Bitwy wyklętych

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bardzo trudno było postawić zmęczonych ludzi na nogi i ruszyć wreszcie w dalszą drogę, głębiej w las. Ale czas był po temu najwyższy. Uwolnieni nie mogli wiedzieć, że w tym samym momencie z obozu w Skrobowie rusza zorganizowana pospiesznie grupa pościgowa. A z okolicznych garnizonów i miasteczek wyjeżdżają dziesiątki ciężarówek i wymaszerowują setki żołnierzy. W kierunku Lasów Kozłowieckich ruszyły grupy pościgowe złożone z oddziałów NKWD, UB, milicji i żołnierzy „ludowej” polskiej armii. Wszystkie drogi komunistycznej sieci obławy miały zejść się pośrodku lasów, dokładnie w miejscu, gdzie przebiegała leśna drożyna, którą maszerowali teraz uciekinierzy.

* * *

– Wielkie masy wojska ruskiego i naszego obstawiły lasy. Wszędzie pełno uzbrojonej milicji. Mówią, że nie macie broni i jutro was wszystkich wyłapią, a potem… wiadomo – relacjonował gospodarz, kiedy uciekinierzy pałaszowali przywiezione przez niego wiktuały. Był chleb, były kartofle, kasza gryczana, a nawet słonina. Dla zgłodniałych i zmęczonych AK-owców taka wieczerza to dar niebios. Bo rzeczywiście – czy spotkanie pośrodku lasu furmanki życzliwego gospodarza to nie cud? Zgodził się im pomóc, ponieważ, jak zapewniał, nienawidzi komuny, a jego syn również działał w AK. Przywiózł w umówione miejsce jedzenie, picie i trzy pary butów dla tych, którym podczas ucieczki rozleciało się całkowicie obuwie. Z gospodarzem przyjechał też jego syn, który miał poprowadzić uciekinierów bezpiecznie w kierunku Wieprza.

Było już ciemno, kiedy ojciec i syn zawieźli uciekinierów do wsi i dali im schronienie w swoim gospodarstwie. Zbiedzy mogli tam odpocząć i zebrać siły na następny odcinek nocnej wędrówki. Ruszyli po północy wraz z synem gospodarza, omijając ludzkie skupiska. Raz tylko zaszli do samotnie stojącego pod lasem domu. Mieszkał tam znajomy życzliwego im byłego AK-owca i zgodził się, by zostawili u niego ciężko rannego kolegę. W zagrodzie uciekinierzy dowiedzieli się także, że nocami żołnierze komunistycznej obławy zazwyczaj odpoczywają, a teren patrolują tylko niewielkie grupki milicji. Polacy postanowili to wykorzystać i natychmiast ruszyli w dalszą drogę, maszerując aż do świtu.

O brzasku uciekinierzy schronili się u kolejnych gospodarzy zaprzyjaźnionych z ich przewodnikiem. Dostali jedzenie, picie i miejsce do spoczynku. Towarzyszący im aż do tego miejsca młodzieniec z AK teraz pożegnał się, życząc żołnierzom powodzenia. Radził, by trzymali się przepływającej niedaleko rzeki Mininy, która w dalszym swym biegu wpada do Wieprza.

Poranny wypoczynek mógł trwać dłużej, ale postawiony na straży wartownik zbudził pozostałych uciekinierów wystrzałem w powietrze. Żołnierz zauważył wchodzący do wsi i kierujący się do ich zagrody patrol MO. AK-owcy w biegu dopinali mundury i zarzucali broń na ramię. Kryjąc się za stodołami, zdołali dotrzeć do linii drzew, ale za plecami słyszeli już budzące trwogę odgłosy pościgu. We wsi, z której wyszli, warczały motory ciężarówek, rozbrzmiewały głośne nawoływania, gdzieniegdzie świszczały pojedyncze wystrzały. Uciekinierów najbardziej niepokoiło jazgotliwe szczekanie sfory milicyjnych psów tropiących. Ten straszny odgłos zbliżał się nieustannie.

Nagle, tuż przed nimi, na leśną dróżkę wybiegło dwóch mężczyzn. Jak się okazało, oni również umykali przed komunistyczną obławą.


Skrobowiacy – uciekinierzy z obozu NKWD w Skrobowie. Stoją od lewej: Zbigniew Jarosz „Czarny”, Jerzy Michalak „Świda”, Adam Żurawski „Zawieja” i Eugeniusz Ruta „Gryf”

(zbiory Krystiana Pielachy)

– We wsi już wojsko! Ruskie i polskie! Mają przeczesywać las! – ostrzegł żołnierzy, nie zatrzymując się, jeden z nich. – Nie macie szans. Szwadron Sowietów na koniach zaraz ruszy w pogoń za wami. Zapędzą was do rzeki, a potem wyłowią pojedynczo jak raki. Nie przeprawicie się, po roztopach jest wielkie rozlewisko. Mosty obstawione, łodzi nigdzie nie ma.

