Sekretne życie pszczółTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kierowca powiedział, że jedzie do swojej siostry w Columbii i że wiezie melony na stanową giełdę owocowo-warzywną. Ja poinformowałam go, że wybieram się do Tiburonu z wizytą do mojej ciotki, u której Rosaleen będzie gosposią. Nie brzmiało to zbyt przekonująco, ale przyjął moje wyjaśnienia do wiadomości.

— Mogę was wysadzić trzy mile od Tiburonu — oświadczył.

Nie ma smutniejszego światła niż to o zachodzie. Jechaliśmy dłuższy czas w jego lśnieniu, w kompletnej ciszy, jeśli nie liczyć świerszczy i żab, które stroiły instrumenty przed zmierzchem. Patrzyłam przez przednią szybę na ogniste smugi, które pojawiły się na niebie.

Farmer włączył radio i szoferkę wypełniło zawodzenie The Supremes, którzy pytali: „Dziecinko, dziecinko, gdzie odeszła nasza miłość?”. Nie ma nic lepszego od piosenki o utraconej miłości, kiedy trzeba człowiekowi przypomnieć, że wszystko, co cenne, może wypaść z zawiasów, na których zostało tak starannie zawieszone. Oparłam głowę o ramię Rosaleen, chcąc, by swoją dłonią tchnęła we mnie z powrotem życie, lecz ona trzymała ręce złożone na kolanach.

Dziewięćdziesiąt mil od miejsca, gdzie wsiadłyśmy do ciężarówki, farmer zjechał na pobocze przy drogowskazie, na którym widniał napis: „TIBURON 3 MILE”. Znak wskazywał drogę, która wiodła w lewo w srebrzystą ciemność. Wysiadając z ciężarówki, Rosaleen zapytała, czy możemy wziąć sobie jeden z jego melonów na kolację.

— Weźcie dwa — odparł.

Nie ruszyłyśmy się z miejsca i nie odezwałyśmy ani słowem do chwili, gdy jego tylne światła zmniejszyły się do rozmiarów robaczków świętojańskich. Starałam się nie myśleć, jak bardzo jesteśmy zagubione i w jak rozpaczliwej znalazłyśmy się sytuacji. Nie miałam pewności, czy była lepsza od życia z T. Rayem, lub nawet od pobytu w więzieniu. Nigdzie nie było nikogo, kto mógłby nam pomóc. Mimo to czułam się niesamowicie ożywiona, jakby w każdej komórce mojego ciała palił się mały płomyk, i to tak jasnym ogniem, aż bolało.

— Przynajmniej księżyc jest w pełni — powiedziałam do Rosaleen.

Ruszyłyśmy w drogę. Jeśli wydaje się wam, że na wsi jest cicho, nigdy tam nie mieszkaliście. Same rzekotki wystarczą, żeby człowiek zaczął marzyć o zatyczkach do uszu.

Szłyśmy przed siebie, udając, że to zwyczajny dzień. Rosaleen powiedziała, że farmer, który nas wiózł, zebrał chyba w tym roku mnóstwo melonów. Ja uznałam za dziwne, że jeszcze nas nie gryzą komary.

Zbliżając się do mostka, pod którym płynęła woda, postanowiłyśmy, że zejdziemy na dół i spędzimy noc przy strumieniu. Tam niżej był zupełnie inny świat: po wodzie wędrowały lśniące plamki światła, a pędy kudzu wisiały między sosnami niczym gigantyczne hamaki. Przypominało to las braci Grimm i ogarnęło mnie nerwowe uczucie, towarzyszące mi zawsze przy lekturze baśni, w których mogą się wydarzyć rzeczy nie do pomyślenia — nigdy nic nie wiadomo.

Rosaleen rozbiła melony, waląc nimi o kamień w strumieniu. Wyssałyśmy je do samej skórki, a potem nabrałyśmy wody w ręce i popiłyśmy, nie przejmując się algami, kijankami i tym, czy krowy nie używały przypadkiem tego strumienia jako toalety. Następnie usiadłyśmy na brzegu i popatrzyłyśmy sobie w oczy.

— Chciałabym po prostu wiedzieć, dlaczego ze wszystkich miejsc na ziemi wybrałaś akurat Tiburon w Karolinie Południowej — powiedziała Rosaleen. — Nigdy o nim nie słyszałam.

Chociaż było ciemno, wyjęłam z torby obrazek z czarną Marią i podałam go jej.

