Dziewczyny wyklęte

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

Dnia 2 kwietnia 1945 roku, w słoneczny Wielki Poniedziałek, odbył się pogrzeb Janiny, który przekształcił się w wielką patriotyczną uroczystość. Mszy świętej w kościele w Tarnawcu przewodniczył ksiądz proboszcz Kazimierz Węgłowski. Przybyło na nią wielu żołnierzy z oddziałów antykomunistycznych (między innymi cała grupa „Wołyniaka”), sąsiedzi zmarłej i mieszkańcy Kuryłówki. Wszyscy płakali, kiedy ksiądz wspominał zamordowaną przez komunistów młodą dziewczynę i jej dziecko, które nie zdążyło się narodzić. Uzbrojeni i umundurowani partyzanci nieśli trumnę, a nad grobem huknęła salwa honorowa. Kiedy składano trumnę do grobu, chór partyzancki odśpiewał marsz żałobny Aleksandra Orłowskiego W mogile ciemnej śpij na wieki. Potem wszyscy rozeszli się do domów. Tylko skamieniały z bólu Franciszek jeszcze długo stał nad grobem żony. Nie bacząc na groźbę dekonspiracji i komunistycznego więzienia, trwał na cmentarzu, a wieczorny wiatr sypał mu piasek w oczy i tarmosił poły płaszcza.

Na nagrobku Janiny Przysiężniak wyryto ogólny napis informujący, że zginęła tragicznie. Za komuny jakaś nieznana ręka dopisywała co rok frazę: „zamordowana przez UB”. Słowa te, pojawiające się na nagrobku Janki, miały przypominać komunistycznym katom o krwi ciążącej na ich rękach. Miały także odświeżać pamięć Polaków o prawdziwej powojennej historii tych miejsc.

Przyjaciółka Janiny Przysiężniak z lat młodzieńczych, Janina Stankiewicz z domu Feldman, dziewięćdziesięcioletnia już staruszka, do dziś mawia do swej córki: „Słuchaj, śniła mi się Janka, chyba coś złego się stanie…”.

Krystyna

Pierwszy raz zobaczyła go, kiedy przyjechał do jej ojca załatwić jakąś sprawę. Był rok 1945, a Armia Czerwona „wyzwoliła” już Polskę. Wysoki, przystojny polski partyzant w nienagannym stroju musiał się schylić, aby nie uderzyć głową o futrynę drzwi. Blask słońca wpadający przez południowe okno opromienił jego sylwetkę. Na rogatywce błyszczał przedwojenny orzełek w koronie, a na mundurze srebrzyły się wyglancowane guziki. Oficerski pas i kabura z pistoletem dodawały mu powagi, chociaż twarz miał jeszcze młodzieńczą i zawadiacką. Dodatkowo przez ramię przewieszony miał wielki niemiecki pistolet maszynowy. Żołnierz przestąpił próg, skłonił się wszystkim, bystro zerkając szczególnie ku dziewczętom, i przedstawił się, podając swój pseudonim.

– Królewicz – pomyślała nastoletnia Krysia. Zakochała się w polskim żołnierzu od pierwszego wejrzenia.

– Przystojny ten „Wołyniak” – szczebiotały potem jej koleżanki, a ona oblewała się rumieńcem na samo o nim wspomnienie.

Przyjeżdżał do jej rodziców jeszcze wielokrotnie i w końcu również zwrócił uwagę na młodziutką dziewczynę. Zagaił niezobowiązująco. Rozmawiało im się tak dobrze, że umówili się na spotkanie. Najpierw jedno, a potem kolejne i kolejne, naturalnie w tajemnicy przed jej rodzicami. Kiedy się poznali, on był dwudziestodwuletnim młodzieńcem, a ona skończyła zaledwie piętnasty rok życia.

