Drugie życie doktora MurkaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Drugie życie doktora Murka
Drugie życie doktora Murka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Drugie życie doktora Murka
Drugie życie doktora Murka
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Drugie życie doktora Murka

Saga

Drugie życie doktora MurkaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1936, 2019 Tadeusz Dołęga-Mostowicz i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726235371

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział I

Pan Seweryn Czaban spieszył się. Biła właśnie ósma, a punkt o ósmej miał być na obiedzie u prezesa Bolińskiego. Gotowi mu spóźnienie policzyć na karb nieznajomości form towarzyskich, albo — co gorsze — lekceważenia. Tymczasem robił przecie, co mógł, by wydążyć. Ale dzisiaj właśnie wszystko się nań sprzysięgło. Nidenberg, łajdak! przyniósł zamiast solidnie obiecanej gotówki całą walizkę różnych papierów. Akcje, obligacje, weksle gwarancyjne. Obliczenie tego, sprawdzenie kursów giełdowych, targ o kupony — wszystko to musiało zająć przeszło godzinę czasu. W dodatku nad karkiem sterczała panna Wenzel, której musiał podyktować dwa listy w niezmiernie pilnych sprawach Zarządu Dóbr i Interesów książąt Zasławskich, których był plenipotentem, a szwagier, niepojętny cymbał, żądał szczegółowych instrukcyj na jutrzejszą licytację huty szklanej „Bolnix”, do czego miał w imieniu Czabana stanąć.

Jak na złość, żona przyszła tu też z molestacjami o auto. Chciała jechać na bal do Resursy Obywatelskiej, bo Tunka musi się tam pokazać przez wzgląd na młodego Szwowskiego. Pana Seweryna oczywiście nic to nie obchodziło, lecz nie mógł im odesłać samochodu, bo sam go potrzebował. Umówił się z paru dygnitarzami, że urządzi im dzisiejszej nocy bibę w „Krzywej Karczmie” pod Tarczynem, zamówił sobie zawczasu trzy dziewczynki z Dancing-Klubu, pod Tarczyn wysłał już szampan, homary, ostrygi i kucharza z „Oazy” i wprost z obiadu u Bolińskich miał jechać po dziewczęta. O zmianie tych planów nie mogło być mowy.

— Pojedziesz na bal taksówką — rzucił żonie zirytowany do ostateczności jej boleściwą miną — albo nie jedźcie wcale. I nie przeszkadzaj mi, do stu djabłów!... Na czem tam skończyliśmy, panno Wenzel?...

— ...na gwarancję hipoteczną Zarząd Dóbr zgodzić się nie może — odpowiedziała sekretarka, nie podnosząc oczu z nad papierów, by w ten sposób zaznaczyć swoje niezadowolenie z pryncypałowego stroju. Pomimo siwizny, długiego czerwonego nosa i okularów w cienkiej żelaznej oprawie uważała za nieprzyzwoitość ze strony szefa takie nieliczenie się z jej panieńską skromnością.

Pan Czaban w spodniach tylko, z majtającemi się ztyłu szelkami, krążył po gabinecie, dopinając oporne spinki w sztywnym gorsie koszuli. Szofer Bronisław stał przy drzwiach z frakiem w ręku, a pan Żołnasiewicz raz po raz przerywał Czabanowi dyktowanie pytaniami:

— Przepraszam cię, Sewerciu, więc ile w ostateczności mogę dać Kumejkowskim za odstąpienie od licytacji?

— Osiem, do cholery! Osiem, mówiłem już. Ani grosza więcej. Gdybym sam mógł tam być, zgodziliby się na sześć... Niech pani pisze: Jeżeli w przeciągu miesiąca nie otrzymamy od WPana rejentalnej zgody między Nim a Spółką Drzewną, będziemy zmuszeni wystąpić na drogę sądową... Tak. Z poważaniem. Teraz do Ministerstwa Rolnictwa. Powołując się na decyzję JWPana Ministra z dnia... nie pamiętam... znajdzie to pani w teczce... Zarząd Dóbr i t. d. ma zaszczyt...

— Przepraszam cię, Sewerciu — pokornym tonem przerwał znów szwagier — a jeżeli Kumejkowscy nie zechcą bez gotówki?

— To każ się im pocałować w ciepłe miejsce! — ryknął pan Seweryn i jednocześnie odwrócił się do żony: — Czegoty sterczysz nad moją biedną duszą! Djabli mnie wezmą! Nie zostawię auta, bo nie mogę. Bronisław! Kamizelka!

Zaterkotał telefon na biurku. Panna Wenzel podniosła słuchawkę, odezwała się i po chwili powiedziała:

— Dzwoni jakaś pani do pana dyrektora. Mówi, że w osobistej sprawie.

