Jest krew…Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Jest krew…
Tekst
Jest krew…
E-book
34,40  25,46 
Szczegóły
Jest krew…
Jest krew…
Audiobook
Czyta Filip Kosior
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Znacie to wyrażenie, że komuś zmroziło krew w żyłach? Tak się może naprawdę stać. Ja to wiem, bo w tamtej chwili, kiedy siedziałem na łóżku wpatrzony w ekran mojego telefonu, doświadczyłem tego na własnej skórze. Nadawcą esemesa był krolpiratow1.

Z kuchni na dole dobiegły brzęki – to tata wyciągał patelnię z szafki. Najwyraźniej planował coś usmażyć na śniadanie; starał się raz czy dwa razy w tygodniu przyrządzić rano coś na ciepło.

– Tato? – powiedziałem, ale hałasy w kuchni nie cichły i po chwili doszedł mnie jego głos mówiący coś, co zabrzmiało jak „Wyłaźże stamtąd, sukinkocie”.

Nie usłyszał mnie, nie tylko dlatego, że drzwi mojej sypialni były zamknięte. Sam ledwo siebie słyszałem. Ten esemes nie tylko zmroził mi krew w żyłach, ale i odebrał mowę.

Przedostatnia wiadomość przyszła cztery dni przed śmiercią pana Harrigana: Nie musisz dziś podlewać roślin, pani G. to zrobiła. Pod nią widniała kolejna: C C C aa.

Wysłana o 2.40 tej nocy.

– Tato! – Tym razem trochę głośniej, ale i tak za cicho. Nie wiem, czy wtedy już płakałem, czy łzy popłynęły, dopiero kiedy zszedłem na dół, wciąż w samych majtkach i koszulce Gates Falls Tigers.

Tata stał plecami do mnie. Udało mu się wyciągnąć patelnię i właśnie roztapiał na niej masło.

– Mam nadzieję, że jesteś głodny – powiedział, kiedy mnie usłyszał. – Bo ja bardzo.

– Tatusiu – powiedziałem. – Tatusiu.

Odwrócił się na dźwięk tego słowa, określenia, którym przestałem go nazywać, kiedy miałem osiem, może dziewięć lat. Zobaczył, że jestem nieubrany. Zobaczył, że płaczę. Zobaczył, że wyciągam do niego telefon. Zupełnie zapomniał o patelni.

– Craig, o co chodzi? Co się stało? Miałeś koszmar związany z pogrzebem?

To był koszmar, a jakże, i pewnie tak czy owak było już za późno – w końcu był starym człowiekiem – ale może został cień szansy.

– Och, tatusiu – jęknąłem. Teraz już chlipiąc. – On nie umarł. Przynajmniej o wpół do trzeciej w nocy jeszcze żył. Musimy go odkopać. Musimy, bo pogrzebaliśmy go żywcem.

Powiedziałem mu wszystko. Że zabrałem telefon pana Harrigana i schowałem go do kieszeni jego marynarki. Bo z czasem stał się dla niego ważny, wytłumaczyłem. I dlatego, że to ja mu go dałem. Powiedziałem, jak zadzwoniłem na ten telefon w środku nocy, natychmiast się rozłączyłem, a potem zadzwoniłem znowu i zostawiłem wiadomość na poczcie głosowej. Nie musiałem pokazywać tacie esemesa, którego dostałem w odpowiedzi, bo już go zobaczył. A nawet przestudiował.

Masło zaczynało się przypalać. Tata wstał i zdjął patelnię z palnika.

– Pewnie i tak nie masz ochoty na jajka – stwierdził. Potem wrócił do stołu, ale zamiast zająć swoje zwykłe miejsce po przeciwnej stronie, usiadł obok mnie i położył dłoń na mojej dłoni. – Teraz posłuchaj.

– Wiem, że to, co zrobiłem, było chore – przyznałem. – Ale dzięki temu przynajmniej znamy prawdę. Musimy…

– Synu…

– Nie, tato, posłuchaj! Trzeba natychmiast kogoś tam wysłać! Spychacz, koparkę, nawet ludzi z łopatami! A może on jeszcze…

– Craig, przestań. Padłeś ofiarą spoofingu.

Patrzyłem na niego z rozdziawionymi ustami. Wiedziałem, co to jest spoofing, ale przez myśl mi nie przeszło, że coś takiego mogło spotkać mnie – i to w środku nocy.

– Coraz bardziej się to szerzy – powiedział. – W pracy mieliśmy nawet specjalne zebranie w tej sprawie. Ktoś włamał się do telefonu komórkowego Harrigana. Sklonował go. Wiesz, o czym mówię?

– Tak, jasne, ale, tatusiu…

Ścisnął moją dłoń.

– Może ktoś, kto usiłował wykraść tajemnice biznesowe.