Kiedy skończył, nad ich głowami przeleciał wolno sowiecki dwupłatowy kukuruźnik. Mogli dostrzec wyglądające na boki głowy pilota i strzelca. Bez wątpienia szukali uciekinierów z sowieckiego obozu…

– Nie ma ratunku! – krzyknął jeszcze raz mężczyzna i zniknął wraz z kolegą w leśnym gąszczu.

Zbliżająca się obława i nieoczekiwane spotkanie z nieznajomymi zaszczepiły ziarno niepewności w niektórych sercach. Ktoś zaproponował, żeby ukryć broń i rozdzielić się na kilkuosobowe grupy. W ten sposób łatwiej będzie zdobyć cywilne ubrania i wyrwać się z matni. Kilka osób natychmiast podchwyciło ten pomysł. Ale wtedy odezwał się „Wierny”:

– Pojedynczo nie mamy żadnych szans. Tylko całą uzbrojoną grupą możemy jakoś obronić się przed obławą. Ale kto chce – może odejść. Droga wolna.

Dziesięciu żołnierzy skorzystało z propozycji. Odeszli ze swoją bronią i amunicją. Ale pozostali postanowili do końca trzymać się razem, wierząc w instynkt i szczęście swego przywódcy.

* * *

– To koniec… – przemknęło przez głowę Jurkowi Ślaskiemu, gdy kilkakrotnie o mało nie upadł w lodowatą toń czarnej brei. Brnął przez wodę, która sięgała mu powyżej pasa. Omdlałe ręce, trzymające nad głową karabin, ledwo wytrzymywały z bólu. Nie czuł już nawet przenikliwego zimna, tak był zmęczony. Zapadał zmierzch, a przed nimi, jak okiem sięgnąć, wszędzie rozlewała się woda. Olbrzymie, głębokie rozlewisko rzeki pokryło nieprzeniknioną taflą brzegi, łąki i krzaki.

– Nie przejdziemy… – szepnął któryś.

Byli krańcowo wyczerpani. Ostatnie godziny szli przez grzęzawisko, zbliżając się do rzeki. Potem jak nocne zjawy posuwali się przez mokradła. Zapadali się w wodę najpierw po kolana, potem po pas. Kiedy znikły wyższe kępy trawy i krzaki, zatrzymali się. Nie sposób było wędrować dalej w nieznaną czarną toń, gdzie czyhała lodowata śmierć.


– Panowie – wykrztusił „Wierny”. – Panowie, to chyba nasza ostatnia walka będzie.

Rozdano ostatnie zapasy amunicji i powoli żegnano się z życiem.

– Nie żałować mi kul na wrogów Polski – dyszał któryś.

– Pamiętajcie o ostatnim naboju… – dodawał ciszej inny.

Odgłosy obławy zbliżały się nieustannie. W gęstniejącym mroku nie było nic widać, ale z tyłu dało się słyszeć dalekie krzyki i warkot silników samochodowych. I ten drażniący uszy jazgot szczekających psów.

– To zaszczyt móc dowodzić takimi żołnierzami jak wy – powiedział „Wierny” tak cicho, że tylko znajdujący się najbliżej niego usłyszeli te słowa.

– Wszystko dzięki temu, że mamy takiego dowódcę – odpowiedział jeden z żołnierzy, sprawdzając naboje w magazynku pepeszy.

Mijały minuty. Byli gotowi na śmierć, ale ta nie nadchodziła. Pomimo odgłosów dolatujących z ciemności, komunistycznej obławy nadal nie było widać. Kiedy tak trwali, nieświadomi, ile czasu minęło, do Mierzwińskiego zgłosiło się dwóch ochotników, chcących jeszcze raz spróbować rozpoznać przejście przez rozlaną rzekę. Byli to miejscowi partyzanci – Antoni Jabłoński „Jasieńczyk” i Stanisław Mączka „Nałęcz”. Oddali swoją broń towarzyszom, a potem spokojnie, idąc tuż obok siebie, powoli zagłębili się w wodę. Na początku sięgała im do pasa, potem do piersi, a na końcu do szyi. Rozpostartymi na boki rękami próbowali łapać równowagę, by całkowicie nie pogrążyć się w odmęcie. Niższemu „Nałęczowi” woda już zalewała usta. Szedł z twarzą uniesioną ku niebu, jakby chciał wybłagać pomoc w odnalezieniu przejścia. Po kilkunastu krokach ponownie opuścił głowę. Woda była już niżej. Poczuli, że dno twardnieje i podnosi się do góry, ku zbawczemu brzegowi. Zakrzyknęli na towarzyszy, by poszli w ich ślady.

