W pierścieniu ogniaTekst

Z serii: Igrzyska śmierci #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W pierścieniu ognia
W pierścieniu ognia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
W pierścieniu ognia
Audio
W pierścieniu ognia
Audiobook
Czyta Anna Dereszowska
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W odpowiedzi prezydent niemal niezauważalnie kręci głową.


W tym jednym niemal niewidocznym geście dostrzegam kres nadziei i początek końca wszystkiego, co jest mi drogie. Nie domyślam się, jaką formę przybierze moja kara ani jaki krąg zatoczy, lecz po jej wymierzeniu zapewne nie pozostanie mi już absolutnie nic. Można by pomyśleć, że w takiej chwili ogarnie mnie czarna rozpacz, tymczasem reaguję co najmniej dziwnie. Przede wszystkim odczuwam ulgę, bo mogę zrezygnować z dalszej gry. Jestem zadowolona, że wreszcie doczekałam się odpowiedzi na to, czy moje starania przyniosły pożądany rezultat, nawet jeśli odpowiedź jest przecząca. Poza tym wyjątkowe okoliczności wymagają wyjątkowych rozwiązań, więc jestem gotowa na absolutnie wszystko.

Jednak nie tutaj, jeszcze nie teraz. Najważniejsze to wrócić do Dwunastego Dystryktu, ponieważ zasadnicza część mojego planu dotyczy mamy i siostry, Gale’a i jego rodziny, a także Peety, jeżeli uda mi się skłonić go do wyruszenia z nami. Haymitcha też dodaję do listy. Muszę zabrać wszystkich ze sobą, kiedy zwieję do lasu. Nie mam pojęcia, jak mi się uda skłonić ich do ucieczki, dokąd pójdziemy w środku zimy, w jaki sposób unikniemy złapania, ale wiem przynajmniej, co trzeba zrobić.

Tak więc nie osuwam się na ziemię i nie zalewam łzami, tylko prostuję z pewnością siebie, której nie czułam od tygodni. Mój uśmiech może się wydawać nieco wariacki, nie jest jednak wymuszony, a kiedy prezydent Snow ucisza publiczność i pyta: „Co byście powiedzieli na to, żeby wyprawić im wesele tutaj, w Kapitolu?”, bez wahania odgrywam szaleńczą radość.

Caesar Flickerman chce wiedzieć, czy prezydent bierze pod uwagę konkretny termin.

— Och, zanim ustalimy datę, omówmy to z mamą Katniss — zauważa prezydent. Publiczność śmieje się do rozpuku, a Snow otacza mnie ramieniem. — Może jeśli taka będzie wola całego kraju, to uda nam się doprowadzić do ślubu, zanim stuknie ci trzydziestka.

— Pewnie będzie pan musiał zmienić prawo — odpowiadam rozchichotana.

— Jeżeli to się okaże konieczne... — deklaruje prezydent i uśmiecha się porozumiewawczo.

Och, jak dobrze się bawimy w swoim towarzystwie.

Przyjęcie zorganizowane w sali bankietowej posiadłości prezydenta Snowa nie ma sobie równych. Sięgający trzynastu metrów sufit przeobrażono w nocne niebo, a gwiazdy wyglądają dokładnie tak jak u nas w domu. Podejrzewam, że identycznie prezentują się nad Kapitolem, ale nie sposób tego potwierdzić, bo miasto jest zbyt rozświetlone, aby można było prowadzić obserwacje. Mniej więcej w połowie drogi między posadzką a sklepieniem unosi się orkiestra. Wygląda to tak, jakby muzycy płynęli na puszystych, białych chmurach, nie widzę, co ich podtrzymuje w powietrzu. W miejsce tradycyjnych, zastawionych stołów pojawiły się niezliczone miękkie kanapy i fotele — część ustawiono wokół kominków, inne obok pachnących kwietników lub stawów wypełnionych egzotycznymi rybami, dzięki czemu ludzie mogą bez przeszkód jeść, pić i robić, co tylko zechcą. Pośrodku sali znajduje się spory parkiet, na którym odbywają się tańce i występy, a w przerwach między jednym a drugim spotykają się tam ekstrawagancko ubrani goście.