– Przecież on był emerytem!

– Ale wciąż trzymał rękę na pulsie, sam ci tak powiedział. A może chodziło o to, żeby dobrać się do jego karty kredytowej. Ktokolwiek to zrobił, odsłuchał twoją wiadomość na sklonowanym telefonie i postanowił spłatać ci figla.

– Nie możesz tego wiedzieć na pewno – powiedziałem. – Tatusiu, musimy to sprawdzić!

– Nie, i już ci mówię dlaczego. Pan Harrigan był bogatym człowiekiem, który umarł samotnie. Co więcej, od lat nie chodził do lekarza, choć założę się, że Rafferty musiał suszyć mu o to głowę, choćby dlatego, że bez aktualnych wyników badań nie mógł zmienić polisy ubezpieczeniowej staruszka tak, by pokryła większą część podatku spadkowego. Z tych powodów zarządzono sekcję zwłok. I ustalono, że umarł na zaawansowaną chorobę serca.

– Pokroili go? – Przypomniałem sobie, jak musnąłem knykciami jego pierś, wkładając mu telefon do kieszeni. Czy pod jego świeżo wyprasowaną białą koszulą i zawiązanym krawatem skrywały się zszyte rozcięcia? Jeśli tata mówił prawdę, to tak. Zszyte rozcięcia układające się w literę Y. Widziałem w telewizji. W CSI.

– Tak – powiedział tata. – A po sekcji go zabalsamowali. Wolałbym ci tego nie mówić, nie chcę, żeby takie obrazy spędzały ci sen z powiek, ale w sumie to lepsze, niż gdybyś miał myśleć, że został żywcem pogrzebany. Tak się nie stało. Nie mogło się stać. On nie żyje. Rozumiesz mnie?

– Tak.

– Chcesz, żebym został dziś w domu? Powiedz, a zostanę.

– Nie, nie trzeba. Masz rację. Ktoś mnie nabrał. – I przeraził. To też.

– Co ze sobą zrobisz? Bo jeśli masz siedzieć z nosem na kwintę i się dołować, to wezmę dzisiaj wolne. Moglibyśmy pojechać na ryby.

– Nie będę siedział z nosem na kwintę ani się dołował. Ale powinienem pójść do jego domu i podlać rośliny.

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – Uważnie mi się przypatrywał.

– Jestem mu to winien. I chcę porozmawiać z panią Grogan. Zapytać, czy jej też, jak to się mówi, zabezpieczył byt.

– To miło z twojej strony. Oczywiście, w odpowiedzi możesz usłyszeć, że masz pilnować swojego nosa. Jest Jankeską z dziada pradziada.

– Jeśli nic jej nie zostawił, mógłbym się z nią podzielić – powiedziałem.

Uśmiechnął się i pocałował mnie w policzek.

– Dobre z ciebie dziecko. Mama byłaby z ciebie bardzo dumna. Jesteś pewien, że już wszystko w porządku?

– Tak. – Na dowód zjadłem grzankę z jajkiem, choć nie miałem apetytu. Z pewnością było tak, jak mówił tata: wykradzione hasło, sklonowany telefon, okrutny żart. Tego esemesa nie mógł wysłać pan Harrigan, któremu przemieszano flaki jak sałatkę, a krew zastąpiono płynem do balsamowania.

Tata poszedł do pracy, a ja do domu pana Harrigana. Pani Grogan odkurzała w salonie. Nie śpiewała jak zwykle, ale była względnie opanowana i kiedy skończyłem podlewać rośliny, zapytała, czy pójdę z nią do kuchni napić się herbaty (a właściwie „na kubeczek herbatki na rozweselenie”, jak się wyraziła).

– Są też ciastka – dodała.

Poszliśmy do kuchni i kiedy nastawiła wodę, powiedziałem jej o liście od pana Harrigana i funduszu powierniczym, który ustanowił w moim imieniu, żeby sfinansować mi studia.

Pani Grogan pokiwała głową z rzeczową miną, jakby to nie było dla niej żadną niespodzianką, i powiedziała, że też dostała kopertę od pana Rafferty’ego.

– Szef mnie ustawił. Jest tego więcej, niż się spodziewałam. I więcej, niż mi się zapewne należy.

Powiedziałem, że prawie to samo pomyślałem, kiedy przeczytałem list od niego.

Pani G. przyniosła dwa duże kubki herbaty. Między nimi postawiła talerz owsianych ciastek.

– Uwielbiał je – westchnęła.

– Mhm. Mówił, że kiszki mu po nich ruszały z kopyta.