— Należał do mojej matki. Z tyłu jest napis: Tiburon, Karolina Południowa.

— Powiedzmy sobie jasno: wybrałaś Tiburon, bo twoja matka miała obrazek z nazwą tej miejscowości na odwrocie… i to wszystko?

— Pomyśl tylko — odparłam. — Skoro miała ten obrazek, w którymś momencie swojego życia musiała tam mieszkać. A skoro tam mieszkała, ktoś mógł ją zapamiętać, nigdy nie wiadomo.

Rosaleen podniosła obrazek do księżyca, żeby mu się lepiej przyjrzeć.

— Kto to ma być? — zapytała.

— Przenajświętsza Dziewica — odpowiedziałam.

— Może tego nie zauważyłaś, ale ona jest czarna — stwierdziła i widząc, jak wpatruje się w nią z otwartymi ustami, domyśliłam się, że wywarło to na niej pewne wrażenie.

„Skoro matka Jezusa jest czarna, jak to się stało, że słyszeliśmy dotąd wyłącznie o białej Marii?”, czytałam w jej myślach. Podobnie zachowywałyby się kobiety, gdyby wyszło na jaw, że Jezus miał siostrę bliźniaczkę, która otrzymała połowę boskich genów, lecz ani trochę jego chwały.

— Teraz mogę już umrzeć, bo widziałam wszystko — mruknęła, oddając mi obrazek.

Wcisnęłam go do kieszeni.

— Wiesz, co powiedział T. Ray o mojej matce? — zapytałam, pragnąc poinformować ją w końcu, co zaszło. — Powiedział, że zostawiła mnie i jego na długo przed swoją śmiercią. A tego dnia, kiedy zginęła, wróciła tylko po swoje rzeczy.

Oczekiwałam, że Rosaleen od razu powie, że to śmieszne, lecz ona zmrużyła oczy, jakby rozważała na serio taką możliwość.

— No więc to nieprawda — oznajmiłam, podnosząc głos i mając wrażenie, że ktoś złapał go od spodu i wpycha mi do gardła. — I jeśli on myśli, że uwierzę w tę bajeczkę, to ma wielką dziurę w tym, co nazywa swoim mózgiem. Powiedział to tylko po to, żeby mnie ukarać. Wiem o tym.

Mogłam dodać, że matki mają instynkt i hormony, które nie pozwalają im zostawiać dzieci, że nawet świnie i oposy nie porzucają swojego potomstwa, lecz Rosaleen przemyślała tymczasem cały problem.

— Chyba masz rację — powiedziała. — Znając twojego tatę, nie można wykluczyć, że cię okłamał.

— A moja matka nigdy nie zrobiłaby tego, co jej zarzucał — dodałam.

— Nie znałam twojej mamy — odparła Rosaleen. — Czasami jednak widywałam ją z daleka, kiedy wracałam z sadu. Wieszała pranie na sznurze albo podlewała rośliny, a ty zawsze bawiłaś się tuż przy niej. Tylko raz widziałam ją samą, bez ciebie.

Nie miałam pojęcia, że Rosaleen widziała kiedykolwiek moją matkę. Nagle zakręciło mi się w głowie, nie wiem, z głodu, ze zmęczenia czy też po usłyszeniu tej zaskakującej wiadomości.

— Co robiła, kiedy była sama? — zapytałam.

— Siedziała na ziemi za szopą i wpatrywała się prosto przed siebie. Kiedy przechodziliśmy, nawet nas nie spostrzegła. Pamiętam, jak pomyślałam, że wydaje się trochę smutna.

— Kto nie byłby smutny, żyjąc z T. Rayem? — zauważyłam.

W tym momencie zobaczyłam w oczach Rosaleen zapalającą się żarówkę — błysk zrozumienia.

— No tak — mruknęła. — Teraz rozumiem. Uciekłaś dlatego, że twój tato powiedział to o twojej matce. To nie miało nic wspólnego z tym, że wsadzili mnie za kratki. Ja tu się zamartwiam na śmierć, że uciekłaś i wpadłaś przeze mnie w kłopoty, a ty i tak dałabyś nogę. No cóż, nieładnie, że mnie w to wplątałaś. — Wydęła wargi i spojrzała w stronę szosy, jakby miała zamiar wrócić tą samą drogą, którą przyszła. — No i jaki masz teraz plan? — zapytała. — Chodzić od miasteczka do miasteczka i pytać ludzi o swoją matkę? To jest ten twój świetny pomysł?