Kilkadziesiąt postaci, podobnych bardziej do błotnych potworów niż do polskich żołnierzy, z wysiłkiem wygramoliło się na wilgotne, ale wreszcie stabilne podłoże. Wszyscy bez wyjątku zwalili się na ziemię, niewyobrażalnie zmęczeni. Z kierunku, skąd przyszli, po drugiej stronie rzeki, słychać było już sowieckie nawoływania, rżenie koni, szczęk broni i chlupot wody. Komunistyczna pogoń szukała ich w miejscu, gdzie przed godziną gotowi byli zginąć. Ale po kilku minutach odgłosy zaczęły się oddalać, aż w końcu wszystko ucichło. Wreszcie mogli odetchnąć z ulgą. Byli uratowani.

Kiedy tak odpoczywali, nagle po drugiej stronie rzeki wybuchła gwałtowna strzelanina. Serie z peemów i pojedyncze karabinowe strzały co chwila zagłuszane były wybuchami granatów. W ciemności dostrzegali z daleka paciorki pocisków świetlnych i wystrzeliwane wysoko w niebo rakiety. Twarze uciekinierów zastygły w wyrazie przerażenia. Jeden z nich, mając na myśli dziesięciu towarzyszy, którzy się niedawno oddzielili, wypowiedział na głos to, co wiedzieli już wszyscy:

– Dorwali naszych…

* * *

Po kilkunastu minutach strzelanina zza rozlewiska ucichła i uciekinierzy na rozkaz „Wiernego” ruszyli w dalszą drogę. Maszerowali dwie noce, na dzień znajdując bezpieczne kwatery u przyjaznych polskich gospodarzy. W jednej ze wsi partyzanci pochwycili gońca komunistycznego wojska, który szukał oddziału idącego śladem ucieczki. Żołnierz nazywał się Kazimierz Lach i pochodził z Wołynia. Bez namysłu dołączył do grupy „Wiernego”, otrzymując pseudonim „Pościgowiec”.


Kombatanci Jan Gajek „Tatarak” (pierwszy z lewej) i Zdzisław Kalbarczyk „Ordon” pod pomnikiem upamiętniającym miejsce urodzenia Mariana Bernaciaka „Orlika” przed jego domem w Zalesiu, podczas uroczystości 68. rocznicy śmierci mjr. „Orlika”. Zalesie, 29 czerwca 2014 r.

 

(zbiory Michała Bernaciaka)

W końcu wysłani przodem na zwiady partyzanci nawiązali kontakt z konspiratorami działającymi u „Orlika”. W Blizocinie, już na północnym brzegu Wieprza, rozbitkowie spędzili Święta Wielkanocne. Spotkali tu również Wacława Kuchnio „Spokojnego”, jednego z bardziej zaufanych dowódców od „Orlika”. Nie minęło kilka dni, a zbiedzy ze Skrobowa już osobiście meldowali się u Mariana Bernaciaka.

Kilku uciekinierów otrzymało fałszywe dokumenty i cywilne ubrania, aby móc wrócić do normalnego życia. Pozostała większość (trzydziestu pięciu ludzi) nie miała dokąd iść i została w partyzanckim zgrupowaniu, tworząc osobny, pierwszy pluton. Nowo utworzonym pododdziałem dowodził ppor. Piotr Mierzwiński „Wierny”. Grupa ta tworzyła jeden z bardziej bitnych oddziałów w zgrupowaniu „Orlika”. Walczyła między innymi w wielkiej bitwie w Lesie Stockim, przyczyniając się w znacznej mierze do polskiego zwycięstwa. Spośród „Skrobowiaków”, jak zaczęto nazywać uciekinierów ze Skrobowa, a później nawet cały pierwszy pluton, kilku poległo w walce z komunistycznym reżimem. W ataku na posterunek MO w Rykach padł martwy Zbigniew Manyś „Kola”. W boju zginął również „Pościgowiec”.

Oddział „Skrobowiaków” przetrwał do końca istnienia zgrupowania „Orlika”, a potem różnie potoczyły się losy uciekinierów ze Skrobowa. Niektórzy doczekali się rozwiązania oddziału, a po ujawnieniu próbowali normalnie żyć. Niestety nie dane im było zaznać spokoju. Wielu z nich aresztowano i skazano na wieloletnie wyroki więzienia.

Podporucznik Piotr Mierzwiński po częściowej demobilizacji oddziału przedostał się nielegalnie na Zachód i zamieszkał w Anglii. Aktywnie działał w tamtejszych polskich organizacjach kombatanckich. Został odznaczony srebrnym krzyżem Orderu Virtuti Militari. Zmarł we wrześniu 1981 roku.


