Na jachcie szejkaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Susan Stephens
Na jachcie szejka
Tłumaczenie:
Filip Bobociński

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Szafiry spływały migotliwym potokiem z dłoni szejka. Podświetlone światłem świec szlachetne kamienie zdawały się płonąć błękitnym ogniem. Piętnastoletnia Millie Dillinger była zachwycona tym widokiem. Z drugiej strony, widok jej matki wtulonej w ramię szejka wywierał na niej wprost przeciwne wrażenie. Przypominający ropuchę mężczyzna nie miał wiele wspólnego z wyobrażeniami Millie o dziarskim herosie. Tak właśnie go sobie wyobrażała, gdy matka poinformowała ją, że obie będą gośćmi na najważniejszej królewskiej ceremonii zaręczyn.

Dosłownie przed chwilą Millie wkroczyła na pokład superjachtu szejka, do którego dowiozła ją wprost ze szkoły limuzyna z tablicami rejestracyjnymi ambasady. Jacht był jak obcy, przerażający świat. Owszem, był pełen przepychu. Gdziekolwiek by nie spojrzała, znajdowała ostentacyjne oznaki gigantycznego majątku. Jednak, zupełnie jak właściciel, wnętrze superjachtu było bardziej złowieszcze niż atrakcyjne. Co chwila zerkała za siebie w poszukiwaniu możliwych dróg ucieczki, choć zdawała sobie sprawę, że niełatwo byłoby opuścić to miejsce bez wiedzy uzbrojonych po zęby strażników, odzianych w czarne tuniki i workowate spodnie. Dwóch ją eskortowało, kolejni czekali w pomieszczeniu.

W życiu Millie wiele było niepewności, to jednak było po prostu przerażające. Jej matka była całkowicie nieprzewidywalna i zwykle to właśnie Millie musiała dbać o nie obie. W tym momencie oznaczało to ucieczkę z tego strasznego statku, gdy tylko będzie to możliwe. Pomieszczenie to nazywano wielkim salonem, ale różniło się ono od tych, które znała ze zdjęć w kolorowej prasie: było ciemne i stęchłe. Grube zasłony odcinały dostęp światłu, a w powietrzu wisiał brzydki zapach. Jak w starej szafie, pomyślała i zmarszczyła nos.

Szejk i jego goście wpatrywali się w nią, jakby była częścią jakiegoś pokazu, i to takiego, w którym bynajmniej nie chciała występować. Widok matki w objęciach starca był dostatecznie przykry. Może i był z królewskiego rodu, ale to, że siedział pod złotym baldachimem pośród jedwabnych poduszek, nie zmieniało faktu, że był odpychający. Taki był ich gospodarz, Jego Wysokość szejk Saif al Busra bin Khalifa. Matka Millie, Roxie Dillinger, została wynajęta, by zaśpiewać na jego przyjęciu. Chciała, by córka do niej dołączyła. Dlaczego? Tego nie wyjaśniła.

– Witaj, dziewczynko – rzekł szejk przymilnym głosem, od którego dostała ciarek na plecach. – Jesteś tu mile widziana – dodał, gestem zapraszając, by się zbliżyła.

Millie ani drgnęła. Jej matka przysunęła się i powiedziała teatralnym szeptem:

– Na imię ma Millie.

Najwidoczniej imiona nie miały dla niego większego znaczenia, jeszcze raz przywołał ją gestem, w którym tym razem widać było ślady zniecierpliwienia. Wpatrywała się w matkę z nadzieją, że ta poda jakiś pretekst, byleby tylko obie mogły się stąd ulotnić. Matka ją zignorowała. Nadal była bardzo piękna, lecz przez większość czasu także smutna, zupełnie jakby wiedziała, że świetlane dni jej kariery bezpowrotnie minęły. Millie chciała ją chronić. Aż drżała z oburzenia, gdy niektórzy goście ukradkiem zaczęli chichotać. Czasem miała wrażenie, że to ona była w tej relacji opiekunką.

– Widzisz, Millie – zawołała matka i wzniosła kieliszek szampana, ochlapując suknię wieczorową, która widziała lepsze dni. – Właśnie takie życie może cię czekać, jeśli tylko pójdziesz w moje ślady i zaczniesz karierę sceniczną.

