Co mówią zwłoki. Opowieści antropologa sądowego

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I tak, przekonałam się, że nie palił (jego płuca były czyste), nie nadużywał alkoholu (wątroba była w bardzo dobrym stanie), był dobrze odżywiony, ale się nie przejadał (był szczupły i wysoki, miał niewiele tłuszczu, ale nie był nadmiernie wychudzony), jego nerki wyglądały zdrowo, w mózgu nie występowały guzy, nie dostrzegłam śladów tętniaka ani miejscowego niedokrwienia. Choć przyczyną zgonu był zawał, na moje oko jego serce wyglądało dobrze. Ale cóż ja mogłam wiedzieć? Byłam niedoświadczoną studentką trzeciego roku.

Być może zmarł, ponieważ przyszła na niego pora, a jakaś przyczyna musiała się znaleźć w akcie zgonu. Studenci często mają wątpliwości, czy przypisana do „ich” zwłok przyczyna śmierci jest prawdziwa. Chodzi o te sytuacje, gdy po przeanalizowaniu wskazanego narządu nie znajduje się żadnych śladów nieprawidłowości lub choroby. Kiedy śmierć następuje po prostu wskutek podeszłego wieku, a zmarły zdecydował się wcześniej dokonać donacji ciała, wpisana w akt zgonu przyczyna śmierci nieuniknienie jest jedynie przypuszczeniem opartym na kilku uprawdopodabniających je przesłankach. Jedynym sposobem, aby je potwierdzić lub odrzucić, byłoby przeprowadzenie sądowo-lekarskiej sekcji zwłok, po której jednak ciało nie nadawałoby się do sekcji anatomopatologicznej i dysekcji, co byłoby sprzeczne z wolą wyrażoną przez zmarłego. Tak długo więc jak śmierć nie wzbudza podejrzeń i odpowiada wiekowi zmarłego, jako jej przyczynę wpisuje się często zawał serca, udar lub zapalenie płuc – nazywane przez niektórych bliskim przyjacielem starszych ludzi.

Kiedy skończyliśmy katalogować ciało Henry’ego, od czubka głowy do koniuszków palców u stóp, przyjrzeliśmy się jeszcze dokładnie każdemu jego fragmentowi. Nie było części, której nie porównaliśmy z książką, nie omówiliśmy, nie sprawdziliśmy i nie potwierdziliśmy obserwacyjnie. Byłam niezwykle dumna z poznania tego człowieka, którego nigdy nie spotkałam za jego życia, gdy oddychał, mówił i robił różne rzeczy. Teraz był mi niezwykle bliski, nawiązałam z nim intymną więź, której nikt inny nie miał i nigdy mieć nie będzie. To, czego mnie nauczył, zostało ze mną już na zawsze.

Już za kilka miesięcy miałam się z nim rozstać, obiecując, że zrobię dobry użytek z wiedzy, którą dzięki niemu zyskałam. Ostatecznie pożegnałam się z nim na uroczystości zorganizowanej w kaplicy King’s College w Aberdeen, w której wzięły udział rodziny dawców, ich przyjaciele, pracownicy uczelni i studenci. Nie wiedziałam, które z wyczytywanych nazwisk należało do Henry’ego. Siedząc na twardej, drewnianej ławce w miejscu przeznaczonym dla chóru, wodziłam wzrokiem po twarzach zebranych i zastanawiałam się, którzy z nich opłakują właśnie jego. Która z tych osób, siedzących w wytartych ławkach, była jego amicus mortis, towarzyszem przy łożu śmierci? Bardzo chciałam, by nie umarł samotnie. Bardziej pocieszające było myśleć, że ktoś bliski towarzyszył mu w ostatnich chwilach, trzymał za rękę i zapewniał, że go kocha.

Wszystkie wydziały anatomii w Szkocji urządzają podobne uroczystości co roku. Dają nam one szansę, byśmy wyrazili szacunek i pokazali rodzinom i przyjaciołom zmarłych, jak ważny jest dla nas dar, który otrzymaliśmy, jak bardzo go doceniamy i jak potrzebny jest dla zapewnienia właściwej edukacji kolejnemu pokoleniu studentów.

Rozdział 2. Nasze komórki i my

ROZDZIAŁ 2

Nasze komórki i my

Bez systematycznego poświęcania uwagi śmierci nauki o życiu byłyby niekompletne

Ilja Miecznikow

mikrobiolog (1845–1916)


Przekrój przez czaszkę z umiejscowionym u jej podstawy błędnikiem (tomogram)

Co czyni nas ludźmi? Jedna z moich ulubionych definicji brzmi: „Ludzie należą do stworzeń myślących, których budowa opiera się na węglu; są to istoty zależne od Układu Słonecznego, o ograniczonej wiedzy, podatne na popełnianie błędów i śmiertelne”.