Najjaśniejszą gwiazdą wieczoru jest jednak kolacja. Stoły przy ścianach uginają się pod ciężarem smakołyków. Jest tu wszystko, o czym można zamarzyć, a także potrawy, których istnienia nawet nie podejrzewałam. Patrzę na pieczone w całości krowy, świnie i kozy, wciąż obracające się na rożnach, na wielkie półmiski drobiu nadziewanego apetycznymi owocami i orzechami, na oceaniczne stworzenia w sosie lub gotowe do zanurzenia w korzennych wywarach. Widzę niezliczone sery, chleby, warzywa, słodycze, strumienie wina i zalew alkoholi, które migoczą płomieniami.

Wraz z pragnieniem walki odzyskałam apetyt i po tygodniach zamartwiania się umieram z głodu.

— Chcę spróbować wszystkiego, co jest w tej sali — informuję Peetę.

Widzę, że usiłuje wyczytać z mojej twarzy, skąd we mnie ta przemiana. Nie wie, że zdaniem prezydenta Snowa poniosłam klęskę, więc siłą rzeczy musi zakładać, że jestem pewna zwycięstwa albo cieszę się szczerze z naszych zaręczyn. W jego oczach dostrzegam zdumienie, które szybko znika, bo jesteśmy filmowani.

— W takim razie nie śpiesz się zbytnio — radzi.

— Dobrze, zjem najwyżej po jednym kęsie każdej potrawy. — Łamię postanowienie już przy pierwszym stole, zastawionym około dwudziestoma rodzajami zup, kiedy natrafiam na krem z dyni przyprószony orzechowymi wiórkami oraz mnóstwem drobnych, czarnych ziarenek. — Mogłabym to jeść do samego rana! — oznajmiam głośno, ale zaraz potem moją uwagę przykuwa klarowny, zielony rosół, który w moim przekonaniu smakuje jak wiosna. Po chwili koncentruję się na różowej, pienistej zupie upstrzonej malinami.

Widzę obce twarze, padają nazwiska, ktoś robi zdjęcia, ludzie cmokają mnie w policzki. Moja broszka z kosogłosem najwyraźniej zapoczątkowała nową modę, bo kilka osób podchodzi do mnie, by zaprezentować swoje akcesoria. Wizerunek ptaka jest wyhaftowany na jedwabnych klapach marynarek, pojawia się na sprzączkach od pasków, a nawet jako tatuaż w intymnych miejscach. Wszyscy chcą nosić znak zwycięzcy i mogę sobie wyobrażać, jak bardzo to wkurza prezydenta Snowa. Ale co może na to poradzić? Igrzyska były prawdziwym przebojem tu w Kapitolu, gdzie jagody stanowią jedynie symbol desperackiej miłości dziewczyny, która pragnie ocalić ukochanego.

Peeta i ja nie szukamy towarzystwa, lecz i tak jesteśmy atrakcją wieczoru. Nikt nie chce przegapić spotkania z nami. Udaję zachwyconą, ale kapitolińczycy nie interesują mnie w najmniejszym stopniu, zwłaszcza że przeszkadzają mi jeść.

Na każdym stole odkrywam nowe pokusy i choć ograniczam się do kosztowania tylko kęsa każdej potrawy, i tak wkrótce mam pełny brzuch. Sięgam po małego pieczonego ptaka, wbijam w niego zęby, a na język spływa mi pomarańczowy sos. Pycha. Proszę jednak Peetę, żeby zjadł resztę, bo chcę spróbować jeszcze innych smakołyków, a wyrzucanie żywności, wzorem wielu osób na przyjęciu, wydaje mi się wstrętne. Po mniej więcej dziesięciu stołach jestem najedzona, choć posmakowałam zaledwie cząstki przyrządzonych dań.

Właśnie wtedy podchodzi do nas moja ekipa przygotowawcza. Ledwo rozumiem, co mówią, bo są tak pijani i podnieceni obecnością na ważnej imprezie.

— Dlaczego nic nie jesz? — dopytuje się Octavia.

— Najadłam się tak, że nie jestem w stanie nic przełknąć — wyjaśniam, a oni wybuchają śmiechem, jakby nigdy w życiu nie słyszeli nic głupszego.