Jerzy Ślaski

(J. Ślaski, Żołnierze Wyklęci, Warszawa 2012)

Jerzy Ślaski „Nieczuja” w plutonie „Skrobowiaków” obsługiwał polski erkaem Browning wz. 28. Podczas walki w Lesie Stockim został ranny. W czasie jednej z pierwszych demobilizacji w zgrupowaniu otrzymał zwolnienie i, kulejąc jeszcze, wrócił do rodzinnego domu w Falenicy. Wraz z nim z oddziału odszedł Teodor Klonowski zwany „Karmelkiem”. „Nieczuja” i „Karmelek” trzymali się razem. Jurek bał się, że w rodzinnym domu może odnaleźć go UB. Mężczyźni razem wyjechali na wybrzeże, gdzie znajdował się dom rodzinny Klonowskiego. Niestety przez nieprzemyślany napad na browar we Wrzeszczu we wrześniu 1945 roku UB aresztowała Ślaskiego i Klonowskiego. Wedle oficjalnej, komunistycznej wersji „Karmelek” zmarł w więzieniu na zapalenie płuc. „Nieczuja” stanął przed sądem, ale nie udowodniono mu używania podczas tego pechowego napadu broni i dlatego dostał mały wyrok. Gdyby tylko komuniści mogli wiedzieć, że mają w swych rękach partyzanta antysowieckiej i antykomunistycznej konspiracji oraz zbiega z obozu w Skrobowie, z pewnością ocena sądu byłaby inna. Nie minęło kilka miesięcy, a Ślaski był już na wolności. Na wiosnę 1947 roku ujawnił się przed komunistycznymi strukturami. Początkowo, jako człowiek niepewny klasowo, nie mógł znaleźć pracy. Dopiero z pomocą znajomych otrzymał zatrudnienie w redakcji „Dziennika Bałtyckiego”.

„Zamienił karabin na pióro” i stał się poczytnym dziennikarzem, felietonistą i autorem powieści drukowanych odcinkami w czasopismach. Pracował także w „Wieczorze Wybrzeża” i w „Ilustrowanym Kurierze Polskim”. W redakcji tego ostatniego jako redaktor dyżurny podpisał do druku tekst Dawniej przeciw narodowi, dziś razem z nim, zilustrowany wielkim zdjęciem marsz. Rokossowskiego. Był to chyba przypadek, gdyż zamierzano do artykułu dołączyć zdjęcie przedstawiające Wojsko Polskie z 1939 roku oraz aktualne LWP z pochodu z dnia 1 maja. Tej drugiej fotografii z jakichś powodów zabrakło i w zastępstwie dołączono zdjęcie sowieckiego marszałka w otoczeniu dzieci. Ale komuniści skojarzyli tytuł ze zdjęciem Rokossowskiego i Jerzy Ślaski w trybie pilnym został aresztowany i osadzony w więzieniu. Na sądową salę wprowadzono go zakutego w kajdanki, jak największego zbrodniarza. Otrzymał wyrok jednego roku więzienia, ale bardziej dotkliwe było dla niego to, że po wyjściu na wolność został bez pracy. Ponownie dzięki pomocy byłych żołnierzy AK otrzymał zatrudnienie w redakcji „Słowa Powszechnego”, a potem przyjęty został na stanowisko redaktora naczelnego we „Wrocławskim Tygodniku Katolików”. Podczas solidarnościowej odwilży napisał i opublikował tekst pt. Oni też są Polakami, w którym jako pierwszy upomniał się o cześć i honor należne Żołnierzom Wyklętym. Jerzy Ślaski jest autorem książek: Polska walcząca (pisanej podczas stanu wojennego), Skrobów. Dzieje obozu NKWD dla żołnierzy AK 1944–1945 i Żołnierze Wyklęci. Dzięki tej ostatniej spopularyzowało się tytułowe określenie odnoszące się do partyzantów antykomunistycznego podziemia. Po 1989 roku Ślaski był redaktorem naczelnym „Polski Zbrojnej”. Zmarł 21 lutego 2002 roku.

Jeńców nie brano Kuryłówka, 6 maja 1945 roku

Na leśnej polanie było ciepło. Wysoko w górze drzewa cicho szumiały. Wiatr płynął gdzieś ponad koronami, od czasu do czasu strącając zeschłe gałązki lub szyszki. Spadały jakby z nieba i z łoskotem rozbijały się o ziemię pośród wszechobecnej uroczystej ciszy. Promienie słońca przebijały się przez wysokie korony drzew i sączyły w dół. Długimi wstęgami światła łaskotały twarze zebranych i napełniały ich oczy nowym blaskiem radości i nadziei. Nisko, pośród drzew, było przyjemnie i cicho. W powietrzu dało się odczuć zapach wiosny i rozgrzanej ziemi. Tu, na dole, zgromadziło się całe mrowie odświętnie ubranych ludzi. Oczy zebranych z nabożeństwem zerkały na polowy ołtarz, obok którego na wielkim brzozowym krzyżu zawieszono obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, a poniżej godło – białego orła w koronie. Był 3 maja 1945 roku, wielkie maryjne święto, dzień Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski, ustanowiony na cześć pamiętnego roku 1656 i potopu szwedzkiego, kiedy to król Polski Jan Kazimierz oficjalnie i uroczyście ogłosił Maryję Królową Korony Polskiej. Naturalnie pamiętano także o kolejnej rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja.