Zaśmiała się. Wziąłem ciastko i ugryzłem kęs. Przeżuwając, pomyślałem o cytacie z Pierwszego Listu do Koryntian, który odczytałem kilka miesięcy wcześniej na spotkaniu koła młodych metodystów w Wielki Czwartek i mszy wielkanocnej: „Wziął chleb i dzięki uczyniwszy, połamał i rzekł: To jest Ciało moje za was wydane. Czyńcie to na moją pamiątkę”. Ciastka to nie komunia, wielebny na pewno nazwałby takie porównanie bluźnierczym, ale i tak przyjąłem ten poczęstunek z radością.

– O Pete’a też zadbał – powiedziała. Miała na myśli ogrodnika.

– To miło. – Sięgnąłem po następne ciastko. – Był dobrym człowiekiem, prawda?

– Nie jestem tego taka pewna – przyznała. – Postępował uczciwie, to prawda, ale lepiej było nie trafić na jego czarną listę. Pewnie nie pamiętasz Dusty’ego Bilodeau, co? Nie, nie mógłbyś. Wtedy jeszcze tu nie pracowałeś.

– Z tych Bilodeau, co mieszkają na kempingu?

– Mhm, koło sklepu, zgadza się, chociaż Dusty’ego, jak mniemam, już wśród nich nie ma. Chyba dawno odszedł w siną dal. Był ogrodnikiem przed Pete’em, ale ośmiu miesięcy nie przepracował, kiedy pan Harrigan nakrył go na kradzieży i wylał na zbity pysk. Nie wiem, ile zwinął ani jak szef się o tym dowiedział, ale na zwolnieniu się nie skończyło. Na pewno słyszałeś, ile pan H. zrobił dla naszego Harlow, na jak wiele sposobów pomagał, ale Mooney nie wymienił nawet połowy jego zasług, może dlatego, że o nich nie wiedział, a może musiał zmieścić się w czasie. Dobroczynność jest zdrowa dla duszy, ale daje też człowiekowi władzę, i pan Harrigan tę władzę wykorzystał przeciwko Dusty’emu Bilodeau.

Pokręciła głową. Po trosze, jak sądzę, z podziwem. Miała w sobie tę taką jankeską hardość.

– Mam nadzieję, że Dusty zdążył zwędzić chociaż kilka stów z biurka, szuflady ze skarpetami pana Harrigana czy gdzie to było, bo nigdy więcej nie powąchał ani centa w Harlow, okręg Castle, stan Maine. Po tym, co zrobił, nie dostałby roboty nawet przy wywalaniu kurzych gówien ze stodoły starego Dorrance’a Marstellara. Pan Harrigan o to zadbał. Grał uczciwie, ale niech cię Bóg strzeże, jeśli nie odpłacałeś mu tą samą monetą. Poczęstuj się jeszcze.

Wziąłem następne ciastko.

– I pij herbatę, chłopcze.

Napiłem się.

– Chyba posprzątam na piętrze. Pewnie zmienię pościel, zamiast ją tylko zdjąć, przynajmniej na razie. Jak myślisz, co się stanie z tym domem?

 

– Ojej, nie wiem.

– Ja też nie. Pojęcia nie mam. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś go chciał kupić. Pan Harrigan był jedyny w swoim rodzaju i to samo można powiedzieć o… – szeroko rozłożyła ramiona – …tym wszystkim.

Pomyślałem o przeszklonej windzie i uznałem, że pani Grogan ma sporo racji.

Sięgnęła po następne ciastko.

– Co z roślinami? Masz jakiś pomysł?

– Wziąłbym parę do siebie, jeśli to pani nie przeszkadza – zaproponowałem. – Co zrobić z resztą, nie wiem.

– Ani ja. Została po nim pełna zamrażarka. Zawartość pewnie moglibyśmy podzielić między nas troje, ciebie, mnie i Pete’a.

Bierzcie i jedzcie, pomyślałem. To czyńcie na moją pamiątkę.

Westchnęła.

– Gram na zwłokę. Przeciągam tych kilka rzeczy do zrobienia, jakby było ich tyle, że hej. Nie wiem, co ze sobą począć, słowo honoru. A ty, Craig? Co zrobisz?

– Teraz pójdę na dół i podleję jego żagwicę – odparłem. – I jeśli pani na pewno nie ma nic przeciwko, dziś zabrałbym do siebie przynajmniej sępolię.

– Pewnie, że nie mam – powiedziała z silnym jankeskim akcentem. – Bierz, co chcesz.

Ona poszła na górę, ja na dół, do piwnicy, gdzie pan Harrigan hodował grzyby w terrariach. Spryskując żagwicę wodą, myślałem o esemesie, który w środku nocy przysłał krolpiratow1. Tata miał rację, to musiał być głupi żart, ale czy normalny dowcipniś nie wysiliłby się na jakiś przynajmniej trochę zabawny tekst, na przykład „Ratunku, zamknęli mnie w skrzyni” albo stary dobry „Nie przeszkadzać. Rozkładam się”? Po co pisać dwie litery „a”, które, wypowiadane na głos, brzmiały trochę jak charkot albo agonalne rzężenie? A do tego inicjał mojego imienia? Powtórzony aż trzy razy? Nic z tego nie rozumiałem.