Jest coś pocieszającego w tym cichym przyzwoleniu na popełnianie przez nas błędów. Jako że ani nie posiadamy zdolności do idealnego wykonywania wszystkiego za pierwszym podejściem, ani też nie będziemy żyć wiecznie, dzięki czemu moglibyśmy doprowadzić nasze umiejętności do perfekcji, powinniśmy pogodzić się z myślą, że w naszym życiu będzie raz lepiej, raz gorzej. Z niektórymi stojącymi przed nami zadaniami się uporamy – dzięki czemu życie nasze i innych stanie się nieco bogatsze – pozostałe zaś, te, które sprawiają nam kłopoty, zarzucimy, gdy zdamy sobie sprawę, że nie ma co marnować na nie czasu. Jest taki świetny moment w filmie Peggy Sue wyszła za mąż oddający ludzkie pragnienie wglądu w przyszłość i tym samym przekonania się, co jest naprawdę warte naszej uwagi i na czym powinniśmy się skupić. „Tak się składa, że znam przyszłość – mówi Peggy Sue nauczycielowi tuż po teście z matematyki – i wiem, że algebra nie przyda mi się później w najmniejszym stopniu. I mówię to na podstawie doświadczenia”. Trudno cokolwiek planować, kiedy nie wiemy, co jest przed nami, i choć w młodości niespecjalnie się tym przejmujemy, to kiedy zbliżamy się do końca wyznaczonych nam kilkudziesięciu lat życia, czas zdaje się przyspieszać, a my uświadamiamy sobie, jak wiele pozostało jeszcze do osiągnięcia.

Ludzka świadomość to być może nasza najbardziej charakterystyczna cecha. Mam tu na myśli głównie samoświadomość – niezwykłą umiejętność dokonywania introspekcji, pozwalającą nam odróżniać siebie od innych. Psychologiczne rozważania dotyczące tożsamości oraz samoświadomości to niezwykle złożony temat. W latach 50. psycholog rozwoju Erik Erikson zdefiniował tożsamość jako: a) zależną od warunków życia społecznego, określaną przez reguły decydujące o przynależności do grupy społecznej oraz (domniemane) charakterystyczne cechy lub oczekiwane społecznie zachowania, b) opierającą się na cechach wyróżniających, z których osoba jest dumna lub cechach nieprzemijająco ważkich społecznie; stwierdzając, że możliwe jest stosowanie pojedynczych definicji albo też jednocześnie „a” i „b”.

Naukowcy uważają, że poczucie indywidualnej tożsamości jest przejawem i wyniesieniem na wyższy poziom dojrzałości autorefleksji i że właśnie dzięki niemu mogliśmy stworzyć złożone i współpracujące społeczeństwa. Dzięki temu poczuciu możemy dawać wyraz, przynajmniej do pewnego stopnia, własnej wyjątkowości, a inni łatwiej ją tolerują, ponieważ posiadając tożsamość, potrafimy pokazać innym, kim jesteśmy, kim chcielibyśmy być i za czym się opowiadamy. W efekcie możemy aktywnie przyciągać do siebie podobnie myślących ludzi i odpychać tych, którzy się od nas różnią lub z którymi nie chcemy się identyfikować. To przyzwolenie na indywidualność, a jednocześnie narzucanie jej pewnych ograniczeń, daje ludziom wyjątkową zdolność i okazję do bawienia się własną tożsamością, do ukierunkowywania czy nawet zmiany percepcji, obrazu i pojęcia „siebie”. Myślę jednak, że Erikson pominął trzeci i najważniejszy składnik ludzkiej tożsamości, w dodatku najlepiej poddający się manipulacji: tożsamość fizyczną.

Skoro jako gatunek potrafimy dostrzegać różnice fizyczne między nami a innymi ludźmi, moglibyśmy użyć tej umiejętności do próby rozróżnienia dwóch dowolnie wybranych osób. Ze względu na wielką wagę, jaką przypisujemy społecznie tożsamości, a także ze względu na podatność tożsamości na manipulację, znalazła się ona w centrum zainteresowania nauk dochodzeniowych, w tym antropologii sądowej – nauki o identyfikacji ludzi, lub ich szczątków, w celach medyczno-prawnych.

