Trzy sercaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Trzy serca

Saga

Trzy sercaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1938, 2019 Tadeusz Dołęga-Mostowicz i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726235418

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział I

Wszystkie okna pałacu w Prudach jarzyły się od świateł. Z wnętrza płynęły dźwięki orkiestry przez rozległe gazony, przez kwietniki, wśród starych drzew parku, nad nieruchomymi taflami stawów, aż daleko rozsypywały się w rżyskach cichnącymi szmerami.

Od lat wielu po raz pierwszy Prudy wydawały wielki bal. Okazje po temu były dwie: pani Matylda Tyniecka obehodziła swoje sześćdziesiąte urodziny, a obchodziła je tak uroczyście i tak hucznie z racji powrotu syna, który wreszcie zdecydował się na przyjazd do kraju, na ustatkowanie się i objęcie w posiadanie swoich Prudów.

Od sześciu lat nie pokazał się tu ani razu. Włóczył się po całym świecie, wciąż zmieniając uczelnie, hulając, wpadając w różne skandaliki, których echo zbyt często docierało aż do Wielkopolski i budziło w pani Matyldzie z trudem hamowany gniew.

– Wierz mi, Kate – mówiła do swojej siostrzenicy – że dużo w tym musi być przesady. Roger w gruncie rzeczy jest dobrym chłopcem.

A nawet w tej obronie Kate z łatwością wyczuwała gniew ciotki Matyldy. Już to, że jedynaka nazywała Rogerem, nie zaś jak zwykle Gogo, świadczyło o tym dobitnie. Poza tym owo miękkie i w jej głosie pełne ciepła „Keeit” w chwilach wzburzenia zamieniało się w krótkie i ostre „Kejt”. A Kate była zbyt inteligentna i zbyt subtelna, by tego nie wyczuć.

Pani Matylda zaś najbardziej obawiała się tego, by jej pupilka nie nabrała złego wyobrażenia o Gogu. Od dawna przeznaczyła ją w duchu na żonę dla syna. I bynajmniej nie dlatego, że nie mógłby on znaleźć lepszej partii. Dzięki swojemu bogactwu, dzięki swoim dziewięciu pałkom w koronie, dzięki wreszcie renomie światowca i nieprzeciętnej urodzie mógł sięgnąć po każdą. Kate Pomianówna nie miała nic. Ale jeżeli stara, doświadczona i mądra pani Matylda ją właśnie wybrała na synową, na przyszłą hrabinę Tyniecką i panią na Prudach, uczyniła to nie bez najgłębiej przemyślanych powodów. Kate bowiem w oczach pani Matyldy była doskonałością. Nie tylko zresztą w jej oczach.

W całym pałacu, w całych Prudach, w całej okolicy nie było nikogo, kto by na nią nie patrzył z zachwytem, kto by o niej nie mówił z uwielbieniem. Zarówno panie, jak i panowie, zarówno oficjaliści, jak i służba, zarówno ci, co znali ją od lat pięciu, odkąd przybyła do Prudów, jak i ci, co ujrzeli ją po raz pierwszy, wszyscy otaczali ją atmosferą nieustannej adoracji i jeżeli dziwili się czasem, to tylko temu, że nie mogą znaleźć żadnej skazy ani na jej piękności, ani w charakterze, ani w umysłowości. Jedna była tylko osoba, która nie uważała jej za doskonałość, lecz tą osobą była sama Kate.

Otóż pani Matylda Tyniecka drżała na myśl, że ten fenomen, ta wymarzona następczyni jej w Prudach, nad której wykształceniem i wychowaniem czuwała przez szereg lat, zostanie przez kogoś innego zdobyta, lub, co jeszcze gorsze, że Gogo, ten lekkomyślny chłopiec, nie pozna się na niej. Do dwudziestego ósmego roku życia, obijając się wśród płytkiej i hulaszczej młodzieży, mógł spaczyć swój gust i teraz przejść obojętnie obok tej cudownej Kate.

Obawy jednak były niepotrzebne. Kate i tym razem zwyciężyła, zwyciężyła od pierwszego spojrzenia. Gdy przed trzema tygodniami Gogo ujrzał ją po raz pierwszy przy stole, po prostu nie umiał ukryć wrażenia. Stał się zażenowany, zabawnie nadrabiał miną, bąkał coś pod nosem, palnął kilka niedorzeczności i nie spuszczał oczu z kuzynki. Po paru dniach odzyskał wprawdzie swobodę, ale przecież zgubił gdzieś bez śladu swój nonszalancki sposób bycia.

A teraz tańczył z nią prawie bez przerwy. Stara pani nie martwiła się, że zwraca to powszechną uwagę, uważała jednak za stosowne przywołać syna do porządku.