Pod ołtarzem stali ks. Bartłomiej Głowacki z Leżajska oraz dowódca wszystkich oddziałów leśnych Narodowej Organizacji Wojskowej-Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (NOW-NZW) Okręgu Rzeszów kpt. Franciszek Przysiężniak „Ojciec Jan”. Obok nich zgromadzili się przedstawiciele politycznego skrzydła tej organizacji, a także wielu zaproszonych gości z Leżajska, Jarosławia i okolicznych wiosek. Niewielka leśna polana nieopodal Ożanny pełna była ludzi. Pośrodku tłumu utworzono długi szpaler aż do samego ołtarza. Tą drogą miało przyjść polskie wojsko, dlatego teraz zebrani co rusz odwracali wzrok od ołtarza, zerkając, czy ktoś właśnie nie nadchodzi leśną drożyną.

W końcu dało się słyszeć miarowe kroki setek maszerujących równo ludzi. Jeszcze chwila i oczom zebranych ukazał się wspaniały widok. Na polanę wchodzili żołnierze – oddział za oddziałem, kompania za kompanią. Na czele swych grup szli dowódcy: Józef Zadzierski „Wołyniak”, Bronisław Gliniak „Radwan” i Stanisław Pelczar „Majka”. Obok starych partyzantów, pamiętających czasy niemieckiej okupacji, szli młodzi chłopcy w nowiutkich mundurach i rogatywkach. To adepci szkoły podchorążych z Laszek, którzy masowo zdezerterowali z armii Berlinga i Żymierskiego, by z pełnym uzbrojeniem przejść na stronę polskiej partyzantki antykomunistycznej. Swój oddział w Lubaczowie porzucili także berlingowcy z 2 Samodzielnego Batalionu Operacyjnego Wojsk Wewnętrznych (późniejszego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – KBW), którzy również całą grupą dołączyli do oddziałów „Wołyniaka” i „Radwana”. Jednakowe mundury żołnierzy i ich uzbrojenie robiły naprawdę imponujące wrażenie. Żołnierze dźwigali długie przeciwpancerne rusznice (rzecz zupełnie niespotykana w polskiej partyzantce drugiej konspiracji), zgrabne sowieckie erkaemy z wielkimi talerzami magazynków na wierzchu oraz nowiuteńkie pepesze. Maszerował człowiek za człowiekiem, pluton za plutonem, oddział za oddziałem. W obliczu takiej siły ludzi i broni serce rosło u każdego Polaka na polanie w Ożannie. Dowódcy zatrzymali swe oddziały i ustawili w dwuszeregu. Następnie po kolei zameldowali się „Ojcu Janowi”, podając stan ludzi. Trudno było wszystkich zliczyć. Niektórzy mówią, że partyzantów zgromadziło się trzystu pięćdziesięciu, inni że czterystu.

Rozpoczęła się msza święta, podczas której patriotyczne, płomienne kazanie wygłosił ks. Głowacki. Nawoływał w nim do boju z zalewającym Polskę komunizmem i tłumaczył konieczność walki o pełną wolność Polski. Podczas mszy wszyscy żołnierze powtarzali słowa przysięgi:


Partyzanccy dowódcy składają raport podczas uroczystości w Ożannie. Pod ołtarzem, w płaszczu, z rękami z tyłu kpt. Franciszek Przysiężniak „Ojciec Jan”, 3 maja 1945 r.

(zbiory Andrzeja Pityńskiego)

– W obliczu wiekuistości minionych pokoleń ojców i praojców, w obliczu nieśmiertelnego ducha Ojczyzny mojej, Polski, ślubuję i przyrzekam, że w każdym miejscu i we wszystkich okolicznościach walczył będę z najeźdźcami o całkowite przywrócenie wolności Narodu.

Potężna salwa dźwięków dobiegająca z setek gardeł odbijała się od ściany drzew i wracała echem. Można by przysiąc, że ziemia się zatrzęsła, a szyszki i gałęzie coraz gęściej spadały z drzew poruszanych siłą polskich głosów.

– …do sprawiedliwej Polski Ludowej na chrześcijańskich zasadach demokracji opartej. Na drodze walki wszelkie rozkazy i polecenia wykonywać będę rzetelnie i karnie.

Kobiety płakały, patrząc na dziecięce prawie twarze niedoszłych podchorążych, ich płowe, krótko obcięte włosy. Wycierały ukradkiem łzy, dostrzegając pośród partyzanckich szeregów swych mężów i synów.

– Przyrzeczenie to składam i ślubuję dotrzymać. Tak mi dopomóż Bóg!