— Hallo?... Kto?... Aaa, dobry wieczór... Naturalnie, naturalnie... Tak... tak... tak...

Wszyscy przyglądali mu się z zaciekawieniem, ale ani z jego odpowiedzi, ani z wyrazu czerwonej mięsistej twarzy nie mogli wywnioskować, z kim mówi i o czem. Pani Czabanowa przyzwyczaiła się oddawna do niewypytywania męża o telefony. Bała się jego gniewu i przekleństw, których nie skąpił nikomu, ilekroć ktoś ośmielił się wtrącić do jego spraw czy interesów. Jedna Tunka umiała jako tako poradzić sobie z ojcem, ale i to nie zawsze.

Czaban skończył dyktowanie, instrukcje dla szwagra i ubieranie się jednocześnie i powiedział:

— Panno Wenzel, zabiorę panią i wysadzę w mieście przed naszem biurem. Tylko prędko. A ty, Józek, i ty — zwrócił się do szwagra i żony — uważajcie! W kasie są grube hopy. W razie, jeżelibym nie wrócił przed szóstą rano, weźmiesz Józek z kasy tę walizeczkę i jedź do Sosnowca. Bezpieczniej będzie zabrać w drogę Buczkowskiego. Panno Wenzel, pani go wytelefonuje, by stawił się tu punkt szósta rano. W biurze zastąpi go Markiewicz. Bronisławie, jedziemy.

Wraz z wyjściem pana Seweryna w całej willi zapanował spokój. Systematyczny pan Żołnasiewicz otworzył kasę, sprawdził zawartość walizki i zamknął ją spowrotem. Pani Czabanowa kazała nakrywać do stołu kucharce, bo pokojówka zajęta była przeszywaniem haftek w balowej sukni Tunki. Tunka leżała w pidżamie na tapczanie w hallu i czytała książkę.

Pani Sewerynowa siadła przy niej i przyglądała się córce z nabożnym podziwem, aż ta poruszyła się niecierpliwie:

— O jej, mamo! Nie wlepiajże się we mnie. Wiesz, że tego nie znoszę.

— Ależ ja wcale nie... Tak tylko, moje drogie dziecko.

— No, to idź już! Zostaw mnie, bo to mi przeszkadza.

— Dobrze, dobrze, kochanie. Myślałam, że może czego potrzebujesz. Wiesz, że ojciec nie odeśle nam auta. Taki uparty.

— Pewno potrzebne mu. Weźmiemy taksówkę.

— Trzeba będzie posyłać Paulinkę, bo przecie na tem odludziu za żadne pieniądze się nie znajdzie. Już przyznam się, że obrzydło mi mieszkanie na końcu świata. Tyle kosztowała ta willa!... Mój Boże! Ale czy to twemu ojcu można przemówić do rozsądku?... Zakrzyczy, wydrwi, narobi hałasu...

— Oj, nudzisz mamo! — rozkapryszonym tonem zamruczała Tunka.

Pani Helena pogłaskała córkę po włosach, westchnęła i poszła do sypialni sprzątać rozrzuconą mężowską garderobę. Zawsze tak było. Kiedy jako młode małżeństwo mieszkali w odnajętym pokoiczku na czwartem piętrze, kiedy w koszarach zajmowali służbowe mieszkanie oficera intendentury, kiedy mieli oficynę w Cieńczy u książąt Zasławskich, a później apartament na Wilczej, a teraz kiedy usadowili się we własnym pałacyku na Skolimowskiej, Seweryn wszystkie rzeczy doprowadzał zawsze do krańcowego nieładu, a ona musiała wiecznie sprzątać i tem więcej miała z tem roboty, im było więcej rzeczy, im byli bogatsi. Narzekała na to już z nałogu, bo prawdę powiedziawszy, bez tego zajęcia nie wiedziałaby, co z sobą zrobić. Dawniej musiała gotować, prać, cerować, prasować mężowskie ubranie, dziś odebrała to jej służba. Dawniej wolne chwile spędzała z małą córeczką lub na pogawędkach z sąsiadami, dziś córeczka wyrosła i miała własne życie, a sąsiadek nie było, bo nowa willa stała zdala od innych na krańcu miasta. Domowa służba i stary stróż, pełniący również obowiązki ogrodnika — oto wszystko. Brat, w rodzinie zwany niezdarzonym Józkiem, przygarnięty z łaski przez Seweryna, nie cieszył się sympatją rodzonej siostry. Pani Helena w głębi duszy bolała nad każdem ubraniem mężowskiem, wcale jeszcze dobrem, które wędrowało do szafy Józka, bolała nad każdym kęskiem jedzenia, czy kieliszkiem drogiego koniaku, który bezpowrotnie znikał w jego wnętrznościach.

