W pierścieniu ogniaTekst

Z serii: Igrzyska śmierci #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W pierścieniu ognia
W pierścieniu ognia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
W pierścieniu ognia
Audio
W pierścieniu ognia
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Skórzana torba z prowiantem i termos z gorącą herbatą. Wyłożone futrem rękawice, pozostawione przez Cinnę. Trzy gałązki ułamane z nagich drzew i ułożone w kształcie strzałki na śniegu, żeby wskazać, dokąd poszłam. To wszystko pozostawiam Gale’owi w tradycyjnym miejscu naszych spotkań w pierwszą niedzielę po Święcie Zbiorów. Wędrowałam przez zimny, mglisty las, ścieżką nieznaną Gale’owi, dla mnie prostą do odnalezienia, która prowadzi prosto do jeziora. Nie wierzę już, że nasz umówiony punkt gwarantuje prywatność, a potrzebuję jej dużo, żeby dzisiaj zwierzyć się Gale’owi. Nawet nie wiem, czy przyjdzie. Jeśli się nie zjawi, nie będę miała wyboru. Zaryzykuję i w środku nocy udam się do jego domu. Są rzeczy, o których musi wiedzieć... Które musi pomóc mi zrozumieć.

Uświadomiwszy sobie w pełni znaczenie scen z telewizora burmistrza, ruszyłam do drzwi i wyszłam na korytarz. W samą porę, ponieważ burmistrz zjawił się na schodach moment później. Pomachałam mu ręką.

— Szukasz Madge? — spytał przyjaźnie.

— Tak, chcę jej pokazać tę sukienkę — wyjaśniłam.

— Wiesz, gdzie ją znaleźć. — W tej samej chwili telewizor w gabinecie ponownie zapiszczał, a burmistrz spoważniał. — Przepraszam, muszę iść. — Znikł w gabinecie i starannie zamknął drzwi.

Postałam na korytarzu, dopóki się nie uspokoiłam i nie przypomniałam sobie, że mam się zachowywać naturalnie. Potem poszłam do pokoju Madge, siedziała przy toaletce, przed lustrem, zajęta rozczesywaniem jasnych loków, ubrana w tę samą ładną, białą sukienkę, którą nosiła podczas dożynek. Uśmiechnęła się do mojego odbicia.

— Proszę, proszę — powiedziała na mój widok. — Wyglądasz tak, jakbyś przed chwilą wróciła ze spaceru po ulicach Kapitolu.

Podeszłam bliżej i dotknęłam palcami kosogłosa.

— Nawet broszkę mam modną. Dzięki tobie cały Kapitol nosi kosogłosy. Na pewno nie chcesz go z powrotem?

— Nie żartuj, przecież to był podarunek. — Madge przewiązała włosy elegancką, złotą wstążką.

— Właściwie skąd masz tę broszkę? — spytałam zaciekawiona.

— Należała do ciotki — wyjaśniła. — Ale myślę, że od dawna była w rodzinie.

— Dziwny wybór — zauważyłam. — Kosogłos. Przecież wiadomo, co się stało podczas rebelii, kiedy głoskułki obróciły się przeciwko Kapitolowi.

Głoskułki były mutantami, genetycznie zmodyfikowanymi ptakami tylko rodzaju męskiego, stworzonymi przez Kapitol jako broń do szpiegowania rebeliantów na terenie dystryktów. Potrafiły zapamiętywać i powtarzać długie fragmenty ludzkiej mowy, więc wysyłano je na zbuntowane obszary, żeby wychwytywały nasze słowa i zanosiły je do Kapitolu. Buntownicy zorientowali się w czym rzecz i wykorzystali ptaki przeciwko wrogowi: zaczęli uczyć je kłamstw, żeby zmylić przeciwnika. Kiedy Kapitol zorientował się w podstępie, głoskułki pozostawiono na wolności, żeby wymarły. Tak się stało, wcześniej jednak zdążyły się skrzyżować z samicami kosów, tworząc całkowicie nowy gatunek.

— Ale kosogłosów nigdy nie używano jako broni — powiedziała Madge. — To tylko ptaki śpiewające, prawda?