* * *

Kiedy w Ożannie odbywała się uroczysta przysięga partyzantów NOW-NZW, wśród których znaczną część stanowili dezerterzy z komunistycznej armii, w tym samym czasie z koszar w Biłgoraju uciekł cały oddział 3 Samodzielnego Batalionu Operacyjnego Wojsk Wewnętrznych. Tego było komunistom, a Sowietom przede wszystkim, za wiele. Oddziały Wojsk Wewnętrznych to coś na kształt NKWD – ramię zbrojne powołane do tłumienia wszelkich prób wystąpień przeciw komunistycznemu zniewoleniu. Z założenia miały zwalczać antykomunistyczną partyzantkę, a nie się do niej przyłączać.

Za dezerterami natychmiast puszczono pościg, w którym główną rolę odgrywały sowieckie jednostki NKWD. Nad pospiesznie zorganizowanym zbiorczym pułkiem NKWD dowództwo objął płk Starycyn. Radziecka obława ruszyła niemal natychmiast, tropiąc uciekinierów i przeszukując okolicę. Na razie na ślad dezerterów nie natrafiono, lecz stoczono kilka potyczek z polskimi partyzantami, na przykład w rejonie Bodzyna, w Dąbrowicy i w Cieplicach. Jedną z sowieckich grup prowadził jako przewodnik Ukrainiec Stepan Wołczasty z Piskorowic, członek Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i były ukraiński policjant w służbie niemieckiej. To on zawiódł Sowietów do Cieplic, gdzie NKWD zaatakowało i rozbiło partyzancką grupę AK „Podhalańskiego”. W tej samej miejscowości Sowieci rozbroili polski, legalny wobec nowej władzy, posterunek MO i zabrali ze sobą czterech milicjantów, których po drodze, pewnie za namową swojego przewodnika z UPA, zamordowali.


Oddziały NOW-NZW maszerują na koncentrację w Ożannie, 3 maja 1945 r. Kilka dni później te same oddziały stoczyły bój z NKWD w Kuryłówce

(zbiory Andrzeja Pityńskiego)

Część radzieckiego zwiadu wraz z dwoma samochodami pancernymi 5 maja podjechała do Kuryłówki. Sowieci nie wiedzieli, że po uroczystości w Ożannie w tej wsi stacjonowała większość zgrupowania NOW-NZW. Gruchnęły strzały i w stronę radzieckich pojazdów poleciały przeciwpancerne pociski rusznic obsługiwanych przez niedawnych dezerterów z „ludowego” wojska Berlinga, Żymierskiego i Wasilewskiej. Spłoszeni enkawudziści odpowiedzieli ogniem, ale zaraz wycofali się w obawie przed utratą swoich pancerek. Liczbę zabitych w tej akcji Polaków Rosjanie oceniali na dwanaście osób (faktycznie zginęło tylko dwóch polskich partyzantów).

 

Kiedy płk Starycyn otrzymał dane o polskiej zbrojnej grupie stacjonującej w Kuryłówce, postanowił natychmiast działać. Podzielił podległe sobie oddziały na dwie części, zamierzając zaatakować wieś z dwóch stron. Jedna grupa, mająca w swym składzie różne pododdziały 11 Pułku 64 Dywizji NKWD, miała ruszyć na Kuryłówkę od północy. Grupa ta liczyła około stu osiemdziesięciu żołnierzy. Druga – około dwustu wojskowych z 3 Batalionu 372 Pułku NKWD (z 58 Dywizji NKWD), miała oskrzydlić Polaków od strony wschodniej.

Co więcej, pierwsza część radzieckiej grupy bojowej została jeszcze bardziej rozdrobniona przez swych dowódców. Sześćdziesięciu ludzi prowadzonych przez lejtnanta Zorina próbowało wkroczyć od północy do Kuryłówki, ale na podejściach do wsi natknęli się na partyzancki patrol od „Majki”. Kilkuosobowa grupa, która maszerowała na zwiad do Kulna, nie była żadnym poważnym przeciwnikiem dla Sowietów. Po krótkiej wymianie ognia Polacy zostali przepędzeni z pola i wycofali się do wsi, do której parł niepowstrzymanie oddział Zorina. Ale strzały zaalarmowały resztę polskiego ugrupowania znajdującego się w Kuryłówce.

* * *

Narada, która odbyła się 5 maja w Tarnowcu, zaraz po potyczce z sowieckimi samochodami pancernymi, była bardzo burzliwa. Ostrożny w swych decyzjach dowódca całego wojska NOW-NZW kpt. „Ojciec Jan” optował za natychmiastowym wycofaniem się. Chciał uniknąć bitwy z przeważającymi, jak się spodziewał, siłami komunistów. Wiedział, że walka z pancerkami z pewnością ściągnie na Kuryłówkę większe sowieckie oddziały pacyfikacyjne. Chciał natychmiast wymaszerować ze wsi i zniknąć w lasach, unikając walki i równocześnie ratując polską wioskę przed zagładą i zemstą Sowietów. Taki był zamysł dowódcy. Ale w naradzie oprócz niego brali udział jeszcze inni przedstawiciele partyzantki narodowej, między innymi Ludwik Więcław „Śląski” i Tadeusz Kaczurba „Tatar”. To ci dwaj najmocniej parli w kierunku decydującego starcia z Sowietami. Kilka dni wcześniej oglądali całą siłę partyzantki narodowej z tego terenu. Widzieli zastępy starych partyzantów, nowy zaciąg i dezerterów berlingowców, którzy porzucili swe oddziały i masowo przeszli z uzbrojeniem i amunicją na stronę antykomunistycznego podziemia. To było bardzo budujące. I właśnie dlatego „Śląski” i „Tatar” nie zgadzali się z propozycją Przysiężniaka, aby jak najprędzej wycofać podległe sobie wojska.