Ale cóż mogła na to poradzić! Pan Seweryn nie znosił oszczędności, rozrzucał pieniądze na prawo i lewo, lubił żyć, lubił się pokazać, lubił rozkazywać, a rozkazywać mógł tylko tym, których uzależniał od siebie, zależność zaś polegała na nieustającym strumieniu pieniędzy, płynących z jego kieszeni do kieszeni innych. Uważał się za genjalnego businessmana, za finansistę w wielkim stylu, za mistrza w interesach. I rzeczywiście dotychczasowe jego powodzenie zdawało się to potwierdzać.

— Rozrzucam pieniądze garściami — lubił mawiać — a zbieram je koszami.

Nie wszyscy zachwycali się tym systemem Seweryna Czabana. Pani Helena nieraz od rozmaitych ludzi słyszała nie obwijane w bawełnę opinje mocno krytyczne. Byli i tacy, co radzili jej koniecznie odkładać co się da i kryć to przed mężem, bo bankructwo nie minie go wcześniej czy później. Kto jak warjat rzuca się na najszaleńsze ryzyka, kto pakuje bez namysłu setki tysięcy w najbardziej wątpliwe imprezy, musi źle skończyć.

Tak poważna osobistość, jak prezes Boliński mówił przecie Sewerynowi w oczy:

— Pan nie masz pojęcia o interesach, pan masz tylko szczęście.

Tak pocichu myślała i pani Helena. Przecież nieraz widziała jak Seweryn uzależniał własną decyzję w różnych ważnych sprawach od tego, czy wyszedł mu pasjans, czy nie, lub czy w pudełku miał parzystą liczbę zapałek. To też, o ile się dało przed mężowskiem okiem ukryć, oszczędzała na wszystkiem i składała w banku. I cóż z tego, skoro po kilka razy do roku zdarzały się takie sytuacje, że mąż nie miał grosza przy duszy. Nie tylko nie dawał na utrzymanie domu, lecz pożyczał od służby, od szofera, od stróża Malcerka wszystko, co mieli. Samochód, meble, wszystko było „opisane”, na hipotece willi rosły krociowe zapisy, biżuterja wędrowała do lombardu, w sklepach brało się na kredyt, no i oczywiście Seweryn przychodził i mówił krótko swoim tonem nieznoszącym sprzeciwu:

 

— Helka, potrzebuję forsy! Ile masz w banku?

W dwie minuty później miał już w kieszeni czek na całą tak pracowicie uzbieraną sumkę, a pani Helena wybierała się już na żebry pod kościół, nie polegając na wybornym humorze męża, niepoprawnego optymisty.

I nagle interes dochodził do realizacji, forsa spływała rzeką. Spłacało się długi, po knajpach i w willi na Skolimowskiej lał się szampan, Tunka wybierała sobie u jubilerów brylanty wielkości orzecha, pani Helena pociła się w Adrji w pelerynie z czarnych soboli, a orkiestry po wszystkich lokalach rżnęły całemi nocami „Ej szaraban mój, amierikanka, a ja diewczonka, a ja cyganka”.

A pan Seweryn Czaban wypijał „pod tę melodję” nieskończone ilości najdroższych trunków, podejmował szeroko po kilkanaście osób różnego pokroju i autoramentu i sypał, sypał pieniądze garściami.

W rezultacie nikt, nie wyłączając pani Heleny, nie wiedział, co i ile ma pan Czaban. Kupował majątki, kamienice, całe fabryki, place, udziały w różnych przedsiębiorstwach, kupował sumy w procesach, przeprowadzał windykacje spadków, pośredniczył w grubych pożyczkach, sprzedawał, zamieniał, wydzierżawiał, grał na giełdzie, robił kokosy lub tracił na stajni wyścigowej, elektryfikował jakieś miasteczka, parcelował jakieś tereny, obracał miljonowemi kwotami i żył w tem, jak w ukropie, nie chcąc, nie umiejąc, wprost nie mogąc odpocząć. Zdrowy i silny pomimo zbliżającej się pięćdziesiątki, potrafił trzy noce z rzędu być w drodze dla ubicia jakiegoś interesu i drugie trzy hulać, przesypiając urywkami po dwie, trzy godziny na dobę. Jedyne swoje stałe stanowisko, stanowisko plenipotenta książąt Zasławskich, traktował jako rzecz drobną i uboczną, chociaż dawała mu wcale pokaźny i stały dochód.

Ilekroć koło Tunki zaczął się kręcić jakiś odpowiedniejszy młody człowiek, pani Helena naciskała męża:

— Przecie muszę, Sewerynie, wiedzieć, ile dasz posagu Tunce? Od tego zależy jej przyszłość!