— To nie powód, żeby sobie odmawiać przyjemności! — tłumaczy Flavius. Prowadzą nas do stołu z maleńkimi kieliszkami na wysokich nóżkach, wypełnionymi przezroczystym płynem. — Napijcie się!

Peeta sięga po jeden z nich, a wtedy ekipa wpada w panikę.

— Nie tutaj! — piszczy Octavia.

— Musicie przejść tam — objaśnia Venia i pokazuje palcem drzwi prowadzące do toalet. — Albo wszystko trafi na podłogę.

Peeta ponownie spogląda na kieliszek i dodaje dwa do dwóch.

— To znaczy, że po wypiciu tego płynu zwymiotuję?

Ekipa zanosi się histerycznym śmiechem.

— Pewnie. Żebyś mógł jeść dalej — potwierdza Octavia. — Już dwa razy byłam w ubikacji, wszyscy tak robią. Jak inaczej można by się dobrze bawić na uczcie?

Brakuje mi słów, kiedy spoglądam na zgrabne kieliszki i uświadamiam sobie, co się z nimi wiąże. Peeta odstawia swój tak ostrożnie, jakby w każdej chwili szkło mogło wybuchnąć.

— Choć, Katniss, zatańczymy.

Muzyka spływa z chmur, kiedy Peeta zabiera mnie na parkiet, z dala od zespołu i stołów z kolacją. Znamy tylko kilka tańców z naszego dystryktu, takich do których potrzeba skrzypiec i fletu, a także mnóstwo miejsca, ale Effie zademonstrowała nam kilka najbardziej popularnych w Kapitolu. Muzyka jest wolna i senna, więc Peeta bierze mnie w ramiona i kręcimy się w koło, nie przejmując się krokami. W zasadzie do tego tańca wystarczyłaby nam przestrzeń wielkości dużego talerza. Przez chwilę milczymy, lecz Peeta przerywa ciszę.

— Człowiek się dostosowuje i wydaje mu się, że jakoś sobie poradzi, bo przecież nie jest tak źle, aż tu nagle... — zawiesza głos z napięciem.

Myślę wyłącznie o wymizerowanych ciałach dzieci na naszym kuchennym stole, kiedy lecząca je mama zaleca to, czego ich rodzice nie mogą zdobyć — więcej jedzenia. Teraz jesteśmy bogate, więc ofiarowuje im trochę żywności do domu, ale dawniej często nie miałyśmy czym się podzielić, poza tym niejedno dziecko było już zbyt wycieńczone, żeby je uratować. A tutaj, w Kapitolu, ludzie wymiotują dla przyjemności ponownego napełniania brzuchów. Nie są chorzy ani na ciele, ani na umyśle, nie zjedli nic zepsutego. Na przyjęciu wszyscy tak się zachowują. Tak się robi, to część zabawy.

Któregoś dnia, kiedy wpadłam do Hazelle, żeby zostawić jej zwierzynę, w domu był też Vick, którego męczył uporczywy kaszel. Jako brat Gale’a odżywiał się lepiej niż dziewięćdziesiąt procent mieszkańców Dwunastego Dystryktu, mimo to przez kwadrans rozwodził się nad tym, że otworzyli puszkę z syropem kukurydzianym z Dnia Paczek i każdy dostał po łyżce na chleb, a w tygodniu może zjedzą jeszcze trochę. Vick się zachwycał, że Hazelle pozwoliła mu dodać odrobinę do herbaty, aby złagodzić kaszel, ale czuł się nie w porządku, dopóki nie dała syropu także jego rodzeństwu. Skoro taka sytuacja panowała w domu Gale’a, to jak było w innych rodzinach?

— Peeta, sprowadzili nas tutaj, żebyśmy walczyli na śmierć i życie dla ich uciechy — przypominam mu. — Przyjęcie to naprawdę drobiazg w porównaniu z igrzyskami.

 

— Wiem. Wiem o tym. Po prostu czasami już dłużej nie wytrzymuję. Do tego stopnia, że... Nie jestem pewien, co zrobię. — Milknie na moment i dodaje szeptem: — Katniss, może się pomyliliśmy.

— Jak to?