Początkowo podkradał się pod jej dom i wywoływał dziewczynę, naśladując głos kukułki (w dzień) lub sowy (w nocy). Młodziutka Krysia z sercem na ramieniu wymykała się z domu i zanurzała w ciemnościach, wypatrując ukochanego. Miała wyrzuty sumienia, że spotykają się skrycie, nic nie mówiąc rodzicom, ale cóż… serce nie sługa.


Krystyna Świątoniowska z czasów, kiedy poznała „Wołyniaka”

(zbiory Krystyny Winiarz z d. Świątoniowskiej)

Często czekał na nią, kiedy wracała rowerem ze szkoły z Leżajska. Śmiała się w głos ze szczęścia, kiedy z oddali dostrzegała przy drodze siedzącego na białym koniu swego żołnierzyka. Mówią, że wcześniej miał już inne kobiety, ale Krystyna była dla niego kimś wyjątkowym. Przy Józku Zadzierskim dziewczyna nigdy nie miała wątpliwości, że jest tą jedyną, wybraną. Traktował ją jak królewnę, była dla niego świętością. Z nim czuła się bezpiecznie, poszłaby za nim na koniec świata, gdyby tylko powiedział słowo. Była młoda, może trochę naiwna, lecz kochała szczerą miłością.


Chrzest malutkiej Krystyny. Ona w beciku na rękach matki, z prawej strony ojciec oraz bracia (zbiory Krystyny Winiarz z d. Świątoniowskiej)

* * *

Krystyna Świątoniowska urodziła się w Brzyskiej Woli w roku 1930. Jej tata, Józef, był piłsudczykiem, pedagogiem i wieloletnim kierownikiem szkoły w Brzyskiej Woli, a mama, Kazimiera, była nauczycielką. Brzyska Wola to piękna wieś położona pośród lasów, w okolicy należącej niegdyś do majątku Potockich. Nowoczesny murowany, piętrowy budynek szkoły został wybudowany na gruntach hrabiego Alfreda Potockiego. Rodzina Krysi mieszkała na piętrze, a na dole mieściły się sale lekcyjne. Obok szkoły był zarybiony staw, nieopodal leśniczówka. Piękne czasy i wspaniała okolica. Ale całą radość życia zabiła wojna. To, co zrobili z wsią Niemcy, a potem Sowieci i Ukraińcy, nie mieści się w głowie.

Ojciec Krysi formalnie nie należał do żadnej organizacji, lecz zawsze z całego serca sprzyjał polskiemu podziemiu, za to jej starszy brat, Zbigniew, był w AK, został aresztowany i uciekł z transportu do Auschwitz. Na czas wojny szkołę kierowaną przez Józefa Świątoniowskiego zamknięto. Pomimo tego ojciec Krystyny uczył swoje dzieci w domu, przygotowując je do późniejszego podjęcia regularnej nauki.

Brzyska Wola była dużą wsią, w połowie zamieszkaną przez Ukraińców. Przed wojną wszyscy żyli w idealnej zgodzie – Polacy żenili się z Ukrainkami, a Ukraińcy z Polkami. Nie było mowy o żadnej nienawiści, tworzyli jedną rodzinę. Do kościoła, aby odprawić nabożeństwo, przyjeżdżali zarówno ksiądz katolicki, jak i pop prawosławny. Dopiero później zasiano ziarno niezgody. Podburzany przez UPA mąż Ukrainiec musiał się wyrzec swej żony Polki, a żona Ukrainka musiała wykląć męża Polaka. Ale i to nie wystarczało. Ukraińcom kazano mordować swych polskich ukochanych – mężowie zabijali żony, a żony mężów. Własnoręcznie zarzynali ich nożami albo siekierami ucinali im głowy. W powszechnym użyciu były również inne narzędzia mordu: piły, piki, widły, kosy… Blady strach padł na mieszkańców wsi.