Jak jednak można dowieść, wykorzystując w tym celu właściwe ludziom cechy biologiczne i chemiczne, że jesteśmy tymi, za których się podajemy i którymi zawsze byliśmy? Na medycynę sądową można spojrzeć jak na zestaw technik pozwalających na powiązanie niezidentyfikowanego ciała z jego uprzednią tożsamością. Antropolodzy sądowi biorą pod lupę charakterystyczne cechy biologii i chemii ludzkiego ciała i odczytują z nich możliwą do wyśledzenia historię przeżytego życia, sprawdzając, czy zdobyte dowody odpowiadają śladom pozostawionym przez daną osobę w przeszłości. Innymi słowy, poszukujemy wszelkich śladów unikatowej narracji wpisanej w ludzkie ciała, zarówno tych wrodzonych, jak i nabytych, gromadzonych od urodzenia do śmierci.

Z dość przyziemnej perspektywy biologicznej ludzi można ogólnie zdefiniować jako wielką masę samoregulujących się komórek. Mimo że histologia, nauka o tkankach roślin i zwierząt, a także o mikrobudowie komórek oraz cyklu komórkowym, nigdy specjalnie mnie nie podniecała – jest tam zbyt dużo skomplikowanej biochemii, bym ogarnęła ją swoim prostym umysłem – płynie z niej nauka, że komórka to podstawowa cegiełka budująca wszystkie żywe organizmy. Skoro więc śmierć odpowiada za zakończenie istnienia całego organizmu, to na niej też spoczywa odpowiedzialność za zakończenie egzystencji każdej komórki z osobna. Anatomowie wiedzą, że śmierć organizmu można prześledzić, wychodząc od pojedynczych komórek, przez tkanki, narządy, aż do układów. Czy więc się nam to podoba, czy nie, wszystko zaczyna się od komórek i na nich kończy. Śmierć może być jednostkowym doświadczeniem dla danego bytu, ale dla masy komórek ciała jest już raczej procesem, a żeby pojąć, jak przebiega, musimy zaznajomić się z cyklem życiowym tych podstawowych cegiełek budujących organizm. Proszę o jeszcze trochę wytrwałości – przyrzekam, że nie będę okropnie nudzić…

Każdy człowiek powstaje z połączenia dwóch komórek, które dzielą się na kolejne – owa nieefektowna kupka białek jest niewiarygodnie skromnym początkiem życia. Po czterdziestu tygodniach in utero to połączenie dwóch komórek, wskutek niemalże cudownego przekształcenia, zmienia się w niezwykle skomplikowaną i zorganizowaną masę ponad 26 miliardów komórek. Olbrzymie zwiększenie rozmiarów płodu, a także wykształcanie się poszczególnych części jego ciała, wymaga nadzwyczajnej dozy precyzyjnego planowania, o ile oczywiście wszystko ma przebiec zgodnie z planem, jak się na szczęście zwykle dzieje. Zanim dziecko stanie się dorosłym, wspomniana masa komórek będzie liczyła ich już ponad 50 bilionów, należących do około 250 typów tworzących cztery główne rodzaje tkanek – nabłonkową, łączną, mięśniową i nerwową, w obrębie których wyróżnić można jeszcze wiele ich podrodzajów. Tkanki różnego typu złożą się następnie w 78 narządów, zgrupowanych w trzynastu głównych układach, choć dzieli się je też obszarowo (na przykład na narządy umiejscowione w tułowiu, głowie i szyi itd.). Co godne odnotowania, za niezbędne do utrzymania życia uznaje się tylko pięć narządów: serce, mózg, płuca, nerki i wątrobę.

 

W każdej minucie w naszych ciałach umiera 300 milionów komórek, 5 milionów na sekundę. Większość z nich jest zastępowana nowymi. Nasze ciała są doskonale zaprogramowane pod względem sposobu i momentu zastępowania zużytych komórek nowymi, i świetnie sobie z tym zadaniem radzą. Każda komórka, tkanka i narząd ma własną przewidywaną długość życia, a komórki wymieniane są zgodnie ze sklepową zasadą „na eksponowaną półkę idzie to, co ma najkrótszą datę przydatności do spożycia”. Co dość zabawne, komórki o najkrótszym okresie trwałości to jednocześnie te, od których wszystko się zaczyna: plemniki przeżywają jakieś trzy do pięciu dni od powstania. Komórki skóry istnieją zaledwie dwa do trzech tygodni, a krwinki czerwone trzy do czterech miesięcy. Nie jest pewnie zaskoczeniem, że w tkankach i narządach wymiana komórek trwa dłużej. Wątrobie wymiana wszystkich tworzących ją komórek zajmuje rok, szkieletowi zaś niemal piętnaście lat.