— Tak, chyba tak — odparłam, ale wiedziałam, że to nieprawda. Tylko kos jest ptakiem śpiewającym, a kosogłos stworzeniem, którego Kapitol nigdy nie zamierzał tworzyć. Naukowcy nie podejrzewali, że starannie kontrolowane głoskułki mają dostatecznie rozwinięte umysły, aby przystosować się do życia na wolności, przekazać materiał genetyczny i doskonale sobie poradzić w nowej formie. Nikt się nie spodziewał, że niepozorne ptaki okażą tak silną wolę przetrwania.

Teraz brnę przez śnieg i widzę kosogłosy zajęte skakaniem po gałęziach i podchwytywaniem pieśni innych ptaków, powtarzaniem ich i zmianą melodii. Jak zawsze przypominają mi Rue. Rozmyślam o śnie, który miałam ostatniej nocy w pociągu, jak idę za nią, gdy przybrała postać kosogłosa. Żałuję, że nie pospałam trochę dłużej, mogłabym się przekonać, dokąd chciała mnie zaprowadzić.

Wyprawa nad jezioro to nie byle co. Jeżeli Gale zdecyduje się pójść za mną, to z pewnością będzie zirytowany, że naraziłam go na stratę sporej dawki energii, którą mógłby lepiej wykorzystać podczas polowania. Jego nieobecność została zauważona podczas kolacji w domu burmistrza, zwłaszcza że zjawiła się reszta jego rodziny. Hazelle wyjaśniła, że Gale pozostał w domu z powodu choroby, ale nikt w to nie uwierzył, rzecz jasna. Nie zauważyłam go także podczas Święta Zbiorów. Vick poinformował mnie, że Gale jest na polowaniu, co mogło być zgodne z prawdą.

Po paru godzinach docieram do starego domu nieopodal brzegu jeziora. Dom to właściwie zbyt szumna nazwa jak na jednoizbową maciupeńką chatynkę. Tata sądził, że dawno temu stało tu mnóstwo domów, a ludzie przyjeżdżali, żeby wypocząć i łowić ryby w jeziorze, tu i tam zachowały się jeszcze fundamenty. Nasza chatka przetrwała, bo zbudowano ją z betonu, jest podłoga, dach, sufit. Zachowało się tylko jedno z czterech szklanych okien, ale z biegiem czasu ramy wypaczyły się i szyby pożółkły, brakuje instalacji wodociągowej i prądu, lecz kominek nadal działa, a w kącie leży sterta drewna, którą wraz z tatą zebrałam przed laty. Rozpalam mały ogień i liczę na to, że mgła skutecznie zamaskuje zdradliwy dym. Płomienie liżą gałęzie, a ja wymiatam śnieg, który zgromadził się pod pustymi otworami okiennymi. Używam miotły z gałązek, którą dał mi ojciec, kiedy miałam osiem lat i bawiłam się tutaj w dom. Potem siadam na maleńkim betonowym palenisku, rozgrzewam się przy ogniu i czekam na Gale’a.

Zjawia się zadziwiająco szybko. Przez ramię przerzucił łuk, do pasa przytroczył martwego dzikiego indyka, z pewnością upolowanego po drodze. Staje na progu, jakby się wahał, czy powinien wejść. W dłoni trzyma zamkniętą skórzaną torbę z żywnością, termosem oraz rękawicami Cinny. Nie zamierza przyjąć tych podarunków, bo jest na mnie zły. Doskonale rozumiem, co czuje, takie same emocje żywiłam w stosunku do mamy.

Patrzę mu w oczy. Jest w podłym nastroju i nie potrafi ukryć żalu, czuje się zdradzony z powodu moich zaręczyn z Peetą. Dzisiejsze spotkanie będzie moją ostatnią szansą. Jeżeli z niej nie skorzystam, stracę Gale’a na zawsze. Wyjaśnianie mu wszystkiego może trwać godzinami, a niewykluczone, że i tak nie da się przekonać. W takiej sytuacji postanawiam od razu przejść do sedna.

— Prezydent Snow osobiście mi groził, że każe cię zabić — oświadczam prosto z mostu.

Gale lekko unosi brwi, ale nie wydaje się szczególnie przestraszony ani zaszokowany.

— Kogoś jeszcze?

— Tak się składa, że nie udostępnił mi pełnej listy, ale prawie na pewno jest gotów wykończyć także naszych bliskich — oznajmiam.

To wystarcza, żeby zbliżył się do ognia. Kuca przed paleniskiem, chce się rozgrzać.

— Chyba że co?