Jeszcze beztroskie życie w Brzyskiej Woli, Krysia – pierwsza z prawej, uczepiona szyi swego brata, na piętrze budynku szkoły (zbiory Krystyny Winiarz z d. Świątoniowskiej)

Pewnej nocy naokoło Brzyskiej Woli dostrzec można było rozkwitające jeden po drugim pióropusze pożarów. To ukraińscy strzelcy z UPA palili kolejne polskie wsie. Rodzina Krysi nie spała, gotowa w każdej ruszyć do ucieczki. Spakowano najpotrzebniejszy dobytek, a ojciec co chwilę wychodził na ganek, obserwując z niepokojem łuny. Matka modliła się razem z dziećmi, które wkrótce, zmęczone, posnęły. O świtaniu ktoś załomotał w okno.

– Uciekajcie! Uciekajcie, bo jedzie UPA! – To goniec polskiej partyzantki ostrzegał ojca Krysi, który strwożony wybiegł na próg. – Nie wiadomo jeszcze, dokąd jadą i kogo będą mordować. – Zdyszany łącznik pobiegł dalej ostrzegać innych.

Kiedy tylko chłopak znikł w porannej mgle, z oddali słychać już było krzyk, a raczej zwierzęce wycie ukraińskiej czerni, żądnej polskiej krwi.

– Zbierajmy się, prędko – komenderował Józef, przepuszczając przodem żonę z dziećmi, a samemu zabierając podręczną torbę. Na wyniesienie innych rzeczy było już za późno.

Tata Krysi miał astmę. Szybki bieg zmęczył go tak, że prędko opadł z sił. Kiedy przebiegali przez pasiekę, przywołał rodzinę do siebie. Nie dał rady iść dalej. Musieli skryć się pomiędzy ulami niedaleko domu. Mama Krysi uklękła, a w jej ślady poszli pozostali. Wszyscy zaczęli się żarliwie modlić. Potem Kazimiera odmówiła prędko spowiedź powszechną, szykując całą rodzinę na niechybną śmierć. Ryk Ukraińców narastał. Nie były to żadne konkretne słowa, żadne hasło czy słowa pieśni. To był zwierzęcy ryk, przeraźliwe wycie spragnionej mordu tłuszczy. Hałas był nie do zniesienia. Krysia zamknęła oczy i zatkała uszy, ale nie mogła uwolnić się od tych głosów. Jej usta nie znajdowały już żadnych słów modlitwy. Oczekiwała najgorszego. Po dłuższej chwili dotarło do niej, że krzyki zaczynają powoli cichnąć i oddalać się. Ukraińcy jadący na furmankach ominęli ich dom i podążyli dalej, w stronę leśniczówki. Byli uratowani.


Krystyna z rodzicami i ich znajomymi przed budynkiem szkoły w Brzyskiej Woli

(zbiory Krystyny Winiarz z d. Świątoniowskiej)

Potem ktoś przyniósł wieści, że tego dnia mordercy z UPA dojechali do leśniczówki i tam zamordowali kilka osób oraz ograbili zabudowania. Wracając, zaatakowali wiernych zgromadzonych na mszy świętej w kościele w Brzyskiej Woli. Zamordowali księdza stojącego przy ołtarzu, ucinając mu głowę siekierą, a ludzi siedzących w ławkach rąbali po kolei jak leci. Dzikie wycie Ukraińców, które Krysia słyszała skryta pośród uli, prześladowało ją potem jeszcze przez wiele lat. Do dziś przypomina jej się z całą dokładnością i grozą, kiedy tylko zamknie oczy.

W ramach przeciwpartyzanckich operacji „Sturmwind” Niemcy do przeczesywania lasów wykorzystywali oddziały kolaborujących z nimi kałmuków. Ci dzicy ludzie Wschodu, którzy pili na umór, dokładnie sprawdzali las, idąc od drzewa do drzewa i szukając polskich partyzantów. Nie bali się niczego, a ich brawurę potęgował wypity alkohol. To była dzika horda. Kiedy kałmucy przybyli do Brzyskiej Woli, ojciec Krysi zamknął córkę wraz z jej koleżanką na strychu, a wejście pozabijał deskami. Trzy dni przesiedziały tam ukryte. A przez ten czas słyszały dochodzący ze wsi jeden wielki krzyk rozpaczy i pisk gwałconych dziewcząt. Dzicy kałmucy dla poskromienia własnych chorych żądz rzucali się nawet na zwierzęta, chociażby krowy.

