Gniew matki

Tekst
Z serii: Faith McMann #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Gniew matki
Gniew matki
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Szukali czegoś – wyznała. – Przetrzepali dom. – Spojrzała na mamę, po czym na Janę. – Widzieliście bałagan, jakiego narobili? Wszędzie leżały papiery i przybory kuchenne, drzazgi i połamane przedmioty. Jak mogłam o tym zapomnieć?

– Faith – powiedział stanowczo brat. – W porządku. Oddychaj.

– Dom został zdemolowany, Colton. Mężczyzna, który złapał mnie w garażu, gdy próbowałam uciec, pytał: „Gdzie to jest?”.

Bri zacisnęła usta, wskazując na córki.

– Może nie powinniśmy rozmawiać o tym przy stole?

Kimberly wytrzeszczyła oczy.

– Czy źli ludzie porwali Larę i Hudsona?

Faith pokiwała głową. Kiedy spojrzała na bratanicę, poczuła w sobie zmianę, coś zaszło w jej procesie myślowym, jakby głos szepnął jej do ucha, żeby zrobiła wszystko, co możliwe, aby zapewnić dzieciom bezpieczny powrót.

– Nie martw się, skarbie – powiedziała do Kimberly – ciocia ich znajdzie i sprowadzi do domu.

Dziewczynka wytarła oczy.

– Możemy teraz pojechać i ich poszukać?

Mała twarzyczka w kształcie serca i sposób, w jaki przekrzywiała głowę, bardzo przypominał Faith Larę. Widok pełnego nadziei spojrzenia bratanicy dodał jej otuchy.

– Myślę, że to bardzo dobry pomysł.

Jej młodsza siostra Dacotah pisnęła.

– Faith, proszę. Nie przy dzieciach. – Bri wstała i odsunęła córki od stołu, następnie wyprowadziła je z pomieszczenia, posławszy mężowy pełne nagany spojrzenie.

– Czego szukali ci mężczyźni? – dociekała Jana.

– Nie wiem – przyznała Faith, drżąc, gdy wróciły do niej wspomnienia z garażu. – Błagałam, by wypuścił dzieci, by nas uwolnił, ale kiedy dostrzegłam wyraz jego twarzy, zimną bezwzględność w oczach, wiedziałam, że przypuszczalnie i tak zginiemy, bez względu na to, czy znajdzie to, czego szukał, czy nie. Próbowałam się uwolnić, ale rzucił mnie na podłogę i straciłam przytomność.

– To wariactwo – przyznała Jana. – Wydaje się, jakbyśmy rozmawiali o filmie, w którym czarne charaktery szukają kapsułki wypełnionej cennymi informacjami. Czego mogli szukać? To bez sensu. Czy przed atakiem Craig zachowywał się jakoś dziwnie?

Faith pokręciła głową.

– Czegokolwiek szukali, nie znaleźli tego. Dlaczego więc uprowadzili dzieci?

Colton zerknął przez ramię do salonu, aby się upewnić, że żona i córki są poza zasięgiem słuchu.

– Mama informowała mnie na bieżąco i na własną rękę przeprowadziłem niewielkie poszukiwania. Początkowo myślałem, że ci faceci przyszli do waszego domu, bo czegoś chcieli. A teraz mi to potwierdziłaś. – Westchnął. – Jeśli przyszli do was, szukając czegoś cennego, cokolwiek to było… możliwe, że zabrali dzieci, ponieważ przedstawiały dla nich pewną wartość. Czytałem o handlu ludźmi, wygląda na to, że dzieci przynoszą astronomiczne dochody.

Wszyscy przy stole zamilkli.

– Handel ludźmi? – powiedziała Faith, nie chcąc uwierzyć, co to może oznaczać dla jej dzieci.

– Handel żywym towarem – wyjaśnił Colton. – To biznes wart miliony dolarów.

Tata odłożył widelec.

– Faith – powiedział ponuro – nikt nie zażądał okupu. Gdyby mieli je zabić, zrobiliby to w domu. Może powinnaś przemyśleć słowa brata.

Mama położyła serwetkę na stole, wstała i wyszła. Nie wydawała się zła, ale zaniepokojona tym wszystkim.

– Powiedz, proszę, co wiesz o handlu ludźmi – poleciła bratu. – Jeśli mam odnaleźć dzieci, muszę mieć świadomość, z czym przyjdzie mi się mierzyć.