Na samą myśl o tym Millie skręciło. Marzyła o tym, by zostać inżynierem morskim. Teraz czuła się jak podczas Nocy Walpurgii, gdy wiedźmy i czarnoksiężnicy zbierali się, by ucztować i hulać u stóp samego diabła. Światło świec tańczyło na twarzach zebranych, czuć było bijące od nich oczekiwanie. Zastanawiała się, na co takiego czekali? Nie pasowała tu ani ona, ani jej matka, a jeśli ta zacznie śpiewać, będzie jeszcze gorzej. Beztroskie podejście do kwestii zdrowia zrujnowało jej sławny niegdyś głos. Może i wcisnęła się w tandetną i wiele odkrywającą suknię, ale jej córka zdawała sobie sprawę, że Roxy da radę wykonać zaledwie kilka piosenek zniszczonym papierosami głosem. Nikt z tu zebranych się nie przejmował, że niegdyś Roxy znana była jako Londyński Słowik.

Millie była przejęta. Troszczyła się o matkę jak lwica o swe młode. Ignorując zniecierpliwionego szejka, chwyciła ją za dłonie.

– Już czas wracać do domu. Mamo, proszę…

– Roxy – wysyczała matka i posłała jej ostrzegawcze spojrzenie. – Na imię mi Roxy.

– Proszę… Roxy – poprawiła się niechętnie.

– Nie wygłupiaj się – odparła matka i rozejrzała się po niezbyt zadowolonej publiczności. – Jeszcze nie zaśpiewałam. Swoją drogą – dodała, zmieniając nagle ton głosu – dlaczego ty dla nas nie zaśpiewasz, Millie? Ma cudny głos – wyjaśniła szejkowi. – Oczywiście, nie tak silny i czysty jak mój – dodała, przytulając się do niego.

Sposób, w jaki szejk na nią patrzył, wywoływał u Millie gęsią skórkę, ale nie zamierzała ustąpić.

– Jeśli wrócisz ze mną do domu już teraz, kupię ciastka po drodze – usiłowała zachęcić matkę.

Usłyszała nieprzyjemny rechot. Gestem dłoni szejk uciszył gości.

– Mam na pokładzie światowej sławy piekarzy, dziewczynko. Ty i twoja matka najecie się do woli: oczywiście, gdy tylko zarobicie śpiewem na posiłek.

Millie sądziła, że szejk miał na myśli co innego niż śpiewanie. Jej warkoczyki, okulary i poważne usposobienie sprawiały, że wyglądała na egzotyczne stworzenie w oczach jego wysoko postawionych gości, którzy momentalnie zaczęli skandować jej imię. Było to oczywiście podszyte okrutną drwiną, a nie zachętą, jak zdawała się sądzić jej matka. Jej szyja spąsowiała ze wstydu.

– Mamo, proszę – zaczęła błagać. – Nie potrzebujesz pieniędzy szejka. Wezmę dodatkową zmianę w pralni…

Głośny rechot zagłuszył resztę jej wypowiedzi. Zrozpaczona, rzuciła tęskne spojrzenie w kierunku portu, gdzie życie toczyło się zwyczajnym, spokojnym trybem. Jeśli tak miał wyglądać świat bogaczy, to nie miała zamiaru mieć z nim nic wspólnego. Ten wieczór scementował jej decyzję, by wykuć sobie życie, nad którym mogłaby w pełni zapanować.

– Zaśpiewaj dla nas, Millie – wymamrotała Roxie. – Będziesz zapowiadającym mnie występem.

Millie kochała śpiew, dołączyła nawet do szkolnego chóru, ale jej prawdziwą pasją było odkrywanie, jak funkcjonują różne urządzenia. Gdy tylko zda ostatnie egzaminy szkolne, zamierzała skupić się na pracy w pralni, by zarobić na dalszą edukację.

Zgromadzeni nadal skandowali jej imię. Spojrzała na matkę. Wyglądała na zmęczoną, makijaż zaczął jej się rozmazywać.

– Mamo, proszę…

– Zostaniesz tutaj – wyrzęził ropuch na podeście. Na jego gest ochroniarze otoczyli dziewczynę, odcinając jej wszelkie drogi ucieczki. – Podejdź bliżej, dziewczynko – powiedział niepokojąco przesłodzonym głosem. Przestraszyło ją to. – Zanurz dłoń w moich szafirach. Zainspirują cię, tak jak zainspirowały twoją matkę.

Ktoś wydał z siebie obrzydliwy rechot. Millie wzdrygnęła się.

– Dotknij ich – kontynuował szejk oślizgłym, hipnotycznym głosem. – Poczuj chłód ich majestatu…

– Przestań! – zagrzmiał surowy rozkaz, który poraził całą salę. Millie obejrzała się i ujrzała prawdziwego kolosa w stroju podróżnym, dziarskim krokiem przemierzającego salon. Strażnicy stawali przed nim na baczność, nawet szejk zamknął swe obleśne usta, wyraźnie nadąsany.