Ostatecznie wziąłem cztery rośliny pana Harrigana – sępolię, anturium, pieprzówkę i diffenbachię. Porozstawiałem je w naszym domu, diffenbachię zaniosłem do swojego pokoju, bo najbardziej mi się podobała. Tylko odwlekałem to, co nieuniknione, i doskonale o tym wiedziałem. Kiedy rośliny już były na swoich nowych miejscach, wziąłem z lodówki butelkę snapple, włożyłem ją do torby rowerowej i pojechałem na cmentarz.

Był pusty w to upalne letnie przedpołudnie i poszedłem prosto na grób pana Harrigana. Kamień już stał, nic efektownego, zwyczajny granitowy nagrobek z nazwiskiem i datami. Na mogile leżało dużo kwiatów, wszystkie jeszcze świeże (ale nie na długo), większość z wetkniętymi bilecikami. Największy bukiet, możliwe, że zerwany w ogrodzie pana Harrigana – nie ze skąpstwa, tylko na znak szacunku – był od rodziny Pete’a Bostwicka.

Ukląkłem, ale nie po to, żeby się pomodlić. Wyjąłem telefon z kieszeni i przez chwilę tylko trzymałem go w dłoni. Moje serce waliło tak mocno, że mroczki latały mi przed oczami. Otworzyłem listę kontaktów i wybrałem jego numer. Potem opuściłem telefon i przycisnąłem ucho do świeżo położonej murawy, nasłuchując głosu Tammy Wynette.

I nawet miałem wrażenie, że go usłyszałem, ale to niechybnie było złudzenie. Dźwięk musiałby się przebić przez marynarkę, wieko trumny i prawie dwa metry ziemi. A mimo to wydawało mi się, że go słyszę. Nie, wróć – byłem tego pewien. Telefon pana Harrigana śpiewał Stand By Your Man w jego grobie.

Drugim uchem, tym nieprzyciśniętym do ziemi, słyszałem jego głos, bardzo słaby, ale wyraźny w sennej ciszy cmentarza: „Aktualnie nie odbieram telefonów. Oddzwonię, jeśli uznam to za stosowne”.

Nie zrobi tego jednak, czy to będzie stosowne, czy nie. Był martwy.

Wróciłem do domu.

We wrześniu dwa tysiące dziewiątego roku skończyłem trzynaście lat. Trzy dni później zacząłem naukę w gimnazjum w Gates Falls razem z moimi przyjaciółmi Margie, Reginą i Billym. Woził nas tam mały, używany autobus, za którego sprawą dzieciaki z Gates szybko nadały nam drwiący przydomek Busikowcy. Z czasem urosłem (choć, ku mojemu ubolewaniu, zatrzymałem się nieco poniżej metra osiemdziesiąt), ale wtedy, pierwszego dnia szkoły, byłem najniższym ósmoklasistą. Co uczyniło mnie wymarzonym celem dla Kenny’ego Yanko, zwalistego zbira, który powtarzał klasę i którego zdjęcie powinno w słowniku ilustrować hasło „łobuz”.

Pierwsza lekcja nie była lekcją, tylko apelem dla nowych, „dowożonych” uczniów z miejscowości Harlow, Motton i Shiloh Church. Dyrektorem w tym roku (i przez wiele następnych lat) był wysoki, powłóczący nogami jegomość z głową tak łysą, że wyglądała jak nawoskowana. Nazywał się Albert Douglas, ale my mówiliśmy na niego Al-Koholik i Drinknięty Doug. Nikt wprawdzie nigdy nie widział go na bani, ale dla każdego było wręcz oczywistością, że za kołnierz nie wylewa.

Wszedł na mównicę, powitał „grupę wspaniałych nowych uczniów” w gimnazjum w Gates Falls, i szczegółowo przedstawił atrakcje czekające nas w nadchodzącym roku szkolnym. Zaliczył do nich orkiestrę dętą, chór, koło dyskusyjne, kółko fotograficzne, klub przyszłych farmerów Ameryki i tyle dyscyplin sportowych, że każdy znajdzie coś dla siebie (pod warunkiem, że będzie to baseball, lekkoatletyka, piłka nożna lub lacrosse – futbol amerykański zaczynał się dopiero w liceum). Uprzedził, że raz w miesiącu szkoła organizuje elegancki piątek, kiedy chłopcy mają przychodzić w marynarkach sportowych i krawatach, a dziewczęta w sukienkach (sięgających nie wyżej niż pięć centymetrów nad kolano, zaznaczył). Na koniec powiedział, że wszelkie otrzęsiny dla nowych uczniów spoza miasta – czyli nas – są surowo zabronione. Podobno rok wcześniej chłopak, który przeprowadził się z Vermontu, wylądował w szpitalu stanowym po tym, jak zmuszono go do wypicia duszkiem trzech butelek gatorade, i to położyło kres tej tradycji. Wreszcie dyrektor życzył nam wszystkiego dobrego i wyprawił nas na, jak to określił, „edukacyjną przygodę”.