— Chyba że nic. Klamka zapadła. — Rzecz jasna, te słowa wymagają dodatkowych wyjaśnień, ale nie mam pojęcia, od czego zacząć, więc tylko siedzę i wpatruję się ponuro w ogień.

Po jakiejś minucie Gale przerywa ciszę.

— Dzięki za ostrzeżenie.

Odwracam się ku niemu, żeby coś warknąć, ale dostrzegam błysk w jego oku. Jestem zła na siebie, bo mimowolnie się uśmiecham. To wcale nie jest śmieszne, ale mam świadomość, że przytłoczyłam Gale’a fatalnymi nowinami. Cokolwiek się stanie, i tak nas wszystkich wykończą.

— Wiesz, mam plan — mówię.

— Jasne. Na pewno niesłychanie przebiegły. — Rzuca mi rękawice na kolana. — Zabierz je, nie potrzebuję starzyzny po twoim narzeczonym.

— Nie jest moim narzeczonym, zaręczyny to część strategii. A zresztą rękawice nie były jego, tylko Cinny.

— No to mu je oddaj — burczy, ale wciąga rękawice, porusza palcami i kiwa głową z aprobatą. — Przynajmniej umrę w komfortowych warunkach.

— Optymista z ciebie. Poczekaj, aż usłyszysz, co się zdarzyło — proponuję.

— Miejmy to za sobą — zgadza się.

Postanawiam zacząć od wieczoru, w którym Peetę i mnie oficjalnie uznano za zwycięzców Głodowych Igrzysk, a Haymitch ostrzegł mnie przed gniewem Kapitolu. Opowiadam o tym, że odkąd wróciłam do domu, czułam się nieswojo. Mówię o wizycie prezydenta Snowa, morderstwach w Jedenastym Dystrykcie, napięciu tłumu, ostatniej próbie ratunku poprzez ogłoszenie zaręczyn, sugestii prezydenta, że to nie wystarczy, i o mojej pewności, że będę musiała za wszystko zapłacić.

Gale ani razu mi nie przerywa. Kiedy mówię, wsuwa rękawice do kieszeni i zabiera się do przyrządzania posiłku z żywności ukrytej w skórzanej torbie. Opieka chleb z serem, wydrąża jabłka, wsuwa jadalne kasztany do ognia, żeby się opiekły. Patrzę na jego ręce i piękne, sprawne palce. Ma skórę pokrytą licznymi bliznami — ja też takie miałam, zanim w Kapitolu zlikwidowano mi wszystkie ślady na dłoniach. Jest silny i zręczny. Takie dłonie mają dość mocy, aby wydobywać węgiel, i są na tyle precyzyjne, że nadają się do zastawiania delikatnych sideł. Ufam tym dłoniom.

Milknę, żeby napić się herbaty z termosu, a potem opowiadam mu o powrocie do domu.

— Nieźle narozrabiałaś — zauważa.

— To jeszcze nie wszystko — informuję go.

— Chwilowo dość usłyszałem. Lepiej od razu przejdźmy do tego twojego planu.

Biorę głęboki oddech.

— Uciekniemy.

— Co takiego? — zdumiewa się. Udało mi się go zaskoczyć.

— Wyruszymy do lasu i spróbujemy uciec — precyzuję. Nie potrafię nic wyczytać z jego twarzy. Wyśmieje mnie? Uzna mój pomysł za idiotyczny? Wstaję niespokojnie, szykuję się do kłótni. — Sam powiedziałeś, że moglibyśmy to zrobić. To było rankiem w dniu dożynek. Oświadczyłeś...

Podchodzi do mnie i czuję, że unosi mnie w powietrze. Ściany wirują wokoło i muszę otoczyć rękami szyję Gale’a, żeby nie upaść. Śmieje się, jest szczęśliwy.

 

— Ejże! — protestuję, ale też się śmieję.

Gale stawia mnie na podłodze, ale nie puszcza.

— Zgoda, ucieknijmy — postanawia.

— Naprawdę? Nie uważasz, że jestem stuknięta? Pójdziesz ze mną? — Czuję, że część ciężaru z moich barków unosi się i przemieszcza na ramiona Gale’a.

— Uważam, że jesteś stuknięta, a mimo to pójdę z tobą — zapewnia mnie całkiem serio. Naprawdę jest zadowolony. — Poradzimy sobie, wiem o tym. Wynośmy się stąd i nigdy nie wracajmy!