– Gogo, wiele panien podpiera ściany. Nie możesz wciąż tańczyć z Kate.

– Mamo – powiedział szeptem – ja... ją kocham.

Stara pani podniosła lorgnon do oczu.

– O?... Czy sądzisz, że jest to twoją wyłączną tajemnicą?...

Roger wzruszył ramionami.

– Nie zamierzam kryć się z tym. Gotów jestem powiedzieć to każdemu.

– Sądzę, że postąpisz rozsądniej, mówiąc to jej – z lekką ironią odpowiedziała pani Matylda i odeszła do grupy starszych pań. Po chwili zobaczyła, że Roger wychodzi z Kate na taras, i pomyślała: No, nareszcie.

Przez jedno mgnienie ogarnął ją niepokój: czy Kate nie odmówi mu ręki?... Ale już w następnej chwili uspokoiła się. To było zupełnie wykluczone. Taka dziewczyna jak Kate, z jej absolutnym taktem, z jej wysublimowanym obejściem, nie dopuściłaby nigdy do oświadczyn, gdyby nie zamierzała ich przyjąć. Ma już prawie dziewiętnaście lat, a umie rozumieć życie jak kobieta dojrzała.

I nie myliła się stara pani. Kate, wychodząc z Rogerem na taras, dobrze wiedziała, że kuzyn poprosi ją o rękę, i była zdecydowana oddać mu ją. Była zdecydowana, chociaż zespół uczuć, jakie żywiła dlań, nie wydawał się jej czymś dorastającym do miana miłości. Nie, nie była w nim zakochana. Miała dlań wiele życzliwości, sympatii, w ciągu tych trzech tygodni zdążyła polubić go i ocenić w nim te zalety, które miał niewątpliwie: szczerość, bezpośredniość, szerokość gestu i dumę w dobrym stylu. Nie z racji tych zalet jednak gotowa była zostać jego żoną, ale po prostu dlatego, że wyczuwała życzenia ciotki Matyldy, wobec której miała wiele zobowiązań natury moralnej i materialnej. Zresztą rozumiała sama, że małżeństwo z Gogiem będzie dla niej karierą.

Roger stał przy niej i mówił głosem, który drgał pomimo pozornego opanowania:

– ...kocham cię, Kate, jak jeszcze nigdy nikogo nie kochałem, jak nie kochałem samego siebie. Bądź moją! Nie będziesz moją żoną, będziesz moją królową... Kate!... Zaklinam cię, nie odmawiaj... To byłaby moja śmierć! Kate! Powiedz... powiedz... Nie odepchniesz mnie?...

– Nie, Gogo – odezwała się cicho.

Szalone szczęście zacisnęło mu krtań. W pierwszej chwili chciał ją porwać w ramiona, lecz zabrakło mu śmiałości. Stała przed nim jasna, wysmukła, z dobrym i rozumnym uśmiechem, w którym była jakby serdeczna łaskawość. Jej włosy koloru złocistej słomy, zaczesane gładko i spadające w długich lokach, nadawały twarzy wyraz dziewczęcy, prawie dziecinny, a szafirowe oczy patrzyły prosto, głęboko i odważnie. I Roger zrozumiał, że nie na próżno powiedział jej, że będzie jego królową.

Sama podała mu obie ręce. Całował je i szeptał porywczo:

– Boże, jaki ja jestem szczęśliwy! Kate! Kasieńko najdroższa! Jedyna... Obsypię cię brylantami, kwiatami... Zadziwię tobą świat, olśnię tobą świat!... Rozsadzi mnie chyba pycha, że mam taką żonę!... Kate!... Ubóstwiam cię, uwielbiam...

– Panienko Kasiu – odezwał się za nimi zdyszany głos. – Czy tu jest panienka Kasia?...

Pokojówka Herta wbiegła na taras i zawołała:

– Prędko, panienko, Michalince znowu zrobiło się niedobrze! Ledwie dyszy!

– Dobrze, już idę – skinęła głową Kate. – Przepraszam cię, Gogo. Muszę biednej Michalince zrobić zastrzyk kamfory.

Przeszła prędko przez salę balową, gdzie kilkadziesiąt par tańczyło kujawiaka, przez szereg pokojów, aż do kredensu, gdzie stała apteczka. Ostatnimi dniami często do niej musiała zaglądać. Stara, poczciwa Michalinka, niegdyś mamka i niańka Goga, a od lat klucznica w pałacu, zapadła na ciężką niedomogę serca.