Jednak czarowna teza, głosząca, że skoro regularnie wymieniamy tak dużo naszych komórek, to co jakieś dziesięć lat stajemy się zupełnie nową osobą, jest niestety mitem. Niewątpliwie wywodzi się ona od tzw. paradoksu statku Tezeusza – związanego z tożsamością obiektu; czy jeśli wymienimy wszystkie jego części składowe, będziemy mieli do czynienia z tym samym obiektem, czy też nie? Wyobraźmy sobie wykorzystanie tej dziwacznej koncepcji w sądzie. Oto stary adwokacki wyga wygłasza kwiecistą mowę w sprawie o morderstwo. „Wysoki sądzie, żona mojego klienta zmarła piętnaście lat temu, a więc nawet jeśli człowiek, którym kiedyś był mój klient, dokonał zbrodni, to dziś nie ma po nim śladu, bowiem każda komórka w jego ciele już zmarła i została zastąpiona nową. Stojący tu mężczyzna nigdy nie był na miejscu zbrodni, ponieważ wówczas jeszcze nie istniał”.

Nie wydaje mi się, by ten rodzaj rozumowania pojawił się kiedykolwiek na sali sądowej – gdyby miało do tego dojść, to z wielką przyjemnością weszłabym w rolę kluczowego oskarżyciela. Naprawdę chętnie podjęłabym tego rodzaju metafizyczne rozważania. Opisana tu kwestia nasuwa jednak ważne pytanie: w jak dużym stopniu można zmienić byt biologiczny, by pozostał rozpoznawalny i by zachował możliwą do wyśledzenia tożsamość? Weźmy na przykład zmiany fizyczne, którym podlegało w ciągu życia ciało niedawno zmarłego Michela Jacksona. Niewiele spośród cech fizycznych młodej gwiazdy The Jackson Five można było dostrzec u dojrzałego artysty, choć niektóre z nich utrzymywały się przez całe jego życie, konstytuując jego cielesną tożsamość. Nasza praca polega właśnie na wyszukiwaniu tego typu cech.

W naszych ciałach istnieją przynajmniej cztery typy komórek, które nie są zastępowane i starzeją się razem z nami – formalnie rzecz biorąc, to wspomniane komórki są nawet starsze niż my, ponieważ powstają jeszcze przed naszymi narodzinami. Być może to właśnie je można by wskazać jako źródło naszej cielesnej stałości i wykorzystać do podważenia argumentacji cwanego adwokata. Te cztery „stałe” typy komórek to neurony w naszym układzie nerwowym, maleńki obszar u podstawy czaszki nazywany błędnikiem kostnym, szkliwo zębów oraz soczewki oczu. Zęby i soczewki są właściwie tylko częściowo stałe, ponieważ technikami współczesnej stomatologii i chirurgii można je usunąć i zastąpić nowymi bez szkody dla pacjenta. Dwa pozostałe typy są nieusuwalne i prawdziwie „stałe”, zamknięte w naszych ciałach jako niepodważalne dowody naszej biologicznej tożsamości, od czasów sprzed naszych urodzin aż do śmierci.

Neurony, czy też komórki nerwowe, powstają w pierwszych miesiącach naszego rozwoju zarodkowego i od chwili narodzin przez całe życie mamy ich mniej więcej tyle samo. Ich aksony, przypominające rozłożone ręce, rozgałęziają się niczym sieć drogowa. Neurony tej sieci przenoszą polecenia ruchowe z mózgu „na południe”, do mięśni, oraz czuciowe, pochodzące ze skóry i różnego rodzaju receptorów, w przeciwnym kierunku. Najdłuższe są te, które przekazują informacje bólowe, a także inne odczucia. Ciągną się one przez całe ciało, na przykład od koniuszka małego palca u nogi, poprzez stopę, łydkę, udo, kręgosłup i rdzeń kręgowy aż do kory czuciowej mózgu umiejscowionej w górnej części mózgu. Jeśli mierzycie około 180 cm, pojedyncze neurony tworzące ten szlak mogą mieć blisko 210 cm. Kiedy więc zaczepicie małym palcem u nogi o szafkę, informacja o tym zdarzeniu będzie wędrowała do mózgu dość długo, dzięki czemu będziecie mieć ułamek sekundy spokoju, zanim poczujecie nadchodzący ból.