 

Kiedy przyszła sowiecka armia i przegoniła Niemców, „wyzwoliciele” ze Wschodu nagminnie zabierali Polakom dwie rzeczy – zegarki i alkohol, który pili pod każdą postacią. Jeden z tych czerwonoarmistów wpadł do domu Świątoniowskich, chwycił za butelkę wody kolońskiej i wypił jednym haustem. Sowieci byli brudni, śmierdzący, nosili karabiny na sznurkach i worki zamiast plecaków. Niektórzy nie mieli mundurów, tylko chłopskie koszule. Zaraz na początku „wyzwalania” Brzyskiej Woli zatrzymali sołtysa, leśniczego i inne ważne osobistości i natychmiast, bez żadnego sądu rozstrzelali ich pod oknami szkoły. Na szczęście Sowieci z niewiadomych przyczyn darzyli szczególnymi względami nauczycieli i nic złego nie zrobili rodzicom Krystyny.

* * *

Krysia zgasiła lampę naftową i mrok ogarnął cały pokój. Było ciepło i przytulnie, niedawno tata dołożył do pieca. Szybko odmówiła wieczorny pacierz i wskoczyła pod pierzynę. Nie, wcale nie chciała zasnąć – pragnęła rozpamiętywać ostatnie spotkanie z Józkiem. To było kilka dni temu. Ile to już minęło? Nieistotne! Liczyło się tylko to, że „Wołyniak” wyznał jej miłość. Oświadczył się jej! Oczywiście była jeszcze za młoda na małżeństwo (miała dopiero szesnaście lat), ale zaimponowało jej to wyznanie. Jeszcze teraz czuła przyjemne ciepło jego twarzy i parzący pocałunek, na którego wspomnienie – co tu ukrywać – rumieniła się nawet teraz. Rumieniła się, ale ciągle go rozpamiętywała, nie mogąc spać po nocach. Także teraz mijały jej w ciszy minuty i kwadranse, a zegar z salonu wybijał kolejne godziny. Krysia wciąż nie spała.

Nagle usłyszała hałasy dobiegające z parteru. Jakieś głośne pukania i nawoływania. Przeraziła się, że to UB przyszło po nią. Wyskoczyła z łóżka i nasłuchiwała pod drzwiami. Ktoś zadawał pytanie podniesionym głosem, a jej ojciec spokojnie odpowiadał. Niestety nie wychwyciła ani słowa. Ale nie czekała, aż intruzi ją znajdą. Gwałtownie wybiła szybę w oknie i wyskoczyła z pierwszego piętra na śnieg. Na szczęście nic jej się nie stało. Narastający strach popychał ją do panicznej ucieczki. Wtem z okna, z którego skoczyła, ktoś wyjrzał na zewnątrz i krzyknął za nią: „Zatrzymaj się!”. A chwilę potem gruchnęły strzały. Bogu dzięki – niecelne.

Krystyna nawet się nie obejrzała. Boso, w długiej nocnej koszuli uciekała przez śnieg, kalecząc stopy o grudy lodu. Tak dotarła do sąsiedniego domu, do rodziny Werflów, gdzie zaopiekowano się nią i ukryto. Doczekała u nich do rana, a potem jacyś ludzie doprowadzili ją do oddziału partyzanckiego, gdyż bała się wracać do domu.