– Colton może mieć rację – wtrącił Steve. – Widziałem dokument o tym zjawisku. Mówiono, że dzieci są cennym towarem. Handlarze stają się coraz śmielsi. Czytałem historię o dwóch młodych mężczyznach, którzy zauważyli dziewczynę w centrum handlowym, pojechali za nią do domu i po prostu ją uprowadzili. Oni niczego się nie boją.

Colton pokiwał głową.

– Ludzie sądzą, że handel żywym towarem to domena takich miejsc jak Tajlandia czy Malezja, ale Sacramento jest na drugim miejscu listy takich miast w Stanach. Pracuję w transporcie, więc widziałem o wiele za dużo. – Nadział groszek na widelec. – Większość kierowców ciężarówek myśli, że płaci za seks, a tymczasem płaci za gwałty, skoro zarabiają na tym alfonsi.

Jana zbladła.

– Chyba zwymiotuję.

Steve odsunął krzesło i pomógł żonie wstać.

Faith obserwowała, jak wychodzą. Nie mogła myśleć, że jej dzieci miałyby być sprzedane dla seksu. Nie zdołałaby pogodzić się z czymś tak okropnym. A mimo to ścisnęła rękę brata i powiedziała:

– Muszę od czegoś zacząć, od kogoś, z kim mogłabym o tym porozmawiać.

Colton ucisnął nasadę nosa.

– Nie ma mowy. Nie powinnaś się w to mieszać. Pogadaj o tym z detektywem Yuhaszem i zobacz, co ma na ten temat do powiedzenia.

– Faith ma dość rozmawiania – oznajmił tata. – Czas, aby wzięła sprawy w swoje ręce.

Oszołomiony Colton patrzył to na nią, to na ojca, kręcąc głową.

– Zobaczę, czego uda mi się dowiedzieć.

Przy stole zostali tylko Faith, tata i Colton.

– Przepraszam, że zrujnowałam obiad.

– Niczego nie zrujnowałaś – odparł tata. – Musimy odnaleźć Larę i Hudsona. Tylko to się liczy.

9

Tego samego wieczoru Faith stanęła pod drzwiami sąsiadki i zadzwoniła. Po raz ostatni była tu ponad rok temu, gdy ratlerek Beth uciekł przez wyłamaną sztachetę w płocie otaczającym ogród. Lara i Hudson błagali Faith, aby pozwoliła im pobawić się z psem, nim zwrócą go właścicielce, ale odmówiła.

Beth uchyliła drzwi. Wyglądała normalnie, z ciemnymi włosami przyciętymi poniżej uszu. Miała na sobie dopasowany różowy welurowy dres i szare kapcie.

– To ja, twoja sąsiadka, Faith McMann. Chciałam porozmawiać.

– Wiesz, że jest Święto Dziękczynienia?

Choć Faith nie widziała zaparkowanych z przodu domu aut, pokiwała głową.

– Wiem. Przepraszam. Przyjdę kiedy indziej, jeśli jesteś zajęta.

Wyraz twarzy kobiety był trudny do rozszyfrowania. Otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając Faith do środka. Dom był miły, przytulny. Pachniał ciastem dyniowym. Nikłe światło z ekranu telewizora odbijało się w lustrze na ścianie salonu. Pies nie przybiegł.

– Gdzie Prince?

– Odszedł.

– Przykro mi.

– Przeżył piętnaście lat. Miał dobre życie.

Stały w niezręcznej ciszy.

– Poczęstujesz się ciastem?

– Nie, dzięki.

Beth wskazała na szyję Faith.

– Ładnie się goi.

Kobieta przesunęła palcem po bliźnie i pokiwała głową, następnie poszła za gospodynią do salonu. Beth wzięła pilota i wyłączyła telewizor, następnie usiadła i poprosiła, by Faith zrobiła to samo.

– Zastanawiałam się, kiedy do mnie przyjdziesz – powiedziała. – Wydawało mi się, że to kwestia czasu.

– Wiedziałaś, że przyjdę?

– Sądziłam, że wpadniesz podziękować za uratowanie życia. Jednak pomyślałam też, że możesz mieć pytania w sprawie tego, co się działo, co widziałam tamtego dnia.

– Dziękuję – powiedziała Faith ciszej, niż zamierzała – za ocalenie mi życia.

– Proszę.

– Lekarze mówili, że uciskałaś tętnicę i że dzięki temu żyję.