Moje obawy o to, że zabłądzę w tej wielgachnej nowej szkole, okazały się bezpodstawne, bo wcale taka znowu wielgachna nie była. Wszystkie lekcje oprócz siódmej, czyli angielskiego, odbywały się na pierwszym piętrze, nauczycieli od razu polubiłem. Bałem się matmy, ale niepotrzebnie, bo program był mniej więcej kontynuacją tego, co przerabiałem przed wakacjami. Ogólnie całkiem optymistycznie to wyglądało, aż do czterominutowej przerwy między szóstą a siódmą lekcją.

Ruszyłem przez hol do schodów, mijając trzaskające szafki, rozpaplanych uczniów i stołówkę, z której płynął zapach makaronu z wołowiną w sosie pomidorowym. Byłem już na najwyższym stopniu, kiedy chwyciła mnie dłoń.

– Hej, nowy. Nie tak szybko.

Odwróciłem się i zobaczyłem wysokiego trolla z obsypaną trądzikiem gębą. Czarne włosy opadały mu na ramiona tłustymi strąkami. Małe, ciemne oczka patrzyły na mnie z udawaną wesołością spod wystającego czoła. Dryblas miał na sobie wąskie dżinsy i zdarte buty motocyklowe. W dłoni trzymał papierową torebkę.

– Weź to.

Nie wiedziałem, o co chodzi, więc ją wziąłem. Uczniowie zbiegali obok mnie po schodach, niektórzy zerkali z ukosa na chłopaka z długimi czarnymi włosami.

– Zajrzyj do środka.

Zrobiłem to. Zobaczyłem ścierkę, szczotkę i puszkę pasty do butów Kiwi.

– Spieszy mi się na lekcję – powiedziałem, próbując oddać mu torebkę.

– O nie, nowy. Najpierw wypucujesz mi glany.

Teraz już wiedziałem, o co chodzi. To był element otrzęsin i choć tego ranka dyrektor jasno powiedział, że takie numery są zabronione, w pierwszej chwili przyszło mi do głowy, że może lepiej się nie stawiać. Potem jednak pomyślałem o dzieciakach zbiegających po schodach wokół nas. Zobaczą małego wieśniaka z Harlow na kolanach ze ścierką, szczotką i puszką pasty. Wieść szybko się rozniesie. Może uległbym mimo wszystko, bo chłopak był znacznie większy niż ja i nie podobało mi się, jak na mnie patrzył. Chciałbym ci skuć mordę, mówiło jego spojrzenie. Daj mi tylko pretekst, nowy.

Tyle że wtedy zadałem sobie pytanie, co pomyślałby pan Harrigan, gdyby zobaczył mnie na klęczkach, potulnie pastującego buty temu chamidłu.

– Nie – odparłem.

– Jeśli odmówisz, gorzko pożałujesz – warknął chłopak. – Możesz mi, kurwa, wierzyć.

– Chłopcy? Chłopcy? Coś nie tak?

To była pani Hargensen, moja nauczycielka przyrody. Młoda i ładna, wyglądała, jakby dopiero co skończyła studia, ale emanowała pewnością siebie, znać było, że nie daje sobie w kaszę dmuchać.

Dryblas pokręcił głową: nic złego się nie dzieje.

– Wszystko gra – powiedziałem, oddając torebkę właścicielowi.

– Jak się nazywasz? – spytała pani Hargensen. Nie patrzyła na mnie.

– Kenny Yanko.

– I co tam masz w torebce, Kenny?

– Nic.

– Chyba nie przybory do otrzęsin, co?

– Nie – burknął. – Muszę iść na lekcję.

Ja też musiałem się pospieszyć. Tłum dzieciaków schodzących na dół powoli się przerzedzał, lada chwila mógł zabrzęczeć dzwonek.

– W to nie wątpię, Kenny, ale poczekaj jeszcze sekundkę. – Skierowała wzrok na mnie. – Craig, zgadza się?

– Tak, psze pani.

– Co jest w tej torebce, Craig? Zaspokój moją ciekawość.

Myślałem, żeby jej powiedzieć. Nie z uwagi na jakieś harcerzykowate bzdety typu „uczciwość popłaca”, ale dlatego, że Yanko mnie nastraszył i teraz byłem wkurzony. No i (równie dobrze mogę to przyznać) z jeszcze jednego powodu: bo miałem u swojego boku dorosłą osobę, za którą mogłem się schować. Potem pomyślałem: Jak rozegrałby to pan Harrigan? Czy zostałby kapusiem?