— Powiedz, kto i ile chce — odpowiadał pan Seweryn — i na jaki termin ma być forsa, a będzie.

Sam nie lubił wchodzić w te matrymonjalne projekty, chociaż córkę kochał bardzo. W jej wychowaniu też nie zabierał głosu. Postawił tylko jedną zasadę:

— Niech dziewczyna robi, co się jej podoba. Żadnych zakazów, żadnego pilnowania. W pilnowaniu można dojść do „czortików”, a dziewczyna, jeżeli zechce, to i tak się puści. Niech ma własny rozum. Głupiego i tak nie nauczysz, a mądremu nauki nie trzeba.

Pani Helena była wręcz odmiennego zdania, ale jej zdanie w tym domu nic nie znaczyło. Gdy wychodziła za Seweryna, młodzieniaszka w wyświechtanym garniturku, pochodzącego niewiadomo skąd, przystojnego wprawdzie i energicznego, lecz niewykształconego i o prostackich manjerach, sądziła, że wyświadcza mu łaskę, że z wdzięczności będzie ją na rękach nosił. Bądź co bądź była córką dyrektora gimnazjum w Smoleńsku, człowieka ogólnie szanowanego i szlachcica. Pozatem miała rentę, skromną wprawdzie, ale wystarczającą na życie. A że nie tylko wykształceniem, wychowaniem i pochodzeniem przewyższała męża, bo była odeń o sześć lat starsza, przewidywała, że w małżeństwie z Sewerynem ona będzie zawsze górą. Tak też i było przez ten krótki czas, póki żył ś. p. pan Żołnasiewicz i płacił rentę, ale wraz z jego śmiercią i z wyjazdem ze Smoleńska do Petersburga zmieniło się wszystko radykalnie.

Z biegiem czasu przyszła zamożność, a nawet bogactwo, lecz pani Helena nie umiała niem się cieszyć. Bała się drogich sukien, które można poplamić, porcelanowych wazonów, które tak łatwo było stłuc, kosztownych mebli i antyków, kryształów i sreber, których pełen był dom, ogromnej kasy ogniotrwałej, od której klucze lekkomyślny Seweryn zostawiał jej bratu. Bała się, że służba wyjada różne smakołyki ze śpiżarni, że pan Żołnasiewicz wypija resztki z butelek, bała się też złodziei, to też drzwi w willi były opancerzone i wzmocnione wielkiemi ryglami, a okna zabezpieczone mocnemi żelaznemi okiennicami zamykanemi odwewnątrz. Codziennie wieczorem pani Helena osobiście sprawdzała, czy wszystkie okiennice są pozamykane i czy działa dzwonek alarmowy do stróżówki Malceraka, a tego dnia robiła to tem skrupulatniej, że Seweryn przed wyjściem wspomniał o „grubych hopach”, znajdujących się w szafie pancernej.

W chwilach takiego strachu, z których mąż kpił zawsze, nawet na swego brata patrzyła życzliwiej. Bądź co bądź był jedynym mężczyzną w domu. To też gdy pomimo dwukrotnego dzwonienia do stróżówki Malcerak się nie zjawiał, pani Helena weszła do gabinetu, gdzie Żołnasiewicz wpisywał coś do ksiąg buchalteryjnych i powiedziała:

— Mój drogi Józiu! Obawiam się, że dzwonek do Malceraka zepsuł się. Czybyś nie poszedł sprawdzić?

— Dajże, kochanie, spokój — skrzywił się Żołnasiewicz, podciągając pod krzesło swoje długie nogi i nerwowo gładząc się po łysinie — jutro raniutko wyjeżdżam a roboty huk.

— Kiedy, widzisz, Józiu, ja mam jakieś złe przeczucie...

— Co drugi dzień masz złe przeczucia.

— Tak, ale patrz, już po dziesiątej, a nie słychać psów w ogrodzie.

— Bo deszcz leje. Psy siedzą gdzieś w kącie.

Pani Helena stała jeszcze chwilkę i nagle zawołała z gniewem:

— Żadnego pożytku z ciebie nie mamy.

I w tej chwili zgasło światło. Zgasło jednocześnie w całej willi.

— Jezus, Marja! — krzyknęła pani Helena. — Co to jest?!

— Mamo! — rozległ się z hallu głos Tunki — Światło się zepsuło.

— Nieszczęście! — jęknęła pani Helena.

— Żadne nieszczęście — zirytował się pan Żołnasiewicz — poprostu woda zalała przewody tak, jak w zeszłym tygodniu. Gdzie są świece?

— W kredensie, ale ja tam nie pójdę za żadne skarby.

— Więc daj klucze.