— Chyba niepotrzebnie próbowaliśmy uspokoić nastroje w dystryktach.

Szybko rozglądam się na boki, ale chyba nikt go nie słyszał. Ekipa telewizyjna interesuje się wyłącznie stołem z owocami morza, a tańczące wokół nas pary są zbyt pijane albo za bardzo zajęte sobą, żeby zwracać na nas uwagę.

— Przepraszam — mówi Peeta. Ma za co. To nie jest miejsce na wygłaszanie takich opinii.

— Porozmawiamy w domu.

Nieoczekiwanie podchodzi do nas Portia w towarzystwie potężnie zbudowanego mężczyzny, który wydaje mi się znajomy, i przedstawia go jako Plutarcha Heavensbee’ego, nowego głównego organizatora igrzysk. Plutarch zwraca się do Peety z pytaniem, czy może mnie porwać na jeden taniec. Peeta natychmiast przybiera telewizyjną minę i pogodnie przekazuje mnie mężczyźnie, z zastrzeżeniem, żeby na zbyt wiele nie liczył.

Wcale nie chcę tańczyć z Plutarchem Heavensbee’em. Nie mam ochoty czuć na sobie jego dłoni, jednej na mojej ręce, drugiej na biodrze. Nie jestem przyzwyczajona do tego, żeby ktoś mnie dotykał, poza Peetą i rodziną. Organizatorzy igrzysk mnie brzydzą, wolałabym już czerwie na swojej skórze. Plutarch Heavensbee chyba to wyczuwa, bo trzyma mnie na długość ramienia, kiedy suniemy po parkiecie.

Gawędzimy o przyjęciu, o zabawie, o jedzeniu, a potem Heavensbee mówi z uśmiechem, że od szkolenia unika ponczu. Nie rozumiem żartu, ale po kilku sekundach uświadamiam sobie, że to właśnie on wpadł tyłem na miskę ponczu, kiedy podczas sesji treningowej posłałam strzałę w kierunku organizatorów. W zasadzie nie strzeliłam do nich, tylko do jabłka w pysku pieczonej świni, ale i tak śmiertelnie się wystraszyli.

— Ach, to pan... — Śmieję się i przypominam sobie, jak z pluskiem wpakował się do alkoholu.

— Tak. Z pewnością będziesz zachwycona informacją, że jeszcze nie doszedłem do siebie.

Korci mnie, aby zauważyć, że dwudziestu dwóch martwych trybutów również nie dojdzie do siebie po igrzyskach, które współtworzył.

— To dobrze — mówię tylko. — Zatem w tym roku pan będzie kierował igrzyskami? Spotkał pana wielki zaszczyt.

— Tak między nami, niewielu było chętnych na to stanowisko — przyznaje. — To ogromna odpowiedzialność, w końcu nigdy nie wiadomo, jak potoczą się wypadki.

Fakt, jego poprzednik już nie żyje, myślę. Heavensbee z pewnością wie, jaki los spotkał Senecę Crane’a, ale nie wydaje się przejęty.

— Już pan planuje Igrzyska Ćwierćwiecza?

— Ależ tak, naturalnie, prace nad nimi trwają od lat. Areny nie da się zbudować z dnia na dzień. Można powiedzieć, że teraz ustalamy szczegóły, że tak powiem, posmaku turnieju. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale jeszcze tej nocy mam strategiczne spotkanie organizacyjne. — Plutarch cofa się o krok i z kieszonki kamizelki wyciąga złoty zegarek na łańcuszku. Otwiera wieczko, spogląda na cyferblat i marszczy brwi. — Wkrótce muszę iść. — Obraca zegarek tak, że widzę tarczę. — Początek wyznaczono na północ.

— To chyba trochę późno... — zaczynam, ale milknę, bo coś przykuwa moją uwagę. Plutarch przesuwa kciukiem po kryształowej szybce zegarka, a wtedy pojawia się obraz, rozjaśniony tak, jakby oświetlał go płomień świecy. To jeszcze jeden kosogłos, identyczny jak na mojej broszce, tyle że ten na szkiełku znika. Heavensbee z trzaskiem zamyka wieczko.

— Bardzo ładny — zauważam.

