, że czasy się poprawią. W każdym razie małżeństwo jest pożyteczną instytucją, jest niewątpliwie najdogodniejszym i wypróbowanym sposobem obrzydzenia sobie życia przez dwoje ludzi. Nic tak nie skłania człowieka do wzniesienia się w wyższe regiony abstrakcji, jak zniechęcenie się do pospolitej rzeczywistości. Miałem przyjaciela, zezowatego zresztą, który po trzyletnim pożyciu z żoną uwierzył w istnienie Boga, a nawet skłonny był do mniemania, że balsam kapucyński pomaga w wypadkach cięższego zatrucia alkoholem. To go zgubiło. Zaczął pić w ten sposób, że do każdego kieliszka wódki dolewał trochę balsamu. Mieszanina istotnie była tak wyborna, iż stał się pijakiem.

– Rzeczywiście taka wyborna? – zainteresował się Polaski.

– Bezkonkurencyjna.

– A pan nie jest żonaty? – zapytała Kate.

Tukałło żachnął się.

– Zupełnie nie jestem żonaty, proszę pani.

– Aleś raz jeden omal się nie ożenił – zauważył Polaski.

– To prawda – przyznał z powagą. – Było to w czasach, gdy jeszcze używałem alkoholu w nadmiernych ilościach.

Polaski i Irwing zaśmieli się.

– Otóż razu pewnego poznałem w knajpie jakiegoś staruszka i piłem z nim, jak to później ustalono, około trzech tygodni. W pewnej chwili ocknąłem się, a ocknąłem się dlatego, że ktoś mi natarczywie zadawał jakieś pytania. Trzeba zaś państwu wiedzieć, że nie znoszę natarczywych pytań, zwłaszcza wtedy gdy dotyczą moich spraw osobistych, powiedziałbym intymnych. Mianowicie domagał się odpowiedzi, czy chcę pojąć Genowefę za małżonkę. Niemile tym dotknięty, dla zyskania na czasie przecieram okulary...

– Przecież nie nosisz okularów? – odezwał się Irwing.

– Nie noszę, ale wówczas miałem jakieś okulary na twarzy. Otóż przecieram je, rozglądam się i stwierdzam, że pytającym jest ksiądz w szatach liturgicznych, że znajduję się w kościele i że obok mnie stoi jakaś biało ubrana dama z pryszczykiem pod lewym okiem, a otacza nas liczny orszak ślubny. Zorientowałem się od razu, że to ja jestem głównym bohaterem tego dramatu. Zawsze miałem łatwą i szybką orientację.

– No i cóż pan zrobił? – zapytał Gogo.

– Cóż miałem zrobić... Powiedziałem: Przepraszam państwa na chwilę, mam niesłychanie pilny interes do załatwienia. Odwróciłem się i wyszedłem, przewracając po drodze owego staruszka. Resztę dnia spędziłem w barze naprzeciwko. Opowiadał mi tamtejszy portier, że orszak ślubny czekał na mój powrót pięć godzin, po czym wsiedli do karet i samochodów i rozjechali się. Pannę młodą odwiozło pogotowie. Tak, był to piękny dzień w moim życiu. Jego wspomnienie psuje mi tylko historia z frakiem.

– Byłeś we fraku?

– Niestety, nie w moim. Był to potworny frak, uszyty na pewno przez obłąkanego krawca. Jedno jest pewne, że zrobiony był na miarę szczupłego i lekko garbatego jegomościa, którego Stwórca obdarzył lewą ręką krótszą o dwadzieścia centymetrów od prawej i zamiłowaniem do sosów, których bogata kolekcja upiększała klapy. Nie wiedząc, co zrobić z tym stosunkowo mało przydatnym strojem, a nie mogąc tego trzymać w domu, odesłałem frak Towarzystwu Dobroczynności „Misericordia”. Do dziś dnia przechowuję entuzjastyczny list dziękczynny, zapewniający hojnego ofiarodawcę, że cały zarząd zachowa dla mnie dozgonną wdzięczność. Niestety, obietnica ta nie została dotrzymana wskutek dalszych wypadków. Mianowicie po kilku dniach zjawił się u mnie Izraelita nazwiskiem Trąbka...

–... Garbaty i z jedną krótszą ręką – podpowiedział Gogo.