To właśnie trwałość komórek nerwowych rodzi pytanie, czy jest wśród nich ukryty jakiś aspekt naszej tożsamości. Niewykluczone, że wzorzec aktywności neuronów dałoby się zobrazować, co pozwoliłoby ujawnić, jak myślimy i skąd biorą się wyższe czynności mózgu związane z rozumowaniem i pamięcią. Niedawne badania pokazały, że za pomocą pewnego fluorescencyjnego białka możemy ujrzeć, jak powstaje wspomnienie na poziomie pojedynczych synaps. Zastosowanie tej wiedzy w praktyce wciąż wydaje się mieścić raczej w sferze fantastyki naukowej i jako takie jest trudne do wyobrażenia, ale kusi mnie, by wysunąć przypuszczenie, że zbliżamy się do zrozumienia roli, jaką pewne kluczowe neurony odgrywają w powstaniu indywidualnej tożsamości.

Drugim obszarem charakteryzującym się trwałością komórkową jest błędnik kostny, umiejscowiony głęboko wewnątrz czaszki i otaczający ucho wewnętrzne. Współtworzy on część skalistą kości skroniowej, w której mieści się też ślimak, czyli narząd słuchu, oraz przewody półkoliste, odpowiadające za zmysł równowagi. Ucho wewnętrzne, formując się podczas rozwoju płodowego, przybiera od razu „dorosły” rozmiar i dzięki wytwarzaniu osteoprotegeryny (OPG), kluczowej glikoproteiny hamującej obrót kostny, pozostaje odizolowane od innych intensywnie rosnących i przekształcających się tkanek. W normalnych okolicznościach nigdy nie ulega ono remodelacji kostnej, jego rozrost mógłby bowiem wpływać na niezwykle złożone zmysły słuchu i równowagi. Mimo że obszar błędnika ma „dorosły” rozmiar już u noworodków, trzeba zaznaczyć, że jest on bardzo, bardzo mały – stosując miarę objętościową, mógłby pomieścić około 200 mikrolitrów, czyli mniej więcej tyle, co cztery kropelki wody. Komórki zamknięte w tej małej kości, inaczej niż neurony, już teraz dają nam możliwość pozyskania informacji związanych z tożsamością danej osoby.

Żeby jednak zorientować się, jaką wartość mogą mieć pojedyncze komórki podczas identyfikacji człowieka, musimy wiedzieć, jak powstają – wszystko jedno, czy chodzi o komórki kości, mięśni, czy te wyściełające jelito. Na najbardziej podstawowym poziomie każda komórka naszego ciała składa się ze sporej liczby związków chemicznych. Powstawanie, funkcjonowanie i replikacja komórek zależą od zapewnienia im głównych elementów budulcowych i źródła energii, pozwalającego im łączyć się ze sobą i utrzymywać przy życiu, oraz odprowadzania produktów przemiany materii. Główną bramą, przez którą trafiają do naszych ciał wspomniane elementy budulcowe wykorzystywane do przyszłych konstrukcji komórkowych, są usta, a potem przewód pokarmowy z żołądkiem i jelitami – nasza przetwórnia żywności. Krótko mówiąc, najważniejsze składniki komórek, tkanek i narządów pozyskuje się wraz z pożywieniem. Jesteśmy, jak najbardziej dosłownie, tym, co jemy. Uzupełnianie paliwa i zapasów jest kluczowe dla przetrwania, a maksyma głosząca, że nie pożyjemy dłużej niż trzy minuty bez powietrza, trzy dni bez wody lub trzy tygodnie bez jedzenia, choć zawiera drobne nieścisłości, jest bliska prawdy.

W życiu płodowym paliwo czerpiemy z pożywienia matki. Trafia ono do nas przez łożysko i pępowinę, dając naszym tkankom możliwość harmonijnego rozwoju. Choć błędne jest przekonanie, że kobieta w ciąży powinna jeść za dwoje, dobrze, jeśli przyszła matka pamięta, by jej dieta zaspokajała potrzeby nie tylko własne, lecz także jej bardzo wymagającego pasażera. Składniki odżywcze niezbędne do wytworzenia naszego błędnika kostnego otrzymaliśmy od mamy z jej pożywienia mniej więcej wtedy, gdy była w szesnastym tygodniu ciąży. W ten sposób w naszych głowach, w maleńkim kawałeczku kości, który mógłby pomieścić zaledwie cztery krople wody, prawdopodobnie do końca naszego życia pozostaje zamknięty pierwiastkowy zapis, co nasza matka zjadła na lunch w czwartym miesiącu ciąży. Oto kolejny dowód na to, że nasze matki nigdy nas nie opuszczą – jeśli oczywiście potrzeba na to jeszcze jakichkolwiek dowodów – rzucający całkiem nowe światło na ich tajemniczą umiejętność czytania w naszych myślach, która ujawnia się od czasu do czasu.