Beth pokiwała głową.

– Lata temu moja jedyna córka wychodziła z imprezy, gdy została napadnięta. Zadano jej kilka ran kłutych. Karetka przybyła bardzo szybko, ale sanitariusze byli niedoświadczeni i nie zdołali jej pomóc. Mąż tego nie zniósł. Rozwiedliśmy się. Wróciłam do szkoły. Od tamtej pory jestem pielęgniarką na pogotowiu. Wszystkie te wyczerpujące godziny spędzone na ostrym dyżurze przydały się, gdy cię znalazłam. – Zabębniła palcami o podłokietnik fotela. – Placek mnie wzywa. – Wstała. – Na pewno nie chcesz?

– Nie, dziękuję.

Faith pomyślała, by złożyć kondolencje z powodu śmierci córki, ale kiedy Beth wróciła z ciastem w dłoni, coś ją przed tym powstrzymało. Słowa w sumie niewiele znaczą. Gdy Beth jadła, Faith opowiedziała sąsiadce, czego dowiedziała się w swojej sprawie do tej pory, choć nie było tego za wiele.

Kiedy zamilkła, Beth odsunęła talerzyk. Ponownie wstała i wyszła z pokoju. Tym razem, gdy wróciła, podała Faith dużą kopertę. W środku znajdowały się wizerunki mężczyzn, które wycięła z różnych gazet. Znajdowały się w niej też dwie kartki papieru, każda z przyklejonymi, błyszczącymi artykułami. Jedna podpisana: „Podejrzany nr 1”, druga: „Podejrzany nr 2”. Pierwszy mężczyzna był rasy białej, miał kwadratową, otoczoną kręconymi brązowymi włosami twarz. Zielone oczy, ostry nos, cienkie usta. Drugi miał oliwkową cerę, czarne, krótkie włosy i ciemne, osadzone pod krzaczastymi brwiami oczy.

Wróciły wspomnienia, jak ciemnooki do niej podszedł. Zabijcie ich. Byle szybko. Zacisnęła palce na kopercie.

– Dobrze się czujesz?

Pokiwała głową.

Beth nie wyglądała na przekonaną, ale wypełniła ciszę, opowiadając, co widziała tamtego dnia.

– Zbieram zdjęcia mężczyzn przypominających mi tych, którzy odjechali samochodem twojego męża. Zrobiłam dokumentację podejrzanych, gdy wszystko było świeże w mojej głowie, bo wydawało mi się, że policji przydadzą się te informacje.

Faith była pod wrażeniem i wdzięczna.

– Widziałaś, jak tamtego dnia mój mąż wrócił z pracy do domu?

– Nie. Wyszłam na chwilę przed tym, gdy przyjechałaś z dziećmi. Wypuściłam Prince’a i podlewałam od frontu kwiaty, gdy nadjechałaś.

– Pamiętam.

– Chwilę później poszłam zakręcić wodę i usłyszałam wołanie o pomoc. Zamknęłam psa w domu, wzięłam telefon, jednak zajęło to trochę czasu. Zanim wróciłam na drogę, zobaczyłam, że samochód twojego męża pospiesznie odjechał. Gdyby nie musieli zwolnić, skręcając gwałtownie przy końcu waszego podjazdu, w ogóle nie widziałabym ich twarzy.

 

– Widziałaś…

– Nie. Nie zauważyłam dzieci. Ale szyby były przyciemnione, a mój wzrok nie jest tak dobry, jak niegdyś. Skoro tu jesteś, zakładam, że żadne nie zostało odnalezione.

– Nie. Jeszcze nie. – Faith ponownie dotknęła blizny na szyi. – Było trzech mężczyzn.

– Widziałam tylko dwóch – odparła Beth.

– Myślisz, że cię zauważyli, gdy odjeżdżali?

Wzruszyła ramionami.

– Jeśli nawet, to się nie martwię. Lubię broń, mam pod ręką naładowany pistolet.

Sąsiadka była pełna niespodzianek. Faith uniosła kopertę.

– Mogę to zatrzymać?

– Proszę bardzo.

Wstały. Kiedy dotarły do drzwi, Faith zapytała:

– Niewiele osób zdołałoby zrobić to, co ty wtedy, czy choćby miało chęć. Jeśli będę mogła się jakoś odwdzięczyć, mów śmiało.

– Masz wystarczająco wiele na głowie. Dbaj o siebie.