— Gdybym potrzebowała kogoś, kto będzie mnie w kółko krytykował, zabrałabym ze sobą T. Raya! — zawołałam. — I jeśli chcesz wiedzieć, nie mam dokładnego planu.

— Na pewno miałaś jakiś plan w szpitalu, kiedy mówiłaś, że zrobimy to czy tamto, a ja mam chodzić za tobą na smyczy jak kundel. Tak jakbyś była moją opiekunką, a ja głupią Murzynką, którą trzeba ratować — powiedziała, mierząc mnie twardym wzrokiem.

Zerwałam się na nogi.

— To niesprawiedliwe!

— Miałaś dobre zamiary i cieszę się, że się stamtąd wyrwałam, ale czy choć raz pomyślałaś, żeby mnie zapytać, co ja na to?

Ze złości zabrakło mi powietrza w płucach.

— No więc dobrze, jesteś głupia! — wrzasnęłam. — Musisz być głupia, skoro lejesz sok z tabaki na buty takich ludzi. I jeszcze głupsza, nie chcąc ich przeprosić, chociaż mogłoby to ci ocalić życie. Mieli zamiar tam wrócić i cię zabić albo zrobić coś jeszcze gorszego. Wydostałam cię stamtąd, a ty tak mi dziękujesz. Bardzo dobrze.

Ściągnęłam z nóg tenisówki, złapałam swoją torbę i weszłam do wody. Chłód wrzynał się w moje kostki. Nie chciałam być z nią razem na tej samej planecie, cóż dopiero na tym samym brzegu strumienia.

— Odtąd sama szukaj sobie drogi! — wrzasnęłam przez ramię.

Po drugiej stronie klapnęłam na porośniętej mchem ziemi i patrzyłyśmy na siebie ponad wodą. W ciemności wyglądała jak głaz uformowany przez pięćsetletnie sztormy. Położyłam się na plecach i zamknęłam oczy.

We śnie znowu byłam na brzoskwiniowej farmie. Siedziałam za szopą i chociaż był jasny dzień, na niebie widziałam wielki okrągły księżyc. Tam na górze wydawał się doskonały. Przyglądałam mu się przez chwilę, a potem oparłam plecami o szopę i zamknęłam oczy. Nagle usłyszałam odgłos przypominający pękanie lodu i podnosząc wzrok, ujrzałam, że księżyc pęka na kawałki i zaczyna spadać. Musiałam w te pędy uciekać.

Obudziłam się z bólem w piersi. Poszukałam wzrokiem księżyca i przekonałam się, że jest cały i strumień skąpany jest w jego poświacie. Zerknęłam przez wodę w stronę Rosaleen. Nie było jej.

Serce zabiło mi szybciej.

Proszę cię, Boże. Nie chciałam traktować jej jak kundla. Próbowałam ją tylko ratować. Nic więcej.

Wkładając nieporadnie buty, czułam ten sam stary smutek, który wypełniał mnie w kościele w każdy Dzień Matki. Mamo, przebacz.

Gdzie jesteś, Rosaleen? Złapałam torbę i pobiegłam brzegiem w stronę mostu, prawie nie zdając sobie sprawy, że płaczę. W końcu potknęłam się o leżącą kłodę i wywaliwszy się na ziemię, nie miałam ochoty wstać. Wyobrażałam sobie Rosaleen maszerującą gdzieś daleko szosą i mruczącą pod nosem: „Jasny szlag, w mordę, głupia dziewucha”.

 

Podnosząc wzrok, zobaczyłam, że drzewo, pod którym leżę, jest w zasadzie łyse. Zwisały zeń girlandy szarego mchu i tylko gdzieniegdzie widać było resztki zieleni. Nawet w ciemności widziałam, że umiera, kona w samotności pośród wszystkich tych obojętnych sosen. Tak właśnie był urządzony świat. Wcześniej czy później wszystko próchnieje od środka i rozsypuje się w pył.

W nocnym powietrzu rozbrzmiewała jakaś melodia. Niezupełnie w stylu gospel, ale podobnym. Podążyłam za tym dźwiękiem i zobaczyłam Rosaleen siedzącą pośrodku strumienia, bez jednego skrawka ubrania. Lśniąca niczym krople mleka woda perliła się na jej ramionach, piersi kołysały się na wodzie. To był jeden z tych widoków, których nigdy się nie zapomina. Nie mogłam na to nic poradzić — zapragnęłam tam podejść i zlizać mleczne krople z jej ramion.