W kredensie panował tłok i rejwach. Raz po raz wpadali lokaje z brzęczącymi od szkła tacami, w wielkie dzbany nalewano kruszon, orszadę, na kryształowych kloszach układano owoce i ciasta. Tu też pan Maciek kalkulował rozmieszczenie gości i przyjezdnej służby po pokojach gościnnych i oficynach, pochylony nad listą gości, raz po raz odrywał się od niej, by wydać dyspozycje, by wydzielić nowe paczki świec.

Pan Maciek był z tytułu pisarzem prowentowym, ale w rzeczywistości sprawował w Prudach tysiące różnych funkcji. Robił wypłaty, posyłano go na ważniejsze zakupy, jeździł do Poznania dla załatwiania rozmaitych spraw w urzędach, nadzorował służbę w pałacu, a podczas większych zjazdów stawał się czymś w rodzaju ochmistrza dworu, jako że pani Matylda miała doń pełne zaufanie. Pan Maciek był synem Michalinki i bratem mlecznym Rogera. Już z tego tytułu miał na całe życie zapewniony chleb w Prudach.

Kate, wyjmując z apteczki strzykawkę, eter i ampułki z kamforą, powiedziała:

– Niech pan Maciek nie zapomni o wstawieniu drugiego łóżka do pokoju czternastego.

– Tak jest, panienko. Pamiętam o tym.

– A teraz może pan Maciek zajrzy do swojej matki. Idę z zastrzykiem. Znowu czuje się, biedactwo, gorzej.

– Dziękuję, panienko. Ale teraz nie mam czasu. Jeżeli panienka pozwoli, to może później.

Zawsze był taki obowiązkowy, grzeczny i służbisty, wyprostowany jak struna w swoich długich butach, zielonkawych spodniach i frenczu.

Wprost z kredensu strome schody prowadziły na drugie piętro, gdzie mieściły się pokoje służbowe. Kate szybko przebiegła długi korytarz i weszła do niewielkiej schludnej izdebki. Niczym nieosłonięta żarówka zapełniała pokój jaskrawym światłem. Na wysokim łóżku w białej pościeli leżała Michalinka. Uśmiechnęła się do Kate, z trudem łapiąc oddech.

 

Puls przestraszył Kate. Był ledwie wyczuwalny. Z pośpiechem napełniła szprycę i zrobiła zastrzyk.

– Dziękuję, panno Kasiu – wyszeptała chora. – Ale chyba już tym razem nie pomoże... Niech panienka idzie, tam zabawa... bal... ślicznie panience w tej białej sukni...

– Posiedzę przy Michalince – pogłaskała ją po ręku Kate.

Przy sposobności sprawdziła puls. Nie poprawiał się i uznała za konieczne powtórzyć zastrzyk. Minęło kilka minut. Chora leżała z zamkniętymi powiekami i robiła wrażenie nieżywej. Niespodziewanie odezwała się:

– Już umrę...

– Będzie Michalinka żyła. Zaraz to przejdzie.

– Nie, panienko. To już koniec. Czuję, że koniec... Panienko... Panience jednej ośmielę się... w tej godzinie... wyznać... w oczy spojrzeć...

Kate była zdziwiona.

– O czym Michalinka mówi?

Widocznie pod działaniem kamfory umierającej przybyło trochę sił. Jej szept brzmiał teraz wyraźniej, a oczy patrzyły przytomnie.

– O grzechu moim, o strasznym grzechu... panienko... Niech Bóg będzie dla mnie miłosierny... Szatan mnie skusił i głupota moja... Szatan mnie skusił i głupota moja... Byłam wtedy młoda, młoda i głupia... Zawczoraj wyznałam na świętej spowiedzi i ksiądz kanonik kazał mi wyjawić prawdę... Tę moję grzeszną tajemnicę...

Przymknęła powieki, lecz zaraz podniosła je znowu i zapytała:

– Czy panienka wie, że byłam mamką młodego hrabiego?

– Owszem, wiem.

– Było to dwadzieścia osiem lat temu... Pani hrabina nie mogła karmić i zawołano mnie do pałacu... Przed miesiącem właśnie urodziłam mego Maćka... Zdrowa byłam, ładna i pokarmu miałam dość na dwoje. I mój syn zdrów był, a synek hrabiostwa jakiś słabowity... Pomyślałam sobie: a może nie wyżyje?... Co mój ma całe życie być w biedzie i w pracy... Szatan takie myśli podsunął... Tylko szatan... I wtedy zamieniłam ich. Tak, zamieniłam...

Kate zbladła i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w twarz umierającej.

– Jak to?... Jak to?... To znaczy?... Co Michalinka mówi?...