„Wołyniak”, kiedy ją zobaczył, załamał ręce. Wyglądała jak upiór. Włosy zmierzwione, twarz zmęczona niewyspaniem, na nocną koszulę zarzuciła pożyczony od sąsiadki długi męski płaszcz, a na zakrwawionych nogach miała wielkie buciory.

– Już dobrze – przytulił Krysię, a ona, słysząc bicie jego serca, poczuła się wreszcie bezpiecznie. Z wypiekami na twarzy opowiedziała mu, co się stało.

– Musimy to wyjaśnić. Zostaniesz z chłopcami, a ja pójdę z kilkoma ludźmi na zwiad pod twój dom – zakomenderował i, zabrawszy ze sobą czterech żołnierzy uzbrojonych w broń automatyczną, wyruszył w stronę Brzyskiej Woli.

– Zaraz wracam! – Z oddali skinął jej ręką na pożegnanie.

Krysia nerwowo obgryzała paznokcie. Niecierpliwiła się, ponieważ długo nie wracali. Od partyzantów dostała suche, ciepłe rzeczy do przebrania i gorące mleko. Czas zdawał się stać w miejscu, każda minuta rozciągała się w nieskończoność. Martwiła się o Józka i o swoją rodzinę, nie mając pojęcia, co się z nimi stało.

W końcu Zadzierski wrócił. Miał dobre wieści.

– Wszystko w porządku, twoi rodzice żyją i nic im nie jest.


Trzynastoletnia Krysia ze swoim ulubionym psem (zbiory Krystyny Winiarz z d. Świątoniowskiej)

A potem opowiedział historię napadu na dom Krystyny. Pod swoją komendą „Wołyniak” miał między innymi partyzancką grupę dowodzoną przez dość niesfornego partyzanta Pawła Majchra „Czarnego Antka”. Nie w smak mu była karna żołnierka i z czasem zmienił swą grupę w pospolitą bandę rabunkową. Zadzierski, wiedząc o wyskokach „Czarnego Antka”, zamierzał się z nim policzyć, ale ten, wyprzedzając ruch swego dawnego dowódcy, postanowił porwać jego ukochaną i przetrzymywać ją jako zakładniczkę. Plan się nie powiódł, ponieważ zdesperowana Krysia wyskoczyła przez okno i uciekła napastnikom. Strzelali nawet za nią w powietrze, a potem obrabowali mieszkanie. Przy okazji wyszło na jaw, że Majcher współpracuje z UB. „Wołyniak” zatwierdził formalny wyrok na zdrajcę, który wykonano później, pod koniec marca.

– Już nic ci nie grozi – zapewnił czule dziewczynę, patrząc jej głęboko w oczy. – Zawsze możesz na mnie liczyć. W przypadku niebezpieczeństwa skontaktuj się ze mną. A kiedy to nie będzie możliwe, jedź niezwłocznie do mojej siostry, Aliny, do Krakowa. Zapamiętasz adres? – Józek powtórzył kilkakrotnie ulicę i numer domu w Krakowie.

Osobiście odprowadził Krysię do domu. Szli spokojnie, trzymając się za ręce. Kiedy została sama, raz po raz wracała pamięcią do słów „Wołyniaka” wypowiedzianych przy pożegnaniu: „Przy mnie zawsze będziesz bezpieczna”.

* * *

Nie wiadomo, kto przyniósł tę informację, ale przy śniadaniu nie mówiono o niczym innym. Dowódca miejscowej antysowieckiej i antykomunistycznej partyzantki, „Wołyniak”, został ranny.

– Na pewno go pamiętacie, przejeżdżał do nas często. Taki wysoki, przystojny – opowiadał ojciec Krysi, nic nie wiedząc o randkach swej córki. – Podobno dostał kulą w ramię, a rana nie chce się goić. Tak ludzie mówią.

Dalsze słowa wypowiedział szeptem, zwracając się do żony, ale Krysia wszystko słyszała.

– Podobno ukrywa się w opuszczonej leśniczówce na końcu wsi, pod lasem.