Co za oszałamiający mężczyzna, pomyślała Millie. Był dużo młodszy od szejka i nieskończenie bardziej przystojny. Do tego w tej chwili spełniał wszelkie jej wyobrażenia o romantycznym herosie. Podczas gdy szejk rozlewał się po swych niezliczonych poduszkach, nowo przybyły mężczyzna był szczupły i wysportowany, jak żołnierz lub ochroniarz.

– Nie bądź taki pruderyjny, bracie – wycedził szejk.

Millie głośno wciągnęła powietrze.

To był jego brat?! Brat ropucha?

Między tymi mężczyznami było tak niewielkie podobieństwo, że wydawało jej się niemożliwe, by byli braćmi. Na widok szejka aż drżała z obrzydzenia. Jego brat wywoływał u niej zgoła inną reakcję.

Ze wstrętem patrzyła, jak szejk ciaśniej obejmuje jej matkę, jakby chciał zaznaczyć swój stan posiadania w obliczu wyzwania.

– Czyżbyś nigdy wcześniej nie zabawiał się międzypokoleniowo? – spytał, przebiegając wzrokiem między nowo przybyłym, Millie a jej matką.

– Budzisz we mnie wstręt – odparł jego brat. – To jeszcze dziecko – zauważył po przyjrzeniu się przez chwilę Millie.

To krótkie spojrzenie poruszyło ją do głębi. W jego oczach ujrzała gniew, ale i troskę. Po raz pierwszy, od kiedy wsiadła na pokład jachtu, poczuła się bezpiecznie.

– Nie mogę uwierzyć, że zniżyłbyś się do wciągania dziewczynki w swą rozpustę – rzucił zjadliwie.

– Doprawdy? – Szejk wzruszył beztrosko ramionami. – To śliczna, młoda osóbka. Może sam się nią zainteresujesz, gdy tylko mnie znudzi?

– Nie jestem taki jak ty, bracie.

– Niewątpliwie – zgodził się szejk. – Ale to nie twoja sprawa, jak spędzam swój czas wolny.

– To moja sprawa, ilekroć szargasz reputację naszego kraju.

Millie zauważyła, że wszystkie oczy skupione były na przystojnym bracie szejka. Nic zresztą dziwnego. Miał skórę barwy polerowanego brązu i gęste, faliste, kruczoczarne włosy. Potężną sylwetką przypominał gladiatora, jego przeszywające, sokole oczy koronowały ciemne brwi, a ostro zarysowane kości policzkowe tylko podkreślały egzotyczność postaci, która dominowała teraz nad całym pomieszczeniem.

– Brzydzisz mnie – rzucił ze wstrętem. – Właśnie wróciłem z frontu, gdzie walczyłem ramię w ramię z naszymi żołnierzami, tylko po to, by zastać cię oddającego się najbardziej zdeprawowanym wynaturzeniom. Nie przestaniesz, nawet jeśli miałoby to rzucić nasz kraj na kolana.

 

– Coś tutaj na pewno przede mną upadnie na kolana – zgodził się szejk, rzucając Millie lubieżne spojrzenie.

Millie głośno wciągnęła powietrze, gdy młodszy mężczyzna otoczył ją opiekuńczym ramieniem.

– Nie tkniesz jej – ostrzegł.

Odpowiedzią szejka było leniwe machnięcie ręką.

– Jesteś zbyt poważny, Khalidzie. Zawsze taki byłeś.

Khalid.

Serce zabiło jej szybciej, gdy tylko poznała imię swego obrońcy. Stał między nią a Szejkiem, osłaniając ją przed prymitywnymi umizgami i obleśnym wzrokiem jego brata. Gdyby tylko był w stanie także ocalić jej matkę.

– Nie obnażaj tu swego miękkiego serca – dodał szejk z pogardliwym spojrzeniem. – Nikogo to nie rusza.

– Mam miękkie serce, bo troszczę się o ludzi? – odgryzł się książę, po czym odsunął się od Millie. – A gdzie ty byłeś, gdy nasz kraj cię potrzebował, Saifie? – rzucił oskarżycielsko. – Zostawiłeś nasze granice niechronione, a naszych poddanych w niebezpieczeństwie. Powinieneś się wstydzić – zakończył lodowato.

– To raczej ty powinieneś się wstydzić tego, że rujnujesz dobrą zabawę moim gościom – odparł szejk beznamiętnie. – Sądzę, że powinieneś za to przeprosić – dodał z naciskiem.

Kręcąc głową, książę Khalid zapewnił brata, że nie ma najmniejszego zamiaru tego robić.