Pan Żołnasiewicz zapalił zapałkę i przy jej pomocy dobrnął do sypialni gospodarza, gdzie na nocnym stoliku znalazł elektryczną latarkę.

— Zadzwoń najpierw do pogotowia elektrycznego — niecierpliwiła się pani Helena.

— Właśnie to chcę zrobić. Gdzieś tu na biurku musiała być ich kartka. A, jest.

Podniósł słuchawkę i trzymał ją przez chwilę przy uchu:

— Stacja się nie odzywa! — mruknął.

— Jakto się nie odzywa! Pozwól! — wyrwała mu słuchawkę i spojrzała nań z ironją, bo właśnie rozległ się sygnał stacji. Nakręciła numer i usłyszała spokojny niski głos:

— Hallo, tu Pogotowie Elektryczne.

— Proszę pana! Proszę prędzej przysłać kogoś, bo nam się znowu światło zepsuło. Dobrze?

— Ale podajże adres — powiedział pan Żołnasiewicz.

— Aha, prawda, ulica Skolimowska dwa, willa dyrektora Czabana.

— Zapisane — odpowiedział głos — Wysyłamy elektromontera taksówką. Za kilka minut u państwa będzie.

— Chwała Bogu! — odetchnęła pani Helena. — Jakbyśmy się pociemku przebierały na bal. Daj mi tę latarkę. Pójdę po świece. To rozpacz mieszkać na tem odludziu.

Pani Helena wyjęła świece, dała jedną do kuchni, dwie do jadalni, dwie do hallu Tunce i ostatnią zaniosła bratu do gabinetu.

— Kończ prędzej — powiedziała — bo trzeba siadać do kolacji. Czy ten elektrotechnik prędko przyjedzie?... Bo moglibyśmy zatrzymać jego taksówkę. To nawet niezła myśl. Poco Paulinkę na deszcz pędzać po inną, skoro będzie ta. Jak myślisz, czy on naprawi łatwo?... Bo jeżeli tak, moglibyśmy ewentualnie z kolacją zaczekać?

Pan Żołnasiewicz, który już zdążył zabrać się do roboty, chwycił się za resztki włosów:

— Kobieto! Pozwolisz mi pracować? Mnie głowa od tych liczb pęka, a ty mi z kolacją!

— Tylko nie podnoś głosu! Też!

— Zobaczysz, co ci Seweryn powie, gdy nie skończę na czas! — zagroził pan Józef.

I to poskutkowało. Pani Helena wyszła. Słyszał zdaleka jej narzekania w jadalni, gdzie nakrywano do stołu i w hallu. Usiłował odczytywać pośpieszne i zagryzmolone notatki szwagra, lecz przy świecy przychodziło mu to z wielką trudnością. Minęło tak może pięć, czy dziesięć minut, gdy do jego uszu dobiegło kołatanie do drzwi frontowych.

— Mamo, ktoś stuka od frontu — zawołała Tunka.

— To pewno ten monter, ale czemuż nie dzwoni?

— Idjotka — pomyślał pan Żołnasiewicz — przecież dzwonki nieczynne.

Słyszał, jak pokojówka Walercia, przebiegła do przedpokoju i swoim kokieteryjnym głosikiem dopytywała się, kto tam? Jak otwierała zasuwy i rygle.

I nagle przeszył powietrze jej ostry krzyk:

— Jezu!...

Jednocześnie zaszomotało się coś gwałtownie i czyjś męski ochrypły głos wrzasnął:

— Ręce do góry! Stać, bo strzelę!

Pan Żołnasiewicz zerwał się, jednym susem dopadł drzwi, zatrzasnął je i przekręcił klucz w zamku.

— Bandyci! — przemknęło mu przez głowę i w jednej sekundzie zorjentował się, że pozostaje mu jedyna droga ucieczki przez sypialnię, sionkę i boczne małe drzwi, a potem przez ogród i na puste tereny przy ulicy Morskiej.

Rzucił się też w stronę sypialni, lecz nagle wstrzymał się. Przypomniał sobie cenną walizeczkę zamkniętą w kasie pancernej. Właśnie otworzył ją, gdy do drzwi załomotały czyjeś pięści:

— Otwierać!

Żołnasiewicz porwał walizeczkę, zatrzasnął kasę, w ciemnej sypialni zaplątał się w portjerze, przyczem spadły mu okulary. Całą nadzieję pokładał w tem, że grube dębowe drzwi gabinetu zabiorą napastnikom dużo czasu. W sionce odsunął rygle, nacisnął klamkę i tuż przed nosem ujrzał lufę rewolweru. Chciał krzyknąć, lecz ze strachu nie mógł wydobyć z siebie głosu, tylko automatycznie podniósł ręce do góry upuszczając walizkę, która koziołkując po schodach zsunęła się na ziemię.