– To znaczy, że moim synem jest ten z nich, co teraz uchodzi za hrabiego Rogera Tynieckiego, a prawdziwym Rogerem Tynieckim jest Maciuś Zudra, pisarz prowentowy.

Kate siedziała jak skamieniała. Trudno było nie wierzyć tej kobiecie, a przecież nieprawdopodobieństwo, wręcz nonsens tej rzekomej prawdy, uderzało. Więc Gogo, z jego kulturą, z jego rasą, z jego manierami wielkiego pana, miałby być prostej wiejskiej dziewczyny, chłopki, która zaledwie czytać i pisać umiała?... Nie. To może być tylko maligna konającej!

Kate pochyliła się nad nią.

– Michalinko, proszę zastanowić się. Przecież to, co Michalinka mówi, jest nie do uwierzenia!

Stara kobieta potrząsnęła głową.

– To święta prawda. W obliczu Boga ją panience wyznaję. Zamieniłam te niemowlęta. Szatan podkusił... Całe moje życie od tego czasu było jednym cierpieniem i jednym strachem przed karą Boską! Nie raz, sto razy chciałam wyznać prawdę, ale odwagi nie starczyło. Dlatego i do spowiedzi przez tyle lat nie chodziłam. Bałam się. A co o mnie pani hrabina, panienka albo kto dobre słowo powiedział, to tak jakby mnie nożem w serce. Już nieraz chciałam się przyznać, ale zawsze on, Aleksander, straszył mnie i odmawiał: – Nie bądź głupia, co stało się, tego nie odrobisz, niech już tak zostanie. A to wypędzą cię i twego syna wypędzą, i zdechniesz z głodu, a jeszcze do więzienia pójdziesz...

Kate przetarła czoło.

– Jaki Aleksander?... O jakim Aleksandrze Michalinka mówi?...

– O jakimże, o tym złym duchu, o Żołoniu, co kamerdynerem u nieboszczyka pana hrabiego był.

– O tym starym Aleksandrze, co mieszka za folwarkiem na dożywociu?

– A o nim. On jeden wiedział. Przyłapał mnie, jakem dziecko wynosiła, i on jeden poznał po znaku rodzinnym. Ale młoda wtedy byłam i ładna, a on stary, złakomił się na mnie. To i przysiągł, że pary z gęby nie puści. Niech mi Bóg przebaczy, bo mój grzech większy...

Z całego chaosu i nawału tych okropnych nowin Kate wyłowiła jeden szczegół, który wydał się jej ważny.

– O jakim znaku rodzinnym Michalinka mówi?

– Na prawej nodze nad kostką, panienko, mam taką myszkę brązową i mój syn ją ma... Tak, panno Kasiu, tak. Grzech mój straszny, a dusza moja w ręku Boga. Niech mnie sądzi, niech ukarze, ale ludziom w oczy spojrzeć się nie ośmielę. Pani jednej to wyznałam. A nie wiedząc, czy zdążę przed śmiercią, już zawczoraj po spowiedzi wyznanie moje spisałam. Niech panienka sięgnie pod poduszkę i weźmie... Tam... jest książka do nabożeństwa... Spisałam...

Głos stawał się coraz cichszy... Kate zerwała się, szybko napełniła szpryckę i zanurzyła igłę pod skórę umierającej, której wargi poruszały się bezgłośnie i coraz wolniej. Po trzech minutach trzeba było dać nowy zastrzyk. Puls ustał zupełnie. Nagle ciało kobiety wyprężyło się, drgnęło i znieruchomiało.

Skonała.

Otwarte oczy patrzyły tępo, bezmyślnie, dolna szczęka opadła i język wysunął się aż poza wargi. Był to widok odrażający i Kate, jakby zahipnotyzowana jego potwornością, nie mogła odeń oderwać wzroku.

Po raz pierwszy widziała śmierć. Po raz pierwszy zrozumiała niedorzeczność tego wszystkiego, co ludzie nazywają życiem, a co jest tylko ciałem. Życie... Życie to coś nieogarniętego, nieprzeniknionego. Życiem tej kobiety był jej grzech i jej cierpienia moralne...

Co jest moim życiem? – zastanowiła się Kate.

Ale w korytarzu rozległy się kroki. Szybko sięgnęła pod poduszkę i wydobyła grubą, zniszczoną książkę do nabożeństwa. Między kartkami leżał złożony arkusik papieru zabazgrany niewprawnym pismem.

Drzwi uchyliły się, weszła Herta, rumiana, okrągła, z figlarną miną. Rzuciła okiem na łóżko, zbladła i krzyknęła:

– Jezus Maria!

Kate oprzytomniała.