– Chodź – rzucił ostro do Millie. – Zaraz stąd wyjdziesz. A ty – zwrócił się do jej matki – gdybyś miała choć odrobinę oleju w głowie, też byś opuściła ten statek.

W odpowiedzi Roxy oparła nadąsaną twarz o ramię szejka.

– Czy tego właśnie chcesz? – spytał szejk Millie.

– Tak – głos miała bliski krzyku – ale nie ruszę się stąd bez mojej mamy. Proszę… – To było bezcelowe. Matka ani drgnęła.

– Przynajmniej zabierz kilka szafirów na pamiątkę – zasugerował szejk kpiącym głosem.

– Nie dotykaj ich – ostrzegł jego brat.

– Ani myślę! – tym razem krzyczała. Nie było to do niej podobne, by tracić panowanie nad głosem, ale nie wytrzymała tego, że sądził, że da się przekupić.

Książę Khalid posłał jej blady uśmiech. W jego oczach czaił się niemal szacunek, zupełnie jakby wiedział, że tak jak on uważała całą zaistniałą sytuację za pożałowania godną.

– Hańbisz cały ród Khalifa – zgromił brata. – Gdybyś nie był władcą Khalifa…

– To co byś wtedy zrobił? – przerwał szejk. – Stoję między tobą a tronem. Czy właśnie to jest prawdziwym powodem twych humorów, bracie? – Rozłożył szeroko ramiona, jakby zapraszając poruszonych gości do dyskusji. – Mój nieszczęsny brat nie jest w stanie przeboleć, że nie może urządzić wszystkiego na swój własny, ponury sposób. Jakże nudnym byłoby życie w rządzonym przez ciebie kraju, Khalidzie.

W odpowiedzi słychać było serię pełnych zgody pomruków gości. Millie ukradkiem zerknęła, jak książę zniósł tę zniewagę. Nie licząc nieznacznych ruchów mięśni szczęki, pozostał jednak w bezruchu.

– Zabieram dziewczynkę – odparł. – A gdy wrócę, oczekuję, że nie zastanę tu jej matki. Dziecko nie powinno pozostawać bez opieki w nocy, szczególnie gdy tyle szemranych typów kręci się po King’s Dock.

Słychać było oburzone westchnienia spowodowane tą obrazą. Szejk pozostał jednak obojętny.

– Ależ nie będzie sama, czyż nie, kochanieńka? Będzie przecież miała ciebie – rzucił drwiąco do księcia Khalida.

Millie w tym czasie trawił lęk o los jej matki.

– Nie mogę jej zostawić – powiedziała księciu, gdy ten usiłował ją odciągnąć do wyjścia.

Chwycił ją mocno za ramię, po czym ostrzegł:

– Tylko bez żadnych głupich pomysłów. Musisz stąd wyjść. Już.

– Nie bez mojej mamy – powtórzyła z uporem.

– A zabieraj ją stąd! – wrzasnęła matka Millie, wskazując na córką gniewnym gestem.

Uwolniwszy się wreszcie z objęć szejka, Roxy wstała. Dłonie zaciśnięte miała w pięści.

– Jesteś cholerną nudziarą! – wrzeszczała. – Nic, tylko psujesz mi dobrą zabawę!

Zraniona do głębi, Millie ledwie zwróciła uwagę na to, jak drzwi do wielkiego salonu zatrzaskują się za nią.

– Jak masz na imię? – spytał bladą, spiętą dziewczynkę, gdy wyprowadzał ją z pokładu „Szafira”. Chciał odwrócić jej uwagę od przykrości, a do tego chciał ją nakłonić do mówienia. Była nienaturalnie cicha.

Przez chwilę milczała, po czym, z wyraźną ulgą, odparła pełnym napięcia szeptem:

– Millicent.

– Millicent? – podchwycił. – Podoba mi się twoje imię. – Pasowało do dziewczynki o tak poważnej powierzchowności, do jej dużych okularów i precyzyjnie zaplecionych warkoczy.

– Mówią do mnie Millie – dodała nieśmiało, gdy opuścili już mroki jachtu i odetchnęli czystym, morskim powietrzem.

Dziecko robiło na nim dobre wrażenie i był zdecydowany je ochronić przed krzywdą.

– A jak byś chciała, by cię nazywać? – zapytał, gdy odwróciła się do zasłoniętych okien jachtu.

Zmarszczyła brwi i spojrzała mu ponownie w twarz.

– Lubię, gdy nazywają mnie Millie.

– Millie – powtórzył.

– Zrobiłbyś coś dla mnie? – zaskoczyła go szybkim pytaniem.

– Jeśli będę w stanie – odparł.

