Up in Smoke

Tekst
Z serii: King #8
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 10
Frankie

– Chcesz wiedzieć, co się z tobą stanie, jeśli nie powiesz mi, gdzie jest twój ojciec? – pyta mężczyzna, przyglądając mi się hardo zimnym spojrzeniem.

Kręcę głową. Czy to ma jakiekolwiek znaczenie?

I tak mi to mówi.

– Zamierzam zrobić o wiele więcej, niż tylko cię zabić. – Podnosi moją dłoń i ciągnie za palec wskazujący tak bardzo, że aż strzela mi kłykieć. – Zacznę od wyrywania ci paznokci.

Próbuję wyszarpnąć rękę, ale przytrzymuje ją mocniej i naciska na kciuk z taką siłą, że ledwie oddycham przez palący ból. Puszcza mnie, a ja natychmiast kryję bolący palec w dłoni.

– Potem obetnę ci palce, jeden po drugim. – Chwyta mnie za nadgarstek. – A potem dłonie.

Przesuwa palcami po moim przedramieniu i zatrzymuje rękę pod łokciem, boleśnie naciskając na staw. Otwieram usta w niemym krzyku.

– To niezwykłe, że można zachować przytomność i czujność, mając odrąbywane ręce i nogi. Widziałem ludzi, którzy przyglądali się, jak jedną po drugiej odcina im się kończyny, dopóki więcej fragmentów ich ciał walało się po pokoju, niż nadal mieli przy swoim ciele. Organizm człowieka potrafi znieść naprawdę wiele, zanim się podda. Ale nie będę zanudzał cię szczegółami. Wkrótce sama się przekonasz.

Zaciska palce na najgroźniej wyglądającym fioletowym sińcu na moim ramieniu. Syczę z bólu i patrzę na niego z nienawiścią.

– Poczujesz, kurwa, wszystko. Każde złamanie kości. Każdy zerwany mięsień. Każde pęknięcie żyły. – Jeszcze raz naciska na siniec i mnie puszcza.

Pocieram bolące ramię, a on stoi nade mną i się we mnie wpatruje. Obserwuje każdą moją reakcję, jakby mnie badał. Przenosi spojrzenie z miejsca, które pocieram dłonią, na moją twarz, a potem znów patrzy na moją rękę. Wygląda, jakby nad czymś rozmyślał, cokolwiek to jednak jest, nie chcę tego wiedzieć.

Przez długą chwilę po prostu oddychamy tym samym powietrzem, przyglądając się sobie z nienawiścią. Czeka, aż się załamię i powiem mu, gdzie jest mój ojciec, ale nie mogę tego zrobić, nawet gdybym chciała.

Przeklinam ojca w myślach.

– Słuchaj. Proszę. Frank nie był zbyt dobrym ojcem, a później dowiedziałam się, że nie był też dobrym człowiekiem. Szczerze, gdybym tylko mogła, wydałabym ci go. Zasługuje na wszystko, cokolwiek go czeka, ale nie mogę tego zrobić. To niemożliwe.

Mężczyzna nic nie mówi, tylko wpatruje się we mnie przez kolejną długą chwilę.

– Wstawaj – nakazuje mi w końcu.

Ogarnia mnie strach. Słyszę, jak krąży w moich żyłach. Jest głośniejszy od bicia mojego serca, które wali tak mocno, jakby ktoś nadgarstkiem w zmiennym tempie uderzał w duży bęben. Zamieram w bezruchu.

– Wstań i zdejmij to pieprzone ubranie.

Żołądek wywraca mi się do góry nogami. Otwieram szeroko oczy. Mój puls przyspiesza, a palce zaczynają się trząść.

– Proszę – błagam go. – Nie. Nie rób tego. Przepraszam.

– Wstawaj – powtarza, tym razem przez zaciśnięte zęby.

Podnosi mnie z podłogi. Dużymi, szorstkimi dłońmi trzyma mnie za ramiona. Zaczynam go kopać, ale z łatwością mnie pokonuje, odwraca mnie i przyciska moje plecy do swojej piersi.