– Ty też – powiedziała Faith.

– Choć to pewnie niewiele pomoże – dodała Beth – będę miała oko na okolicę.

Faith podziękowała, uściskała ją niezręcznie, choć z dobrymi intencjami, i wyszła. Zamknęły się za nią drzwi. Przez ciemne chmury przebijały się promienie światła. Przeszła przez drogę i powoli wspinała się podjazdem. Znalazła się w miejscu, w którym stało wtedy GMC Craiga. Dokładnie widziała, w którym miejscu opony połamały zraszacz i zniszczyły trawnik. Nie było mowy, aby Craig wjechał na trawę, chyba że coś było nie tak. Czy próbował ją w ten sposób ostrzec, poinformować, że coś niepokojącego dzieje się w ich domu?

Jej uwagę zwrócił metaliczny błysk. Trawa otaczająca ślad po oponie urosła, ale coś się w niej znajdowało. Uklękła. Pomiędzy źdźbłami, do połowy zagrzebany w ziemi, znajdował się guzik. Wzięła go i mu się przyjrzała. Nie rozpoznała go. Był brudny i zniszczony. Kiedy wstała, przyszła jej do głowy pewna myśl. Dlaczego my? Dlaczego Lara i Hudson?

Pytanie nie było skierowane do Boga, a jedynie stanowiło element rozważań o tym, co mogło się wtedy wydarzyć. Myśl powracała. Dlaczego uprowadzili dzieci? Jeśli w sprawę zaangażowani byli handlarze żywym towarem, od czego miała zacząć? Z kim porozmawiać?

Było zbyt wcześnie, aby wykluczyć cokolwiek lub kogokolwiek. Czy Jana dobrze myślała? Czy Craig zachowywał się dziwnie przed napaścią? Osiem lat temu założył z kolegą firmę. Był doradcą inwestycyjnym. Jeśli już, opowiadał się za bezpiecznymi transakcjami. Nic tu nie miało sensu.

Spojrzała na połamany spryskiwacz. Nikt w okolicy nie widział kolejnego samochodu.

Czy mężczyźni ci przyjechali tu z Craigiem? A jeśli tak – dlaczego? Nie przywiózłby ich do domu, gdyby sądził, że skrzywdzą jego rodzinę. Ale co, jeśli przystawili mu broń do skroni? Co wtedy?

Kiedy tylko o tym pomyślała, poczuła chłód na karku.

Ktoś ją obserwował.

Stała nieruchomo. Lekka bryza kołysała gałęziami wielkiego dębu. Jedynymi odgłosami był wiatr i skrzeczenie ptaków w oddali.

Pan Hawkins, cukiernik, mieszkał w domu po jej prawej stronie. Nie widziała, czy ktoś wyglądał przez okno. Domy innych sąsiadów znajdowały się zbyt daleko, by ci mogli ją dostrzec, no chyba że wyszliby na drogę. Za jej budynkiem znajdowała się pusta przestrzeń – osiem hektarów martwej trawy i drzew.

Znaleziony guzik wrzuciła do kieszeni spodni i odwróciła się powoli, patrząc na wysokie chwasty. Przeszła przez dziurę w ogrodzeniu i ruszyła w kierunku domu pana Hawkinsa. Co, jeśli to nie handlarze ludźmi uprowadzili jej dzieci? Co, jeśli Lara i Hudson byli zamknięci w szafie w domu sąsiada?

Zapukała do drzwi i zadzwoniła, po czym obeszła budynek i zerknęła przez okno garażowe. Nie było samochodu Hawkinsa. Wróciła do drzwi frontowych, popodnosiła doniczki i zbadała każdy kamień i dekorację, szukając klucza. Pot skroplił się na jej czole. Po namyśle podniosła gumową wycieraczkę. I oto leżał pod nią błyszczący, nowy klucz. Wzięła go, włożyła do zamka. Drzwi stanęły otworem.

– Jest tu ktoś?

Ze środka dobiegł odgłos jakby lekkiego uderzenia.

– Lara! Hudson! – Pospieszyła korytarzem i znalazła się w sypialni w samą porę, by zobaczyć wygrzebującego się spod łóżka kota. Padła na czworaka i zajrzała pod mebel.

To tylko kot.

Serce biło jej jak oszalałe, gdy weszła do przyległej łazienki, przeszukała szafki, wyjęła brudne rzeczy z kosza, aż dotarła do dna. Wołała dzieci i rozglądała się po domu.