– Cicho, Herto – powiedziała z naciskiem. – Michalinka umarła przed chwilą, ale nie trzeba o tym nikomu mówić. Dość będzie na to czasu jutro, gdy się goście rozjadą. Panią hrabinę i syna zmarłej zawiadomię sama. Potrafisz utrzymać język za zębami?

– Potrafię, panienko.

– Wierzę ci – skinęła głową Kate. – A teraz trzeba nieboszczkę ułożyć, zamknąć oczy i... to wszystko inne...

Kate wzdrygnęła się mimo woli i zapytała:

– Nie boisz się tego?

– A czegóż się tu bać, panienko... Tylko tak, myślałam, że jeszcze pani Michalinka pożyje.

Mimo woli mówiły szeptem. Po chwili Herta znalazła gdzieś chustkę i podwiązała zmarłej opadającą szczękę, zamykając oczy wyraziła zadowolenie: powieki nie zdradzały skłonności do ponownego otwarcia. Znacznie gorzej było w zeszłym roku, gdy umarła babka Herty. Wtedy trzeba było na powieki kłaść ciężarki, które leżały póty, aż zwłoki zesztywniały.

Kate, stojąc opodal w milczeniu, słuchała tej szeptaniny, przyglądając się czynnościom Herty, czynnościom systematycznym i spokojnym, przerywanym od czasu do czasu westchnieniem i jakąś sentencją o wartości życia doczesnego lub apostrofą do zalet zmarłej. Herta wyprostowała poduszki, ciało ułożyła równo, ręce zmarłej splotła na piersiach i między sztywniejące palce wcisnęła jakiś święty obrazek. Gdy już wszystko było gotowe, uklękła i zaczęła odmawiać modlitwy.

Kate machinalnie poszła za jej przykładem, lecz nie mogła się modlić. Przed kwadransem usłyszana tajemnica spadła na nią ciężarem, z którym nie umiała się uporać, który ją przeraził.

Z dołu przytłumione, lecz wyraźne dolatywały dźwięki walca.

– ...Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie... – półgłosem modliła się Herta.

Więc jakże to będzie, jak to jest możliwe – usiłowała skupić myśli Kate. – Wyzuto go z praw, pozbawiono majątku, pozycji społecznej, wykształcenia, strącono do roli trzeciorzędnego oficjalisty... A Gogo?... Przecież teraz będzie się musiał wyrzec wszystkiego. Stanie się od razu nędzarzem, nikim, jakimś panem Maciejem Zudrą... Jak wyjaśnić tę nową rolę?... Czy potrafi z nią się pogodzić, czy zdoła udźwignąć swój nowy los?... Gogo... Niewątpliwie jest dzielnym mężczyzną, ale czy ma dość hartu, dość woli, dość siły? A zwłaszcza czy nie przyjmie tego wszystkiego jako upokorzenia, jako policzka dla swej dumy, która tak często graniczyła z pychą. Syn prostej chłopki i niewiadomego ojca...

Będzie to dlań cios straszny. Kate przypomniała teraz sobie tysiące szczegółów z jego opowiadań. Słuchając ich, odnajdywała w nich zawsze nić tego snobizmu, który wydawał się jej niewinną przywarą. Gogo od niechcenia brylował nazwiskami swoich zagranicznych przyjaciół, niby mimochodem rzucał tytułami lordów, markizów i książąt, nazwami ekskluzywnych klubów, nazwiskami Bourbonów, Gonzagów, Habsburgów, uwagami o wykwintnych plażach i luksusowych hotelach.

Oczywiście snobizm ten w połączeniu z nazwiskiem Tynieckich i z dużymi dochodami był tylko nieszkodliwą śmiesznostką, która nawet w oczach Kate zasługiwała na milczące pobłażanie, ale czy nie zajął on w duszy Goga zbyt wiele miejsca, czy w tak radykalnie zmienionych warunkach da się usunąć, czy pustka, co po nim zostanie, da się czymś zapełnić i czym?

A dalej: jak poradzi sobie ze swymi nawykami i przyzwyczajeniami? Wydawał zawsze tak dużo pieniędzy. Nie był może rozrzutnikiem w ścisłym znaczeniu tego słowa, lecz nie umiał nigdy powstrzymać się od zaspokajania swych zachcianek, zachcianek bardzo kosztownych i nieraz graniczących z ekstrawagancjami. Pomijając już jednak te rzeczy, czy nie będzie dlań tragedią zrezygnowanie z dotychczasowej stopy życiowej, zwężenie swoich wydatków do takich dochodów, jakie będzie mógł osiągnąć własną pracą?...