Zatrzymała się, gdy schodzili na nabrzeże.

– Powiesz mojej mamie, by wróciła? – poprosiła. – Ciebie może posłucha. Wynająłbyś jej taksówkę i posłał do domu? Mam pieniądze, mogę zapłacić…

– Masz pieniądze na taksówkę? – spytał. Była młoda, ale zdawała się odpowiedzialna i zaradna. W sumie, chyba nie miała wyboru, pomyślał.

– Owszem – potwierdziła. -Zrobisz to? – naciskała.

– Zobaczę, co się da zrobić – odparł.

– Proszę! – naciskała dalej. – Obiecaj, że spróbujesz!

Miała w spojrzeniu coś nieustępliwego.

– Obiecuję. Wracaj już do domu i odrób lekcje.

Zainteresowany, śledził jej spojrzenie, aż nagle coś innego przykuło jej uwagę. Spojrzała na szofera jego brata, stojącego na baczność obok królewskiej limuzyny. Zasalutował, gdy tylko Khalid się zbliżył.

– Stoi tak od dawna – szepnęła Millie dyskretnie. – Mógłbyś mu przynieść coś do picia, zanim mnie odwiezie?

– Ja?! – zawołał zdziwiony.

– A czemu by nie? Dla ciebie to chyba nie problem?

Zaskoczyła go. Musiał przyznać: dziewczyna miała tupet.

– Przywiózł mnie tu – wyjaśniła. – Wiem więc, że musi być zmęczony i spragniony.

Zdawała się w ogóle nie zwracać uwagi na status społeczny. Odświeżające przypomnienie o tym, że on swój zawdzięczał jedynie wysokiemu urodzeniu. Zaczerwieniła się, gdy wskazał jej saturatory z wodą będące na wyposażeniu wnętrza limuzyny.

– O niego się nie martw – powiedział tym samym, dyskretnym tonem. – Podaj mu adres zamieszkania i odwiezie cię bezpiecznie do domu.

– A co z moją matką? – spytała, spoglądając ponownie na statek.

– Zrobię, co w mojej mocy. – Skrzywił się zniesmaczony na samą myśl o powrocie na pokład. – Nigdy więcej się nie narażaj na takie niebezpieczne sytuacje – dodał surowo.

Odpowiedziała natychmiast i z determinacją:

– Nigdy więcej nie będę, obiecuję!

Patrzył, jak samochód odjeżdża z samotną dziewczynką na tylnym siedzeniu. Trudno mu było wyobrazić sobie dziecko bardziej niepodobne do swej matki. Zanim się obrócił, by wrócić na jacht, pomyślał, że Millie była dobrym dzieckiem i zdecydowanie zasługiwała na kogoś lepszego.

ROZDZIAŁ DRUGI

Osiem lat później…

– Dobra, znowu działa! – Usatysfakcjonowana efektem swojej pracy, Millie odsunęła się od świeżo naprawionego bojlera.

– Jesteś skarbem! – Panna Francine, ponad osiemdziesięcioletnia właścicielka pralni, szczęśliwa objęła swą ulubioną pracownicę. – Nie znam nikogo innego, kto miałby cierpliwość, by doprowadzać te stare maszyny do użytku. Cóż ja bym bez ciebie zrobiła?

– Pewnie poszłybyśmy nad strumień i młóciłybyśmy te jachtowe prześcieradła przy użyciu kamieni – mruknęła praczka o imieniu Lucy.

Millie wyszczerzyła się do przyjaciółki, po czym wyciągnęła ołówek ze związanych w kok włosów, by spisać instrukcję, jak uruchomić stary bojler, gdyby pod jej nieobecność odmówił współpracy. Wracała bowiem na praktyki jako inżynier morski.

– Z drugiej strony – kontynuowała Lucy z uśmiechem – jakby szejk Khalifa dowiedział się, że jego złote prześcieradła są młócone kamieniami, to by nas chyba kazał przeciągnąć pod kilem albo… no co się tak patrzycie? – przerwała, gdy Millie i panna Francine zamarły w przerażeniu.

– Nic, nic – odparła cicho Millie, zmuszając twarz do przybrania spokojnego wyrazu. Posłała ostrzegawcze spojrzenie starszej pani, by ta też nic nie mówiła. – Po prostu nie wiedziałam, że jacht szejka dokował. Tylko tyle.

Lucy rozpostarła szeroko ramiona, jak rybak chwalący się rozmiarem najnowszej zdobyczy.

– Jest ogromny! Gdybyś nie dłubała cały czas w bojlerze, nie mogłabyś go przegapić.

Całe więc szczęście, że bojler się zepsuł, pomyślała Millie.