Szarpnęła zasłonkę prysznica.

Pusto.

Adrenalina płynęła w jej żyłach, gdy przeszukiwała każde pomieszczenie w domu. Otwierała szafy i szafki, zajrzała nawet do zmywarki i suszarki. Stojąc pośrodku salonu z rękami na biodrach, rozglądała się z mocno bijącym sercem. I wtedy zrozumiała. Włamała się do domu pana Hawkinsa. Czy mama miała rację? Czy potrzebowała pomocy? Czy całkowicie postradała zmysły?

Poruszyła się, gdy usłyszała dźwięk zamykanego samochodu. Podbiegła do drzwi przesuwnych prowadzących do ogrodu. Walczyła z zamkiem. Upłynęło zbyt wiele czasu, nim uświadomiła sobie, że otworzenie drzwi uniemożliwiał kawałek drewna.

Przez firankę w oknie wychodzącym na front zobaczyła zbliżającego się do domu pana Hawkinsa.

Przesunęła drewno. Drzwi się otworzyły w tej samej chwili, w której klucz zazgrzytał w zamku z przodu budynku. Puściła się biegiem przez podwórko, omijając slalomem ozdobne krzewy i drzewka owocowe. Przy ogrodzeniu przecisnęła się przez tę samą dziurę, a następnie opadła na kolana, gdy zobaczyła Hawkinsa w drzwiach tarasowych. Na czworakach przemierzyła łąkę, aż do własnego płotu. Wróciła do domu umorusana i zziajana.

10

Miranda kończyła zaplatać długie, jasne włosy Jean.

Przerwała na chwilę, nasłuchując bębnienia deszczu o dach. Pomyślała o swoim pokoju w domu, jedynym, jaki znała, nim zostały wyrzucone z matką z mieszkania, i o tym, że krople deszczu brzmiały, jakby w ściany uderzały małe stópki. Po raz pierwszy od dawna przed oczami stanęła jej twarz matki. Zacisnęła powieki i zdusiła wspomnienie.

– Co się stało? – zapytała Jean.

– Nic. Myślałam, że coś słyszałam, to wszystko.

Zadźwięczały krowie dzwonki, więc pospiesznie dokończyła zaplatać warkocz Jean.

– Chodź – powiedziała. – Czas na nas. Matka wzywa.

– Nienawidzę jej – stwierdziła Jean, niesamowicie spokojnym jak na dziesięciolatkę głosem.

Miranda spojrzała na nią i uniosła rękę, gotowa uderzyć małą, wbić jej do głowy nieco rozumu, ale zatrzymała się w połowie ruchu. Nie chciała pozwolić, by te potwory zmieniły ją w jednego z nich.

Jean się wzdrygnęła.

– Przepraszam. – Mirandzie ścisnęło się serce. – Nigdy cię nie uderzę, obiecuję.

– Chcę do domu – powiedziała ze łzami mała. – Do mamy i taty.

– Nigdy tak nie mów. – Złapała za drobne ramiona dziewczynki i przyklękła na jednym kolanie, aby być z nią na tym samym poziomie. – Posłuchaj uważnie, Jean. Znajdę sposób, by nas stąd wydostać. Rozumiesz?

Dziewczynka zadrżała.

– Kiedy będziemy mogły uciec?

– Niebawem. Ale musimy postępować mądrze. Wiem, że to nie jest dla ciebie łatwe. Dla żadnej z nas takie nie jest. Ale musisz milczeć. Nigdy więcej nie wspominaj o powrocie do domu.

– Ale nie chcę tu być.

Miranda westchnęła.

– Jeśli powiesz Matce, że chcesz wracać do domu, zbije cię. Nie odeśle cię tylko do pokoju. Zaciągnie cię do stodoły i każe któremuś chłopakowi zbić cię batem czy paskiem, aż przestaniesz mówić o domu. Musisz spełniać jej rozkazy, aż zdołam znaleźć drogę wyjścia. Rozumiesz?

W końcu dziewczynka zaczęła kiwać głową.

Dzięki Bogu. Miranda otarła jej łzy. Chciała powiedzieć, że gdyby kiedykolwiek zabrano ją do domu mężczyzny i kazano robić coś, czego by nie chciała, powinna walczyć z nim z całych sił i uciekać tak szybko, jak zdoła, ale zamiast tego objęła małą i przytuliła.