Herta wstała, obtarła kilka konwencjonalnych łez z policzków i powiedziała:

– Chyba świece trzeba tu zapalić?

– Tak – skinęła głową Kate. – Weź te dwa lichtarze z zielonego gabinetu i przynieś.

Gdy pokojówka wyszła, Kate, opanowując nieprzyjemne uczucie, nachyliła się nad łóżkiem zmarłej i uniosła róg kołdry zakrywającej nogi. Umierająca powiedziała prawdę: nad kostką prawej stopy wyraźnie odznaczało się znamię rodzinne, brązowa plama w kształcie wydłużonego owalu.

Zakryła kołdrę i po ustawieniu świec, które przyniosła Herta, wyszła z nią razem na korytarz, ściskając w ręku kartkę, na której Michalinka spisała swoje wyznanie.

O jej śmierci najpierw zawiadomić pana Maćka. Oczywiście nie zamierzała bynajmniej ani jemu, ani komukolwiek w pałacu napomknąć bodaj słowem o tej tajemnicy. Należało to wszystko przemyśleć, sprawdzić, rozważyć.

W kredensie już Maćka nie zastała. Powiedziano jej, że jest w kancelarii lub też w garażach. Poszła tedy do swego pokoju, by schować w biurku list Michalinki. Potem zbiegła na dół, gdzie zabawa nabierała coraz żywszego tempa. Sala balowa była jedną masą par podrygujących w fokstrocie, w kilku pokojach grano w brydża, a z tarasu dolatywały śmiechy. W obu salach jadalnych kończono przygotowania do kolacji. Tu Kate zastała panią Matyldę. Odwołała ją na stronę i powiedziała:

– Bardzo przykra rzecz, ciociu. Michalinka umarła.

– Mój Boże! Umarła?

– Tak, zrobiłam cztery zastrzyki. Nic nie pomogło. Przy mnie skonała.

– Biedactwo. Panie, świeć nad jej duszą. Musiała mieć łagodną śmierć, bo to taka poczciwa kobiecina. Doprawdy wielka to dla nas strata. I to akurat teraz! A i ty, Kate, musiałaś być tym wstrząśnięta, moje złotko. Przestraszyłaś się, co?

– Nie, ciociu.

Pani Matylda wpatrywała się w oczy siostrzenicy, lecz nic w nich wyczytać nie mogła. Kate, pomimo tylu lat przestawania z ciotką, pozostawała dla niej nieodgadniona. Zawsze pogodna, zawsze miła i serdeczna, lecz niezmiennie odgrodzona od wszystkich jakąś taflą szklaną, jakąś nieuchwytną, niedotykalną przegrodą, przez którą niepodobna było dotrzeć do jądra jej duszy, odczytać jej myśli, poznać prawdziwe uczucia. Kate dawała tylko to, co dać chciała, a raczej to, co uważała za potrzebne, i komuś mniej przenikliwemu od pani Matyldy mogłoby się zdawać, że szczerość tej uroczej panny można nazwać najbardziej bezpośrednią otwartością. Pani Matylda zdawała jednak sobie sprawę z tego, że całe istotne życie wewnętrzne Kate pozostanie dla wszystkich zawsze niedostępne, że nic tej dziewczyny nie zdoła wytrącić z jej cudownej, wręcz nieludzkiej i przez to przerażającej równowagi.

Bywały chwile, gdy stara pani odczuwała w obcowaniu z siostrzenicą coś w rodzaju lęku, a w duchu zawsze przyznawała jej wyższość nad sobą, gdyż wiedziała, że te szafirowe, łagodne oczy ją samą, ją, starą i doświadczoną kobietę, przenikają do dna. I teraz pełna podziwu dla spokoju siostrzenicy, powiedziała:

– To dobrze, drogie dziecko. Widok śmierci zawsze pozostawia wstrząsające wrażenie. Dobrze, że przyjęłaś to spokojnie... Aha, trzeba się tym zająć, zapalić świece przy zwłokach... I oczy zamknąć...

 

– Już wszystko zrobione, ciociu.

– Jak to?... Ty, ty sama?...

– Nie, ciociu. Była tam Herta.

– No, chwała Bogu. Ale boję się jednej rzeczy: wiadomość o śmierci rozniesie służba i wystraszy nam gości.

– Nikt nie wie o śmierci Michalinki oprócz Herty, a Herta przyrzekła mi, że nie powie ani słowa. Jej można zaufać. To porządna i obowiązkowa dziewczyna.

– Że też ty zawsze o wszystkim pomyślisz! Dziękuję ci, Kate!

Tym razem „Keeeit” zabrzmiało w głosie pani Tynieckiej jeszcze cieplej niż zwykle. Pochyliła ku sobie głowę siostrzenicy i pocałowała ją w czoło.