Ciemna postać ociekająca deszczem i w czarnej masce na twarzy, nie spuszczając rewolweru, warknęła:

— Masz szczęście... Uciekaj...

Żołnasiewicz zawahał się. Nagle wewnątrz willi rozległy się przytłumione strzały.

— Prędzej — zaryczał człowiek w masce i jakby ze złością pchnął go lufą w piersi. Żołnasiewicz jęknął z przerażenia i skoczył w bok, wywrócił się twarzą w mokrą trawę, poderwał się i mknął przez ogród ku tylnej furtce, gubiąc po drodze nocne pantofle i kłapiąc zębami ze strachu i z zimna. Biegł zaś coraz szybciej wytężając resztki sił, gdyż najwyraźniej słyszał, że ktoś pędzi za nim.

— Rozmyślił się — przemknęło mu przez głowę — i chce mnie zabić!

Na szczęście dopadł furtki wychodzącej na ulicę Morską. Udało mu się namacać i odciągnąć ciężką zasuwę, wypadł, skręcił w prawo, usłyszał jeszcze za sobą powtórne klapnięcie furtki i szybkie kroki oddalające się w przeciwnym kierunku. Wówczas odzyskał przytomność i chociaż nie zwolnił biegu, zaczął krzyczeć rozdzierającym głosem:

— Bandyci! Ratunku! Bandyci!...

Ale pusto tu było i tak cicho, że jego wrzask dobiegł nawet do uszu człowieka uciekającego w przeciwną stronę. Ten przyśpieszył kroku, zwolnił dopiero przy końcu, a raczej przy zakręcie ulicy. Tu już były latarnie. Po obu stronach ciągnęły się wysokie drewniane parkany. Zawrócił w pierwszą poprzeczną uliczkę na lewo, przebiegł kilkaset metrów, skręcił w prawo i znalazł się w pustem polu. Nogi grzęzły po kostki w rozmiękłym gruncie kartofliska, od południa ciągnęła cuchnąca woń:

— Zwalne glinianki — skonstatował.

Wiedział już teraz gdzie jest. Jeszcze kilkaset kroków i zatrzymał się na zboczu olbrzymiego zsypiska śmieci. Dopiero teraz zauważył, że wciąż w prawem ręku zaciska kolbę rewolweru, a w lewem trzyma walizkę, porzuconą przez tamtego w willi.

— Poco ja ją wziąłem? — zdziwił się i już zamachnął się, by cisnąć walizkę do glinianki, gdy opamiętał się. — jest lekka, nie utonie i będzie pływała powierzchu. Jawny ślad dla policji, że tędy uciekałem.

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zakopać jej w śmieciach, gdy olśniła go myśl:

— Tam mogą być pieniądze!

Przecie tylko poto poszedł na tę wyprawę, tylko dlatego zdecydował się zostać bandytą. Przecenił swoją odwagę. Nie, nie odwagę, lecz nerwy. Nie mógł strzelić. Pierwszy raz w życiu widział tego łysego faceta, pewno właściciela willi. Nic go ten burżuj nie obchodził. A jednak nie mógł strzelić. Puścił go żywcem, drań narobi alarmu. Zepsuł cały plan, całą wyprawę. Czy tamci zdołają uciec?... Piekutowski może, bo pilnował od kuchni, ale Czarny Kazik i Majster mieli robotę w środku. Teraz pewno już tam jest policja.

— Jeżeli ich złapią — pomyślał — to sypną mnie, jak amen w pacierzu. Popierwsze zechcą się zemścić, że im nawaliłem, a podrugie, cóż ja ich obchodzę. Taki Czarny Kazik widział mnie pierwszy raz w życiu, a Piekutowski i Majster tyle o mnie dbają co o zeszłoroczny śnieg.

 

Nie uważali nawet za potrzebne wtajemniczyć go we wszystkie szczegóły. Wiedział tyle, że w willi tego Czabana obłowią się, że druty elektryczne i telefoniczne będą przecięte, że w domu będzie tylko jeden mężczyzna i cztery kobiety, bo z drugim mężczyzną, z ogrodnikiem miał się już wcześniej załatwić Piekutowski. A jemu? Jemu kazali pilnować przy małych drzwiach i zastrzelić każdego, ktoby tamtędy próbował uciekać. Do odwrotu miał być gwizdek.

— Gwizdka nie słyszałem — skonstatował — ale strzelali! Musieli tam pozabijać te baby, bo facetowi ja dałem zwiać.