– Wyciągnę cię stąd – szepnęła. – Obiecuję.

Razem poszły do salonu.

Jak polecono, Jean usiadła na kanapie z młodszymi dziewczynami, a Miranda zajęła miejsce obok Felicity. Po drodze zauważyła Adele, siedzącą cicho z dłońmi złożonymi na kolanach, zwieszoną głową i przygarbionymi plecami. Oczy Adele spowijał mrok, jej ręce pokrywały sińce. Miranda dostała gęsiej skórki. Dziewczyna wyglądała jak na skraju śmierci i to przeraziło Mirandę. Oderwała od niej wzrok i spojrzała na Matkę, która poświęciła czas na zrobienie fryzury i makijażu. Wyblakłe brązowe kosmyki zaczesała do tyłu, zwinęła i spięła. Mnóstwo włosków sterczało na wszystkie strony, ale nikt nie śmiał zwrócić na to uwagi lub patrzeć na nią zbyt długo. Dzięki tej fryzurze stało się jasne, że Matka w młodości mogła uchodzić za ładną. Nikt nie wiedział, ile miała lat. Jasper raz zgadywał, że może coś około trzydziestu pięciu, ale nie było to możliwe. Według Mirandy musiała mieć przynajmniej z czterdzieści pięć. Miała wydatne kości policzkowe i co jakiś czas – jak na przykład teraz – błysk w jej oczach sprawiał, że wyglądała młodziej. Zmieniła podarte niebieskie dżinsy i wyblakły szary T-shirt na kwiecistą sukienkę i błękitny sweter z rękawami, które kończyły się tuż przed łokciami. Gdyby nie nałożyła niebieskiego cienia do powiek i nie przykleiła sztucznych rzęs, nie wyglądałaby jak prostytutka, którą Miranda widywała na Watt Avenue, a bardziej jak spotkana na targu mama jakiegoś ucznia.

– Mam niespodziankę – powiedziała, obrzucając wzrokiem dziewczęta. – Będziemy mieć dziś wyjątkowego gościa. Przyjechał z daleka, więc musicie być grzeczne. Pan Smith będzie miał tylko chwilę na decyzję, nim wyjedzie do San Francisco. Dziewczyna, którą wybierze, za tydzień pojedzie do niego do luksusowego hotelu. Będzie traktowana jak księżniczka. Rozpieszczana wszystkim, czego zapragnie. Ale… jeśli będziecie się źle zachowywać, choćby marszcząc brwi, poniesiecie konsekwencje. Poważne. Rozumiecie?

Każda pokiwała głową.

Matka posłała im wymuszony uśmiech, wskazując na obydwie strony ust.

– Widzicie to?

Znów wszystkie przytaknęły.

– Chcę, abyście dokładnie tak się uśmiechały. – Machnęła ręką na najmłodsze dzieci. – Wy, marsz do pokojów i zachować ciszę, aż zawołam na obiad.

Wszystkie spełniły polecenie poza Jean, która spoglądała na Mirandę, czekając, by ta powiedziała jej, co ma robić. Miranda nie chciała, by Matka zauważyła wahanie małej, więc popatrzyła na nią i wskazała głową, aby się ruszyła, dając znać, że musi robić to, co każe Matka.

Jean musiała zrozumieć, ponieważ odwróciła się i poszła za innymi dziewczynkami na górę.

Matka lustrowała pozostałe przez pięć minut, nim do pomieszczenia wprowadzono pana Smitha. Mężczyzna nosił dżinsy i kowbojki ze szpiczastymi ostrogami. Sprzączkę przy jego pasku stanowiła błyszcząca srebrna czaszka. Był wysoki, barczysty i szczupły w talii. Nie przypominał innych, którzy tu przyjeżdżali. Był starszy i wyglądał groźnie. Nie mrugał. Miał worki pod oczami – efekt grawitacji i deprawacji. Kiedy zdjął kapelusz, tłuste włosy kleiły się z jednej strony do jego głowy. Nozdrza mu się rozszerzyły. Miranda musiała się zmusić, by z jej twarzy nie zniknął uśmiech. Weź mnie, weź mnie, myślała, gdy w końcu na nią spojrzał. Wciąż się uśmiechając, subtelnie skinęła głową na powitanie. Wydawało się, że mężczyzna potrafi przejrzeć ją na wskroś. Myśl, że faktycznie zostanie wybrana przez tego ohydnego typa, przyprawiła ją o mdłości, ale musiała pamiętać, że ten potwór mógł stanowić jej jedyną szansę na ucieczkę.