– Kiedy dostarczono tę pościel? – spytała panna Francine.

Lucy trzymała metry złotej tkaniny w ramionach.

– Służący z Szafira przyniósł je rano. Powiedział, że wymagają szczególnego traktowania.

– Podarcia na strzępy? – niemal bezgłośnie wymamrotała Millie. Złote prześcieradła przypominały jej o niezwykle przykrym wieczorze i wszystkich jego tragicznych konsekwencjach.

Panna Francine podjęła próbę zmiany tematu:

– Jeśli tak duży jacht zadokował, mamy pełne ręce roboty. Niedługo utoniemy w rzeczach do prania. – Rzuciła niespokojne spojrzenie w kierunku Millie. – A kto wie, może następna zepsuje się prasa?

– Cóż, jeśli tak, to jestem na miejscu i się nią zajmę – uspokoiła ją Millie, wdzięczna za zmianę tematu.

– Wszystko w porządku? – zapytała dyskretnie panna Francine, gdy reszta pracowników wróciła do obowiązków.

– Trzymam się – potwierdziła. – I zajmę się tą pościelą. Będę pilnować, by traktowano ją z należytą starannością na każdym etapie czyszczenia – zapewniła. – I osobiście zabiorę ją z powrotem na pokład.

– Nie ma takiej potrzeby – odparła z wyraźnym niepokojem. – Ja ją zabiorę.

– Chcę tego – naciskała Millie. – To kwestia honoru. – Chciała sobie dowieść, że jest w stanie to zrobić, a po ośmiu latach szukania śladów wyjaśniających śmierć jej matki była to najlepsza okazja, jaką miała.

– Cóż, jeśli nie masz nic przeciwko, nie będę próbowała cię powstrzymać. Mamy tu dość pracy do wykonania.

Coś w sposobie, w jaki jej sędziwa przyjaciółka szybko skapitulowała, zaniepokoiło Millie. Szybko jednak oddaliła te myśli. Przesadzała. Powrót Szafira wywołał u niej szok.

Zacisnęła szczęki, gdy wróciły do niej obrazy ręki bawiącej się klejnotami. Ręki, która mogła wypchnąć matkę z jachtu na pewną śmierć.

– Postaraj się o tym nie myśleć – szepnęła panna Francine, gdy odciągnęła Millie na stronę. – Oddychaj głęboko.

– Zatem wrócił. – Próbowała brzmieć obojętnie.

Jej stara przyjaciółka nie dała się jednak zwieść.

– Na to wygląda – dodała, po czym pomogła Millie włożyć drogie prześcieradła do bawełnianych pokrowców, używanych do ochrony najdelikatniejszych tkanin przed upraniem.

– Długo go nie było – mruknęła Millie, jakby w celu podtrzymania rozmowy. – Zapewne szejk Saif wolał nie wracać tutaj po wypadku.

– Millie – panna Francine jej przerwała. Głos miała zatroskany. Millie nie przypominała sobie, by starsza pani wyglądała kiedykolwiek na bardziej przejętą.

– Co jest? Stało się coś złego? – dopytywała.

– Powinnam była powiedzieć ci to od razu – odparła, pełna żalu. – To nie szejk Saif jest na pokładzie Szafira. Zmarł kilka lat temu. Prasa twierdzi, że z przejedzenia – dodała. Millie była w zbyt wielkim szoku, by mówić. – Byłaś wtedy na praktykach na platformie wiertniczej.

– Więc kto? – wyrzuciła z siebie Millie. – Kto przypłynął na pokładzie Szafira?!

– Jego brat, szejk Khalid.

Millie poczuła się, jakby potężny cios pozbawił ją powietrza w płucach. Panna Francine kontynuowała:

– Śmierć szejka opisano zaledwie w jednym akapicie, a gdy wróciłaś, byłaś tak radosna i podekscytowana, że nie chciałam cię zasmucać, przywołując przeszłość.

– Dziękuję – odparła nieprzytomnie Millie.

– Nie masz mi za co dziękować – powiedziała z naciskiem staruszka, a następnie położyła dziewczynie dłoń na ramieniu.

Nie było już nic do powiedzenia. Trwały w milczeniu.

Millie pracowała w soboty w jej pralni, a po tragicznej śmierci matki panna Francine dała dziewczynce dach nad głową. Jej domem stał się pokój nad pralnią.

– Nikt nie wspomniał mi o śmierci szejka Saifa, ponieważ… – Wzruszyła ramionami. – Czemu niby miałby to robić?

Czy jej się to tylko zdawało, czy też starsza kobieta unikała spojrzenia jej w oczy?