– Resztka jego drugiego śniadania – powiedziałem. – Pół kanapki. Chciał mnie poczęstować.

Gdyby wzięła torebkę i zajrzała do środka, obaj mielibyśmy przechlapane, ale tego nie zrobiła… choć założę się, że znała prawdę. Kazała nam tylko iść na lekcje, po czym poszła, stukocząc swoimi średnimi, w sam raz do szkoły, obcasami.

Ruszyłem w dół schodów i Kenny Yanko znów mnie złapał.

– Powinieneś był je wypucować, nowy.

To wkurzyło mnie jeszcze bardziej.

– Uratowałem ci tyłek. Lepiej byś podziękował.

Poczerwieniał, co nie za dobrze się komponowało z tymi wszystkimi aktywnymi wulkanami na jego twarzy.

– Powinieneś był je wypucować. – Zaczął odchodzić, po czym odwrócił się do mnie, wciąż z tą kretyńską papierową torebką w ręku. – Jebać podziękowania, nowy. I jebać ciebie.

Tydzień później Kenny Yanko ściął się z panem Arsenault, nauczycielem techniki, i rzucił w niego ręczną szlifierką. W ciągu dwóch lat nauki w gimnazjum Kenny był aż trzykrotnie zawieszony w prawach ucznia – po naszym starciu u szczytu schodów dowiedziałem się, że był w szkole legendą, ale tym razem miarka się przebrała. Został wydalony i sądziłem, że więcej nie będę miał z nim kłopotów.

Jak większość małomiasteczkowych szkół, gimnazjum w Gates Falls tradycjami stało. Elegancki piątek był tylko jedną z wielu. Do pozostałych należały Napełnianie Buta (co oznaczało sterczenie przed IGA i zbieranie datków na straż pożarną), Bieg Milowy (dwadzieścia okrążeń wokół sali gimnastycznej na wuefie) oraz śpiewanie hymnu szkoły na comiesięcznych apelach.

Kolejną z owych tradycji była Jesienna Zabawa, na którą dziewczyny zapraszały chłopaków. Mnie zaprosiła Margie Washburn i oczywiście powiedziałem „tak”, bo chciałem nadal się z nią przyjaźnić, mimo że lubiłem ją tylko jako koleżankę. Spytałem tatę, czy nas zawiezie, i ochoczo się zgodził. Regina Michaels zaprosiła Billy’ego Bogana, więc zapowiadała się podwójna randka. A co w tym najfajniejsze, Regina szepnęła mi na nauce własnej, że umówiła się z Billym tylko dlatego, że jest moim kolegą.

Bawiłem się świetnie aż do pierwszej przerwy, kiedy to wyszedłem z sali gimnastycznej, żeby upuścić z pęcherza trochę wyżłopanego ponczu. Byłem już przy ubikacji, gdy ktoś jedną ręką chwycił mnie za pasek, a drugą za kark, i pociągnął korytarzem do bocznego wyjścia, prowadzącego na parking dla nauczycieli. Gdybym w porę nie wysunął dłoni, by nacisnąć listwę otwierającą drzwi, Kenny rozkwasiłby mi o nie twarz.

Dokładnie pamiętam wszystko, co działo się potem. Nie mam pojęcia, czemu przykre wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości są tak wyraziste, wiem tylko, że tak jest i tyle. A to konkretne wspomnienie jest bardzo przykre.

Nocne powietrze było przeraźliwie zimne w porównaniu z duchotą panującą w sali gimnastycznej (nie wspominając o wilgotności wydzielanej przez te wszystkie nastoletnie, rozkwitające ciała). Widziałem błyszczące w świetle księżyca chromowane karoserie dwóch zaparkowanych samochodów, należących do opiekunów balu, pana Taylora i pani Hargensen (ta niewdzięczna funkcja przypadała w udziale nowym nauczycielom, bo taka była, a jakże, szkolna tradycja). Słyszałem dudnienie spalin w zepsutym tłumiku auta jadącego drogą numer dziewięćdziesiąt sześć. I czułem pieczenie dłoni obtartych o nawierzchnię parkingu, na którą rzucił mnie Kenny Yanko.

 

– Wstawaj – powiedział. – Robota czeka.

Podniosłem się. Spojrzałem na swoje dłonie i zobaczyłem, że krwawią.

Na jednym z zaparkowanych samochodów stała torebka. Kenny wziął ją i wyciągnął w moją stronę.

– Wypucuj mi glany. Zrobisz to i będziemy kwita.

– Pierdol się! – warknąłem i przywaliłem mu pięścią w oko.