– Bynajmniej. Był gruby i miał obie ręce krótsze. Ale za to był właścicielem wypożyczalni ubrań na ulicy Świętokrzyskiej. Domagał się zwrócenia fraka. Oczywiście skierowałem go do „Misericordii”. Przyszedł tam jednak za późno. Okazało się, że „Misericordia” urządziła tymczasem loterię fantową i ów frak, jako jedna z cenniejszych wygranych, legalną drogą losowania stał się własnością pewnej wdowy w Milanówku. Wdowa ta, na nieszczęście pana Trąbki, miała narzeczonego w osobie dróżnika kolejowego. Ten zaś fraka oddać nie chciał, powziąwszy niezłomne postanowienie stanięcia na kobiercu ślubnym z tą wdową i w tymże fraku. W czasie wymiany poglądów na tę sprawę między obu panami doszło do pewnych nieporozumień, w których wyniku pana Trąbkę odwieziono do Instytutu Chirurgii Urazowej, dróżnika zaś do aresztu policyjnego. W rezultacie jego małżeństwo z wdową nie doszło do skutku, ja zaś jedenaście razy wzywany byłem do różnych sądów w charakterze świadka. Zwracam państwu uwagę na znamienny szczegół, że frak ten rozbił dwa małżeństwa i wprowadził w ruch dwie karetki pogotowia i jedną więzienną. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że są przedmioty przynoszące nieszczęście.

 

Kate była szczerze ubawiona i powiedziała:

– Jeżeli to historia prawdziwa, istotnie jest fenomenalna.

– Wybaczy pani – zaoponował Tukałło – ale nie widzę, by szczegół ten miał jakiekolwiek znaczenie. Prawda jako taka, prawda obiektywna, nie istnieje. Natomiast każda rzecz staje się prawdą, jeżeli w nią wierzymy lub wtedy gdy nabierzemy przeświadczenia, że jest prawdą. W rozpoznawaniu zaś posługujemy się zmysłami i mózgiem, czyli instrumentami niedającymi żadnej gwarancji precyzyjności. Większość naszych prawd to kłamstwo. I tylko dzięki temu człowiek inteligentny może egzystować. Czuje się wciąż huśtany przez fale wątpliwości i domysłów. Jakież potworne byłoby życie istoty myślącej, gdyby świat był najeżony niewzruszalnymi prawdami, o które obijalibyśmy sobie boki. Pejzaż jak na księżycu, martwota wygasłych kraterów, z których wydymiło życie. Bezpowietrzna pustka, której najlżejszy wiaterek nie odkurza z pyłu kosmicznego... Szanujmy kłamstwo, bo nie wiadomo, czy nie ono właśnie daje kwiatom zapach, zieleń drzewom, słodycz owocom, a nam poczucie piękna i zadowolenie z naszej planet. Szanujmy kłamstwo lepsze i milsze od prawdy. Przed prawdą można tylko klęczeć, kłamstwem oddychać. Uczeni powiadają, że tajemnicę wszechświata, gdy ją poznają, potrafią zamknąć w jednej krótkiej formule matematycznej. Potworne! Jakimże trzeba być otumanionym i tępym ślepcem, by do tego dążyć, by różnorodność i bogactwo zamieniać na jakieś ordynarne równania algebraiczne. Wyrzekać się golkondy pojęć i odczuć dla suchej i nikomu niepotrzebnej prawdy.

Mówił to tym samym tonem i tak samo przez nos w sposób afektowany, gdy jednak skończył, zapanowało poważne milczenie. Dopiero po chwili odezwał się Irwing:

– Przed paru miesiącami, gdym chorował na grypę, dowodziłeś czegoś wręcz przeciwnego. Twierdziłeś...

Tukałło przerwał mu ruchem ręki.

– Zupełnie możliwe. Nie rejestruję swoich poglądów. Stać mnie na to. Nie należę do tych istot ciemnych i ograniczonych, których uboga duchowość zdobyć się może na jeden tylko komplet poglądów na całe życie. Wemnie one rodzą się i dojrzewają nieustannie. Garściami rozrzucam je na prawo i lewo.

Kate była trochę zaskoczona. Gogo niepewnie się uśmiechał, a Polaski powiedział:

– Przerażasz biednego Freda. Przekonałeś go wówczas, a teraz...