— Och, mało powiedziane. Jest jedyny w swoim rodzaju — podkreśla Heavensbee. — Jeśli ktoś będzie o mnie pytał, powiedz, że poszedłem do domu, żeby się wyspać. Zebrania są z założenia utajnione, ale uznałem, że mogę ci o nim powiedzieć w zaufaniu.

— Oczywiście. Nikomu nie zdradzę pańskiej tajemnicy.

Podajemy sobie ręce, a on kłania się lekko, zgodnie z obowiązującym w Kapitolu obyczajem.

— Do zobaczenia latem na igrzyskach, Katniss — żegna się ze mną. — Wszystkiego najlepszego z okazji zaręczyn i powodzenia z mamą.

— Oby wszystko poszło jak najlepiej — odpowiadam.

Plutarch odchodzi, a ja przeciskam się przez tłum i wypatruję Peety, podczas gdy obcy ludzie gratulują mi zaręczyn i zwycięstwa w igrzyskach, chwalą dobór szminki. Dziękuję im wszystkim, ale w gruncie rzeczy myślę wyłącznie o Plutarchu pokazującym mi swój śliczny, niepowtarzalny zegarek. Było w tym coś dziwnego, jakaś tajemnica. Ale dlaczego? Może bał się, że ktoś ukradnie mu pomysł ze znikającym kosogłosem na szkiełku? Tak, zapewne zapłacił majątek za zegarek i teraz nie może nikomu go pokazać, bo się obawia, że wyprodukują tańszą, tandetną kopię. Tylko w Kapitolu.

Odnajduję Peetę przy stole z misternie zdobionymi tortami. Podziwia dekoracje na ciastach i gawędzi z cukiernikami, którzy przyszli z kuchni specjalnie po to, żeby porozmawiać z nim o lukrze. Widać, że na wyprzódki pragną odpowiadać na jego pytania. Na prośbę Peety przygotowali zestaw małych torcików, które zamierza zabrać do Dwunastego Dystryktu, gdzie będzie mógł w spokoju je obejrzeć.

— Effie wspomniała, że o pierwszej musimy być w pociągu. Ciekawe, która godzina — zastanawia się i rozgląda.

— Dochodzi północ — odpowiadam i chwytam palcami czekoladowy kwiatek, po czym wpycham go do ust, nie zważając na maniery.

— Pora podziękować i się pożegnać! — szczebiocze Effie u mojego boku. Od czasu do czasu, tak jak teraz, bardzo mnie cieszy jej chorobliwa punktualność. Zabieramy Cinnę i Portię, a następnie Effie oprowadza nas po sali, żebyśmy mogli się pożegnać z ważnymi osobistościami. Na koniec zagania nas do drzwi.

— Nie powinniśmy podziękować prezydentowi Snowowi? — przypomina jej Peeta. — To jego dom.

— Och, on nie jest entuzjastą przyjęć. Za dużo obowiązków — wyjaśnia Effie. — Już przygotowałam stosowne listy i upominki, jutro mu je dostarczą. Tu jesteś! — Effie dyskretnie macha ręką do dwóch kapitolińskich porządkowych, którzy prowadzą między sobą nietrzeźwego Haymitcha.

Samochodem o przyciemnionych szybach jedziemy ulicami Kapitolu, a za nami drugie auto, z ekipami przygotowawczymi. Tłumy świętujących ludzi są tak gęste, że wleczemy się bardzo powoli, lecz Effie panuje nad sytuacją. Przewidziała korki, więc punktualnie o pierwszej jesteśmy w pociągu i opuszczamy dworzec.

Haymitch zostaje odprowadzony do swojego przedziału, a Cinna zamawia herbatę. Kiedy zasiadamy przy stole, Effie macha harmonogramem i przypomina nam, że tournée nadal trwa.

— Musimy pomyśleć o Święcie Zbiorów w Dwunastym Dystrykcie. Dlatego proponuję, żebyśmy dopili herbatę i od razu poszli spać — sugeruje i nikt się nie sprzeciwia.

Otwieram oczy dopiero wczesnym popołudniem. Leżę z głową na ręce Peety, ale nie pamiętam, kiedy przyszedł wczoraj w nocy. Obracam się ostrożnie, żeby go nie obudzić, ale i tak już nie śpi.