Cała drżę, kiedy wsuwa dłoń w dziurę w moim swetrze i mocno szarpie.

– Nie! – krzyczę, kiedy zrywa ze mnie resztki szkolnego uniformu, a dźwięk dartego materiału grzebie resztki mojej nadziei. Szybciej pozwolę mu odciąć mi kończyny, niż wziąć mnie siłą. Płaczę, po raz pierwszy w całym moim życiu.

Wtedy mężczyzna chwyta za moją spódniczkę. Wystarczy kilka jego pociągnięć, by i ona była w strzępach. Stoję teraz przed nim w samych figach i sportowym staniku.

Jestem przerażona, ale opieram się potrzebie, by zakryć się rękami. Powtarzam sobie, że jeśli do czegoś dojdzie, będę walczyć z nim z całych sił, ale jeśli to nie pomoże – co, zważywszy na różnicę w naszym wzroście i wadze, jest bardzo prawdopodobne – spróbuję myśleć o lepszym miejscu i szczęśliwszych czasach. Szybko jednak zdaję sobie sprawę, że to również nie zadziała. Nie miałam szczęśliwszych czasów od… cóż, nigdy.

Przesuwa palcami po szerokim pasku mojego stanika. Gwałtownie wciągam powietrze do płuc, a ramiona pokrywają mi się gęsią skórką. Mężczyzna śmieje się cicho, obchodząc mnie dookoła.

– Tak jak powiedziałem – szepcze. – Tak sprytna, a tak głupia.

– Co… co ze mną zrobisz? – udaje mi się wykrztusić. Żar jego torsu ogrzewa moje plecy, gdy ponownie za mną staje. – Będę z tobą walczyć. Nie pozwolę ci. Proszę, nie rób tego…

– Mam nie robić czego? – pyta, po czym staje przede mną i zakłada ramiona na muskularnej piersi. Patrzy na mnie z góry, jakby sama moja obecność była dla niego obrazą.

– Proszę. Tylko… nie rób tego. – Nie potrafię znaleźć właściwych słów, ale mam nadzieję, że tyle wystarczy. Zamykam oczy i opuszczam głowę. Nagle pcha mnie do tyłu. Ląduję bezładnie na drewnianym krześle o nogach równie rozchwianych, co moje. Moja kość ogonowa aż krzyczy z bólu, lecz to nic w porównaniu z cierpieniem z powodu tego, że nie mogę nic zrobić, by się obronić. – Potnij mnie albo nawet zabij, jeśli musisz, ale nie rób… tego. Proszę.

Przygląda mi się niczym pająk oceniający muchę, która wpadła w jego sieć. Panika wzbiera we mnie i zatyka mi gardło. Staram się, ale nie mogę jej przełknąć. Jestem przygotowana na wiele, ale nie na to. Nikt nie może być na to gotowy.

Podchodzi do mnie bliżej, a jego kolana uderzają o moje. Otwieram usta do krzyku, ale szybko zatyka mi je dłonią.

– Niech będzie po twojemu, diablico.

Nagle czuję przyciśniętą do czoła broń.

***

Ogarnia mnie pustka. Nie rejestruję nic prócz bieli, a po chwili także stojącego nade mną mężczyzny, przyciskającego mi pistolet do czoła. Obraz się porusza i rozmazuje mi przed oczami.

– Nie będę mogła nagle szybciej dostarczyć ci ojca tylko dlatego, że przystawiasz mi do głowy broń – mówi silniejsza wersja mnie.

Moje serce drży ze strachu, lecz dusza pragnie walczyć niczym gladiator o samobójczych zapędach. Chcę żyć, bo muszę żyć. Kilka lat spędziłam, walcząc o życie innych. Jeśli ja umrę, to oni również.

Zamykam oczy, szykując się na koniec. W milczeniu przepraszam wszystkich, których nigdy nie poznałam i którzy nawet nie wiedzą, że na mnie polegają.