Większość z nas uważa, że odżywia się kosmopolitycznie, ale tak naprawdę przyjmowane przez nas pożywienie i woda pochodzą głównie z okolicy, w której mieszkamy. W miarę jak woda przesącza się przez różne geologiczne formacje, trafiają do niej w określonych proporcjach izotopy pierwiastków charakterystyczne dla danego regionu, a kiedy przechodzi przez nasz układ pokarmowy, ten charakterystyczny wzór odciska piętno na składzie chemicznym naszych tkanek.

Chemiczny skład szkliwa naszych zębów w ciągu życia niemal się nie zmienia (właśnie z tego powodu zepsute zęby nie potrafią się same naprawić). Korony zębów mlecznych powstają przed naszym urodzeniem, a tym samym ich skład wiąże się z dietą matki, podobnie jak to jest z koroną pierwszych stałych trzonowców. Pozostałą część zestawu zębów stałych budujemy już sami, a jej skład odzwierciedla naszą dietę w dzieciństwie.

Bogatym źródłem informacji o naszej diecie są – oprócz naszych „stałych” tkanek – także włosy i paznokcie, ponieważ rosną dość równomiernie, stopniowo gromadząc nowy materiał. Zawarty w nich chemiczny zapis stopniowego odkładania się zmetabolizowanych składników pozyskiwanych z pożywieniem można odczytać niczym kod kreskowy.

Jak jednak antropolodzy sądowi z informacji oferowanych przez nasze komórki odczytują historię jakiegoś fragmentu ludzkiego życia i potwierdzają czyjąś tożsamość? Dobrym przykładem stosowanych przez nas technik jest analiza zawartości izotopów trwałych. Stosunek stabilnych izotopów węgla i azotu w ludzkich tkankach może nam sporo powiedzieć o menu danej osoby: czy była mięsożercą, wegetarianinem, czy może dopuszczała zjadanie ryb. Z kolei oznaczenie proporcji izotopów tlenu może dać nam wskazówki co do źródła wody w diecie tej osoby i pomóc ustalić, gdzie mieszkała.

Po przeniesieniu się danej osoby w inny obszar geograficzny zmieni się izotopowy zapis powstający w jej tkankach, ponieważ chemiczny skład spożywanej przez nią żywności i wody będzie inny. Analizując skład włosów i paznokci, można więc określić kolejność czyichś przeprowadzek. Tego typu badanie jest niezwykle użyteczne podczas prób ustalenia tożsamości zmarłej osoby lub śledzenia kolejnych miejsc pobytu przestępcy. Można w ten sposób wykazać na przykład, że wbrew zapewnieniom podejrzanego o terroryzm, iż nigdy nie opuścił Wielkiej Brytanii, proporcja trwałych izotopów w jego włosach odzwierciadla zajście nagłej zmiany, ujawniając zapis charakterystyczny dla Afganistanu. Analiza włosów może nam też sporo powiedzieć o regularnym przyjmowaniu przez ludzi różnych substancji uzależniających, w tym narkotyków takich jak heroina, kokaina lub metamfetamina. No i oczywiście za jej pomocą dowiedziono, że za wieloma zagadkowymi morderstwami z epoki wiktoriańskiej stało użycie arszeniku.

Teoretycznie rzecz biorąc, moglibyśmy więc przyjrzeć się ludzkim szczątkom i na podstawie analizy izotopowej błędnika kostnego oraz pierwszego trzonowca ustalić, gdzie mieszkała matka zmarłego w okresie, gdy była w ciąży, a także czym się odżywiała. Następnie, poddawszy analizom pozostałe zęby zmarłego, moglibyśmy wydedukować, gdzie dorastał, a na podstawie badań kości dowiedzieć się, gdzie mieszkał przez ostatnich piętnaście lat. Na koniec zaś, przestudiowawszy skład włosów i paznokci, wiedzę, gdzie zmarły spędził ostatnie lata i miesiące życia.