— Noc bez koszmarów — odzywa się.

— Jak to? — pytam.

— Tej nocy cię nie dręczyły — wyjaśnia.

Rzeczywiście, pierwszy raz od niepamiętnych czasów spokojnie przespałam noc.

— Ale coś mi się śniło — przypominam sobie. — Szłam przez las za kosogłosem, bardzo długo, ale tak naprawdę to była Rue. Kiedy zaśpiewał, usłyszałam jej głos.

— Dokąd cię zaprowadziła? — Odgarnia mi włosy z czoła.

— Nie wiem, nie dotarłyśmy na miejsce. Ale byłam szczę-śliwa.

— Spałaś jak szczęśliwy człowiek — przyznaje Peeta.

— Jak to możliwe, że nigdy nie wiem, kiedy tobie śnią się koszmary? — zdumiewam się.

— Nie mam pojęcia. Chyba nie wrzeszczę, nie młócę rękami i w ogóle jestem spokojny. Po prostu budzę się zdrętwiały ze strachu.

— Powinieneś mnie budzić — zauważam i rozmyślam o tym, że w kiepską noc potrafię wyrwać Peetę ze snu nawet dwa albo trzy razy. I o tym, ile czasu niekiedy potrzeba, żeby mnie uspokoić.

— To nie jest konieczne. Moje koszmary zazwyczaj wiążą się z utratą ciebie — wyznaje. — Dochodzę do siebie, kiedy sobie uświadamiam, że jesteś przy mnie.

Uch. Peeta ma zwyczaj wygłaszać takie uwagi z zaskoczenia, a ja czuję się wtedy tak, jakbym dostała pięścią w brzuch. Tak naprawdę tylko uczciwie odpowiada mi na pytanie, nie nalega, żebym odwzajemniła się tym samym, nie oczekuje ode mnie miłosnych wyznań. Mimo to czuję się paskudnie, jakbym wykorzystywała go w okropny sposób. Czy tak właśnie jest? Sama nie wiem, ale po raz pierwszy nabieram przekonania, że leżąc z nim w moim łóżku, zachowuję się niemoralnie. Co za ironia — dociera to do mnie dopiero teraz, po oficjalnych zaręczynach.

— Będzie gorzej, kiedy wrócimy do domu i znowu przyjdzie mi sypiać samotnie — wzdycha.

Rzeczywiście, jesteśmy już prawie w domu.

Harmonogram naszych zajęć w Dwunastym Dystrykcie obejmuje udział w kolacji, wydawanej dzisiaj przez burmistrza Undersee’ego, a także w wiecu zwycięstwa na placu, podczas jutrzejszych obchodów Święta Zbiorów. Organizowane jest zawsze w ostatni dzień Tournée Zwycięzców, ale zwykle wiąże się z posiłkiem w domu lub w gronie kilkorga przyjaciół, jeśli kogoś stać. W tym roku przyszykowano wielką imprezę, a ponieważ całość sfinansował Kapitol, nikt w dystrykcie nie będzie głodny.

Większość naszych przygotowań odbędzie się w domu burmistrza, ponieważ podczas występów pod gołym niebem znowu będziemy ubrani w futra. Na stacji jesteśmy tylko przez chwilę, z uśmiechem machamy do ludzi i od razu wszyscy wsiadamy do samochodu. Do kolacji nie zobaczymy się nawet z rodzinami.

Cieszę się, że kolacja jest w domu burmistrza, a nie w Pałacu Sprawiedliwości, gdzie odbywały się uroczystości żałobne po śmierci mojego ojca. Po dożynkach zabrano mnie także tam, na bolesne pożegnanie z bliskimi. Pałac Sprawiedliwości jest pełen zbyt smutnych wspomnień.