– A więc Józek jest ranny, cierpi. Może jest umierający? A ja tu sobie siedzę w spokoju i jak gdyby nigdy nic zajadam śniadanie? – robiła sobie wyrzuty Krystyna.

Cały dzień chodziła markotna i rozmyślała, jak mogłaby pomóc „Wołyniakowi”. Wieczorem zabrała z apteczki jakieś lekarstwa, bandaże i schowała wszystko pod łóżkiem. Wzięła jeszcze coś do jedzenia, tak na wszelki wypadek. A nocą, kiedy wszyscy spali, w ciemnościach ubrała się i po cichutku wymknęła z domu. Na dworze było ciemno i zimno, siąpił drobny jesienny deszcz. W ciemności co raz potykała się o jakieś przeszkody – korzenie, bruzdy ziemi, błotniste kałuże. Nim doszła do końca wsi, była cała mokra, ale nie czuła zimna. Podniecona zbliżała się do majaczącego na tle linii lasu budynku. Czy się bała? Oczywiście, że tak. Ale to była jej misja – dotrzeć do ukochanego i poratować go w potrzebie, pomóc mu wrócić do zdrowia albo… pożegnać ostatni raz przed śmiercią. Bo i taką ewentualność zakładała młoda dziewczyna.

Coraz ostrożniej stawiała kroki i nasłuchiwała. Cisza i ciemność wisiały dokoła jak gruby ciężki koc. Zbliżyła się do budynku i dotknęła mokrym policzkiem wilgotnych drewnianych ścian. Próbowała coś dojrzeć przez szpary pomiędzy balami, lecz bezskutecznie. Obeszła drewnianą chatę dwukrotnie, ale z każdej strony wydawała się ona cicha, ciemna i opuszczona. Słyszała jedynie krople deszczu uderzające o dach. Serce łomotało jej ze strachu, gdy podeszła do drzwi, wymacała uchwyt i nacisnęła klamkę. Będąc już w środku, cicho zamknęła za sobą drzwi.

– Tutaj chociaż nie pada – pocieszała się w myślach, próbując przebić wzrokiem ciemną zasłonę i rozpoznać wnętrze. – I nawet jest ciepło – zdziwiła się, gdy nagle coś poruszyło się znienacka przy jej boku i poczuła metalowe ostrze na swej szyi.

– Szto ty chotiesz? – spytał obcy głos łamanym rosyjskim.

I chociaż Krysi serce stanęło z trwogi, odpowiedziała wyraźnie:

– Szukam „Wołyniaka”.

Wtedy ręka z nożem cofnęła się, a niedoszły napastnik zapalił malutki ogarek świeczki i zbliżył płomień do jej wystraszonej twarzy.


Krystyna Świątoniowska (zbiory Krystyny Winiarz z d. Świątoniowskiej)

– Krysia? – padło z głębi izby.

Natychmiast go spostrzegła. Dopadła do Józka i drżącymi rękami wysypała całą zawartość torebki. Rozsypały się lekarstwa, żywność, a bandaże rozwinęły się, ginąc w ciemnościach izby. Nie mogła wydusić z siebie słowa, chciała go tylko całować po ukochanych ustach, oczach, twarzy. Ale krępowała się jego towarzysza, klęczała więc tylko w milczeniu, przejęta do granic. Ranny chyba zauważył gorące wzburzenie przybyłej i delikatnie zaczął gładzić ją po dłoni. Wtedy Krysia poczuła, że ręka Józka jest rozpalona. Ranny z pewnością miał gorączkę.

– Nic mi nie jest, Krysiu – uśmiechnął się, ale ledwo zauważalny grymas bólu przeciął jego dawno niegoloną twarz. – Dostałem jedną kulkę w rękę, o tu – skinął brodą w kierunku prawego ramienia. – Ale już jest dobrze, rana goi się wyśmienicie.