— Jesteś pewien? — dopytuję się. — Nie będzie łatwo, przecież zabieramy dzieci i w ogóle. Nie chcę zapuścić się z tobą dziesięć kilometrów w głąb lasu i usłyszeć, że...

— Jestem pewien. Jestem absolutnie, całkowicie i stuprocentowo pewien. — Pochyla głowę i stykamy się czołami. Przyciąga mnie bliżej. Stał tak blisko ognia, że jego skóra, całe jego ciało promieniuje żarem z kominka. Zamykam oczy i pochłaniam ciepło Gale’a. Wdycham zapach wilgotnej od śniegu skóry, dymu i jabłek, aromat wszystkich zimowych dni, które spędziliśmy razem przed igrzyskami. Nie próbuję się odsunąć. Dlaczego miałabym to zrobić? Gale zniża głos do szeptu. — Kocham cię.

Właśnie dlatego.

Nie potrafię przewidzieć takich chwil, to się dzieje zbyt szybko. W jednej sekundzie wyłuszczam plan ucieczki, a w następnej... muszę sobie radzić z czymś takim. Przychodzi mi do głowy chyba najgorsza możliwa odpowiedź.

— Wiem.

Brzmi to koszmarnie, jakbym zakładała, że nie potrafi zapanować nad miłością do mnie, chociaż ja nic do niego nie czuję. Gale chce się odsunąć, ale trzymam go i nie puszczam.

— Wiem! A ty... ty wiesz, ile dla mnie znaczysz. — To za mało, wyszarpuje się. — Gale, teraz nie potrafię o nikim myśleć w taki sposób. Jedyne, co mi zaprząta umysł każdego dnia, każdej minuty na jawie od wylosowania Prim podczas dożynek, to strach, z którym muszę żyć i chyba nie ma we mnie miejsca na nic innego. Jeśli uda się nam dotrzeć gdzieś, gdzie jest bezpiecznie, może stanę się inna. Sama nie wiem.

Widzę, że usiłuje ukryć rozczarowanie.

— No dobrze, pójdziemy. Przekonamy się. — Ponownie odwraca się do ognia, w którym zaczynają się palić kasztany, i wyłuskuje je na palenisko. — Moja mama nie da się tak od razu przekonać.

Zakładam, że Gale mimo wszystko pójdzie. Radość jednak gdzieś znikła, w jej miejsce pojawiło się dobrze znane napię-cie.

— Moja też nie. Będę musiała jej to jakoś wytłumaczyć, może zabrać ją na długi spacer. Musi zrozumieć, że w innym wypadku czeka nas śmierć.

— Zrozumie. Oglądałem z nią i z Prim spore fragmenty igrzysk. Nie odmówi ci — zapewnia mnie Gale.

— Oby. — Mam wrażenie, że w kilka sekund temperatura w domku spadła o dwadzieścia stopni. — Haymitch to będzie twardy orzech do zgryzienia.

— Haymitch? — Gale daje sobie spokój z kasztanami. — Jego chyba nie poprosisz, żeby z nami uciekł?

— Nie mam wyjścia, Gale. Nie mogę zostawić ani jego, ani Peety, bo obaj... — Urywam, widząc grymas niezadowolenia na jego twarzy. — Co się stało?

— Przepraszam. Nie miałem pojęcia, że nasze grono będzie tak liczne — cedzi.

— Jeśli ich zostawimy, będą torturowani, żeby zdradzić, dokąd poszłam, a potem zginą w męczarniach.

— A co z bliskimi Peety? Oni na pewno nie pójdą. Szczerze mówiąc, zakład, że od razu popędziliby z donosem na nas, a Peeta na pewno jest dość bystry, żeby to wiedzieć. Co zrobisz, jeśli postanowi zostać?

Staram się mówić obojętnym tonem, ale łamie mi się głos.

— Wtedy zostanie.

— Jesteś gotowa iść bez niego? — upewnia się Gale.

— Tak, dla dobra Prim i mamy — deklaruję. — To znaczy, nie! Przekonam go, żeby zabrał się z nami.

— A ja? Byłabyś gotowa mnie zostawić? — Gale zaciska zęby i mruży oczy. — Gdybym nie zdołał przekonać mamy, żeby zimą zaciągnęła trójkę dzieci na pustkowie?