– A teraz też go przekonam. Nie widzę powodu, dlaczego moje rozumowanie dzisiejsze miałoby być mniej przekonywające od ówczesnego.

– Choćby dlatego, że jest z tamtym sprzeczne – zauważył Irwing.

– A cóż to szkodzi? Skoro jest nieodparte, musisz je równie dobrze przyjąć, jak i tamto.

– A pan przy którym obstaje? – zapytała Kate.

– Oczywiście przy żadnym.

– Czyli tę żonglerkę traktuje pan po prostu jako rozrywkę intelektualną?

– O nie, proszę pani. Traktuję ją z największą powagą.

– Więc jako gimnastykę?

– Dlaczego? Proszę zastanowić się: jakiś profesor poświęca całe życie na udowodnienie jakiejś jednej tezy. Wówczas wszyscy szanują jego pracę, chociażby nawet w kilkadziesiąt lat po nim przyszedł drugi facet i poświęcił całe życie, by w końcu obalić tezę pierwszego. To się nazywa poważna i twórcza praca. A ja, który przerabiam to wszystko w sobie w zawrotnym tempie, ja mam uchodzić za żonglera czy poszukiwacza rozrywek intelektualnych. To jest krzycząca niesprawiedliwość. Czy chodzi o czas? Nie. A jeżeli tak, argument ten przemawia na moją korzyść. Jakiś badacz będzie trzy dni przyglądał się jakiemuś kawałkowi, będzie go obmacywał, wąchał, lizał, badał pod mikroskopem, kruszył, moczył, polewał kwasami, by w końcu orzec, że ma przed sobą kawałek starego pantofla. Ja przychodzę, rzucam okiem i od razu mówię: to jest kawałek starego pantofla. Proszę mi wyjaśnić, na czym polega śmieszność mego orzeczenia? Obojętna jest ilość zużytego czasu, a jeżeli przemawia na czyjąś korzyść, to właśnie na moją. To są zresztą jedyne korzyści, jakie ciągnę ze sprawności mego umysłu.

– Zapewniam cię, Sewerze, że mógłbyś osiągnąć znacznie intratniejsze korzyści, gdybyś zaczął pisać – powiedział Polaski.

– Nie mogę. Handlowanie własnym duchem, powielonym w dodatku do iluś tam egzemplarzy za pomocą maszyny drukarskiej, to haniebne poniżenie. Nie zapominaj, że wszyscy naprawdę wielcy myśliciele i twórcy nowych dróg ludzkości nie zapisali razem ani ćwiartki papieru. Budda, Sokrates, Chrystus, Zoroastra. Nauczali. Nauczali! A dopiero ich uczniowie skwapliwie łapali strzępy wielkich myśli i zapisywali. Już samo troszczenie się o to, by moje myśli zachowały się dla przyszłych pokoleń, czyli dla tej hołoty antropoidalnej, która zrodzi się z dzisiejszej hołoty antropoidalnej, już sama dbałość o to obniża lot intelektu, przykuwa go do spraweczek ludzkich, deprecjonuje. A jeszcze druga strona medalu. Wstrętem napełnia mnie myśl, że moja książka, cząstka mego ducha, dostępna byłaby dla byle gemaina, że każy głuptak mógłby ją nabyć i za cenę kilku złotych ocierać swoją niedorozwiniętą korę mózgową o moje myśli, obcować ze mną, jak równy z równym, ba, jak wyższy z niższym, bo przecie uważałby się za uprawnionego do krytyki.

– Na to nie ma rady – wtrącił Gogo.

– Owszem, jest. Nie pisać, nie oddawać na pastwę karzełkom i skunksom swojego ducha. Nie dawać. Pod groźbą wyjałowienia swej myśli i upodlenia intelektu!

– A jednak – odezwała się Kate – czyta pan przecież drugich: na przykład pana Polaskiego, i nie może pan tam znaleźć ani upodlenia, ani wyjałowienia.

– Nie czytałem jego książek, proszę pani – odpowiedział z obrażoną miną.

– Chyba pan żartuje!

– Mówię serio. Nie czytałem, bo jestem jego przyjacielem. Dogadza mi ta przyjaźń i nie chciałbym jej niszczyć dla jakichś głupich paru powieści.

– Nie są głupie.