Czuła, że kłamie. Szukała wzrokiem drugiego partyzanta, by od niego dowiedzieć się prawdy. Towarzysz „Wołyniaka” nie chciał spojrzeć jej w oczy, udając, że coś majstruje przy pistolecie.

– Zmienię ci opatrunek, dobrze? – wreszcie zdobyła się na odwagę, aby się odezwać.

Pozbierała porozrzucane bandaże, a potem zaczęła zdejmować szarą, pobrudzoną szmatkę, którą przewiązana była rana. Nawet w ciemności widać było, że ramię źle się goi. No i ta gorączka.

– Józek, tu trzeba lekarza. Pójdę, sprowadzę kogoś – mówiła błagalnym tonem, obwiązując czystym bandażem jego rękę.

Przeczuwała, że nie będzie chciał się na to zgodzić, ale tym razem nie mogła ustąpić. Kiedy poparł ją drugi partyzant, zmęczony gorączką i bólem „Wołyniak” skapitulował.

Nad ranem Krystyna opuściła partyzancką kryjówkę. Wróciła do domu, przespała się chwilę, a gdy nastał dzień, pobiegła do lekarza wskazanego przez Zadzierskiego. Doktor ten był człowiekiem godnym zaufania i miał już do czynienia z polskimi partyzantami. Nie było jej przy tym, jak lekarz oglądał rannego. Podobno zrobił Józkowi zastrzyk i polecił często zmieniać opatrunki, a samą ranę przemywać naparem z ziół.

* * *

Wydawało się, że Zadzierski czuje się coraz lepiej. Zastrzyk od lekarza naprawdę pomógł, a częste odwiedziny Krysi również działały kojąco. Przy „Wołyniaku” stale przebywał też jeden żołnierz, który był na każde jego skinienie.

Powoli zbliżała się zima i w opuszczonej, lekko zdewastowanej chacie pod lasem robiło się chłodno. Był już najwyższy czas, by pomyśleć o innym schronieniu przed nadciągającymi mrozami i śniegami. Pierwsza ten temat podjęła Krystyna.

– Józek, nie myślałeś kiedyś, aby się ujawnić? – zagaiła pewnego pochmurnego i zimnego dnia. – Ludzie gadają o wyborach i amnestii, która rzekomo daruje winy tym, którzy walczyli z Sowietami i komunistami.

– Może i myślałem… Ale czy ty naprawdę uważasz, że zbrodniarze z UB darowaliby mi wszystko ot tak? Popatrz, ilu już Polaków wymordowali, a ilu wywieźli na Sybir. Czy ja sam się ujawnię, czy też oni mnie dorwą, i tak czeka mnie jedno – śmierć. Nie bez powodu noszę przy sobie pistolet. Nie dam się wziąć żywcem. Tak mi dopomóż, Boże! Wolę sam się zastrzelić, niż być zamęczonym przez komunistów! – ostatnie słowa prawie wykrzyczał, a krople potu wyszły mu na czoło. Dziewczyna przypuszczała, że znowu ma gorączkę.

– Pst! – zasyczał od drzwi ich towarzysz. – Cicho! Cholera, ktoś tu idzie.

– Zarygluj drzwi. – „Wołyniak” natychmiast zerwał się z pistoletem w ręku. Drugi partyzant również sięgnął po broń, a Krysia złapała jeden z leżących na ławie granatów. Cała trójka znieruchomiała pod ścianą, obserwując przez szpary, co dzieje się na zewnątrz.

W stronę opuszczonej gajówki sunął szereg uzbrojonych postaci. Pierwsi maszerujący mieli mundury i broń długą, erkaemy, karabiny i pepesze. Pochód kilkunastoosobowej grupy zamykało kilku cywilów z pistoletami. Kiedy żołnierze podeszli bliżej, „Wołyniak” rozpoznał na ich czapkach berlingowskie orzełki bez korony.