— Hazelle nie odmówi. Zrozumie, że ucieczka ma sens.

— A jeśli nie, Katniss? Co wtedy? — pyta wprost.

— Wówczas ją zmusisz, Gale. Wydaje ci się, że zmyślam? — Również podnoszę głos ze złości.

— Nie. Nie wiem. Może prezydent zwyczajnie tobą manipuluje. Zrozum, wyprawia ci wesele. Widziałaś, jak zareagował tłum w Kapitolu. Nie sądzę, żeby Snow mógł sobie pozwolić na zabicie ciebie albo Peety, bo niby jak by z tego wybrnął?

— Wątpię, żeby zaprzątał sobie głowę wyborem tortu weselnego, kiedy w Ósmym Dystrykcie trwa powstanie! — krzyczę.

Momentalnie żałuję, że to powiedziałam, chciałabym cofnąć wypowiedziane słowa. Gale reaguje błyskawicznie: na jego policzkach wykwitają rumieńce, w oczach pojawia się blask.

— W Ósemce wybuchło powstanie? — upewnia się przyciszonym głosem.

Postanawiam go uspokoić, stonować nastrój tak, jak to usiłowałam robić w dystryktach.

— Nie wiem, czy to naprawdę powstanie. Doszło tam do zamieszek. Ludzie wyszli na ulice... — tłumaczę.

Gale chwyta mnie za ramiona.

— Co widziałaś?

— Nic! Nic nie widziałam na własne oczy. Ale coś słyszałam. — Jak zwykle, mówię za mało i za późno. Daję za wygraną i postanawiam wyjawić Gale’owi całą prawdę. — Zobaczyłam coś w telewizorze burmistrza, coś, czego nie powinnam. Pokazywano tłum ludzi i pożary, Strażnicy Pokoju strzelali do demonstrantów, którzy walczyli... — Przygryzam wargę i usiłuję opisać, co widziałam, ale zamiast tego wypowiadam na głos słowa, które zżerają mnie od środka: — Gale, to moja wina. Wszystko przez to, co zrobiłam na arenie. Gdybym po prostu otruła się jagodami, nic złego by się nie stało. Peeta wróciłby do domu i normalnie żył, poza tym wszyscy inni też byliby bezpieczni.

— Bezpieczni? I co mieliby zrobić z tym bezpieczeństwem? — pyta mnie łagodniejszym tonem. — Głodować? Pracować jak niewolnicy? Posyłać dzieci na dożynki? Nie skrzywdziłaś ludzi, tylko otworzyłaś przed nimi drzwi, i teraz muszą znaleźć w sobie dość odwagi, aby przekroczyć próg. W kopalniach mówi się już o walce, ludzie mają dość bezczynności. Nie widzisz, że w końcu coś się dzieje? Skoro w Ósmym Dystrykcie wybuchło powstanie, to dlaczego nie tutaj? Dlaczego nie wszędzie? To może być to, na co wszyscy...

— Przestań! Nie wiesz, co mówisz. Strażnicy Pokoju spoza Dwunastki w niczym nie przypominają Dariusa ani nawet Craya! Ludzkie życie znaczy dla nich tyle co nic! — tłumaczę wzburzona.

— Właśnie dlatego musimy się przyłączyć do walki — odpowiada szorstko.

— Nie! Powinniśmy uciec, zanim nas zabiją, a wraz z nami mnóstwo innych ludzi! — Znowu krzyczę, bo nie rozumiem, dlaczego Gale tak się zachowuje. Czemu nie widzi tego, co oczywiste?

Brutalnie odsuwa mnie od siebie.

— Zatem ruszaj, droga wolna. Ja nie pójdę, nawet za milion lat.

— Jeszcze parę minut temu byłeś taki szczęśliwy, że razem uciekniemy. Nie rozumiem, dlaczego powstanie w Ósmym Dystrykcie ma dla ciebie takie znaczenie. Przecież tym bardziej powinno nas skłaniać do ucieczki! Po prostu jesteś wściekły z powodu... — Nie, nie mogę wykorzystywać Peety jako argumentu. — Co z twoją rodziną?