Kiedy skończył oceniać dziewczyny, wyszedł, nie oglądając się za siebie. Miranda pilnowała się, by nie okazać rozczarowania. Bardzo pragnęła tej szansy na ucieczkę. Myśl o pozostaniu tu przez choćby chwilę była nie do zniesienia. Matka wyszła za mężczyzną i nie wracała przez dobre dziesięć minut. W pomieszczeniu panowała cisza. Nikt nie śmiał się odezwać, gdy jej nie było. Dobrze je wyszkoliła – batem, kopniakami i groźbami – by były uległe.

Kiedy Matka wróciła, stanęła pośrodku pokoju, zaciskając usta i zacierając ręce, co często robiła, zanim sięgała po bat. Mirandzie ścisnęło się serce. Nikt nie został wybrany. Już się tak zdarzyło, a kara była długa – dni głodówki, gróźb, brak snu i niekończące się bicie.

Ale następnie na ustach Matki pojawił się uśmiech i wskazała palcem dokładnie na Mirandę. Dziewczyna potrzebowała dłuższej chwili, aby zdać sobie sprawę, co mówi kobieta.

To ją wybrano.

Myśl, że wkrótce wyjdzie z domu na dłużej niż kilka godzin, była niemal nie do pojęcia. Poczuła ekscytację. Po raz pierwszy od miesięcy miała szansę uciec. Najsmutniejsze w całej sytuacji było coś, czemu nie mogła zaprzeczyć – została wybrana spośród innych, mimo doskonałej Trudi, i odniosła wrażenie, że jest wyjątkowa.

 

Żołądek skurczył jej się boleśnie, gdy przypomniała sobie, kiedy po raz ostatni tak się czuła – doskonała, godna uwagi. Było to wtedy, gdy Caroline podeszła do niej po szkole i powiedziała, że nie ma czasu, by porozmawiać z jej mamą. Teraz albo nigdy. Mogła wybrać to „nigdy”.

* * *

Tydzień po wyborze Mirandy minął jak z bicza strzelił. Matka cały czas się przy niej kręciła, instruując, jak siedzieć, jeść, chodzić i co mówić – była to długa lista rad, które powinna wziąć sobie do serca podczas pobytu w hotelu. Jak do tej pory najlepszą częścią wybrania przez mężczyznę było oderwanie się od obowiązków domowych. I z pewnością nie przeszkadzały jej długie, ciepłe kąpiele w wannie, nawet jeśli oznaczało to wysłuchiwanie kolejnych wykładów na temat tego, co może, a czego nie – żadnych chichotów, śmiechów, rozmów czy patrzenia personelowi pana Smitha w oczy. Miała trzymać zwieszoną głowę. Mogła powiedzieć jedynie: „Dzień dobry panu”, „do widzenia panu” i „dobranoc panu”. Więcej niż raz Miranda musiała się pilnować, by nie przewrócić oczami na te niedorzeczne wytyczne.

Późnym wieczorem przed wyjazdem do San Francisco, gdy leżała w łóżku, gapiąc się w sufit, usłyszała, jak dwie dziewczyny rozmawiały ściszonymi głosami, potwierdzając to, z czym się już pogodziła.

– Trudi powiedziała, że powinnyśmy się cieszyć, że nie zostałyśmy wybrane, i że to wcale nie są wakacje.

– To co to jest? – dociekała Felicity.

– Miranda zostanie zmuszona do tego, co tu robimy, ale nie będzie karaluchów, pluskiew i śmierdzącego ciała, zamiast tego trafi do jedwabnej pościeli i może napije się szampana.

– Dlaczego Trudi zmienia swoje historie? – zapytała Felicity. – Kiedy wróciła z Las Vegas, mówiła nam, że siedziała przy basenie, jadła steki i czekoladę, a teraz, gdy wybrano Mirandę, to jest złe.

– Wszystkie wiemy, jak lubi przesadzać.

– Może Trudi jest zazdrosna, bo nie wybrał jej ten brzydal.

– Pewnie już sobie wyobrażała, że ten ogr jej się oświadczy jak w Pretty Woman.

Obie zachichotały, a Miranda przez resztę nocy planowała ucieczkę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?