Tak bardzo przepraszam, zawiodłam was.

Zastanawiam się, jakie to będzie uczucie – jeżeli w ogóle coś poczuję – kiedy kula sprawi, że mój mózg rozpryśnie się na ścianie za moimi plecami.

– Mam nadzieję, że narobię cholernego bałaganu, a ty sam będziesz musiał go posprzątać – mówię, wracając do własnego ciała i patrząc w jego ciemne, pełne gniewu oczy. Kąciki jego oczu marszczą się lekko, jakby w uśmiechu, który nie sięga ust.

Serce bije mi mocno w piersi, kiedy nagle dzwoni jego komórka. Nie odrywając ode mnie wzroku, odbiera i przełącza rozmowę na głośnik.

– Smoke – mówi mężczyzna po drugiej stronie linii.

– Griff – odpowiada szorstko Smoke.

Smoke. Mój porywacz nazywa się Smoke. A Griff? Gdzie ja wcześniej słyszałam to imię?

– Suka już mówi?

– Jeszcze nie – odpowiada Smoke, odbezpieczając broń. Wciska lufę głębiej w moją skórę, a ja tak daleko, jak tylko mogę, wciskam głowę w oparcie krzesła. – Pracuję nad tym.

Niewystarczająco daleko.

– Wyślij zdjęcia – żąda Griff, brzmiąc, jakby miał zatkany nos.

Smoke podnosi telefon i robi kilka zdjęć z bronią przy mojej głowie. Następnie stuka parę razy w ekran.

– Wysłane.

– Dopilnuję, żeby dostał je każdy, kto kiedykolwiek miał jakiś kontakt z Frankiem Helburnem. Prędzej czy później facet je otrzyma, a co ważniejsze, dotrze do niego wiadomość: pokaż się albo suka umrze – mówi Griff z zadowoleniem.

Może być z siebie zadowolony ile wlezie. To i tak nie zadziała.

– Dostałeś zdjęcie. Wywab skurwiela z ukrycia – mówi Smoke.

– Poczekamy tydzień. Jeśli to nie zadziała, zrzucimy ją ze Skyway Bridge i wymyślimy jakiś inny plan – stwierdza Griff. – Albo jeszcze lepiej: przetrzymaj ją przez tydzień. Weź, co ci się należy, w jakiejkolwiek formie zechcesz, a potem przyślij ją do mnie.

– Sam mogę wszystko zakończyć.

– Jesteś mi to winien, Smoke. Jeśli facet się pokaże, jest twój. Jeśli się nie pokaże, masz tydzień. Potem dziewczyna jest moja.

Smoke pomrukuje na zgodę i się rozłącza. Odsuwa broń od mojej głowy, po czym rzuca telefonem w ścianę. Powstaje w niej dziura wielkości pizzy.

Wypuszczam z płuc najdłużej wstrzymywany oddech świata i opuszczam głowę. Cała drżę ze strachu i od nadmiaru adrenaliny.

Nadal próbuję złapać oddech, gdy coś miękkiego ląduje mi na głowie. Kolejna rzecz upada przy moich bosych stopach. Ze zdumieniem rozpoznaję czarną koszulkę i parę jeansów.

– Załóż to – nakazuje Smoke, wrzucając pozostałe rzeczy do swojej torby.

Kiedy nie ruszam się natychmiast, powoli przesuwa spojrzeniem po moim ciele. Przez sekundę mam wrażenie, że dostrzegam w jego oczach żar, i cała tężeję na wspomnienie niedawnego strachu.

– Masz dwie sekundy, by to na siebie włożyć, albo zabiorę ubrania i spędzisz kolejny tydzień naga.

Tak szybko, jak tylko mogę, naciągam na nogi spodnie i wkładam koszulkę przez głowę. Materiał obu jest miękki i elastyczny, lecz na moich sińcach i zadrapaniach i tak wydaje się szorstki niczym papier ścierny. Mimo to czuję ulgę, że znów coś na sobie mam.

Tydzień.