– Muszą być. A skoro muszą, tedy są. To jasne. O ile zaś zdolny jestem do znoszenia głupoty w żywym słowie, o tyle w druku wywołuje we mnie gniew i smutek. Wolę tedy z nim przestawać niż czytać jego książki.

Polaski zaśmiał się nieszczerze.

– Niech tylko pani nie bierze serio tego, co gada Sewer. Upewniam panią, że zna wszystkie moje książki.

– Z okładek! Z okładek! – podniósł wskazujący palec Tukałło. – Raz jeden omal nie uległem pokusie. Było to po przepiciu. Ogarnęła mnie niechęć do przyjaciół i wówczas wziąłem do ręki jego książkę pod tytułem... pod tytułem Koralowe dno, Koraliki na dnie czy coś w tym guście.

Kolorowe noce – podpowiedziała Kate.

Możliwe.

Wdodatku muszę pani powiedzieć zaśmiał się Polaski że ta powieść jest dedykowana właśnie Sewerowi.

Będę ci zawsze za to wdzięczny, Adamie – lekko skłonił głowę Tukałło. – Otóż biorę te Kolorowe dna do rąk i zaczynam czytać. Już z początkowych kilku zdań orientuję się, że rzecz odbywa się w Wiedniu, którego nie cierpię, i to za czasów Sobieskiego. Gdy na dole strony mignęło mi imię Kara Mustafy, jęknąłem i bezwładnie opadłem na krzesło, którego niestety za mną nie było.

Gogo zaśmiał się, a Tukałło mówił dalej:

– Zarówno skutki moralne, jak i fizyczne tego eksperymentu raz na zawsze odstraszyły mnie od zaglądania do książek moich przyjaciół. Nie chcę nimi gardzić i odbierać sobie wiarę, że rozumieją to, o czym do nich mówię. Wolę najryzykowniejsze złudzenia od smutnej rzeczywistości. Najniebezpieczniejsi są ci, którzy nic nie tworzą, chociaż też są ofiarami przymusu szkolnego. Powiedzmy taki Ali Baba lub Fred. Objuczeni złotem oddali się sztuce pozbywania się tego ciężaru.

– Są i tacy – lekko dorzucił Polaski – którzy nie tworzą, bo cierpią na impotencję twórczą.

– Dobrze czynią – zgodził się Tukałło – lepiej od tych, co pomimo impotencji twórczej piszą. Ale proszę cię, Adamie, nie bierz tej apostrofy do siebie.

– Nie obawiaj się, drogi Sewerze. Nie otwieram listów nie do mnie adresowanych. Nie jestem też tak zarozumiały, by sądzić, iż raczyłbyś aż tak długo mówić o mnie.

– Masz rację. Na zarozumiałość mogą sobie pozwolić tylko ci, co mają z czego być dumni. Zaraz... zaraz... jakże brzmi... Aha, już mam: „Skromnością podbite są płaszcze wielkich królów i mędrców, ludzie mali okrywają się nią z zewnątrz, by ukryć nieprzyzwoitość swej pychy”.

Polaski wybuchnął śmiechem.

– Widzi pani, widzi pani! Nie czytał moich książek, a na pamięć cytuje aforyzm z moich Ugorów.

– Jeżeli tak, to rzecz jest dziwna, bo twych Ugorów nie znam, natomiast zacytowane zdanie przeczytałem u Emmanuela Liboriusa w jego dziele Prudentia magnorum, wydanym w połowie siedemnastego wieku.

Polaski z lekka poczerwieniał.

– To jakieś grube nieporozumienie.

– Możemy je łatwo wyjaśnić – skinął głową Tukałło. – Mam tę książkę tutaj. W swoim pokoju. Zresztą nie rokię ci zarzutu, że korzystasz z perełek myślowych tak znakomitego pisarza dawnych czasów. Jeżeliś w dodatku dał odnośnik, skąd to czerpiesz, jesteś w zupełnym porządku.

– Nie dawałem żadnego odnośnika, bo aforyzm jest mój własny. Daję na to słowo. Zresztą, proszę pani, ja wcale nie znam łaciny i przyznam się, że Liboriusa w ogóle nie czytałem.

– Nie będziesz chyba utrzymywał, żeś nie wiedział o istnieniu Emmanuela Liboriusa i jego dziełach?

– Oczywiście wiedziałem, co za pytanie, ale nie znając łaciny, nawet nie miałem owej...

Prudentia magnorum.