– Kapitanie, przypomnij sobie swoją żonę „Jagę” – nagabywali. – Wiesz przecież, kto strzelał do bezbronnej kobiety i kto oddał serię w jej plecy.

Przypominali tragiczne wydarzenie sprzed miesiąca, kiedy ubecy z zimną krwią zamordowali młodą żonę „Ojca Jana” Janinę Przysiężniak, która na dodatek nosiła pod sercem ich dziecko.

– Mamy tu zgromadzone parę setek ludzi – przekonywali. – Spójrz, są oddziały „Wołyniaka”, „Radwana”, „Majki” i „Lisa”. Razem to potężna siła. Nigdy nie miałeś pod sobą tylu żołnierzy co teraz. I to na dodatek znakomicie uzbrojonych. Może to jedyna okazja, aby zaryzykować i przyjąć w Kuryłówce sowieckie wyzwanie. Przecież tu mieszkała twoja żona! – na koniec znowu uderzyli we wrażliwą strunę.

„Ojciec Jan” zasępił się. W głębi duszy czuł, że rozsądniej byłoby się wycofać. Ale zanim oznajmił swoją decyzję, popatrzył jeszcze raz na dowódców. Na młodego, ale pełnego zapału i już doświadczonego partyzanta, urodzonego żołnierza, „Wołyniaka”, który przywiódł ze sobą najwięcej ludzi. We wrześniu 1939 roku, mając ledwie szesnaście lat, wymknął się z domu, by walczyć w obronie ojczyzny. I tak trwał do dziś. Józef Zadzierski – młody człowiek, ale „stary” i sprawdzony partyzant. Obok „Wołyniaka” stał „Majka”, z wiecznie wykrzywionymi nogami kawalerzysty, który w wojskowym mundurze wydawał się ciut wyższy i poważniejszy. W czasie kampanii wrześniowej Stanisław Pelczar walczył w 2 Dywizji Górskiej, a potem uciekł z niemieckiej niewoli i włączył się w konspirację NOW. Z drugiej strony stołu stał ubrany w przedwojenny polski mundur młodziutki „Radwan”, z nieodłącznym szmajserem na piersiach. Bronisław Gliniak słynął z akcji obronnych przed atakami UPA. Oddział „Radwana” uratował na przykład przed całkowitą zagładą polską wieś Wiązownicę, co przyznali nawet w swych meldunkach komuniści z UB. Byli również inni partyzanci – pełen wojennego zapału Franciszek Kazub „Lis”, który przywiódł swoją grupę. I Józef Maziewicz „Tada”, przewodzący młodym podchorążym z Laszek, który wyrastał teraz na najbliższego współpracownika i „prawą rękę” „Wołyniaka”.


Franciszek Przysiężniak „Ojciec Jan”

(Instytut Pamięci Narodowej)

„Ojciec Jan” spoglądał głęboko w oczy swoich żołnierzy, pragnąc wyczytać, co kryje się w ich duszach. Czuł zapał podwładnych i wiarę, że są w stanie czynić rzeczy, o których im się do niedawna nie śniło. Byli gotowi rzucić na szalę wszystko, co mieli najcenniejszego, z życiem włącznie, by tylko skoczyć do gardła mordercom z UB i NKWD. By wykrzyczeć im w końcu w twarz, że żołnierze chcą prawdziwej, wolnej Polski. A nie kupy kamieni usypanych na grobach największych patriotów, zbrukanych na dodatek czerwoną bolszewicką farbą. To, co zobaczył, uspokoiło go na tyle, że w końcu zadecydował:

– Poczekamy tutaj na ruskich. Wiem, że mnie nie zawiedziecie. Będziemy razem bronić Polski przed zalewem komunistycznego błota. Będziemy walczyć!

Entuzjazm, jaki zapanował po tych słowach, był nie do opisania. Czapki poleciały w górę, a okrzyki radości i wiwaty w jednej chwili zagłuszyły nie do końca rozwiane wątpliwości i obawy dowódcy. Postanowiono – będzie walka. Zaraz zabrano się do opracowywania planu działania na kolejny dzień na wypadek pojawienia się Rosjan i omówiono przemarsze oddziałów, które stacjonowały w sąsiednich wsiach. „Ojciec Jan” chciał mieć pod ręką jak najwięcej ludzi, których mógłby wykorzystać w razie sowieckiego ataku. Narada trwała do późnej nocy. Nazajutrz zapowiadał się długi i ciężki dzień.