 

– To komuniści – szepnął i pokazał Krysi na migi, by położyła się na podłodze i zachowała bezwzględną ciszę. Partyzancki dowódca spodziewał się walki, której wynik był z góry przesądzony. Pragnął jedynie jednego – drogo sprzedać swoje życie. Ale chciał też spróbować ocalić swoją dziewczynę.

Krysia leżała na lodowatej podłodze, ale nie czuła zimna. Każda tkanka jej ciała była rozgrzana niemiłosiernie, a każdy mięsień napięty do granic. Czekała na strzały i w spotniałej dłoni ściskała z całej siły metalową kulę granatu. Nie czuła strachu, tylko olbrzymie podniecenie przed walką. Na zewnątrz słychać już było kroki i tupot ciężkich butów. Ktoś szarpał za klamkę, bezskutecznie próbując otworzyć drzwi i wejść do środka. Inni obchodzili chatę dookoła, pukali i nasłuchiwali. Zaglądali przez zabite dechami okna, a ich cienie złowróżbnie pojawiały się to z jednej, to drugiej strony, po czym znikały. Słychać było głosy mówiące po rosyjsku i po polsku. Nagle rozmowy ucichły, a do uszu ukrywających się dobiegły odgłosy miarowych kroków. Oddalały się. Krysia i jej towarzysze nie mogli uwierzyć, że komuniści tak łatwo odpuścili i nie próbowali nawet wyważyć drzwi, aby wejść do środka.

– Wygląda na to, że mieliśmy szczęście – powiedział Józek, gładząc po włosach Krysię, gdy cała trójka dochodziła do siebie po napiętych do granic ludzkiej wytrzymałości nerwach.

– Oni tu mogą zaraz wrócić z jakimś łomem – odparła dziewczyna. – Proszę cię, ukryj się u nas w szkole. Są tam wolne pokoje nauczycielskie. Nic nie powiem rodzicom, nikt się o tobie nie dowie. Zbliża się wieczór. Kiedy tylko całkiem się ściemni, przejdźmy do szkoły – prosiła.

Partyzanci zaskoczeni wypowiedzią dziewczyny patrzyli na nią w milczeniu, widocznie rozważając propozycję. I choć trudno jej było w to uwierzyć, przystali na ten pomysł.

Nocą „Wołyniak” trafił do niezamieszkałego pokoju na piętrze szkoły, a jego druh odszedł do lasu, obiecując kontaktować się regularnie. Przez następne dni Krysia troskliwie opiekowała się rannym, przebywając przy nim prawie bez przerwy. Naturalnie o całym zdarzeniu nic nie powiedziała rodzicom. A ci, nawet jeśli domyślali się, gdzie znika ich córka, nie dawali poznać po sobie, że coś wiedzą.


Krystyna Świątoniowska (zbiory Krystyny Winiarz z d. Świątoniowskiej)

Mijały dni, a Józek czuł się o wiele lepiej. Wydawało się, że rana już się zagoiła i nie będzie z nią żadnych problemów w przyszłości. Również samopoczucie pacjenta Krystyny się poprawiło, nabrał niezwykłej ochoty do życia. Mówił, że zimę jakoś trzeba będzie przetrzymać, ale na wiosnę rozpocznie prawdziwą ofensywę przeciw komunistom i bandom UPA.

– Zobaczysz, wtedy i Zachód się ruszy, a Polska nareszcie będzie wolna – zapewniał ją, uśmiechając się do swych myśli.

Pewnej nocy przyszedł po niego partyzant z leśniczówki i razem opuścili szkołę w Brzyskiej Woli. Krysia odprowadziła ich na skraj lasu. Przy pożegnaniu „Wołyniak” podziękował dziewczynie za opiekę. Pocałował ją czule i zniknął wśród drzew, a dziewczyna stała jeszcze przez moment na ścieżce, tłumiąc łzy napływające jej do oczu. Poczuła się nagle bardzo samotna.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?