– ...owej Prudentia magnorum w ręku.

– Widzisz, a zawsze mówiłem, że wykształcenie klasyczne jest dla pisarza koniecznością. Gdybyś znał łacinę, mógłbyś z niej garściami czerpać mądre maksymy, a tak jesteś skazany na wyławianie tych rzeczy z trzeciej ręki i w rezultacie sam nie wiesz, komu zawdzięczasz.

Oczy Polaskiego błysnęły gniewem.

– Aforyzm jest mój własny – powiedział z naciskiem – i pozwolisz, że zaraz wezmę Liboriusa, by się na własne oczy przekonać.

– Proszę cię bardzo. Leży na nocnej szafce, a miejsce, o które ci chodzi, odszukasz łatwo: założone jest nożem do przecinania kartek.

Polaski wstał i wyszedł.

– To nieprzyjemna historia – odezwała się Kate. – Szkoda, że poruszał pan tę sprawę.

– A ja tu czuję jakiś nowy kawał Sewera – powiedział Irwing. – Jestem przekonany, że Adam tej książki nie znajdzie w jego pokoju.

Kate spojrzała na Tukałłę pytająco, on zaś poważnie kiwnął głową.

– Na pewno nie znajdzie, bo jej tam nie ma.

– Więc po co go pan posłał na górę? – zdziwił się Gogo.

– Zdradzał pewne podniecenie. Przechadzka po schodach uspokoi go. Trudno jest dyskutować z kimś rozdrażnionym.

W tej chwili ze schodów zbiegł Polaski. Ze śmiechem wyciągnął przed Kate książkę założoną nożem do papieru. Były to jego Ugory.

– Ty łotrze! – zwrócił się do Tukałły. – Przeszukałem cały twój pokój i nie ma tam żadnej książki prócz mojej. Ale zdemaskowałeś się. Czytasz mnie i wiesz doskonale, że nigdy w życiu nie popełniłbym plagiatu.

Trochę mu było przykro, gdy Sewer wobec Kate, choćby żartami, wyrażał się z lekceważeniem o jego twórczości, a gdy zarzucił mu plagiat, czuł się wprost skompromitowany.

– A wiesz – powiedział – że przez kilka minut naprawdę byłem w strachu. Nie o to, że znajdę w Liboriusie dosłownie moje zdanie, bo sumienie miałem czyste, ale bałem się, że może tam być ta sama myśl podobnie wyrażona.

– Niepotrzebnie się obawiałeś.

– Dlaczego? Podobne rzeczy się zdarzają. Coś z dawnej lektury zapada nam w pamięć, zapominamy o źródle i z biegiem czasu uważamy to za własną, oryginalną myśl. Ale jeszcze raz cię zapewniam, że łaciny nie znam, że Liboriusa czytać nie mogłem – zakończył z ożywieniem.

 

– Wierzę ci, przyjacielu Adamie. Wierzę zaś tym łatwiej, że gdybyś nawet znał łacinę, również nie mógłbyś czytać Emmanuela Liboriusa z tej nieskomplikowanej przyczyny, że taki w ogóle nigdy nie istniał!

Powiódł triumfującym wzrokiem po obecnych i z dumą dodał:

– To ja go stworzyłem! Ja go wymyśliłem! Tu, w waszej obecności, na poczekaniu! Wraz z jego wiekopomnym dziełem! Toteż możecie państwo wyobrazić sobie, jak byłem zaskoczony, gdy Adam zapewniał nas, że już dawniej wiedział o jego istnieniu.

Polaski zmieszał się i bąknął:

– Musiałem pomieszać to nazwisko z jakimś podobnym.

– Nie, druhu! Uwalniam cię wspaniałomyślnie od zarzutu plagiatu, natomiast z bólem muszę stwierdzić, żeś popełnił blagiat. Strzeż się walki z Sewerynem Marią Tukałło! Jego miecz jest obsieczny i wtedy, gdy jedno ostrze brzeszczotu rozmyślnie się wyszczerbi i wydaje się już niegroźne, drugie zadaje cios śmiertelny. No, Adamie, nie miej do mnie żalu. Każdemu zdarzy się zblagować. Czasami ja sam, przyznaję się, nie blaguję może, lecz poniekąd rozminę się z prawdą. Z prawdą, którą wielbię ponad wszystko, kocham ponad własne szczęście i w dążeniu do której w miarę moich sił nie ustaję. Podajmy sobie ręce do wspólnej walki z kłamstwem, Adamie, do szukania jej w tajemnicy wszechświata, a może dożyjemy tego pięknego dnia, gdy nagle objawi się nam ona w prostej i krystalicznej formule matematycznej, zamykającej w sobie kosmiczny patos odkrytego bóstwa.