Lubię jednak dom burmistrza Undersee’ego, zwłaszcza że przyjaźnię się z jego córką Madge. W pewnym sensie zawsze łączyła nas sympatia, ale została zadekretowana dopiero, kiedy Madge przyszła pożegnać się ze mną przed moim wyjazdem na igrzyska. Wtedy podarowała mi broszkę z kosogłosem na szczęście. Gdy wróciłam do domu, zaczęłyśmy spędzać razem czas, bo jak się okazało, Madge również miała go mnóstwo do zagospodarowania. Z początku czułyśmy się trochę zakłopotane, żadna z nas nie wiedziała, co robić. Słyszałam, jak nasze rówieśnice rozmawiają o chłopakach, innych dziewczynach albo o ciuchach, my jednak nie lubimy plotek, a ciuchy nudzą mnie do łez. Po kilku nietrafionych próbach zorientowałam się, że Madge dałaby wszystko, żeby pójść do lasu, więc ją tam zaprowadziłam i pokazałam, jak się strzela z łuku. Madge z kolei próbuje uczyć mnie gry na pianinie, ale zwykle tylko słucham, jak ona gra. Czasami jemy u siebie posiłki, ale ona woli przychodzić do mnie, niż mnie zapraszać. Jej rodzice wydają się sympatyczni, chyba jednak rzadko ich widuje. Jej ojciec kieruje całym Dwunastym Dystryktem, a mama cierpi na silne migreny, przez które całe dnie spędza w łóżku.

— Może powinnaś pojechać z nią do Kapitolu — zaproponowałam podczas jednego z nawrotów choroby. Tamtego dnia nie grałyśmy na pianinie, bo mimo odległości dwóch pięter jego dźwięki nasilały ból głowy matki Madge. — Daję słowo, że ją tam wyleczą.

— Tak, ale do Kapitolu nie można pojechać bez zaproszenia — wyjaśniła Madge ze smutkiem.

Nawet burmistrzowie mają ograniczone przywileje.

Gdy przyjeżdżamy do domu burmistrza, wystarcza mi czasu tylko na to, żeby szybko uściskać Madge, bo Effie natychmiast zagania mnie na trzecie piętro, gdzie mam się przygotować. Ekipa mnie maluje i ubiera w długą, srebrną suknię, a ponieważ wszystko przebiega sprawnie, mam wolną godzinę do kolacji. Wymykam się więc z pokoju i wyruszam na poszukiwania Madge.

Jej sypialnia znajduje się na drugim piętrze, tak jak kilka pokojów dla gości i gabinet burmistrza. Zaglądam tam, żeby się z nim przywitać, ale go nie ma. Telewizor jest włączony, więc przystaję i patrzę na ujęcia z wczorajszej imprezy w Kapitolu. Peeta i ja tańczymy, jemy, całujemy się. Te sceny będą teraz gościły w każdym gospodarstwie domowym w Panem, chociaż telewidzowie z pewnością mają już po dziurki w nosie nieszczęśliwych kochanków z Dwunastego Dystryktu. Sama mam ich dość.

Już wychodzę z gabinetu, kiedy moją uwagę przykuwają piski z telewizora. Odwracam się i widzę, że ekran pociemniał, a po chwili błyska na nim napis: „Ostatnie doniesienia z Ósmego Dystryktu”. Intuicja mi podpowiada, że te wiadomości nie są przeznaczone dla moich oczu, a jedynie dla burmistrza. Powinnam wyjść, i to szybko. A jednak odruchowo podchodzę bliżej.

Na wizji pojawia się spikerka, której nigdy dotąd nie widziałam, kobieta o siwiejących włosach i chrapliwym, stanowczym głosie. Ostrzega, że sytuacja się pogarsza, w związku z czym wprowadzono trzeci poziom zagrożenia. Do Ósmego Dystryktu skierowano dodatkowe siły i wstrzymano całą produkcję tekstylną.

 

Następuje przebitka na główny plac w Ósemce, który rozpoznaję, bo byłam tam w ubiegłym tygodniu. Z dachów budynków nadal zwisają transparenty z moją podobizną, ale w dole widzę gęsty tłum krzyczących ludzi o twarzach zasłoniętych chustami albo maskami własnej roboty. Demonstranci ciskają cegłami, domy stoją w płomieniach, Strażnicy Pokoju strzelają na oślep. Padają trupy.

Jeszcze nigdy nie widziałam nic podobnego, ale z pewnością jestem świadkiem zdarzenia, które prezydent Snow nazywa powstaniem.