Ot tak, mój wyrok śmierci został tymczasowo odsunięty. Mam siedem dni, by wymyślić jakiś plan. By uciec.

Zrobię to albo dzięki łapówce, albo domyślając się, do którego boga mam się modlić. Na szczęście wciąż mam w zanadrzu kilka sztuczek i jeśli będę musiała, wykorzystam je wszystkie.

Jestem już w pełni ubrana, lecz nie wiem, co robić dalej.

Smoke podchodzi do mnie i popycha mnie z powrotem na krzesło, po czym ciągnie za moje ramię i przykuwa mnie do jednej z nóg.

 

– Widzę ten wyraz w twoich oczach – mówi. – Najlepiej będzie, jak od razu z tym skończysz.

– Niby jaki wyraz? – pytam.

– Nadzieję. Nie przyniesie ci niczego dobrego. Nie ze mną. Najlepiej będzie, jeśli będziesz się trzymała strachu. Nadzieja może sprawiać wrażenie początku, ale na końcu doszczętnie cię zniszczy. – Muska ustami moje ucho. – Uwierz mi.

Rozdział 11
Frankie

Czuję silny odór oleju motocyklowego i paliwa i wraca mi świadomość.

Jestem otumaniona. Mam w ustach kwaśny posmak, a ich wnętrze jest tak suche, jakbym żuła watę. Na pewno mnie odurzył, choć nie mam pojęcia czym. Najgorsze jest to, że pewna część mnie – ta, która nadal skręca się z bólu – jest mu za to wdzięczna, podczas gdy inna, ta porwana i zagrożona, nadal czuje wściekłość i przerażenie.

Leżę na tylnym siedzeniu. Tym razem nie będzie żadnej ucieczki. Żadnego wyskakiwania na autostradzie. Już się o to zatroszczył.

Mam oczy zasłonięte opaską. Związane nadgarstki i kostki. Gruba taśma zakleja mi usta. Przytrzymują mnie dwa pasy bezpieczeństwa.

Nie wiem, jaki dziś dzień ani jak dużo czasu minęło, odkąd Smoke porwał mnie ze szkoły. To nie ma znaczenia. Liczy się tylko ucieczka.

Chwilę trwa, nim mój mózg całkowicie przytomnieje.

Nie będę panikować. To pierwsza reguła.

Biorę głęboki oddech i staram się przypomnieć sobie resztę zasad.

Wszystkie pochodzą z książki doktor Idy Kurshner. To na wpół autobiografia, na wpół poradnik. W książce ze szczegółami opisano porwanie i następującą po nim ucieczkę, które autorka przeżyła jako młoda kobieta. Hydraulik, który pewnego dnia przyszedł do jej domu coś naprawić, nagle postanowił, że wychodząc, zabierze ją ze sobą. Na końcu książki umieściła listę porad, co robić, gdyby którykolwiek z jej czytelników był kiedykolwiek przetrzymywany wbrew swojej woli.

Przypominam sobie listę doktor Idy.

1. Uniknij porwania, głośno krzycząc i walcząc.

Ten statek już odpłynął, paniusiu.

2. Zachowaj opanowanie i godność. Nie błagaj ani nie zachowuj się histerycznie. Jeśli to możliwe, nie płacz. Uśmiechaj się i komplementuj, nie stwarzając wrażenia manipulacji.

Wydaje mi się, że szanowna pani doktor była również autorką poradników dla gospodyń domowych z lat pięćdziesiątych. Zakręć loki i pomaluj usta szminką, zanim mąż wróci do domu. Nie martw go, mówiąc, jak krnąbrne były dzieci w ciągu dnia. Często się uśmiechaj i upewnij się, że jego obiad jest gorący i gotowy do podania. Jeśli mąż uzna, że świetnie sobie radzisz, może dostaniesz ten nowy odkurzacz, który wpadł ci w oko.

Nie.

3. Nie rzucaj porywaczowi wyzwania. Okaż mu szacunek.

Po moim pieprzonym trupie, doktor Ido.