Tyrada ta rozśmieszyła nawet Polaskiego. Rozmowa przeszła na inne tematy, a wkrótce poproszono wszystkich do obiadu. Po obiedzie wobec fatalnej pogody postanowiono zagrać w brydża. Tukałło, Polaski, Gogo i pani Zbędzka zasiedli do stolika, Irwing, który nie umiał grać, towarzyszył Kate.

Wypytywała go, co robi, i dowiedziała się, że chodzi na politechnikę, lecz tylko przez wzgląd na ojca, który chce, by syn uzyskał dyplom inżyniera. Lecz Fred sam nie traktuje swojej nauki poważnie, rzadko bywa na wykładach i wcale mu na dyplomie nie zależy. W przyszłości, gdy odziedziczy majątek ojca, nie zamierza zajmować się interesami. Nic go te rzeczy nie obchodzą. Przepada za towarzystwem ludzi wysokiej kultury umysłowej, ma pasję zbierania sztychów, których posiada już kilkaset, uprawia też sport automobilowy. W Warszawie ma dwa wyścigowe wozy, a na jednym z nich zajął pierwsze miejsce w wyścigu tatrzańskim.

– Nie przypuszczałam – zdziwiła się. – Nie wygląda pan na demona szybkości.

– Ja na nic nie wyglądam i... niczym nie jestem – uśmiechnął się melancholijnie.

– Jest pan wyjątkowo miłym człowiekiem – powiedziała. – I gdy będę już w Warszawie... planuję na pana zamach!

Fredowi krew nagłą falą uderzyła do głowy. Jakaś wariacka nadzieja przemknęła mu przez mózg, lecz już w sekundę minęła. Czuł tylko, że jest czerwony, nie, wręcz purpurowy, i zauważył, że ona udaje, iż tego nie spostrzega.

– Widzi pan – mówiła. – Przepadam za wielkimi szybkościami, a dotychczas nie znałam nikogo, kto miałby wyścigowe auto. Chcę pana prosić, by zabrał mnie pan kiedy na taką prawdziwą jazdę. Czy dobrze?

– Ale proszę pani, to będzie dla mnie... Ja zaraz zatelefonuję do szofera. Na rano wóz będzie już tu.

– Nie, nie. Dziękuję. Przecież to nic pilnego. Zresztą przy takim deszczu... Drogi muszą być bardzo śliskie.

Z sąsiedniego pokoju doleciał nosowy baryton Tukałły:

– Wybaczy szanowna pani, ale zawsze w pierwszej rozgrywce po partii licytuję szlemika. To moja zasada i nie widzę powodu do jej zmiany tylko dlatego, że dzięki głupiemu trafowi nie mam dobrej karty. Czy robiąc mi wyrzuty, żeśmy leżeli bez siedmiu, chce pani dać mi do zrozumienia, że ja, Seweryn Maria Tukałło, mam uzależnić swoje myśli, słowa i działanie od zwykłych skrawków papieru? Bo jeżeli nawet...

– Zawsze jest taki – powiedział z uśmiechem rozczulenia Fred. – Ma tyleż lat co Adam, a od Ali Baby jest znacznie młodszy, lecz dzięki swemu sposobowi bycia stał się w naszej paczce niekwestionowanym liderem.

– Ali Baba? Czy to czyjś pseudonim literacki?

– O nie, tak nazywamy Julka Załuckiego, księcia Załuckiego z Horynia. Jest jeszcze Zbyszek Chochla, świetny malarz i chyba największy megaloman na świecie, Arkadiusz Drozd, kompozytor, poeta Strąckowski i inni. Pozna ich pani w Warszawie.

– Będzie mi naprawdę miło. A poza tym mam do pana jeszcze jedną prośbę. Chciałabym zobaczyć to grupowe zdjęcie, o którym pan wspominał. Ciekawa jestem... Musiałam wtedy zabawnie wyglądać jako podlotek.