* * *

Rankiem 6 maja 1945 roku oddział Zorina, prawie na karkach uciekających szybko kilku partyzantów od „Majki”, wkroczył środkiem drogi do Kuryłówki. Ubezpieczenie wsi stanowili żołnierze „Radwana”, którzy, zaalarmowani strzałami, w pośpiechu zajmowali stanowiska obrony. Ale sami byli zbyt rozproszeni, by skutecznie wstrzymać napór Rosjan, a ich strzały – początkowo chaotyczne i niecelne. Nawet Bronisław Gliniak nie był w stanie uporządkować działań swoich partyzantów i dlatego Polacy zaczęli cofać się przed NKWD. Kiedy partyzanci opuścili już centrum Kuryłówki, do wsi dotarł wreszcie kpt. Przysiężniak i przejął dowodzenie. „Ojciec Jan” trzeźwo i trafnie ocenił sytuację. Nie do pomyślenia było dla niego, że czterdziestu Polaków cofało się przed około sześćdziesięciu Sowietami. Skrzyknął natychmiast wycofującą się grupę „Radwana” i na jej czele przeszedł do kontrnatarcia.

– Hurra! – Okrzyk niósł się po wiosce i odbijał echem od budynków.

Polacy walczyli zażarcie, świadomi, że bronią swoich najbliższych, własnych rodzin, żon, dzieci i matek. Pełni zapału rzucali się na enkawudzistów, zwierając się z nimi w walce wręcz, na kolby, bagnety i pięści. Szczególnie krwawe zmagania trwały w centrum Kuryłówki, pod budynkami szkoły i gminy, które kilkakrotnie przechodziły z rąk do rąk. „Ojciec Jan” z tyłu obserwował pole bitwy i, widząc, gdzie słabnie polska obrona, tam kierował grupki uzbrojonych żołnierzy swojego ostatniego odwodu.

Sowieci chyba zaczynali mieć dość walki. Ciała ich żołnierzy leżały w piachu pośrodku drogi. Słusznie jednak przewidywali, że odwrót ze wsi na odsłonięte pole może poskutkować paniką i całkowitą zagładą oddziału. Dlatego też trwali w bezpardonowej walce razem ze swym dowódcą, co rusz zmieniając puste magazynki na nowe. Na pomoc grupie lejtn. Zorina próbowało przyjść z Kulna dwudziestu Sowietów dowodzonych przez lejtn. Gołubiewa, ale ostrzelani przez polskie erkaemy zalegli na podejściach do wioski. Nie mogli nic zrobić dla swoich towarzyszy ginących we wsi.


Polscy partyzanci „Ojca Jana”, od lewej: Stanisław Bałut „Bruzda” i Stanisław Pelczar „Majka”

(zbiory Andrzeja Pityńskiego)

Po godzinie od pierwszych strzałów nastąpił przełom w walce. Od południa (z Tarnawca) do Kuryłówki dotarł zaalarmowany bitwą kilkudziesięcioosobowy oddział „Majki” i od razu na rozkaz „Ojca Jana” wszedł do akcji, próbując oskrzydlić Sowietów znajdujących się we wsi. Polacy dwoma grupami przemykali za stodołami zagród z jednej i drugiej strony drogi prowadzącej środkiem wsi. Na początku posuwali się niezauważeni i zdawało się, że uda im się okrążyć oddział NKWD i zmusić go do poddania się. Kiedy partyzanci „Majki” byli już blisko celu, zostali dostrzeżeni przez dwudziestu bojców okopanych na skraju. Wywiązała się ostra strzelanina na tyłach głównej sowieckiej grupy. Odgłosy walki zastanowiły Zorina i zmusiły go do podjęcia szybkiej decyzji. Sowiecki dowódca i jego żołnierze mieli tylko jedno wyjście – natychmiastowe wycofanie się drogą, którą tu przyszli. Wyczerpani dotychczasową walką i już prawie bez amunicji enkawudziści uciekli z Kuryłówki na północ, osłaniani przez dwudziestu bojców, którzy po chwili również wycofali się do Kulna. Za umykającymi Sowietami ruszyły grupy „Radwana” i „Majki”, zabijając po drodze kilku Rosjan, w tym jednego oficera, i zdobywając sporo broni. Gdy sowieckie grupy dotarły do Kulna i zajęły pozycje obronne na skraju wsi i w lesie, Polacy, choć upojeni zwycięstwem, zawrócili do Kuryłówki. Rosjanie zaś okopywali się, by być gotowymi do twardej obrony. Czekali na dalszy rozwój wypadków.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?