Otworzyłam usta. Czegoś chciałam. Nie wiedziałam, co to jest, ale strasznie tego chciałam. Mamo, wybacz. Nie czułam nic więcej. Stara tęsknota rozpostarła się pode mną niczym ogromne łono i przytuliła mocno do siebie.

Zdjęłam buty, szorty i bluzkę. Chwilę zastanawiałam się nad majtkami, a potem je także ściągnęłam.

Woda była niczym roztapiający się przy moich nogach lodowiec. Musiałam jęknąć z zimna, bo Rosaleen podniosła wzrok i widząc, jak idę naga przez strumień, wybuchnęła śmiechem.

— Patrzcie, kto tutaj zasuwa. Ze stojącymi na baczność cycuszkami.

Usiadłam koło niej, czując, jak zapiera mi dech z zimna.

— Przepraszam — powiedziałam.

— Wiem. Ja też cię przepraszam — odparła, po czym poklepała mnie po okrągłym kolanie, jakby to było ciasto biszkoptowe.

Dzięki księżycowi widziałam wyraźnie usłane kamykami dno strumienia. Podniosłam jeden z nich — czerwonawy i okrągły niczym gładkie serce wody — i wsadziłam do ust, usiłując wyssać z niego cały szpik.

A potem oparłam się na łokciach, nisko pochyliłam i nad moją głową zamknęło się lustro wody. Wstrzymałam oddech i słuchałam skrzypiącej w uszach rzeki, zanurzając się najgłębiej, jak to było możliwe w tym błyszczącym ciemnym świecie. Nie mogłam jednak przestać myśleć o leżącej na podłodze walizce, o twarzy, której nie udało mi się nigdy wyraźnie ujrzeć, i o słodkim zapachu odżywczego kremu.

Nowym pszczelarzom mówi się, że najłatwiej odnaleźć nieuchwytną królową, lokalizując jej świtę.

THE QUEEN MUST DIE: AND OTHER AFFAIRS OF BEES AND MEN

(Królowa musi umrzeć i inne sprawy pszczół i ludzi)

Rozdział trzeci

Poza Szekspirem najbardziej lubiłam Davida Thoreau. Pani Henry kazała nam przeczytać fragmenty Waldenu i fantazjowałam potem, że zaszywam się w prywatnym ogrodzie, gdzie T. Ray nigdy nie zdoła mnie znaleźć. Zaczęłam cenić Matkę Naturę, to, co zrobiła ze światem. W moim wyobrażeniu wyglądała jak Eleanor Roosevelt.

Pomyślałam o niej nazajutrz rano, budząc się na posłaniu z kudzu koło strumienia. Wodą sunęła utkana z mgły barka, opalizujące niebiesko ważki skakały w tę i z powrotem, jakby zszywały nitką powietrze. Widok był taki ładny, że na sekundę opuścił mnie smutek, w który wpadłam, kiedy T. Ray opowiedział mi o matce. Zamiast tego znalazłam się przy stawie Waldenu. Oto pierwszy dzień mojego nowego życia, powiedziałam sobie. Tak właśnie wygląda.

Rosaleen spała z otwartymi ustami; z dolnej wargi zwisała jej długa nitka śliny. Przewracała gałkami oczu pod powiekami i poznałam po tym, że wpatruje się w srebrny ekran, na którym wyświetlane są sny. Jej twarz nie była już taka spuchnięta, lecz w jasnym świetle dnia zauważyłam sińce również na nogach i rękach. Żadna z nas nie miała zegarka, ale sądząc po słońcu, przespałyśmy cały ranek.

Nie chcąc budzić Rosaleen, wyjęłam z torby obrazek Marii i oparłam go o pień drzewa, żeby mu się dokładnie przyjrzeć. Na policzku Matki Boskiej usiadła biedronka, zdobiąc go najpiękniejszym na świecie pieprzykiem. Zastanawiałam się, czy Maria lubiła przebywać na świeżym powietrzu i czy wolała drzewa i owady od tej kościelnej aureoli, którą miała nad głową.