Zarządzanie masą komórek budujących ludzkie ciało jest niezwykle skomplikowanym zadaniem. Nasze ciało, postrzegane jako fabryka komórek, u szczytu sprawności fizycznej pracuje zwykle na pełnych obrotach, efektywnie zastępując zdecydowaną większość z 300 mln komórek, które tracimy każdej minuty. Z wiekiem nasilają się jednak procesy degeneracyjne, a nasze zdolności do wytwarzania nowych komórek maleją. Pojawiają się oznaki starzenia: włosy stają się cieńsze i tracą kolor, pogarsza się wzrok, skóra marszczy się i wiotczeje, słabnie siła mięśni i ich napięcie, pogarsza się pamięć i płodność.

 

Wszystko to wskazuje na normalny proces „zwalniania”, senescencji, dając nam znać, że prawdopodobnie jesteśmy bliżej niż dalej końca naszego życia. Słowa lekarza, że choroba, z którą się zmagamy, jest zupełnie normalna, biorąc pod uwagę nasz wiek, nie są szczególnie pocieszające, gdy uświadomimy sobie, że w naszym wieku śmierć też jest zupełnie normalna. Naszą sytuację pogarsza to, że wraz z kolejnymi mijającymi od narodzin latami część komórek może zacząć się buntować i nieprawidłowo replikować, a tkanki, nagromadziwszy uszkodzenia wskutek działania toksyn środowiskowych czy niezdrowego trybu życia, mogą przestać właściwie pracować, podobnie jak przeciążone narządy. Możemy podtrzymywać wiele naszych cielesnych funkcji za pomocą interwencji medycznych, chirurgicznych lub farmakologicznych, ale w końcu, gdy kolejne i kolejne z nich zaczną wymagać zewnętrznego wsparcia, nasz organizm, czyli my, umrzemy.

Zgodnie z jedną z medyczno-prawnych definicji śmierć organizmu następuje, gdy „pojawiło się nieodwracalne ustanie czynności krążenia i oddychania lub nieodwracalne ustanie czynności mózgu, w tym tych zlokalizowanych w pniu mózgu”. Kluczowe jest słowo „nieodwracalne”. Środowisko medyczne za główny cel w zmaganiach ze śmiercią uznaje bowiem zwiększanie zdolności odwracania zmian dotychczas nieodwracalnych.

Wygląda na to, że o naszym życiu, a tym samym ostatecznie także śmierci decyduje aktywność wspomnianych wyżej pięciu „witalnych” narządów. Cudowne dokonania współczesnej medycyny umożliwiają przeszczepianie czterech z nich: serca, płuc, wątroby i nerek. Ale tego głównego, mózgu – centrum zarządzania narządami, tkankami i komórkami – nie da się zastąpić. Pakt między życiem i śmiercią opiera się na neuronach (mówiłam, że są wyjątkowe).


Nasze organizmy zmieniają się nie tylko w ciągu życia, lecz także po śmierci. Wraz z nią aktywują się procesy rozkładu, a ciało zaczyna rozpadać się na podstawowe związki chemiczne, cegiełki, które wcześniej je budowały. W pogotowiu czeka już armia ochotników gotowych do pomocy w tym dziele – 100 bilionów bakterii składających się na ludzki mikrobiom, których nie trzyma już w ryzach układ odpornościowy. Kiedy szanse na resuscytację katastrofalnie maleją, bakterie mogą przejąć kontrolę. Potwierdzeniem śmierci staje się niemożność przywrócenia życia.

W większości przypadków, gdy śmierć następuje w domu wśród bliskich, w szpitalu czy w trakcie czynności ratunkowych, określenie jej czasu nie nastręcza większych problemów. Kiedy jednak ktoś umiera samotnie lub okoliczności zgonu osoby, której ciało zostało niespodziewanie znalezione, wydają się podejrzane, ze względów medyczno-prawnych konieczne jest ustalenie daty i godziny śmierci. Na podstawie analizy ciała próbujemy wówczas określić przedział czasowy śmierci (TDI – time death interval). Antropolodzy sądowi muszą się więc znać nie tylko na budowie ludzkiego ciała, lecz także na tym, jak się ono rozkłada.

Istnieje siedem rozpoznawalnych faz zmian pośmiertnych. Pierwsza to pallor mortis (dosłownie: bladość pośmiertna), która pojawia się już kilka minut po śmierci i pozostaje widoczna mniej więcej przez godzinę. Powiedzenie, że „ktoś jest blady jak śmierć”, odzwierciedla wygląd zwłok tuż po zgonie. Kiedy serce przestaje bić, ustaje też dopływ krwi do naczyń kapilarnych, zaczyna ona wówczas odpływać od skóry i pod wpływem grawitacji zbiera się w najniżej położonych częściach ciała. Ponieważ bladość następuje wkrótce po śmierci, nie ma znaczącej wartości w oznaczaniu TDI. Poza tym ocena bladości jest w dużej mierze subiektywna i trudna do skwantyfikowania.