4. Nie angażuj go w rozmowę, która mogłaby go zdenerwować.

Hej, panie porywaczu! Jak tam rodzinka? Oglądaliście mecz w niedzielę? Ale okropna dziś pogoda! A może mnie pan puści, a w przyszłym tygodniu spotkalibyśmy się na partyjkę jakiejś gry? Brzmi nieźle? W porządku, do zobaczenia na miejscu!

5. Porozumiej się z porywaczem na poziomie osobistym. Podziel się prywatnymi opowieściami. Spraw, by poczuł, że coś was ze sobą łączy. A jeszcze lepiej, by przez ten fakt zaczęło mu na tobie zależeć.

Hej, lubi pan zabijać i porywać? O mój Boże, ja też!

6. Uwiedź porywacza.

To właśnie dzięki ostatniemu punktowi doktor Ida w końcu uciekła. Przekonała swojego porywacza, że pragnie go równie mocno jak on jej. Uwiodła go i zaangażowali się w związek, który lekarka nazywała „konsensualno-niekonsensualnym związkiem erotycznym”. W ciągu kilku miesięcy zaskarbiła sobie zaufanie porywacza na tyle, że okazjonalnie pozwalał jej wyjść samej na podwórze za domem, gdzie w końcu pokonała ogrodzenie i pobiegła do sąsiedniego domu po pomoc. Problem w tym, że podczas gdy doktor Ida miała do czynienia z mężczyzną, który przeżywał załamanie psychiczne, mój porywacz był stuprocentowym psychopatą.

Będę musiała improwizować z tą listą, ale ją wypróbuję. Muszę spróbować. Zrobię wszystko, by wynagrodzić grzechy mojego ojca. Będę się modlić do każdego boga. Stoczę się na samo dno, ale ukończę swoją pracę, nawet jeśli miałabym to zrobić z lufą przy skroni i skończyć z kulką w głowie.

Tak czy inaczej, będę wolna.

Rozdział 12
Frankie

To cholernie wyczerpujące myśleć, że zginiesz w następnej minucie, a potem żyć kolejną. Kiedy słyszę, że drzwi się otwierają, jestem emocjonalnie i psychicznie wyczerpana. Zostaję wyciągnięta z samochodu, a opaska nagle znika z moich oczu. Jasne światło sprawia, że widzę wszystko otoczone poświatą. Kiedy już mogę skupić wzrok, dostrzegam, że samochód, którym jechaliśmy, to nieoznakowany czarny van. Nie taki w typie mamy małych piłkarzy, ale raczej przemysłowy, używany przez hydraulików i elektryków. Zostaję postawiona na nogi, lecz te drżą pode mną, a moje stopy są nadal związane w kostkach. Chwieję się, lecz nie przewracam, podtrzymywana dużymi dłońmi mojego porywacza.

Smoke jedną ręką trzyma mnie za ramię i pochyla się, by drugą przeciąć moje więzy.

– Jesteś taki brutalny dla każdego, kogo porywasz? – pytam. Zaraz jednak przypomina mi się, że według doktor Idy to niezbyt mądre go obrażać. Doktor Ida w mojej wyobraźni bije mnie po rękach linijką.

– Wybacz, wyszedłem z wprawy, jeśli chodzi o kontakt z żywymi. Większość ludzi, których spotykam, po kilku sekundach przestaje oddychać. Następnym razem postaram się być delikatniejszy – mówi.

Jest sarkastyczny, lecz prawda w jego słowach uderza mnie prosto w twarz. Zazwyczaj nie porywa ludzi. On ich zabija.

A zabijanie nie oferuje opieki w czasie rekonwalescencji.

Jesteśmy na samym środku pola, przed budynkiem w kształcie podkowy, który ze swoimi powybijanymi oknami wygląda jak jakaś opuszczona szkoła. Większość obdrapanej elewacji pokrywa bluszcz, zielsko i graffiti. W zniszczonym metalowym ogrodzeniu brakuje wielu fragmentów, które pewnie leżą na ziemi, zarośnięte trawą i chwastami. Wzdłuż tych jego części, które jeszcze stoją, pociągnięty jest jakiś dziwny drut. Drut kolczasty. To wcale nie jest szkoła.