Rozejrzał się i postanowił obejść miasto, by polami wyjść aż do Wisły, a stamtąd do Czerniakowa. W Czerniakowie nikt nie będzie łapał bandytów ze Skolimowskiej, a pozatem miał tam już od dawna swoją doskonałą kryjówkę na tyłach posesji, gdzie był skład drzewa. Tam w fundamentach po spalonym domku znalazł kiedyś doskonały schowek, w którym postanowił ukryć zdobytą przypadkowo walizeczkę.

Do Wisły jednak był kawał drogi, a że dla ostrożności należało kluczyć, stracił dobre dwie godziny, nim dotarł na miejsce. Wypłókał w rzece buty i mankiety spodni, poczem wyłamał nożem zamki w walizeczce, wsunął się z nią pod stare czółno, wywrócone na brzegu do góry dnem i zapalił zapałkę.

Ucieszył się i zmartwił się jednocześnie: wewnątrz były różne akcje i obligacje, całe paczki weksli i tylko niewiele ponad dwa tysiące gotówki w stuzłotowych banknotach. Rozumiał doskonale, że reszta poza gotówką nie przedstawia dlań żadnej wartości. Oczywiście ów Czaban ogłosi zastrzeżenie i każdego, kto z tem przyjdzie do któregokolwiek banku, czy kantoru wymiany, odrazu przymkną. Może kiedyś, po latach da się to spieniężyć, ale on przecie chciał wyjechać zaraz zagranicę.

— Właściwie dlatego tylko zdecydowałem się pójść na rabunek — mruknął do siebie i zastanowił się.

Czy rzeczywiście dlatego?... Tak wiele złożyło się na to przyczyn. Więc co?... Czy Arletka, kochanka Czarnego Kazika?... Czy chęć wyjazdu z nią i beztroskiego życia?... Czy pragnienie odbicia się za dwuletnią straszliwą nędzę?... Czy chęć zemsty na tych, co opływają w dostatkach, na burżujach?... W myśl zasady bolszewickiej: rabuj zrabowane?... Czy chciał tem przypieczętować utratę już wszelkiej wiary, wszelkich ideałów, wszelkiego szacunku dla tak zwanych bliźnich, dla burżujów zarówno jak i dla proletarjuszów?... I dla samego siebie?

Tak! Chciał jednym zamachem, jednem targnięciem wydrzeć z siebie tę jadowitą narośl, to sumienie! Chciał raz na zawsze zatrzasnąć za sobą drzwi, by nie było odwrotu! Jednem cięciem odrąbać wszystko, co łączyło go z dawnym światem i rozpocząć nowe życie. Drugie życie!

Jeżeli zdecydował się na rabunek, na morderstwo, to tylko dlatego, że musiał sam siebie przekonać, że potrafi przejść na drugi brzeg, że potrafi spalić mosty, że może zostać łotrem; że nie powlecze się za nim jak kula u nogi ta etyka, która ściągała go w dół; że skoro tamto życie, życie człowieka uczciwego stało się dlań niepodobieństwem, bezmyślną wegetacją na ruinach, niegodną jednego dnia, jednej godziny, zdoła odnaleźć sens i cel drugiego życia! Że zdoła skoczyć przed siebie równemi nogami i nie zachwiać się!

Postawił wszystko na kartę, na ślepo skoczył w przyszłość, gdyż bał się wejść w nią wolno. Bał się tego, że się cofnie. Wystawił się tedy na najostrzejszą próbę.

— I przegrałem — stwierdził głośno.

Nie mógł nacisnąć cyngla, nie mógł zabić. Próba zawiodła.

— Bandytą być nie potrafię...

I nagle zastanowił się: a czemże jest teraz, w tej chwili? Nie to ważne, iż jest w posiadaniu cudzych pieniędzy, nie to ważne, że z punktu widzenia prawa i społeczeństwa stał się zbrodniarzem, lecz tylko to, że nic sobie nie ma do wyrzucenia, chyba ową słabość w chwili, gdy należało nacisnąć cyngiel. To ważne, że nie odczuwa najmniejszych wyrzutów sumienia, że — przyłapał siebie na tej myśli — nawet spólników, z którymi dokonał napadu, zamierza oszukać i całą zdobycz zachować dla siebie. Nie przez chciwość, lecz poprostu dlatego, że uważa ich za taki sam objekt do obłupienia, jak i owego właściciela willi.

Zaśmiał się głośno, a jego śmiech zabrzmiał głucho w pustem pudle wywróconej łodzi.

— Jestem wolny — powiedział jeszcze kilka razy — jestem wolny.

Wsłuchiwał się w swój głos z zaciekawieniem, jakby słuchał kogoś obcego i nieznanego.