– Jesteś prawdziwym skarbem.

– Ach, ciociu – wzruszyła ramionami z uśmiechem, który wywołał wdzięczność i zażenowanie. – Ale sądzę, że wypada o śmierci zawiadomić pana Zudrę.

– Kogo? – zdziwiła się pani Matylda.

– No, pana Macieja.

– Ach, Maciusia! Oczywiście. Zapomniałam zupełnie, że na nazwisko mu Zudra. Skąd ci przyszło do głowy tak go nazywać! Pawle! – zwróciła się do jednego ze służących – poszukaj no pana Maciusia i powiedz, że panienka go woła. Już ty to załatwisz, Kate. Biedny chłopak. Nie taki to drobiazg stracić matkę...

Twarz pani Tynieckiej nagle spochmurniała, brwi ściągnęły się i stała chwilę nieruchomo z oczyma wpatrzonymi przed siebie. Tylko palce jej ręki, opartej na lasce, poruszały się, ściskając złotą gałkę.

– A przecież Michalinka była młodsza ode mnie – powiedziała. – No... Tak... Idę do gości. Później zajrzę do nieboszczki...

I nie spojrzawszy na nikogo, odeszła wyniosła, lekko przygarbiona i czcigodna w swej czerni i w srebrnej siwiźnie włosów. Kate lubiła ją i szanowała.

Wkrótce zjawił się Maciej. Przyszedł z paczką papierów w ręku i prawie po wojskowemu prostując się przed Kate, zapytał:

– Panienka mnie wzywała?

– Tak – potwierdziła – mam panu do zakomunikowania smutną nowinę. Pan pozwoli tu.

Przeszła do sąsiedniego pokoju, gdzie nie było nikogo, i umyślnie zatrzymała się przed samym żyrandolem, by lepiej przyjrzeć się temu człowiekowi. Stanął przed nią w odległości trzech kroków. Był wysoki, zgrabny, miał regularne rysy, ciemnoblond włosy, zupełnie inteligentny wyraz twarzy i szare oczy. Widywała go od lat po kilka razy dziennie, ale teraz dopiero uświadomiła sobie dokładnie, jak wygląda. Jak wygląda... hrabia Roger Tyniecki...

– Panie Macieju – zaczęła. – Pan wie od doktora, że choroba pańskiej... matki to choroba bardzo niebezpieczna.

– Wiem, proszę panienki. Czy matce się pogorszyło?

– Nie, panie Macieju, pańska matka... umarła.

Młody człowiek nawet nie drgnął, tylko zbladł tak, że jego opalona na brąz twarz stała się szara.

– Umarła przed pół godziną – mówiła łagodnie Kate. – Nie męczyła się. Byłam przy jej śmierci... Proszę mi wierzyć, panie Macieju, że zrobiłam wszystko, co mogłam, by najdłużej utrzymać ją przy życiu...

– Och, ja nie wątpię, panno Kasiu... proszę panienki... Ja wiem... dziękuję...

W wybuchu wzruszenia chwycił jej rękę i pochylając się nisko pocałował końce palców dwa razy. Potem wyprostował się, cofnął się i wybąkał:

– Przepraszam, panienko. Ale już nie wiem, jak wyrazić panience moją wdzięczność... Panienka tak poświęciła się dla mojej matki, tyle serca okazała, tyle trudów...

– Zrobiłby to każdy na moim miejscu i nie ma o czym mówić, panie Macieju. Wszyscyśmy bardzo lubili śp. Michalinkę. Ciocia głęboko odczuła jej śmierć.

– Czy... czy umierając, nie chciała mnie widzieć?

– Widzi pan, koniec przyszedł dość nagle. Ale... jeszcze na chwilę przed śmiercią mówiła o panu... Niechże pan teraz zostawi to wszystko i pójdzie tam na górę.

Młody człowiek skinął głową.

– Dziękuję panience. A tu już wszystko załatwione i wina z piwnicy też wydane. Tylko mam jeden kłopot: lokaj pana hrabiego Adlerfelda i lokaj pana Stępińskiego, którzy mieli pomagać przy kolacji, popili się. Więc nie wiem jak...

Kate przerwała mu ruchem ręki.

– Niechże pan już się tym nie kłopocze. Dam sobie radę. I proszę ode mnie przyjąć wyrazy współczucia. Widzę, że pan bardzo kochał zmarłą.

W oczach jego błysnęły łzy.

– O, bardzo – powiedział jakby do siebie. – Tym bardziej że ona nigdy nie była szczęśliwa... Ja jeden odczuwałem to, że gnębi ją jakiś smutek...