To więzienie.

A przynajmniej byłe więzienie.

Nie ma tu ani śladu życia. Żadnego dźwięku prócz odgłosu żwiru pod naszymi stopami, gdy Smoke prowadzi mnie przez gęste zarośla. Kilka razy się w nich zaplątuję.

Moja stopa zapada się w splątanej winorośli, która trzyma mnie, dopóki Smoke nie przecina jej wyjętym zza paska długim ząbkowanym nożem. Potem pospiesza, bym weszła do budynku.

Wspinając się po gruzach, wchodzimy do środka przez wielką dziurę w bocznej ścianie.

Potykam się, a stopa kilka razy ślizga mi się na cegłach, aż w końcu Smoke z łatwością bierze mnie na ręce i stawia z powrotem na ziemi dopiero po drugiej stronie sterty.

Trąca mnie w ramię, na co powoli ruszam w głąb więzienia. Jego ciężkie kroki rozbrzmiewają tuż za mną, odbijając się echem od ścian, przez co mam wrażenie, że jest nas tutaj więcej niż tylko dwoje.

Wchodzimy. Budynek ma dwa piętra. Jeden rząd celi nad drugim. W samym środku pomieszczenia znajduje się skorodowana klatka schodowa. Puchaty brązowy nalot i pleśń ciągną się po przewodach wentylacyjnych przy suficie. Rdza wygląda spod warstw łuszczącej się ze ścian zielonej więziennej farby. Wszędzie jest graffiti, nawet wysoko nad celami, i zaczynam się zastanawiać, jakim cudem artysta dostał się tak wysoko.

Przez powybijane okna od czasu do czasu wpada podmuch wiatru, którego nie czuć w nieruchomym powietrzu na zewnątrz. Kawałek papieru fruwa po podłodze przed nami niczym kłąb oderwanych od podłoża więziennych roślin. Czuję na skórze ciepły powiew, drżę jednak, a ciepło nie robi nic, by powstrzymać dreszcz, który niczym sopel przebija moją skórę i dociera do samych kości. Broda zaczyna mi się trząść, a zęby szczękać tak głośno, że ich dźwięk odbija się echem w mojej głowie.

Żeby go powstrzymać, zaciskam zęby tak mocno, że mam wrażenie, że zaraz mi pękną.

Śmierdzi tutaj śmiercią.

Przewraca mi się w żołądku.

Rozkład gęstą chmurą unosi się w powietrzu i sprawia, że trudno mi oddychać. To coś więcej niż tylko zapach. To przeczucie. Strach, którego już nigdy nie pozbędę się z nosa i pamięci. Przylega do mnie, pokrywa mnie i zamyka w klatce, jakbym potrzebowała przypomnienia, że – podobnie jak przebywający tutaj wcześniej mężczyźni – jestem więźniem.

Kawałki papieru i ubrań spoczywają rozrzucone na betonowej podłodze. Cienkie, brudne materace leżą wszędzie, tylko nie na żelaznych ramach łóżek, których spawy na łączeniach są widocznie grube po wielokrotnych naprawach. Niektóre materace stoją oparte o podnóże schodów. Inne leżą na stercie na środku pomieszczenia, a jeszcze inne bezładnie pod różnymi kątami, z rozdarciami pokazującymi sprężyny. Przywodzą na myśl zwłoki pozostawione dokładnie w tym miejscu, w którym nastąpiła śmierć.

Jest tutaj więcej graffiti niż na zewnątrz budynku. Na podłodze czerwoną farbą namalowano pentagram. Zaciskam powieki i przechodzę po nim. Kiedy jestem pewna, że już go minęłam, otwieram oczy i podnoszę wzrok na wejście do celi, które wydaje się całe skąpane we krwi. Duży rozbryzg znaczy całą prawą jego stronę, a coraz cieńsze strugi spływają po ścianie. W końcu dostrzegam pod nimi dużą ciemną plamę.

Czuję, jak zaciska mi się gardło.

Widzę wokół siebie brutalność przeszłości. Unosi się w powietrzu wokół mnie jak duchy, które chcą ujawnić swoją obecność. Szepczą mi do ucha, przenikając moją wrażliwą skórę.

Wiatr staje się zimny, gdy słońce zachodzi, a kiedy na niebie pojawia się księżyc, więzienie zalewa błękitny blask.

Słyszę wrzaski z przeszłości. Dudnienie w kraty. Ostatni krzyk tego, kto zginął w tamtej pokrytej krwią celi.

– Nie boję się – mówię na głos. Nie wiem, czy mówię do siebie, czy do Smoke’a. Ale nawet ja nie wierzę w swoje słowa.

Smoke śmieje się cicho, kierując mnie do celi, po czym z głośnym trzaskiem zasuwa za mną ciężkie metalowe drzwi, budząc nieskończone echo. Wyciąga z kieszeni staroświecki klucz i przekręca go w zamku, na co moje serce wali jak młotem.

Zapadł już zmierzch, a zza okna ledwie dochodzi stłumione światło.

– Żadnej lampy? – pytam, lecz kiedy tylko te słowa spływają z moich ust, uświadamiam sobie, że to głupie pytanie. W tym miejscu ściany ledwie stoją. Oczywiście, że nie ma tu elektryczności.

– Nie mów mi, że boisz się ciemności – mówi Smoke, wsuwając klucz do tylnej kieszeni spodni.

– Nie – kłamię. – Niczego się nie boję. Nawet kogoś takiego jak ty.

Unosi kącik ust w przepełnionym złem półuśmiechu, pochyla się i opiera rękami o kraty tuż nad swoją głową. Przesuwa po mnie wzrokiem od góry do dołu, a jego oczy się rozszerzają. Wygląda na wygłodniałego. Wściekłego. Zabójczego.

– Och, diablico, naprawdę w to wątpię.

Chociaż dzielą nas kraty, robię krok w tył, by zwiększyć dystans między nami.

– Widziałem strach milion razy i na tysiąc różnych sposobów – mówi. Wyciąga klucz i przekręca go w zamku. Wchodzi do celi.

Cofam się, aż w końcu zatrzymuje mnie ściana.

Smoke podchodzi do mnie i pochyla się nade mną. Jest tak blisko, że nosem niemal dotyka szyi tuż pod moim uchem.

– Nie mów mi, że się nie boisz. Poznaję strach, kiedy go widzę.

Cała drżę, gdy zamyka oczy i głęboko wdycha mój zapach, przesuwając nosem po mojej skórze.

– Kurwa, nawet go na tobie czuję, dzieciaku.

– Nie nazywaj mnie tak – mówię z nienawiścią.

Jego oczy ciemnieją z wściekłości.

– Będę cię nazywał, jak tylko, kurwa, zechcę.

– Na imię mam Frankie – rzucam w nagłym przypływie pewności siebie.

Jest już tak blisko mnie, że przywiera do mnie torsem.

– Wiem, jak się nazywasz. Po prostu mnie to, kurwa, nie obchodzi.

Stoimy nieruchomo, żadne z nas nie chce wykonać pierwszego ruchu. Smoke pierwszy się łamie.

– Twoje oczy naprawdę mają taki kolor – szepcze.

To mnie zaskakuje.

– Co się ze mną stanie? – pytam drżącym szeptem.

Smoke opiera dłonie o ścianę po obu stronach mojej głowy, zamykając mnie w swoistej klatce. Stoję oko w obojętne oko z duchem świątecznych porwań.

– Cokolwiek, kurwa, zechcę – odpowiada z warknięciem.

– Pieprz się – rzucam.

Wybucha cichym śmiechem, który czuję w swojej piersi. Przesuwa ustami po krawędzi mojej twarzy.

– Tylko jeśli poprosisz.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?