Potem wyczołgał się, zamknął walizkę, wsunąwszy najpierw gotówkę do kieszeni i odszukał w pobliżu fundamenty po spalonym domu. Na dole w kącie odgarnął gruzy, znalazł drzwiczki pieca, który kiedyś zapewne ogrzewał suterynę i wsunął do środka walizkę. W schowku tym już miał jeden skarb, ukryty tu niedawno. Była to koperta z bardzo cennemi dokumentami szpiegowskiemi. Wysłany przez egzekutywę Partji Komunistycznej na prowincję, miał te papiery przywieźć i oddać. Przywłaszczył je, jednak nie dla zysku. Przecie sam nie wiedział właściwie, co z niemi zrobić. Nie oddał ich towarzyszowi Bigelsteinowi, ani innym z C. K. W., bo przestał w nich wierzyć. Był najlojalniejszym komunistą, póki nie przekonał się, iż góra partji to dranie i pasorzyty nie lepsze od kapitalistycznych łajdaków. Że szeregowi członkowie partji są stadem owiec, tumanionych ideałami komunistycznemi, a przywódcy robią majątki na szpiegostwie i na kradzieży grosza partyjnego. Dlatego nie oddał tej koperty, chociaż wiedział, że naraża się na podejrzenia. W duchu gardził dziś tak samo proletarjatem, jak i burżujami, nienawidził tak samo państwa, jak i komunizmu. Nienawidził ludzi. Jedni wydarli mu chleb i dach nad głową, inni pozbawili go wiary w moralny sens życia: zapluli jego ideały, patrjotyzm, poczucie sprawiedliwości, miłość i ojcostwo, ukochanie biedaków, chęć poświęcenia się — wszystko.

To oni, oni zniszczyli go, wdeptali w błoto, wyzuli z tego w co wierzył, co czcił i co kochał. Zrobili zeń swego wroga. Zapędzili w matnię, jak dzikie zwierzę, by tu poznało, że ma kły i pazury. I zwierzę poznało, że jest drapieżnikiem...

Dniało już, gdy doszedł do śródmieścia. Ulice były puste, deszcz nie przestawał padać. Ubranie przemokło do nitki. O powrocie do mieszkania na Solcu nie mogło być mowy. Jeżeli tamtych nakryli w willi Czabana, mieszkanie pani Koziołkowej już jest obstawione policją. Jeżeli Czarny Kazik, Piekutowski i Majster zdołali zbiec i zatrzeć ślady, to sami natrafią nań teraz. Dostanie kulą w łeb, lub nożem w plecy, zanim zdąży słowo na swoje usprawiedliwienie powiedzieć. Wprawdzie nie mają żadnych dowodów przeciw niemu. Nie wiedzą nic o walizce, ani o tem, że pozwolił uciec owemu łysemu. Jednak już samo to, że nie wytrwał przy drzwiach, że przez to zepsuł im całą robotę, wystarczy takim ludziom, jako uzasadnienie zemsty. Zresztą pewno o wszystkiem dowiedzą się z gazet.

— I ja się dowiem, — zakonkludował, — a wtedy będzie czas pomyśleć, co robić dalej.

Narazie miał tylko jedną i to wcale wygodną kryjówkę: partję. Władze partyjne wprawdzie nie darzą go obecnie przesadną życzliwością, ale wśród szeregowych członków nikt nic nie wie i wiedzieć nie może o tem, że góra ma doń pretensje za niedostarczenie owej szpiegowskiej paczki planów. Znają go, jako jednego z wybitniejszych komunistów, towarzysza Garbatego. I każdy udzieli mu schronienia. Po krótkiem wahaniu, zdecydował się na towarzysza Kuzyka, który miał swój warsztat stolarski przy mieszkaniu, a w warsztacie telefon. Sam nieraz posyłał Kuzykowi do ukrycia różnych ludzi, którzy na kilka dni, czy tygodni, musieli zniknąć z oczu policji. Wygoda u niego była tem większa, że i stróż tej kamienicy należał do partji, a bezpieczeństwo tem pewniejsze, że Kuzyk, z polecenia zwierzchności partyjnej, wstąpił do „Strzelca”, organizacji, mocno popieranej przez państwowe władze bezpieczeństwa, dzięki czemu nikt go nie podejrzewał.

Jeszcze jednym plusem Kuzyka było to, że nie mając żadnego kontaktu ani z „Propagitem”, ani z Komitetem Wola 2, ani z tamtymi ludźmi, nie mógł znać prawdziwego nazwiska Garbatego. Jeśliby zatem policja ujęła Czarnego Kazika i Piekutowskiego, a tamci sypnęli Murka i jego nazwisko ukazałoby się w dziennikach, Kuzykowi przez myśl nie przeszłoby, iż ukrywany przezeń towarzysz partyjny, jest owym bandytą Murkiem. Zanim zaś Egzekutywa poda to do wiadomości członków, starczy czasu, by zwiać.