– Wszystko, co mam, zawdzięczam tobie – odrzekła, przytulając się nagle do staruszki.

Gdy panna Francine zostawiła ją samą, Millie powróciła do pracy, myślami jednak wybiegała ku księciu Khalidowi. Pamiętała go całkiem dobrze. Nikt nigdy nie wywarł na niej podobnie silnego wrażenia. W znacznej mierze dobrego. Wzbudzał zachwyt. I zakłopotanie. Widziała w nim materiał na bohatera, ale okazał się kimś zupełnie innym. I teraz musi pamiętać, by myśleć o nim jak o szejku. Najsurowszy ze znanych jej mężczyzn był teraz władcą absolutnym. Mogła sobie tylko wyobrażać zmiany, jakie w nim zaszły. Pamiętała, jak przez szybę limuzyny widziała, gdy wracał na pokład Szafira, by jak anioł uratować jej matkę. Tyle tylko, że jej nie uratował. Zawiódł jej zaufanie. W którymś momencie tamtej tragicznej nocy jej matka wypadła z pokładu Szafira. Wypadła albo została zepchnięta.

 

Wzięła się w garść, po czym wyjrzała przez okno. Faktycznie, nie można było nie zauważyć superjachtu stojącego w porcie. Był tak duży, jak turystyczny liniowiec i górował nad wszystkimi innymi statkami w porcie. Był jak zew przeznaczenia, którego Millie nie była w stanie uniknąć. Starała się nie okazywać, jak bardzo jest spięta, gdy panna Francine wróciła.

– Przeszedł generalny remont – wyjaśniła starsza przyjaciółka. – Gdy szejk Khalid odziedziczył tron po swym bracie, naciskał, by rozebrać statek i niemal całkowicie go wyremontować. Po porcie krąży plotka, że naszpikowany jest najnowszą technologią. – Nastała długa cisza, którą ostrożnie przerwała: – Nic nie pozostaje takie samo.

– Na pewno masz rację – zgodziła się Millie. Wiedziała, że przyjaciółka starała się jej pomóc. – I nic mi nie jest – dodała, po czym posłała jej uśmiech. – Nieważne, jak wspaniale Szafir się prezentuje, jest to maszyna z niezliczonymi ruchomymi częściami, które wymagają przeglądu i naprawy.

Panna Francine roześmiała się. Na to właśnie liczyła Millie.

– Zamierzasz zabrać narzędzia na pokład? – zapytała.

– Możesz być pewna, że gdy tam pójdę, będę w pełni przygotowana.

– Na pewno – zgodziła się tamta.

– Moje miejsce jest tutaj, z tobą – odparła Millie. – Dałaś mi zupełnie inne życie niż to, jakie wiodłam, gdy miałam piętnaście lat. Dałaś mi szczęśliwy dom, poczucie bezpieczeństwa i stabilność, dzięki którym mogę podążać za wymarzoną pracą. Nigdy nie będę w stanie ci za to odpowiednio podziękować.

– Nie chcę twoich podziękowań. Kocham cię jak córkę.

Przytuliły się. Millie zdała sobie sprawę, że nie jest winna szejkowi Khalifa nic, oprócz wzgardy za to, że zawiódł jej zaufanie. Był na pokładzie Szafira w chwili śmierci matki, a potem upewnił się, by nikt nie postawił jego brata przed sądem.

– Zabiorę pościel na pokład i ani się obejrzysz, jak będę z powrotem – powiedziała z pewnością. Była zdeterminowana tak właśnie zrobić, choćby tylko po to, by udowodnić samej sobie, że jej przeszłość nie może jej teraz zranić.

– Brawo! – wykrzyknęła panna Francine pełnym ulgi głosem.

Ubrany w formalne szaty z czarnego jedwabiu przetykanego złotem, Khalid nie mógł się doczekać powrotu do swobody, jaką mógł się cieszyć na pokładzie Szafira. Ten rejs dookoła świata trwał już dostatecznie długo. Patrzył przez zroszoną deszczem szybę gabinetu i rozważał ogromne znaczenie, jakie miał dla niego King’s Dock. To tutaj narodził się jego fundusz wspierający edukację, a wszystko przez incydent, który odmienił jego życie. Nie planował powrotu w to miejsce, ale też nie mógł zrezygnować z okazji, by pomóc młodym ludziom stanąć na nogi.

Zamknął oczy i rozluźnił kark. Tęsknił za oczyszczającym skwarem pustyni i rozkosznym chłodem oazy, ale tamten koszmarny wieczór nie przestawał go prześladować.

Wstał, gdy usłyszał delikatne pukanie do drzwi, zadowolony, że coś odwróci jego uwagę.