Skłonił się niespodziewanie i szybko odszedł.

Kate długo stała zamyślona. Ten na wpół okrzesany oficjalista dworski o sztywnych manierach służącego, ten pisarczyk wkrótce już będzie właścicielem Prudów, hrabią, wielkim panem. Czy nie zechce wtedy tak, jak większość ludzi, których dzięki zbiegowi okoliczności los wyniósł wysoko, zemścić się na wszystkich tych, którym dotychczas musiał nisko się kłaniać?... Spadnie zeń ten uniform służbistości, ta liberia szacunku i co się ukaże?... Brutalny despotyzm, zarozumiałość, chęć poniżania innych?...

O, Kate nie myślała w tej chwili o sobie. Wiedziała dobrze, że z jego strony nie czeka jej żadna przykrość. Umiała doskonale odczuć sympatię, której nie ośmielał się jej okazywać, i życzliwość, której nie umiał zamaskować. Jeżeli traktował ją zawsze z najgłębszą czcią, wiedziała, że to nie z racji pozycji w pałacu. Lubili ją zresztą wszyscy i Kate byłaby zarówno zdumiona jak nieszczęśliwa, gdyby znalazł się ktokolwiek żywiący wobec niej nieprzyjazne uczucia. Zachwycone spojrzenia, serdeczne uśmiechy, ciepłe słowa wytwarzały wokół niej tę niezmiernie nasłonecznioną atmosferę, bez której nie umiałaby żyć.

Ale jak ten człowiek ustosunkuje się do swojej prawdziwej matki i do Goga? Czy nie zechce zemścić się za jego mimowolne uzurpatorstwo, za to, że zagarnął mu to, co jemu się należało, jemu, prawdziwemu panu Prudów?

Za dawnych lat wprawdzie byli towarzyszami wspólnych zabaw, mówili sobie po imieniu i podobno trwali w wielkiej zażyłości, póki Goga nie wysłano do gimnazjum. Gdy przyjeżdżał na wakacje, jeszcze – według określenia ciotki Matyldy – łobuzowali się razem. Ale z biegiem lat wzrastał między nimi dystans, musiał wzrastać. A teraz, gdy Gogo wrócił i witał go cały personel Prudów, od administratora i dyrektora cukrowni, a kończąc właśnie na Macieju Zudrze, Gogo – Kate widziała to – podał mu końce palców, zaśmiał się, poklepał łaskawie po ramieniu i zawołał:

– Ho, ho, czy to nie Maciej?... Jak się pan masz, Maciek?... i co robisz, jaką masz pan funkcję?...

Tamten skłonił się, poczerwieniał i powiedział:

– Dziękuję panu hrabiemu. Powodzi mi się dobrze, a pełnię funkcję pisarza prowentowego.

Czy za to powitanie nie zachował on nienawiści do Goga, jak i za cały ten ton, który wobec dawnego towarzysza zabaw przybrał od swego powrotu hrabia? Nie był to ton przyjemny. Dźwięczała w nim jakaś kpiąca poufałość. Nieraz przy matce i przy Kate Gogo przypominał Maciejowi dawne czasy, bezceremonialnie wywlekając wspólne psoty, zwierzenia, plany. Żenowało to Macieja, rumienił się, detonował, czuł przecież, iż te wspominki, które na pozór ich obu miały ośmieszać, w rzeczywistości nie dotykały hrabiego, a tylko słabszego partnera wystawiały na pośmiewisko.

Przed tygodniem zdarzył się jeszcze nieprzyjemniejszy wypadek. Gogo, zapoznając się stopniowo z gospodarstwem, zajrzał do tak zwanej małej kancelarii, domeny rządcy, pana Bartłomiejczaka, i pisarza Zudry. Kate towarzyszyła kuzynowi. Rządca był w polu. Natomiast pisarza zastali w małym, wybielonym pokoiku. Siedział pochylony nad stołem i coś pisał.

– Dzień dobry, Maciek – rzucił Gogo. – Już pan przy robocie?

– Moje uszanowanie panu hrabiemu, moje uszanowanie panience – zerwał się Maciej i pospiesznie zakrył zeszyt.

– A cóż tam pan piszesz? – Gogo końcem steeka wskazał na stół.

– To... proszę pana hrabiego... tak... moje prywatne rzeczy...

Był widocznie zmieszany, a Gogo zaśmiał się.

– Eee?... Chyba wyleczyłeś się pan z dawnego nałogu?... Chyba nie wiersze?... Co?...

Maciej poczerwieniał, a Kate, która organicznie nie znosiła przykrych sytuacji, zapytała: