Mroczna miłość. Mroczne światło. Tom 1

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Bar Bubby zawsze był ruchliwym miejscem, ale w sezonie zamieniał się w istny dom wariatów. Najbardziej oblegane okresy przypadały na święta Bożego Narodzenia, kiedy to turyści migrowali na południe, oraz na kilka tygodni wakacji letnich, gdy całe rodziny przyjeżdżały na urlop.

Dla mnie jedne i drugie były czymś obcym – tak rodziny, jak i wakacje.

Znalazłam miejsce przy końcu baru i zamówiłam burgera i frytki. Jadłam powoli, obserwując kolorowe postaci, które wypuściły się w tę noc na miasto – lokalsów i turystów. Starsza kobieta o bordowych włosach siedziała na kolanach mężczyzny w dresie, jej oczy ozdobione były niesamowitym makijażem sięgającym aż do brwi. Grupa dzieciaków z koledżu zamieniła stół bilardowy na centrum rozgrywek w piwnym ping-pongu. Parkiet zapełniały osoby albo tanecznie upośledzone, albo wstawione na maksa. Wszyscy wydawali się świetnie bawić. Przez chwilę zmagałam się z uczuciem zazdrości. A potem ujrzałam parę dzieciaków w moim wieku obściskujących się w narożnej loży.

Zazdrość przeszła mi tak samo szybko, jak się pojawiła.

Kiedy skończyłam jeść, zamówiłam colę, aby móc posiedzieć chwilę dłużej. Byłam wykończona i pewna, że śmierdzę, jakby całe moje ciało zostało obtoczone w panierce piwnej, usmażone na głębokim oleju i wytarzane w popielniczce. Mimo to zostałam aż do ostatniego klienta.

– Wszystko w porządku, Abby? – zapytał Bubba. – Bardzo mi przykro z powodu Georgie, była wspaniałą kobietą.

Bubba był starszym gościem, mocno po sześćdziesiątce, z czarnymi włosami przetykanymi siwizną. On i Babunia zawsze wesoło gawędzili, kiedy przyprowadzała mnie do baru na niedzielny lunch. Kiedyś zapytałam ją, czy nie myślała, by się z nim umówić na randkę, ale zbyła to wzruszeniem ramion, jakby ten pomysł był równie niedorzeczny, co siodło na świni. Zawsze podejrzewałam, że mogło między nimi być coś więcej niż tylko niewinne niedzielne pogaduszki.

– Jasne, wszystko w porządku – skłamałam. – Po prostu nie jestem jeszcze zmęczona. Postanowiłam powłóczyć się do późna.

Bubba skinął głową i wyjął klucze, by zamknąć za mną drzwi.

– Kiedyś takie noce jak dzisiejsza nakręcały mnie tak, że nie mogłem zasnąć do wschodu słońca – odparł, ziewając. – Oczywiście te czasy już dawno minęły.

– Bubba, jest jakaś szansa na załapanie się u ciebie na fuchę?

Wewnętrznie zwijałam się z zażenowania, że muszę o to pytać. Wiedziałam, że nie mam żadnych kwalifikacji. Mogłam mu oczywiście wcisnąć łzawą historyjkę o byciu samotną i bez środków do życia, ale nie chciałam jego litości. Co więcej, nie zamierzałam pozwolić samej sobie na beczenie i nie chciałam, by inni się nade mną rozczulali.

Bubba zmierzył mnie wzrokiem.

– Ile masz lat, Abby?

– Prawie osiemnaście.

To była trochę prawda, a trochę kłamstwo, w zależności od definicji „prawie”.

– Kelnerowałaś już kiedyś?

Potrząsnęłam głową.

– Nie, ale myślę, że byłabym w tym naprawdę dobra. Babunia wiele razy opowiadała, jak to prowadziła własną kafejkę dawno temu, a ja zapamiętałam wszystko, co powiedziała o obsłudze klientów. Sprawdzę się, obiecuję. – Sama nie wiedziałam, czy to też kłamstwo. Nie miałam pojęcia, czy potrafię obsługiwać klientów, ale to nie była pora na szczerość.

– Abby, nie mogę ryzykować utraty licencji na podawanie alkoholu, stawiając cię za barem. A co do kelnerowania, jesteśmy zawaleni robotą i nie mam teraz czasu na szkolenie nowej osoby. Ale umówmy się tak: jak tylko skończysz osiemnaście lat, wróć do mnie, obiecuję, że coś się dla ciebie znajdzie.

– Jasne, nie ma sprawy – odparłam, starając się przybrać pozytywny ton głosu.

Bubba odprowadził mnie do drzwi wejściowych.

– Georgie dobrze się tobą zaopiekowała, kochana. Była cudowną kobietą. Wpadaj do mnie, jakbyś czegoś potrzebowała. Lud Boży powinien trzymać się razem.

Nie wiem, czy mówił o mnie, czy o Babuni. Poza tym właśnie poprosiłam go o pomoc, prawda? Uśmiechnęłam się jednak i skinęłam głową.

Opuściłam bar, czując się pokonana. Nadal desperacko potrzebowałam kasy. Kiedy pani Thornton przestanie wreszcie węszyć wokół mnie i wrócę do domu, będę potrzebowała pieniędzy, by się wyżywić – i może także płacić rachunki. Jeśli nie znajdę pracy, będę musiała kraść. Słowa Bubby wracały do mnie raz po raz, gdy szłam główną ulicą, rzadko rozświetlaną przez nieliczne latarnie. „Lud Boży powinien trzymać się razem”. To zdanie nabierało coraz więcej sensu. Skoro Lud Boży powinien trzymać się razem, a ja byłam sama, to na pewno nie byłam człowiekiem Boga. Mimo że Babunia zabierała mnie do kościoła i modliła się za mnie, nigdy nie czułam, że dba o mnie jakaś siła wyższa. Teraz zrozumiałam, że to dlatego, że nie należałam do Ludu Bożego.

Nigdy.

Szłam przed siebie bez konkretnego celu, z nowo nabytą wiedzą, że jeśli istniał jakiś Bóg, to zapomniał o mnie na samym początku mojego życia. Nie minęła nawet sekunda od momentu, gdy to pomyślałam, kiedy ziemia pod moimi stopami nagle zadrżała, a żarówka w latarni nad moją głową zagrzechotała i zgasła.

Zapadła kompletna ciemność.

Co, do cholery?

Pojedyncze okrągłe światło, jaśniejsze od tych, które widywałam w samochodach, pojawiło się przede mną, rozpraszając ciemności. Pędziło prosto na mnie. Drżenie ziemi stawało się coraz silniejsze. Latarnia bzyknęła elektrycznością i wróciła do życia.

Gdy już zaczynałam na poważnie wierzyć, że to Bóg we własnej osobie mi się objawia, by mnie ukarać za grzeszne myśli, piekielne światło przemknęło obok mnie w olśniewającym błysku chromu i z rykiem silnika. Siła podmuchu zwaliła mnie z nóg w cierniste krzewy na poboczu. To nie był Bóg, ale zwykły pieprzony motocykl. Owszem, wielki, ale jednak tylko motocykl, jadący z prędkością co najmniej trzykrotnie przekraczającą dozwolony limit.

„Takie moje szczęście” – pomyślałam. Wydostałam się z krzaków i pochyliłam, by otrzepać kolana z odłamków łupka i powyjmować kolce z nóg.

Takie moje pierdolone szczęście.


Obudziło mnie własne kichanie. Nic dziwnego. Najmniejszy ruch wzniecał tumany kurzu, co wywoływało u mnie salwy kichnięć.

Nienawidziłam kurzu. Nienawidziłam alergii.

A już najbardziej nienawidziłam zakradania się na złomowisko za warsztatem samochodowym Franka Dunna, aby spędzić noc w starym samochodzie Babuni. Zabrała go tam, by przywrócić go do życia, ale kiedy odkryła, że będzie to kosztować ponad dwa tysiące dolarów, zostawiła go u Franka, gdzie stał już niemal rok.

Doświadczenie nauczyło mnie, że pracownicy socjalni nie poświęcali zbyt wiele czasu na poszukiwanie uciekinierów. Po jakichś dwudziestu czterech godzinach bezowocnych starań zwykle spisywali cię na straty i przechodzili do kolejnej sprawy. Musiałam więc trzymać się z dala od domu przez jedną noc, może dwie, aby upewnić się, że ta mieszająca się w nieswoje sprawy suka, pani Thornton, dała sobie spokój. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła czwarta rano. Pomyślałam, że mogłabym przespać spokojnie jeszcze kilka godzin, więc przykryłam się bluzą i zamknęłam oczy.

Próbowałam zignorować kurz i udawać, że jestem w łóżku. Zwinęłam się w kłębek i powoli odpływałam w sen, kiedy poderwał mnie ten sam warkot silnika, przez który wcześniej wylądowałam w krzakach. Ostrożnie, aby pozostać niezauważoną, wychyliłam się zza deski rozdzielczej. Czujnik ruchu włączył światła przy bramie złomowiska i dostrzegłam dwie poruszające się sylwetki. Były zbyt daleko ode mnie, by dostrzec szczegóły, ale usłyszałam kobiecy śmiech i stukot obcasów.

Cicho osunęłam się na podłogę pod kierownicą. Ostatnie, czego potrzebowałam, to oskarżenie o włamanie. I tak miałam już jedną taką sprawę w aktach i wiedziałam, że Frank Dunn na pewno nie podziękuje mi za dziurę wielkości kosza na śmieci, którą wycięłam w płocie.

Po jakichś pięciu minutach pick-up, w którym się ukrywałam, przechylił się nagle w stronę kierowcy, a ciszę nocy wypełnił odgłos jęków niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek innym. I to blisko.

Okno po stronie pasażera całkowicie zasłoniła czarna skórzana kurtka. Metalowe elementy zgrzytały po szybie z każdym kolejnym ruchem mężczyzny.

Jęki zaczęły rozlegać się… niżej.

Skuliłam się najbardziej, jak to było możliwe, próbując stać się niewidzialną. Na zewnątrz panowała ciemność, a czarna bluza przykrywała mi większą część ciała, więc nawet gdyby ktoś – ktokolwiek był na zewnątrz – zajrzał do środka, pomyślałby, że jestem jedynie kupą szmelcu w samochodzie. A przynajmniej na to liczyłam.

Kobieta zaczęła wydawać z siebie odgłosy rodem z pornosa, przesadzone dźwięki ssania i jęki.

Przez głowę przemknęły mi fragmenty niechcianych wspomnień, obrazy posiniaczonych ciał, wijących się i ocierających o cokolwiek, na co się natknęły. Mężczyźni i kobiety na poplamionych kanapach i podłogach, rozmazująca się krew ze świeżo nakłutych żył i strupów zerwanych ze starych ran. Jęczeli i wydawali zwierzęce odgłosy. Nieprzytomnych w tym obleśnym wirze traktowano tak samo jak przytomnych. To, że w oczach patrzących tępo w sufit nie było śladu świadomości, nikogo nie powstrzymywało. Brano ich po kolei, aż ktoś się zorientował, że nie mają pulsu. Widziałam wiele martwych ciał wyrzucanych z przyczepy moich starych jak puste kartony po pizzy.

Żółć podeszła mi do gardła.

Ostatnie wspomnienie, które przemknęło mi przez głowę, dotyczyło nocy, po której zostały mi blizny trzymane przeze mnie w ukryciu. Moje ciało ogarnęła gorąca fala przerażenia na myśl o nożu i szaleństwie w przekrwionych oczach matki. Klatka piersiowa ścisnęła mi się boleśnie, z całych sił starałam się odpędzić to wspomnienie, ale było już za późno. Próbowałam wziąć głęboki oddech, aby uspokoić nerwy. Zamiast tego wciągnęłam chmurę kurzu. Usiłowałam stłumić kaszel, ale się zakrztusiłam. W tym samym momencie kobieta na zewnątrz wrzasnęła. Przygotowałam się na nieuchronne, pewna, że mnie nakryli.

 

Ale kobieta tylko zakaszlała, odchrząknęła i splunęła na chodnik.

– Miałeś mi powiedzieć, jak będziesz już blisko, dupku! – krzyknęła.

Puls mi przyspieszył, a dłonie zaczęły się pocić.

– Ups – odezwał się głęboki męski głos. Zamiast przepraszająco pobrzmiewał rozbawieniem.

Usłyszałam dźwięk zasuwanego rozporka. Zrobiło mi się niedobrze. Wymioty podchodziły mi już do gardła, w desperacji zatkałam usta dłonią. Słyszałam oddalające się kroki, a następnie zgrzyt otwieranej bramy.

Gdy tylko brama zamknęła się z trzaskiem, otworzyłam drzwi po stronie pasażera, wychyliłam się i gwałtownie zwymiotowałam. Torsje trwały jeszcze długo po tym, jak już nic nie pozostało mi w żołądku. Kiedy ustały, otarłam usta dłonią.

„Jebać moich starych i to, kim przez nich jestem” – pomyślałam.

– Ani się rusz, skurwielu – rozległ się gardłowy głos, towarzyszył mu charakterystyczny dźwięk odbezpieczanej broni.

Przeszły mnie ciarki, a włosy zjeżyły mi się na głowie. Serce mi zamarło, bałam się zaczerpnąć powietrza. Ponieważ nadal wpatrywałam się w ziemię, zobaczyłam jedynie czarne skórzane buciory i nogawki ciemnych jeansów. Nie uniosłam głowy.

Nie chciałam, żeby pomyślał, że mogę go później rozpoznać. Takie rzeczy zwykle powodowały, że sprawy przybierały bardzo zły obrót.

Mężczyzna przycisnął mi do potylicy lufę pistoletu. Nawet przez kaptur bluzy czułam chłód metalu. Zamknęłam oczy i szykowałam się na śmierć. Przez chwilę panowała zupełna cisza. W końcu odezwał się ponownie:

– A ty kim, kurwa, jesteś? – Jego głos pobrzmiewał groźbą.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nic, co przychodziło mi do głowy, nie wydawało się dobrą odpowiedzią dla wariata ze spluwą.

– Kto cię tu, kurwa, przysłał? – Pchnął mnie bronią w potylicę, aż moje czoło niemal dotknęło ziemi. Chyba nie był przyzwyczajony do bycia ignorowanym.

Może tak właśnie miało się to wszystko skończyć. Moje życie zawsze było walką. Może miałam skończyć właśnie tu, na złomowisku, pozbawiona kogokolwiek, kto by się mną przejmował. Może bez sensu zmagałam się z nieuniknionym, próbując zachować życie. Nadal nic nie odpowiadając, czekałam na wyrok.

– Okej, a więc tak to chcesz rozegrać?

Pociągnął mnie za kaptur bluzy, aż wylądowałam na kolanach, o centymetry od kałuży własnych wymiocin. Stanął za mną i zerwał mi kaptur z głowy, wyrywając przy tym garść włosów. Krzyknęłam, gdy zabolało. Mężczyzna na chwilę zamarł, a potem obszedł mnie i w końcu kucnął przede mną. Broń nadal miał wycelowaną we mnie, ale nie patrzył mi w twarz, tylko na pukiel rudych włosów, który trzymał w drugiej ręce. Kiedy podniósł wzrok, opadła mu szczęka. Nasze oczy spotkały się i spostrzegłam, że nawet w wątłym świetle lamp złomowiska jego oczy miały najbardziej błękitny odcień, jaki kiedykolwiek widziałam.

Nie był wiele starszy ode mnie, najwyżej kilka lat.

Miał na sobie obcisłą czarną koszulkę i ciemne jeansy, skórzana kurtka, którą widziałam wcześniej, gdzieś zniknęła. Jego blond włosy kontrastowały z całą tą czernią, były na tyle długie, że mógł je sobie wsunąć za uszy. Zarost i brwi miały ten sam kolor co włosy. Czarne i szare tatuaże, których wzorów nie mogłam dostrzec, zaczynały się na wierzchu prawej dłoni i biegły w górę. Pokrywały całą rękę, znikały pod koszulką i ponownie pojawiały się na szyi.

Kiedy znów się odezwał, w jego głosie nie było cienia poprzedniej agresji.

– Ty? – wyszeptał, po czym wykrzyknął z frustracją: – Kurwa, przecież mogłem cię zabić! – Jego broń nie była już wycelowana we mnie. Zamiast tego trzymał ją luźno w dłoni, jak nieistotny i niegroźny przedmiot, jak klucze.

– Wiem – wymamrotałam. Jakaś część mnie miała nadzieję, że mnie zabije. Wstałam i odgarnęłam włosy z oczu. Blondyn wyglądał na zmieszanego. Podrapał się po brodzie.

– Co ty tu, do cholery, robisz? – zapytał, chowając broń z tyłu za pasem.

– Nic – odparłam. Sięgnęłam do samochodu, chwyciłam plecak i ruszyłam w stronę płotu.

Nieznajomy ruszył za mną, spoglądając to na samochód, to na plecak.

– Ty… Ty tu mieszkasz? – zapytał.

Zaczynał mi działać na nerwy. Nie znałam go. Nie miał prawa wypytywać o moje sprawy, ze spluwą czy bez.

– Odpowiedz mi. Co tu robisz? – Złapał mnie za ramię i odwrócił ku sobie.

Nawet przez warstwę ubrań poczułam, jak jego dotyk pali mi skórę. Wyrwałam się z uchwytu.

– Puszczaj mnie! – wrzasnęłam.

Gdy ujrzał panikę w moich oczach, puścił mnie natychmiast.

– Po prostu powiedz mi, co tu robisz – powiedział spokojniejszym, mniej rozkazującym tonem. Pachniał skórą i wiatrem i co chwila pocierał zarost. Zastanawiałam się, czy robi to zawsze, gdy próbuje coś rozgryźć.

– A ty? Co tutaj robisz? – zapytałam, odwracając kota ogonem. Najlepszą odpowiedzią na każde pytanie było kolejne pytanie.

– To złomowisko należy do mojego ojca, przyjechałem tu na jakiś czas, żeby poprowadzić zakład. Mieszkam w przybudówce, więc technicznie rzecz biorąc, to mój dom. – Wsunął ręce do kieszeni jak uczniak. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia trzy lata, ale gdy jego twarz przybierała ten twardy wyraz, wyglądał znacznie dojrzalej.

– Cholera – odparłam. Miałam nadzieję, że przebywał tam tak samo nielegalnie jak ja. Zamiast tego zostałam złapana na gorącym uczynku, i to przez syna właściciela.

Musiałam się stamtąd jak najszybciej wynieść.

Ominęłam go, a on w końcu mnie przepuścił. Pobiegłam w kierunku bramy i próbowałam ją otworzyć, ale miała ze cztery metry wysokości i była cholernie ciężka. To dlatego wycięłam wcześniej otwór w siatce. Ciągnęłam i ciągnęłam, aż w końcu brama ustąpiła. Odwróciłam się i odkryłam, że to dzięki pomocy nieznajomego, który jeszcze chwilę temu groził mi bronią.

– Chyba nie myślałaś, że jesteś aż tak silna, co? – Na jego twarzy pojawił się uśmieszek.

– Dzięki – wymamrotałam, po czym ruszyłam przed siebie.

– Ej, zaczekaj – zawołał za mną.

Zamarłam. Myślałam, że zaraz powie, że dzwoni po gliny albo po ojca, albo po kogoś innego, przez kogo zostanę znów zesłana do piekła opieki społecznej.

Zamiast tego spytał:

– Jak ci na imię?

– A tobie?

Zawahał się chwilę, po czym powiedział:

– Jake. – Oparł się ramieniem o bramę, przyjmując nonszalancką pozę.

Gdy się zorientowałam, że przygryzam dolną wargę, natychmiast przestałam. Zdałam sobie sprawę, że otwarcie się na niego gapię. Wyglądał naprawdę dobrze… Jeśli ktoś lubi przerażających agresywnych typów.

– Abby – odparłam, odwracając się ponownie, by odejść.

Nie wiem, co mnie skłoniło, by mu powiedzieć, jak mam na imię. Mógł je przecież podać, składając skargę na policji.

– Abby! – zawołał za mną. – Następnym razem wejdź przez bramę. Albo zapukaj po prostu do drzwi. – Skinął głową ku głównemu budynkowi, a następnie wskazał palcem na niewielki pojemnik na śmieci zasłaniający wyciętą przeze mnie dziurę. – Żadnych więcej dziur, okej?

Kurwa.

Kiedy już myślałam, że mogę spokojnie odejść, dodał:

– Gdybym wiedział, że zakradłaś się na przedstawienie, upewniłbym się, że masz lepsze miejsce. – Sugestywnie uniósł brwi i się uśmiechnął.

Poczułam, jak rumieniec wypływa mi na policzki. Chłopak zaczął zasuwać bramę. Odwróciłam się, by ukryć zażenowanie, i pobiegłam przed siebie.

Nigdy w życiu nikt nie wywołał we mnie takiej irytacji i takiego zdegustowania i nikt mnie tak nie zaintrygował – a spotkałam wielu popieprzonych skurwieli. Najbardziej zaniepokoiło mnie zaintrygowanie. Wszystko byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby mnie po prostu zastrzelił.

Rozdział 5

Pierwsze, co zauważyłam po powrocie do domu, to śmieci. Olbrzymie usypisko wznosiło się w centrum niewielkiego żwirowego podjazdu. Serce opadło mi do żołądka, gdy uświadomiłam sobie, że to wcale nie były śmieci, lecz nasze życie.

Moje i Babuni.

Ubrania, meble, wszystkie obrazy i wspomnienia zostały sponiewierane i wyrzucone przed dom. Wspięłam się na nie i uklękłam w samym środku. Przeczesałam palcami skołtunione rude włosy ulubionej kolekcjonerskiej lalki Babuni, którą nazwała Daphne. Babunia zawsze powtarzała, że ta lalka przypomina jej mnie. Myślałam, że to z powodu rudych włosów, ale pewnego dnia Babunia powiedziała, że to nie dlatego.

– To dlatego, że jest odporna na wszystko. Przeżyła dwa pożary domu, zakopanie w ogródku przez psa i nieumyślne podtopienie w toalecie. – Babunia oparła się na łokciach o blat kuchenny i pochyliła ku mnie, po czym wyszeptała w konspiracji: – Ocalała. Wystarczyło ją tylko trochę odszykować i dać jej dużo miłości. Za każdym razem wychodziła z opresji cała, a czasem nawet lepsza niż przedtem.

Miałam tylko trzynaście lat, ale wiedziałam, że Babunia nie mówiła już o lalce. Na swój własny sposób próbowała wyjaśnić trzynastolatce, że nawet jeśli życie pogrzebie cię pod wielką stertą gówna, nie musisz się w nim taplać i budować z niego zamków.

To moja wersja tej opowieści.

Sturlałam się ze sterty przedmiotów, ściskając Daphne w ramionach. Gdy zbliżyłam się do werandy, dostrzegłam kartkę przypiętą pinezką do drzwi, wyglądała oficjalnie. Napisano na niej wielkimi literami:

Zawiadomienie o eksmisji

wydane przez biuro szeryfa hrabstwa caloosa

na podstawie wyroku sądowego

w sprawie zajęcia obciążonej

nieruchomości 4339 pinepass road

sprawa nr 4320951212102013

pierwszy bank coral pines

przeciw georgianne margaret ford

zakaz wstępu bez pozwolenia ze strony

biura szeryfa hrabstwa caloosa

lub właściciela: pierwszego banku coral pines

pod groźbą pociągnięcia do odpowiedzialności przed właściwymi organami

podpisano: Szeryf Cole Fletcher

opis dodatkowy: zamki zostały zmienione

Zerwałam kartkę z drzwi i usiadłam na rozpadających się drewnianych stopniach ganku. Trzeszczały i skrzypiały pode mną za każdym razem, gdy się poruszyłam. Podobnie jak pismo, które trzymałam w ręku, sprawiały, że czułam się niemile widziana. Obracałam kartkę w dłoni, licząc, że zobaczę gdzieś napis „psikus!” lub inny żartobliwy tekst albo dostrzegę lukę prawną, która sprawi, że wyrok będzie nieważny. Niestety, na próżno.

Ten jeden kawałek papieru właśnie zadecydował o wszystkim, czyli o tym, że nie miałam nic. Dlaczego Babunia nie powiedziała mi, że grozi jej utrata domu? Mogłam jej pomóc. Mogłam rzucić szkołę i iść do pracy.

Właśnie odpowiedziałam sobie na pytanie.

Oczywiście, że mi nie powiedziała. Chciała, żebym ukończyła szkołę. Powtarzała mi to codziennie, jeśli tylko udało się jej wpleść temat w rozmowę. Jakby miała klapki na oczach:

– Chcesz kawałek ciasta? Ukończ szkołę. Ale dzisiaj upał, może ukończyłabyś szkołę? Ależ mi tęskno za dziadkiem. Ukończ szkołę.

Wydaje mi się, że Babunia wierzyła, że jeśli uzyskam dyplom, moje życie potoczy się dobrze.

Kiedy tak siedziałam z przeklętym piśmidłem w jednej dłoni i lalką Daphne w drugiej, szkolna obsesja Babuni wydała mi się śmiechu warta – w smutny, pokręcony sposób. Życzenie Babuni się spełniło. Ukończyłam szkołę i uzyskałam dyplom.

Jestem pewna, że nie wyobrażała sobie nigdy, że nie będę miała go gdzie powiesić.


Udałam się na tyły domu i wzięłam ze skrzynki na narzędzia niebieską plandekę, a następnie osłoniłam nią stertę rzeczy przed domem na wypadek deszczu. Gdy kończyłam przykrywać cały dobytek mój i Babuni, na podjazd wtoczył się radiowóz szeryfa Fletchera. Mężczyzna nie zadał sobie trudu, by wysiąść. Byłam gotowa przysiąc, że nawet gdyby kogoś tutaj właśnie mordowano, Fletcher zrobiłby telefonem zdjęcie, nie zatrzymując nawet samochodu w drodze do baru Bubby.

Szeryf opuścił boczną szybę.

– Dzięki za ostrzeżenie – syknęłam.

W końcu to jego podpis ozdabiał pismo o eksmisji.

– Moja droga, my nie dostajemy informacji o takich rzeczach awansem. Góra wysyła je nam z rozkazem wykonania tego samego dnia. Do wczorajszego poranka nie miałem pojęcia, że chodzi o dom twojej babci. – Zamilkł na chwilę. – Poza tym nie bardzo miałem jak się z tobą skontaktować. Wygląda na to, że się nam urwałaś. – Jego ton był surowy i niezbyt współczujący.

 

Dzień jak co dzień.

– Domyślam się, że spotkał pan już Dana?

– Kogo?

– Panią Thornton – wyjaśniłam.

– A tak, powiedziałem jej prawdę: że nie wiem, gdzie jesteś. Pewnie niedługo tu wróci, więc lepiej się na to przygotuj. – Szeryf nie zaoferował żadnej pomocy, ale też nie zawlókł mnie z powrotem w łapska urzędniczki; byłam mu za to wdzięczna. – Każę Owenowi pomóc ci z tym całym szajsem – wymruczał, wskazując rzeczy na podjeździe. Wyciągnął komórkę z kieszeni i wymamrotał coś do słuchawki, po czym odłożył telefon. Wrzucił bieg, ale zanim zdążył ujechać dwa metry, zatrzymał się ponownie i wychylił głowę z okna. – Masz może jakieś zielsko przy sobie? – zapytał, nie zawracając sobie głowy tym, czy ktoś go usłyszy.

– Przepraszam, ale to całe zamartwianie się o jedzenie i dach nad głową ostatnio trochę odwracało moją uwagę od innych spraw. – Może i byłam mu wdzięczna, ale na pewno nie miałam zamiaru dzielić się z nim resztką trawy.

Szeryf przewrócił oczami i machnął ręką.

– Do zobaczenia, mała – wymamrotał i odjechał.

Pół godziny później leżałam na spłachetku trawy, które ciężko było nazwać trawnikiem, z nogami skrzyżowanymi w kostkach. Wspominałam dzień, kiedy Babunia wzięła mnie pod swoje skrzydła, wcale nie tak dawno temu. Siedziałyśmy w pokoju, a ona robiła na drutach.

– Jakie są twoje marzenia, Abby? – zapytała, a kiedy ujrzała wyraz zmieszania na mojej twarzy, uściśliła: – Kim chcesz być, kiedy dorośniesz?

Wcześniej nikt mnie o to nie pytał, więc nigdy o tym nie myślałam. Moje marzenia o przyszłości nie wykraczały poza ucieczkę od rodziców, później z rodziny zastępczej, wreszcie od wspomnień, które mnie prześladowały. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, co dalej.

Dla mnie wyrwanie się było jedyną aspiracją.

Marzyłam, by wszyscy dali mi spokój.

Kiedy nic nie odpowiedziałam, Babunia delikatnie mnie ponagliła:

– Nie ma złych odpowiedzi, dziecko.

Powiedziałam jej wtedy pierwszą rzecz, jaką podsunął mi mój zgorzkniały umysł:

– Tata zawsze powtarzał, że do niczego się nie nadaję, więc chyba zostanę nikim.

Odbierano mi nadzieję po kawałku – w każdej minucie, godzinie i w każdym roku mojego życia. Babunia próbowała mi ją przywrócić.

Pokręciła głową.

– Kochanie, twój tata był bardzo chorym człowiekiem. Nie wiedział, co mówi. Jesteś piękną młodą damą i gdy dorośniesz, możesz zostać, kim tylko zechcesz. Możesz być piosenkarką, tancerką, lekarką, prawniczką, a nawet panią prezydent.

Myślałam, że kłamie, zirytowało mnie to. Dlaczego wmawiała mi, że mogę być, kim chcę, skoro obie wiedziałyśmy, że to nieprawda?

Byłam przepełniona złością. Pamiętam, że przesunęłam gwałtownie ręką po stole i trąciłam szklany wazon. Rozbił się, gdy spadł na podłogę, a odłamki wbiły mi się w stopy.

– Nie musisz mnie okłamywać! – wrzasnęłam, a potem krzyczałam tak długo, aż zdarłam sobie gardło.

Babunia próbowała mnie przytulić, ale to spowodowało jedynie, że wrzeszczałam jeszcze głośniej. Jej dotyk palił mi skórę. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziała. Nie miała pojęcia, że robi mi krzywdę.

Szamotałam się w jej objęciach, ale byłam od niej o wiele mniejsza. Siłą pociągnęła mnie na ziemię, jednocześnie szepcząc mi do ucha słowa pociechy – jak bardzo mnie kocha, jak we mnie wierzy.

– Możesz być, kimkolwiek zechcesz. Przysięgam, nigdy bym cię nie okłamała. Jesteś mądra i piękna, i silna. Możesz zrobić, co tylko zechcesz. – Powtarzała te słowa aż do momentu, gdy moje mięśnie rozluźniły się i zasnęłam w jej ramionach na podłodze w kuchni. Ogień we mnie nie zgasł. Po prostu poddałam się płomieniom.

To był mój pierwszy i jedyny uścisk. Kiedykolwiek.

Po raz pierwszy poczułam się kochana albo chociaż warta miłości. Byłam zachwycona i przerażona intensywnością tego uczucia. Zastanawiałam się, jak ludzie, którzy kochają więcej niż jedną osobę, są w ogóle w stanie żyć z dnia na dzień, nie padając z wycieńczenia pod ciężarem emocji.

Tego dnia zakochałam się na śmierć w mojej Babuni.

– Abby, żyjesz?

Czyjś głos wyrwał mnie z marzeń na jawie i przywrócił do rzeczywistości, nie otworzyłam jednak oczu.

– Nie, nie żyję – odparłam, bo równie dobrze mogłam nie żyć.

– No cóż, jak na martwą laskę wyglądasz ślicznie.

– Dzięki, Owen. – Usiadłam, zasłaniając oczy dłonią, popołudniowe słońce otaczało Owena aureolą.

– Co tutaj robisz? – spytał.

– Nic szczególnego – odparłam. – A co ty tu robisz?

Owen patrzył na mnie z tym samym uśmiechem, który zawsze miał przylepiony do twarzy. Byłam pewna, że pod koniec każdego dnia musiały go boleć policzki.

– Wujek Cole zadzwonił do mnie i poprosił, żebym ci pomógł z… – zawahał się, gdy spojrzał na stertę przykrytą plandeką – twoimi śmieciami?

– Owen, bardzo chętnie skorzystałabym z twojej pomocy. Jednak istnieje pewien olbrzymi problem, którego twój niezwykle uprzejmy wujek nie wziął pod uwagę, kiedy mnie stąd eksmitował. – Coraz bardziej unosiłam głos. Owen nie zasługiwał na to, ale nie byłam w stanie powstrzymać fali emocji.

– Czyli?

– Nie mam gdzie tego wszystkiego zabrać! – Rozłożyłam ramiona w geście rezygnacji, po czym schowałam głowę między kolana.

Owen usiadł obok mnie.

– No cóż – odparł, zapalając papierosa. – Jak dla mnie, masz dwie możliwości. – Zaciągnął się i odwrócił głowę, by wypuścić dym z dala ode mnie.

– Czyli? – zapytałam, wciąż trzymając głowę między kolanami.

– Możesz albo siedzieć tutaj i użalać się nad sobą, albo wypić parę drinków ze mną dziś na imprezie w lesie, a o tym – wskazał ręką na plandekę i zabite deskami okna – pomyśleć jutro. Rzeczy są zabezpieczone przed deszczem i jedna noc cię nie zbawi. Poza tym wyglądasz, jakby przydało ci się nieco zapomnienia.

– To raczej nie najlepszy pomysł, Owen.

W zasadzie był to najgorszy pomysł. Przez całe życie unikałam towarzystwa nie dlatego, że była to świetna zabawa, i nie dlatego, że wydawało mi się, że nie pasuję do ludzi. Wiedziałam, że do nich nie pasuję. I to nie tylko do dzieciaków ze szkoły czy mieszkańców Coral Pines. Ja nie pasowałam do nikogo.

– A co innego masz do roboty? Gapić się na ten bajzel całą noc z nadzieją, że w jakiś magiczny sposób przestanie być tylko bajzlem?

– Dobrze – uległam. Faktycznie, mogłam zastanowić się nad tym wszystkim później. Poza tym i tak nie miałam teraz lepszej opcji. Zresztą czy kiedykolwiek miałam?

– Ruszajmy zatem! – Owen miał minę dzieciaka w bożonarodzeniowy poranek. Podszedł do swojego pick-upa i otworzył mi drzwi.

Wstałam, otrzepałam trawę z nóg. Tym razem Owen nie zaoferował mi pomocy. Wiedział, że potrafię wsiąść sama, i nie szukał pretekstu, żeby mnie dotknąć, co spowodowało, że poczułam się przy nim spokojna. Skorzystam z jego propozycji tak samo jak korzystałam z whisky Babuni, by zapomnieć, znieczulić się choćby na chwilę.

Może nie będzie tak źle?


Dym z ogniska unosił się na środku wycinki leśnej, płomienie syczały jak kłębowisko węży. Ogień trzaskał i strzelał; rosnąc w siłę, sięgał coraz wyżej ku nocnemu niebu. Niski chłopak w białym kowbojskim kapeluszu stał tuż poza zasięgiem płomieni i dorzucał do stosu suche chwasty i gałęzie. Wokół ogniska stały ciężarówki wszelkich możliwych marek, zaparkowane pakami w stronę płonącego drewna. Jeden z większych samochodów miał na pace beczkę z piwem i wielkie opakowanie plastikowych kubków, z innego przez otwarte okna ryczała na pełen regulator muzyka country z lokalnej rozgłośni radiowej. Na większości pak siedziały objęte ramionami pary lub grupy dziewczyn. Beczkę piwa otaczała grupka chłopaków głośno rozprawiających o oponach i rywalizujących o to, kto wypije więcej.

„Dlaczego, do cholery, zgodziłam się tu przyjść?” – pomyślałam. Naciągnęłam rękawy bluzy tak, by przykryć nadgarstki. To był mój nerwowy nawyk. Owen musiał mi chyba czytać w myślach, bo odłączył się od grupki przy beczce i podszedł do mnie.

– Wyglądasz, jakby przydał ci się browar – rzucił, podając mi kubek.

Wzięłam od niego piwo i wychyliłam większość jednym haustem. Potrzebowałam dużo, dużo więcej.