Pamiętam wszystko, okej? Pamiętam, ile razy mnie uderzył: w sumie pięć. Pamiętam, że ostatni cios rzucił mnie na wymurowaną z pustaków ścianę budynku i że kazałem nogom utrzymać mój ciężar, ale odmówiły. Powoli się osunąłem, aż klapnąłem tyłkiem na makadam. Pamiętam słabe, ale słyszalne dźwięki Boom Boom Pow Black Eyed Peas. Pamiętam, jak Kenny stał nade mną i dysząc ciężko, wycedził: „Piśniesz komuś słowo, to będziesz zimnym trupem”. Jednak najlepiej ze wszystkiego pamiętam – i najbardziej cenię – tę cudowną, dziką satysfakcję, którą poczułem, kiedy moja pięść trafiła go w twarz. To był mój jedyny cios, który dosięgnął celu, ale za to jaki.

Boom boom pow.

Kiedy Yanko poszedł, wyjąłem telefon z kieszeni. Upewniwszy się, że działa, zadzwoniłem do Billy’ego. Nic innego nie przyszło mi do głowy. Odebrał po trzecim sygnale, przekrzykując rapowanie Flo Ridy. Kazałem mu wyjść na zewnątrz i przyprowadzić panią Hargensen. Nie chciałem wciągać w to nauczycielki, ale mimo że w głowie jeszcze mi nieźle dzwoniło, zdawałem sobie sprawę, że prędzej czy później i tak tego nie uniknę, więc najlepiej załatwić to od razu. Pomyślałem, że tak rozegrałby to pan Harrigan.

– Po co? Co się dzieje, stary?

– Jeden koleś mnie pobił – odparłem. – Wolę nie wracać do środka. Wyglądam nieciekawie.

Przyszedł trzy minuty później, nie tylko z panią Hargensen, ale także z Reginą i Margie. Przyjaciele patrzyli z przerażeniem na moją rozciętą wargę i krwawiący nos. Ubranie miałem pochlapane krwią, koszula (nowiutka) była rozerwana.

– Chodź ze mną – powiedziała pani Hargensen. Wydawała się nieporuszona widokiem krwi, siniaka na moim policzku i moich puchnących ust. – Wy też.

– Nie chcę tam wchodzić – zaprotestowałem, mając na myśli salę gimnastyczną. – Nie chcę, żeby wszyscy się na mnie gapili.

– Nie dziwię ci się – odparła. – Tędy.

Zaprowadziła nas do wejścia oznakowanego tabliczką TYLKO DLA PERSONELU, otworzyła je kluczem i zabrała nas do pokoju nauczycielskiego. Nie opływał w luksusy, lepsze meble widziałem wystawione na trawniki w Harlow, kiedy ludzie organizowali wyprzedaże rzeczy używanych, ale przynajmniej były krzesła, więc usiadłem na jednym z nich. Pani Hargensen odszukała apteczkę, a następnie wysłała Reginę do łazienki, żeby zwilżyła zimną wodą ściereczkę do twarzy, która posłuży za okład na mój nos. Nie wygląda na złamany, pocieszyła mnie.

Regina wróciła z miną pełną podziwu.

– Jest tam krem do rąk Aveda!

– Mój – powiedziała pani Hargensen. – Możesz skorzystać, jeśli chcesz. Przyłóż to do nosa, Craig. I trzymaj. Kto was przywiózł?

– Tata Craiga – odparła Margie. Oglądała to nowe, niezbadane terytorium szeroko otwartymi oczami. Skoro było oczywiste, że nie umrę, zapisywała sobie w pamięci wszystkie szczegóły, by potem mieć co opowiadać kumpelom.

– Zadzwońcie po niego – zarządziła pani Hargensen. – Daj Margie swój telefon, Craig.

Margie zadzwoniła do mojego taty i poprosiła, żeby po nas przyjechał. Coś odpowiedział.

– No, były pewne kłopoty – wyjaśniła Margie. Słuchała go przez chwilę. – Hm… cóż…

Billy przejął od niej telefon.

– Ktoś go pobił, ale nic mu nie będzie. – Posłuchał i wyciągnął komórkę do mnie. – Chce z tobą rozmawiać.

Oczywiście, że tak, a gdy już się upewnił, że jestem cały i zdrowy, natychmiast zaczął dociekać, kto mi to zrobił. Odpowiedziałem, że nie wiem, chyba licealista, który próbował się wkręcić na zabawę.

– Nic mi nie jest, tato. Nie róbmy z tego wielkiego halo, dobrze?

To jest wielkie halo, odparł. Nie, zaprzeczyłem. Właśnie, że tak, upierał się. I tak to dalej szło, ja swoje, on swoje, aż w końcu westchnął i powiedział, że przyjedzie najszybciej jak się da. Rozłączyłem się.