Położyłam się na plecach i próbowałam wymyślić historię o tym, jak moja matka weszła w posiadanie obrazka z czarną Marią. Miałam w głowie pustkę, głównie dlatego, że niewiele wiedziałam o Marii, która w naszym Kościele nigdy nie cieszyła się dużym poważaniem. Według brata Geralda w piekle smażyli się przede wszystkim katolicy. W Sylvanie nie było ani jednego katolika — mieszkali tam wyłącznie baptyści oraz metodyści — zaopatrzono nas jednak w specjalne instrukcje, na wypadek gdybyśmy spotkali jakiegoś w trakcie naszych wędrówek. Mieliśmy mu zaproponować pięciopunktowy plan zbawienia, który mógł przyjąć, bądź też odrzucić. W kościele dali nam plastikową rękawiczkę z punktami wypisanymi na poszczególnych palcach. Zaczynało się od małego i kończyło na kciuku. Niektóre panie nosiły rękawiczkę zbawienia w torebce, w razie gdyby nieoczekiwanie trafiły na katolika.

Jedyną maryjną opowieścią, o której wspominaliśmy, była ta o weselu — o tym, jak przekonała swojego syna, w zasadzie wbrew jego woli, żeby wyprodukował w kuchni wino ze zwykłej wody. Był to dla mnie prawdziwy szok, ponieważ w naszym Kościele nie wierzyliśmy w wino, a tym bardziej, jeśli mam być szczera, w to, że kobiety mają coś do powiedzenia w jakiejkolwiek sprawie. W związku z czym mogłam się jedynie domyślać, że moja matka zadawała się z katolikami, i muszę przyznać, że w głębi serca bardzo mnie to ekscytowało.

Wcisnęłam obrazek do kieszeni. Rosaleen spała, wydmuchując obłoczki oddechu, od których wibrowały jej wargi. Widząc, że może tak spać do jutra, zaczęłam potrząsać ją za ramię. W końcu otworzyła oczy.

— Boże, ale jestem sztywna — mruknęła. — Czuję się, jakby mnie obili kijem.

— Pobili cię, nie pamiętasz?

— Ale nie kijem — uściśliła.

Poczekałam, aż stanie na nogach, czemu towarzyszyły długie stękania, jęki i budzenie do życia zdrętwiałych kończyn.

— Co ci się śniło? — zapytałam, kiedy się wyprostowała.

Rosaleen przyjrzała się koronom drzew i rozmasowała łokcie.

— Niech no sobie przypomnę. Śniło mi się, że klęczy przede mną wielebny Martin Luther King junior i maluje mi paznokcie u nóg własną śliną. Każdy paznokieć był czerwony, jak gdyby wielebny ssał cukierki z cynamonem.

Myślałam o tym, kiedy w drodze do Tiburonu stąpała, jakby miała namaszczone stopy, jakby jej rubinowe paluszki obejmowały całą okolicę.

Mijałyśmy szare stodoły, kukurydziane pola, pilnie potrzebujące nawodnienia, oraz stada krów rasy Hereford, które żuły powoli trawę i wyglądały na bardzo zadowolone z siebie. Mrużąc oczy, widziałam w oddali domy z szerokimi werandami i zawieszone na drzewach huśtawki z opon do traktorów; obok nich wyrastały z ziemi wiatraki z olbrzymimi srebrnymi płatkami skrzydeł, które poskrzypywały lekko przy każdym podmuchu wiatru. Słońce spiekło wszystko na amen; nawet owoce agrestu przy płotach wyglądały niczym rodzynki.

Skończył się asfalt i zaczął szuter. Idąc, słuchałam, jak chrzęści pod naszymi stopami. W zagłębieniu, gdzie stykały się obojczyki Rosaleen, rosła plama potu. Nie wiedziałam, w czyim brzuchu burczało bardziej z głodu, w moim czy jej. Już od rana zdawałam sobie sprawę, że jest niedziela i wszystkie sklepy są zamknięte. Bałam się, że zaczniemy w końcu żuć dmuchawce i wykopywać z ziemi dziką brukiew i robaki, żeby nie umrzeć z głodu.

Od pól doleciał zapach świeżego nawozu i na chwilę odebrał mi apetyt. Na Rosaleen nie wywarł jednak żadnego wrażenia.

— Mogłabym zjeść konia z kopytami — stwierdziła.

— Jeśli znajdziemy w mieście jakiś otwarty sklep — odparłam — pójdę i kupię trochę jedzenia.

— A gdzie będziemy nocować? — zapytała.

— Jeśli nie mają motelu, będziemy musiały wynająć pokój.

— Lily, dziecko — powiedziała z uśmiechem. — Nie znajdzie się ani jedno miejsce, w którym przyjęliby Murzynkę. Jeśli jest kolorowa, nie przyjmą jej, choćby była Przenajświętszą Dziewicą.