— Katniss, a co z innymi rodzinami? Tymi, które nie mogą uciec? Nie rozumiesz? Już nie chodzi tylko o to, żebyśmy uratowali własną skórę. Jeżeli wybuchło powstanie, wszystko się zmieniło! — Gale kręci głową, nawet nie próbuje ukryć niesmaku, który w nim budzę. — Mogłabyś osiągnąć tak dużo. — Ciska mi pod nogi rękawice Cinny. — Zmieniłem zdanie. Nie chcę niczego, co wyprodukowano w Kapitolu. — Odwraca się i wychodzi.

Spoglądam na rękawice. Niczego, co wyprodukowano w Kapitolu? Miał na myśli mnie? Czyżby uważał, że jestem tylko kolejnym kapitolińskim produktem i dlatego należy mnie unikać? Jego niesprawiedliwość budzi we mnie wściekłość, ale i strach. Jakiego szaleństwa może się teraz dopuścić Gale?

Spragniona pociechy, siadam przy palenisku i zastanawiam się, co dalej. Powtarzam sobie, że powstania nie wybuchają z dnia na dzień i że Gale nie porozmawia z górnikami aż do jutra. Gdybym teraz zdążyła do Hazelle, może udałoby się jej przemówić mu do rozumu. Teraz jednak nie mogę do niej iść, bo Gale nie wpuści mnie do środka, jeżeli jest już w domu. Może spróbuję nocą, kiedy wszyscy zasną... Hazelle często pracuje do późna, żeby wyrobić się z praniem. Mogłabym się podkraść, zastukać w okno i wtajemniczyć ją w sytuację, żeby powstrzymała Gale’a przed popełnieniem głupstwa.

Przypominam sobie rozmowę z prezydentem Snowem.

— Moi doradcy wyrazili obawę, że będziesz sprawiała kłopoty, ale przecież nie zamierzasz utrudniać mi życia, prawda? — pyta.

— Nie, nie zamierzam.

— To im właśnie powiedziałem. Że dziewczyna, która zrobiła wszystko, żeby przeżyć, na pewno nie ściągnie sobie na głowę śmiertelnego niebezpieczeństwa.

Myślę o tym, jak ciężko pracowała Hazelle, żeby utrzymać najbliższych przy życiu. W tej sprawie niewątpliwie stanie po mojej stronie. A jeśli nie?

Z pewnością dochodzi już południe, a dni są bardzo krótkie. Nie ma sensu przebywać w lesie po zmroku, jeżeli można tego uniknąć. Udeptuję dogasający ogień, zbieram resztki jedzenia i zatykam rękawice Cinny za pas. Chyba zatrzymam je przy sobie na pewien czas, przecież Gale może zmienić zdanie. Wspominam jego minę, kiedy rzucał rękawice na ziemię. Czuł wstręt do nich, do mnie...

Przedzieram się przez las i jeszcze przed zachodem słońca dochodzę do mojego poprzedniego domu. Rozmowa z Gale’em zakończyła się oczywistym niepowodzeniem, ale mimo to jestem zdecydowana wcielić w życie plan ucieczki z Dwunastego Dystryktu. Postanawiam odszukać Peetę. To dziwne, ale ponieważ podczas tournée oboje byliśmy świadkami pewnych zdarzeń, z nim pójdzie mi zapewne łatwiej niż z Gale’em. Wpadam na niego, kiedy opuszcza Wioskę Zwycięzców.

— Wracasz z polowania? — pyta. Od razu widać, że uważa to za kiepski pomysł.

— Niezupełnie. Idziesz do miasta?

— Tak. Mam zjeść kolację z rodziną — wyjaśnia.

— Przynajmniej mogę cię odprowadzić. — Droga z Wioski Zwycięzców na plac jest rzadko uczęszczana, więc można na niej rozmawiać bez większych obaw, nie potrafię jednak wykrztusić ani słowa. Propozycja ucieczki, którą złożyłam Gale’owi, okazała się katastrofą. Przygryzam spękaną wargę. Z każdym krokiem przybliżamy się do placu i zapewne nieprędko nadarzy się następna sposobność. Biorę głęboki oddech i wyrzucam z siebie pospiesznie:

— Peeta, zgodziłbyś się, gdybym cię poprosiła, żebyś uciekł ze mną z dystryktu?

Chwyta mnie za rękę, zatrzymuje. Nie musi mi patrzeć w twarz, aby się upewnić, że nie żartuję.

— Zależy od powodu, dla którego byś mnie poprosiła.