– Proszę wejść.

Służący z szacunkiem zatrzymał się tuż na progu.

– Złocista Kajuta jest już niemal gotowa na waszą inspekcję, Wasza Wysokość.

– Dziękuję. Możesz już odejść.

Służący pokłonił się i opuścił pomieszczenie.

Nie nadzorował osobiście stanu każdej gościnnej kajuty, ta jednak była przeznaczona dla szczególnego gościa, Emira Qalala. Khalifa i Qalala są partnerami handlowymi. Oba kraje mają też umiejscowione blisko siebie kopalnie drogocennych szafirów w górach Khublastanu. Granice kilku państw spotykają się w tym regionie, przez co ich władców zbiorowo zwykło się nazywać Szafirowymi Szejkami. Sytuacja w Khalifie ustabilizowała się po pełnym niepokojów panowaniu Saifa, na co Khalid pracował przez lata bez wytchnienia. Teraz, gdy udało mu się zebrać dookoła siebie silny zespół doradców, mógł wreszcie nieco odpocząć. Ta podróż była okazją do budowania dobrych relacji między państwami, a poza tym dawała mu okazję do wglądu w matrymonialny rynek królewien w poszukiwaniu odpowiedniej kandydatki na żonę.

Odpędził od siebie myśli o ożenku i zamiast tego skupił się na Khalifie, najpiękniejszym ze wszystkich krajów. Dobrobyt ostatnich lat spowodował, że nowoczesne miasta wznosiły się jak miraże pośrodku piaskowego pustkowia, a choć pustynia mogła się zdawać surowa i niebezpieczna, to tętniła życiem dookoła oaz, gdzie jego ukochane zwierzęta: koziorożec i pustynny oryks mogły prosperować objęte ochroną. Kryształowo czysty ocean zapewniał dostatecznie dużo żywności dla jego poddanych, a pokryte śniegiem górskie zbocza kryły w sobie dość złóż szafirów, by sfinansować im bezpieczeństwo, dostatek, edukację i opiekę zdrowotną. Dla niego żadne inne miejsce nie mogło się równać z ukochaną ojczyzną. Ilekroć o niej myślał, czuł, jakby jego duch unosił się z powrotem do…

Nagle coś przykuło jego uwagę. Tam, za oknem, wiele metrów niżej, na skąpanym deszczem doku odgrywał się minidramat. Mała postać zakryta sztormiakiem próbowała wejść na prywatny pomost prowadzący do Szafira. Strażnik zablokował jej drogę. Khalid poznał, że to kobieta, po wzroście i drobnych dłoniach, którymi żywiołowo gestykulowała, jakby chciała przekonać strażnika, że jej misja jest pilna i należy ją niezwłocznie wpuścić. Miała ze sobą ogromny pojemnik na kółkach, który jego straż miała obowiązek przeszukać.

„Nie”, zdawała się powiedzieć postać w sztormiaku, żywiołowo kręcąc głową i ostentacyjnie wpatrując się w niebo, zupełnie jakby chciała wytknąć oczywistość: po otwarciu kontenera ulewa zrujnuje jego zawartość. Rezolutny strażnik przyprowadził przeszkolonego psa. Po drobiazgowym obwąchaniu kontenera pozwolono jej wejść w towarzystwie strażnika.

Zadowolony z przestrzegania procedur bezpieczeństwa, Khalid odsunął się od okna. Goście niedługo przybędą na wystawne wieczorne przyjęcie, nie dziwiły go więc przybywające na jacht dostawy.

Przeczytał raport o odkryciu kolejnych pokładów szafirów, po czym opuścił gabinet w świetnym nastroju. Ostatni rzut oka za okno przypomniał mu o dziewczynie w sztormiaku, wykłócającej się z jego strażą. Koniec końców dostała się do środka i to na swoich zasadach. Był to nie lada wyczyn, bo jego strażnicy byli zajadli.

Zostało mu dość czasu, by sprawdzić stan kabiny dla emira, a następnie wziąć prysznic i przygotować się na dzisiejszy wieczór. To będzie zupełnie inne przyjęcie niż te, które urządzał jego zmarły brat. Większość towarzystwa będą stanowiły interesujące i inspirujące osoby, nie będzie też żadnych ekscesów.

Tamtego pamiętnego wieczoru Saif wściekł się i na próby ukrócenia jego żądz kazał wyprowadzić Khalida z pokładu Szafira. Powtarzał słowa matki tamtej dziewczynki i oskarżał go o psucie mu dobrej zabawy.

Lepsze to, niż bycie mordercą, pomyślał Khalid.