— Więc jaki był sens ustawy o prawach obywatelskich? — zapytałam, stając pośrodku drogi. — Czy nie chodziło o to, żeby pozwolili ci nocować w ich hotelach i jeść w ich restauracjach, jeśli masz taką ochotę?

— O to właśnie chodziło, ale po dobroci nikt tego nie zrobi.

Następną milę przeszłam pogrążona w czarnej rozpaczy. Nie miałam żadnego planu ani widoków na przyszłość. Aż do tej pory uważałam, że w pewnej chwili natkniemy się na jakieś okno, za którym będzie nas czekało zupełnie nowe życie. Rosaleen ze swojej strony przez cały czas czekała, aż nas złapią. Traktowała naszą wycieczkę jako przepustkę z więzienia.

Potrzebowałam znaku. Czekałam na głos, który przemówiłby do mnie tak, jak to zrobił wczoraj w moim pokoju, kiedy usłyszałam: „Lily Melisso Owens, twój słoik jest otwarty”.

Przejdę dziewięć kroków i podniosę wzrok. Znakiem będzie to, co zobaczę. Kiedy podniosłam wzrok, ujrzałam mały rolniczy samolot, a za nim wyskakujące na spadochronach pestycydy. Nie wiedziałam, z kim mam się utożsamić: z roślinami, które mają zostać uratowane przed szkodnikami, czy ze szkodnikami, które mają zginąć w wyniku oprysku. Nie mogłam też wykluczyć, że tak naprawdę jestem samolotem, który mknie nad ziemią i sieje ocalenie i zniszczenie wszędzie, gdzie się pojawi.

Czułam się fatalnie.

W miarę jak pokonywałyśmy kolejną milę, robiło się coraz upalniej i pot spływał po twarzy Rosaleen.

— Szkoda, że nie ma tu żadnego kościoła, z którego mogłybyśmy zwinąć kilka wachlarzy — powiedziała.

*

Stojący na skraju miasta sklep wydawał się z daleka stuletni, lecz kiedy do niego podeszłyśmy, zobaczyłam, że jest jeszcze starszy. Napis nad drzwiami głosił: „FROGMORE STEW — DOM TOWAROWY I RESTAURACJA. ZAŁOŻONY W ROKU 1854”.

Przejeżdżający tędy zapewne generał Sherman postanowił oszczędzić budynek z powodu jego nazwy, bo — co do tego nie mam wątpliwości — nie z powodu wyglądu. Cała frontowa ściana była tablicą zapomnianych ogłoszeń: Warsztat Studebakera, Żywe przynęty, Zawody wędkarskie Buddy’ego, Fabryka lodu braci Rayfordów, Strzelby na jelenie za 45 $ oraz obrazek dziewczyny z czapeczką coca-coli na głowie. Jedno z ogłoszeń dotyczyło koncertu gospel w Kościele Baptystów Góry Syjonu, który, jeśli kogoś to interesowało, odbył się w 1957 roku.

Najbardziej spodobała mi się jednak kolekcja znaków rejestracyjnych z różnych stanów. Gdybym miała więcej czasu, chętnie bym wszystkie obejrzała.

Na podwórku jakiś Murzyn uniósł pokrywę grilla zrobionego z blaszanej beczki i zapach namoczonej w occie i przyprószonej pieprzem karkówki połechtał moje podniebienie tak silnie, że krople śliny pociekły mi na bluzkę.

Przed sklepem stało kilka samochodów, należących prawdopodobnie do ludzi, którzy darowali sobie nabożeństwo i przyjechali tutaj prosto ze szkółki niedzielnej.

— Pójdę, może uda mi się kupić coś do jedzenia — powiedziałam.

— I tabakę. Potrzebuję tabaki — mruknęła Rosaleen.

Klapnęła na ławce obok służącej za grill beczki, a ja otworzyłam drzwi z siatki i w nozdrza wpadły mi przemieszane ze sobą zapachy marynowanych jajek, trocin i wiszących pod sufitem kilkudziesięciu saletrowanych szynek. Restauracja mieściła się w głębi, przestrzeń od frontu zajmował sklep, w którym można było kupić wszystko, od trzciny cukrowej po terpentynę.

— Czym mogę służyć, panienko?

Za drewnianą ladą stał niewysoki mężczyzna w muszce, prawie niewidoczny za barykadą winogronowych galaretek i pikli Sweet Fire. Miał piskliwy głos i łagodną, delikatną powierzchowność. Nie mieściło mi się w głowie, by mógł sprzedawać strzelby na jelenie.