— Nie udało mi się przekonać prezydenta Snowa. W Ósmym Dystrykcie wybuchło powstanie. Musimy uciekać — tłumaczę.

— Musimy? Masz na myśli tylko siebie i mnie? Nie. Kto jeszcze idzie?

— Moja rodzina, twoi bliscy, jeśli zechcą. Może Haymitch — wyliczam.

— A co z Gale’em?

— Tego nie wiem. Może mieć inne plany.

Peeta kręci głową i uśmiecha się do mnie z rezygnacją.

— Tak, na pewno. Jasne, Katniss, oczywiście, że pójdę.

Czuję, że powoli wraca mi nadzieja.

— Naprawdę?

— Tak. Ale szczerze wątpię, czy naprawdę uciekniesz — dodaje.

Wyszarpuję rękę z jego uścisku.

— W takim razie mnie nie znasz. Bądź gotowy, możemy wyruszyć w każdej chwili. — Idę dalej, a on podąża krok lub dwa za mną.

— Katniss — mówi, ale nie zwalniam. Jeżeli uważa, że wpadłam na kiepski pomysł, to wolę o tym nie wiedzieć, bo innego nie mam. — Katniss, zaczekaj. — Kopię brudną, zamarzniętą bryłę śniegu, która wala się po ścieżce, i zwalniam, żeby Peeta mnie dogonił. Wszechobecny węglowy pył sprawia, że wszystko wygląda wyjątkowo brzydko. — Naprawdę pójdę, jeśli tego chcesz. Po prostu moim zdaniem lepiej będzie wcześniej porozmawiać z Haymitchem. Powinniśmy się upewnić, że nie pogarszamy sytuacji. — Unosi głowę. — Co to?

Ja też ją unoszę. Do tego stopnia skupiłam się na własnych problemach, że nie zwróciłam uwagi na niepokojący hałas, który dobiega z placu. Świst, odgłos uderzenia, głęboki pomruk tłumu.

— Chodź — mówi Peeta, a jego twarz nagle tężeje. Nie wiem dlaczego. Nie rozpoznaję tych dźwięków, nawet się nie domyślam, co się dzieje na placu. On jednak kojarzy to z czymś bardzo złym.

Na miejscu napotykamy zwartą ścianę ludzi, którzy całkowicie zasłaniają nam widok. Peeta wskakuje na skrzynkę pod ścianą cukierni, podaje mi rękę i jednocześnie wodzi wzrokiem dookoła. Jestem w połowie drogi, kiedy nagle mnie powstrzymuje.

 

— Zejdź. Idź stąd! — szepcze chrapliwie, nieustępliwym głosem.

— Co? — zdumiewam się i wpycham się na górę.

— Katniss, wracaj do domu! Za moment do ciebie przyjdę, przysięgam! — zaklina się.

Cokolwiek zobaczył, z pewnością jest to coś strasznego. Wyszarpuję rękę z jego uścisku i zaczynam się przepychać przez tłum. Ludzie mnie widzą, rozpoznają moją twarz, wyglądają na spanikowanych. Czyjeś dłonie mnie odpychają, obce głosy syczą.

— Odejdź stąd, dziewczyno.

— Tylko pogorszysz sytuację.

— Co chcesz zrobić? Doprowadzić do jego śmierci?

Serce wali mi tak szybko i gwałtownie, że prawie ich nie słyszę. Cokolwiek ujrzę na środku placu, z pewnością ma to związek ze mną. Gdy w końcu przebijam się na przód tłumu, widzę, że mam rację. Peeta też miał słuszność, zebrani ludzie także.

Gale ma ręce przywiązane do drewnianego słupa. Nad jego głową wisi z gwoździem w szyi dziki indyk, którego wcześniej ustrzelił. Kurtka Gale’a leży obok, koszula jest rozdarta. Nieprzytomny zwisa z kolanami na ziemi, podtrzymywany wyłącznie przez sznur na nadgarstkach. Jego plecy zmieniły się w krwawy ochłap surowego mięsa.

Za Gale’em stoi człowiek, którego nigdy nie widziałam, ale rozpoznaję jego mundur. W takim uniformie chodzi nasz Główny Strażnik Pokoju, ale zamiast starego Craya pojawił się wysoki muskularny mężczyzna z ostrymi kantami na spodniach.

Nie całkiem pojmuję sytuację, aż do chwili, gdy nieznajomy unosi bat.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?