Drugą fazą jest algor mortis (oziębienie pośmiertne), która także następuje szybko i polega na wychłodzeniu się ciała (choć czasem może się ono stać cieplejsze niż przed śmiercią, co oczywiście zależy od temperatury otoczenia). Temperaturę ciała najlepiej zmierzyć przez odbyt, ponieważ powierzchniowe warstwy skóry wychładzają się czy nagrzewają szybciej niż tkanki położone głębiej. Mimo iż w wypadku pomiaru odbytniczego tempo stygnięcia zwłok jest generalnie rzecz biorąc stałe, to przecież w chwili śmierci temperatura ciała mogła odbiegać od normy. Na temperaturę tę wpływają rozmaite czynniki, w tym m.in. wiek, waga, choroby czy przyjmowane leki. Niektóre infekcje i reakcje na farmaceutyki mogą ją zwiększać, podobnie jak ćwiczenia fizyczne lub intensywny wysiłek czy cierpienia tuż przed śmiercią; z kolei takie stany fizjologiczne jak na przykład głęboki sen mają związek z niższymi jej wartościami. Temperatura ciała także więc nie jest niezawodnym wskaźnikiem TDI.

Jak wspomniałam, warunki panujące w miejscu odkrycia zwłok również mogą wpływać na to, jak szybko się one wychładzają. Na przykład gdyby panowało tam ponad 37°C, ciało by nie ostygło i próby określenia TDI na tej podstawie nie miałyby sensu. Oczywiście, ocena algor mortis byłaby bezprzedmiotowa także w sytuacji, gdyby zwłoki długo znajdowały się w danym miejscu, ponieważ ich temperatura dawno zrównałaby się już z temperaturą otoczenia.

W ciągu kilku godzin po śmierci zaczynają się kurczyć mięśnie i ciało wchodzi w trzecią pośmiertną fazę, rigor mortis (stężenie pośmiertne). Stężenie najpierw, na ogół przed upływem 5 godzin, obejmuje drobniejsze mięśnie, a następnie się rozprzestrzenia, osiągając pełną postać 12–24 godzin po zgonie. Podłożem całego procesu jest następujące w wyniku śmierci zahamowanie wypompowywania jonów wapnia z włókien mięśniowych, a w efekcie gromadzenie się jonów wewnątrz komórek, co doprowadza do skurczu filamentów aktyny i miozyny, a ostatecznie całego mięśnia. Ponieważ mięśnie odpowiadają za zginanie stawów, to te ostatnie także mogą się kurczyć i „zastygnąć” w danej pozycji w ciągu kilku godzin po śmierci. W swoim czasie sztywność ta zacznie ustępować wskutek naturalnych procesów rozkładu i zmian chemicznych, powróci także ruchomość stawów. To właśnie te zjawiska odpowiadają za rzadkie zjawisko „drgania” lub poruszania się ciała. Ale zapewniam, drgający zmarły nie podniesie się, wydając z siebie głuchy jęk – coś takiego zdarza się jedynie w horrorach.

Kolejność występowania faz zwiotczenia mięśni, ich sztywności i ponownego zwiotczenia jest przydatna w ustalaniu TDI, ale trzeba pamiętać o wielu wchodzących w grę zmiennych, wpływających na długość trwania stężenia pośmiertnego, a nawet to, czy w ogóle ono wystąpi. Na przykład w przypadku zmarłych noworodków i osób w podeszłym wieku stężenie może się nie pojawić. W stosunkowo wysokiej temperaturze jego wystąpienie następuje wcześniej, w niższej zaś później. Inne czynniki, które mogą wpływać na ten proces, to choćby niektóre trucizny (strychnina przyspiesza wystąpienie stężenia pośmiertnego, a tlenek węgla je opóźnia). Stężenie wystąpi też wcześniej, gdy zmarły przed śmiercią był aktywny fizycznie, a w ogóle może się nie pojawić w przypadku ofiar utonięć w zimnej wodzie. Także więc i w tym przypadku rigor mortis nie jest wskaźnikiem pozwalającym bezbłędnie określić TDI, choćby tak wynikało z seriali kryminalnych.

Inne książki tego autora