— Chyba cię tu wcześniej nie widziałem — oświadczył.

— Nie jestem stąd. Przyjechałam z wizytą do babci.

— Lubię, kiedy dzieci spędzają czas z dziadkami — powiedział. — Od starszych ludzi można się wiele nauczyć.

— Owszem, proszę pana — przytaknęłam. — Nauczyłam się od mojej babci więcej niż w całej ósmej klasie.

Mężczyzna roześmiał się, jakby od lat nie słyszał tak przedniego dowcipu.

— Przyszłaś na lunch? Mamy specjalną ofertę niedzielną: karkówkę z grilla.

— Wezmę dwa kotlety na wynos — powiedziałam. — I dwie coca-cole poproszę.

Czekając na lunch, włóczyłam się wzdłuż półek, robiąc zapasy na kolację. Wzięłam kilka paczek solonych orzeszków, herbatniki, dwie opakowane w plastik kanapki z serem, landrynki oraz puszkę tabaki Red Rose i położyłam to wszystko na ladzie.

 

Wróciwszy z talerzami i butelkami coli, mężczyzna potrząsnął głową.

— Przykro mi, ale jest niedziela. Nie mogę sprzedawać niczego ze sklepu, tylko z restauracji. Twoja babcia powinna o tym wiedzieć. Swoją drogą, jak się nazywa?

— Rose — odparłam, czytając imię widniejące na puszce z tabaką.

— Rose Campbell?

— Tak, proszę pana. Rose Campbell.

— Myślałem, że ma tylko wnuków.

— Nie, proszę pana, ma również mnie.

Mężczyzna dotknął torebki z landrynkami.

— Zostaw to tutaj. Sam odniosę na miejsce.

Kasa brzdęknęła i wysunęła się z niej szufladka. Wygrzebałam z torby pieniądze i zapłaciłam mu.

— Czy mógłby mi pan otworzyć butelki z colą? — zapytałam i kiedy poszedł do kuchni po otwieracz, wrzuciłam tabakę Red Rose do torby i zasunęłam suwak.

Rosaleen ciężko oberwała, nie jadła nic od wczoraj, spała na gołej ziemi i nie wiadomo było, czy nie wyląduje z powrotem w więzieniu, a nawet nie straci życia. Zasługiwała na swoją tabakę.

Dumając o tym, jak pewnego dnia po wielu latach wyślę do sklepu w ramach rekompensaty dolara w kopercie i wyjaśnię, że przez cały ten czas nękały mnie wyrzuty sumienia, zorientowałam się nagle, że patrzę na obraz czarnej Marii. Nie mam na myśli pierwszego lepszego obrazka czarnej Marii. Mam na myśli identyczny, taki sam, dokładnie taki sam obrazek jak ten, który należał do mojej matki. Wpatrywała się we mnie z nalepek kilkunastu słoików z miodem. „MIÓD CZARNEJ MADONNY”, głosił umieszczony na nich napis.

Drzwi otworzyły się i do sklepu weszły wracające prosto z kościoła matka i córka, ubrane w identyczne granatowe bluzki z białymi kołnierzykami w stylu Piotrusia Pana. Do środka wpadło zamglone, upstrzone żółtymi cętkami światło. Mała dziewczynka pociągała nosem.

— Chodź, wytrzemy ci nosek — powiedziała matka.

Spojrzałam ponownie na słoiki z miodem, w których migotały bursztynowe refleksy, i uspokoiłam oddech.

Uświadomiłam to sobie po raz pierwszy w życiu: świat jest jedną wielką tajemnicą, która kryje się pod osnową naszych powszednich dni, świecąc jasno, choć wcale o tym nie wiemy.

Pomyślałam o pszczołach, które przyleciały w nocy do mojego pokoju i stały się częścią tej historii. Pomyślałam o głosie, który usłyszałam poprzedniego dnia i który powiedział: „Lily Melisso Owens, twój słoik jest otwarty”, tak samo jasno i wyraźnie jak kobieta w granatowej bluzce przemawiała teraz do swojej córki.

— Oto twoja coca-cola — powiedział mężczyzna w muszce.

— Skąd pan to ma? — zapytałam, wskazując słoiki z miodem.

Mężczyzna uznał, że drżący ton mojego głosu wynika z konsternacji.

— Wiem, o co ci chodzi. Wielu ludzi go nie kupuje, bo przedstawia Marię Dziewicę jako Murzynkę, ale to dlatego, że kobieta, która robi miód, sama jest kolorowa.