– Zakawnie?! Ależ pani tam jest piękna!...

– To już za duża przesada – zaśmiała się.

– Więc zaraz panią przekonam. Przepraszam na jedną chwilę.

Pobiegł na górę i zaraz wrócił. W ręku trzymał płaski, skórzany portfel.

– Nie mam tu ze sobą fotografii grupowej, ale mam zdjęcie powiększone pani.

– Moje? – zdziwiła się.

– Tak. Proszę mi tego nie brać za złe.

Otworzyła portfel. Wewnątrz za celuloidową płytką była duża gabinetowa fotografia. Jej fotografia w szkolnym mundurku z marynarskim kołnierzem i z dwoma warkoczami.

– Że też to się dało tak bardzo powiększyć – powiedziała.

– O, to przy dzisiejszej technice jest dość łatwe. Mam jeszcze jedno powiększenie. Prawie naturalnej wielkości. Ale to było robione w Ameryce. Tam sztuka ta stoi wyżej.

Kate podniosła nań oczy i spojrzała surowo. Namyślała się, co mu ma powiedzieć. Czuła się wzruszona, a jednocześnie zmartwiona. Wiedziała, że powinna mu raz na zawsze odebrać wszystkie nadzieje.

Fred stał zażenowany. Wysoki, chudy i brzydki, nie mężczyzna jeszcze, lecz niemal młodzieniaszek.

– Ja wiedziałem – odezwał się cicho – ja byłem pewny, że panią kiedyś w życiu spotkam.

Zmarszczyła brwi.

– Panie Fredzie – zaczęła. – To, że pan pozwolił sobie na robienie tych powiększeń, nie było poprawne w stosunku do nieznajomej panny. Ale nie chcę w to wchodzić i nie mam o to do pana żalu. Traf zrządził, żeśmy się spotkali, ale dziwi mnie bardzo, że pan zdaje się uważać za coś innego niż traf. Traf ani zły, ani pomyślny sprawił, że pan mnie poznał. Będę zupełnie szczera dla uniknięcia wszelkich nieporozumień. Myślałam, że będę mogła uważać pana za miłego znajomego. Jeżeli pan ma jakieś inne zamiary, pragnienia czy nadzieje, mówię panu otwarcie, że z podtrzymywania naszej znajomości będę musiała zrezygnować. Nie tylko dlatego, że mam męża, nie tylko dlatego, że gatunek mojej etyki wyklucza najdrobniejsze odstępstwa od godności i obowiązku, ale i dlatego, że gdybym nawet była wolna...

Stał blady i lekko potakiwał głową po każdym jej zdaniu. Teraz przerwał jej:

– Niech pani nie kończy. Wiem, wiedziałem już od bardzo dawna, że pani jest taka. Wyczytałem to z pani rysów, ze spojrzenia pani oczu. Niczego nie spodziewałem się. Nigdy! Słyszy pani? Nigdy nie miałem najmniejszej nadziei. Pogodziłem się z tym. I o nic panią nie proszę. Jeżeli wolno mi będzie widywać panią, przyjmę to od losu jako szczyt szczęścia. Jeżeli nie, będę i tak wdzięczny pani za samo to, że pani istnieje. Przyrzekam też pani, że nigdy nie zakłócę pani spokoju żadnymi wyznaniami, że nigdy nie powrócę do tematu tej rozmowy. Proszę pani, ja sobie zdaję sprawę z tego, że czasem tragedia staje się komedią, a dzieje się to wtedy, gdy człowiek, który ją przeżywa, jest śmieszny. Dziękuję pani, że się pani nie śmieje. Ale ja dlatego tylko odważyłem się to wszystko powiedzieć, że wiedziałem, że nie spotka mnie śmiech. Bo ja wiedziałem, jaka pani jest. Wiedziałem od dawna, że pani naprawdę jest taka, jaką ja od lat...

Nie dokończył. Głos mu się załamał, szczęki zacisnęły się kurczowo. Skłonił się bardzo nisko i prędko wyszedł z pokoju. Kate długo siedziała zamyślona.

– Biedny chłopiec – szepnęła do siebie.

Z sąsiedniego pokoju dudnił głos pana Tukałły:

– ...licytacja twoja przypomina mi zeznania kombinatora, który ukradł sześć wagonów mąki i tłumaczył się, że zrobił to, bo był głodny...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?