– Nie powinnam dawać dzieciom środków przeciwbólowych, od tego jest szkolna pielęgniarka, a i wtedy tylko za zgodą rodziców, ale jej nie ma, więc… – powiedziała pani Hargensen. Chwyciła swoją torebkę, która wisiała na haczyku razem z jej płaszczem, i zajrzała do środka. – Gdyby ktoś się dowiedział, mogłabym stracić pracę. To jak, młodzieży, doniesiecie na mnie?

Moi trzej przyjaciele pokręcili głowami. Ja też, ale ostrożnie. Kenny trafił mnie sierpowym w lewą skroń. Miałem nadzieję, że pieprzony bandzior przetrącił sobie łapsko.

Pani Hargensen wyjęła buteleczkę aleve.

– Z moich prywatnych zapasów. Billy, przynieś mu wody.

Billy podał mi papierowy kubek. Połknąłem tabletkę i od razu lepiej się poczułem. Oto siła sugestii, zwłaszcza gdy źródłem tejże sugestii jest piękna młoda kobieta.

– Wy troje, zmykajcie stąd – poleciła pani Hargensen. – Billy, idź do sali gimnastycznej i powiedz panu Taylorowi, że będę za dziesięć minut. Dziewczynki, wyjdźcie na zewnątrz i poczekajcie na ojca Craiga. Kiedy przyjedzie, skierujcie go do wejścia dla personelu.

Poszli. Pani Hargensen nachyliła się nade mną, była tak blisko, że czułem cudowny zapach jej perfum. Zakochałem się w niej. Ckliwe, wiem, ale silniejsze ode mnie. Pokazała mi dwa palce.

– Proszę, powiedz, że nie widzisz trzech albo czterech.

– Nie, tylko dwa.

– Dobrze. – Wyprostowała się. – To był Yanko? Tak, prawda?

– Nie.

– Wyglądam na głupią? Mów prawdę.

Wyglądała pięknie, ale tego raczej powiedzieć nie wypadało.

– Nie, na głupią pani nie wygląda, ale to nie był Kenny. I dobrze. Bo widzi pani, gdyby to był on, tym razem na pewno zostałby aresztowany, dlatego że ze szkoły już go wydalić nie można. Odbyłby się proces, musiałbym pójść do sądu i opowiedzieć, jak to mnie pobił. Wszyscy by się dowiedzieli. Wyobraża sobie pani, jakie to byłoby krępujące.

– A jeśli pobije kogoś innego?

Wtedy pomyślałem o panu Harriganie – można nawet powiedzieć, że wstąpił we mnie jego duch.

– To już nie mój problem. Dla mnie liczy się tylko to, że od tej pory mam z nim spokój.

Próbowała się nachmurzyć. Jej usta zamiast tego wykrzywiły się w szerokim uśmiechu i zakochałem się w niej jeszcze bardziej.

– Bezduszne podejście.

– Ja tylko chcę jakoś sobie w życiu radzić – odparłem. Co było świętą prawdą.

– Wiesz co, Craig? Myślę, że poradzisz sobie świetnie.

Tata przyszedł, obrzucił mnie bacznym wzrokiem i pogratulował pani Hargensen dobrej roboty.

– W poprzednim wcieleniu opatrywałam bokserów – powiedziała. Roześmiał się. Żadne z nich, ku mojej uldze, nie zasugerowało wizyty na SOR-ze.

Tata zawiózł całą naszą czwórkę do domów, przez co ominęła nas połowa zabawy, ale nie mieliśmy nic przeciwko temu. Billy, Margie i Regina przeżyli coś znacznie ciekawszego od machania dłońmi w rytm muzyki Beyoncé i Jaya-Z. Ja zaś ciągle wracałem myślami do tego przyjemnego dreszczu, jaki przebiegł mi po ręce, gdy moja pięść trafiła Kenny’ego Yanko w oko. Na pewno będzie miał podbite limo i ciekaw byłem, jak to wytłumaczy. Oj tam, wpadłem na drzwi. Oj tam, zderzyłem się ze ścianą. Oj tam, waliłem konia i ręka mi się omsknęła.

Kiedy wróciliśmy do domu, tata znowu zapytał, czy znam tego, kto mi to zrobił. Zaprzeczyłem.

– Nie wiem, czy ci wierzę, synu.

Milczałem.

– Chcesz tak po prostu odpuścić? Dobrze rozumiem?

Kiwnąłem głową.

– W porządku. – Westchnął. – Domyślam się, w czym rzecz. Sam kiedyś byłem młody. Wszyscy rodzice prędzej czy później tak mówią swoim dzieciom, ale mało które w to wierzy.

– Ja wierzę – powiedziałem i rzeczywiście wierzyłem, choć zabawnie było wyobrazić sobie ojca jako szczawika żyjącego w epoce telefonów stacjonarnych.