— Jak się nazywa?

— August Boatwright — odparł. — Hoduje pszczoły w całym hrabstwie.

Oddychaj spokojnie, oddychaj spokojnie.

— Wie pan może, gdzie mieszka?

— Jasne, to najbardziej zwariowany dom, jaki w życiu widziałaś. Pomalowany na kolor pepto-bismolu. Twoja babcia na pewno go widziała. Trzeba iść Main Street przez całe miasto aż do miejsca, gdzie zaczyna się szosa do Florence.

— Dziękuję — powiedziałam, idąc do drzwi.

— Przekaż ode mnie pozdrowienia babci.

Od chrapania Rosaleen trzęsła się cała ławka. Potrząsnęłam ją za ramię.

— Obudź się. Masz tu swoją tabakę, ale schowaj ją do kieszeni, bo za nią nie zapłaciłam.

— Ukradłaś?

— Musiałam, bo w niedzielę nie sprzedają nic ze sklepu.

— Pójdziesz prosto do piekła — stwierdziła.

Rozłożyłam nasz lunch niczym piknik na ławce, ale nie mogłam przełknąć kęsa, dopóki nie opowiedziałam jej o czarnej Marii na słoiku z miodem i o pszczelarce, która nazywa się August Boatwright.

— Nie wydaje ci się, że moja matka musiała ją znać? — zapytałam. — To nie może być zwykły zbieg okoliczności.

Rosaleen nie odpowiadała.

— Rosaleen? Nie wydaje ci się? — powtórzyłam głośniej.

— Nie wiem, co mi się wydaje — odparła. — Nie chcę, żebyś robiła sobie zbyt wielkie nadzieje, ot co. — Wyciągnęła rękę i dotknęła mojego policzka. — Och, Lily, co z nami będzie?

*

Tiburon różnił się od Sylvanu tylko tym, że nie było tu brzoskwiń. Przed zwieńczonym kopułą budynkiem sądu ktoś zatknął w armatniej lufie flagę Konfederacji. Karolina Południowa była w pierwszym rzędzie skonfederowana, dopiero potem amerykańska. Nie sposób wymazać z naszej pamięci chlubnej historii Fortu Sumter.

Idąc Main Street, mijałyśmy długie niebieskie cienie, rzucane przez stojące jeden obok drugiego piętrowe budynki. Przechodząc obok drogerii, zerknęłam przez wielką szybę na chromowany saturator, przy którym sprzedawali wiśniową colę i lody bananowe, i uświadomiłam sobie, że niedługo już będą mogli je kupować nie tylko biali.

Minęłyśmy agencję ubezpieczeniową Wortha, okręgowy zakład energetyczny w Tiburonie oraz sklep Amen Dollar z obręczami hula-hoop, pływackimi okularami, pudełkami zimnych ogni i namalowanym na szybie napisem: „LETNIE SZALEŃSTWO”. W kilku miejscach, między innymi w banku rolniczym, widać było na szybach hasło: „GOLDWATER NA PREZYDENTA”, czasami z doklejonym na dole napisem: „POPIERAMY AKCJĘ W WIETNAMIE”.

Przy poczcie zostawiłam Rosaleen na chodniku i weszłam do holu, gdzie trzymano niedzielne gazety. Na tyle, na ile mogłam się zorientować, nie wydrukowano w nich listów gończych za mną i Rosaleen. Na pierwszej stronie wydawanej w Columbii gazety pisano o siostrze Fidela Castro, która szpiegowała dla CIA, i ani słowa o białej dziewczynce, która wykradła Murzynkę z więzienia w Sylvanie.

Wrzuciłam dziesięć centów do skarbonki i wzięłam jedną z gazet, nie mogłam bowiem wykluczyć, że piszą o nas gdzieś w środku. Rosaleen i ja ukucnęłyśmy w alejce, otworzyłyśmy gazetę i całą ją przekartkowałyśmy. Było tam dużo o Malcolmie X, Sajgonie, Beatlesach, turnieju tenisowym w Wimbledonie oraz o właścicielach motelu w Jackson w Missisipi, którzy woleli go zamknąć, aniżeli przyjmować czarnych gości — ale nic a nic o mnie i Rosaleen.

Czasami ma się ochotę uklęknąć i podziękować Bogu w niebiosach za wszystkie złe wieści o tym, co się dzieje na szerokim świecie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?