Długi MarsTekst

Z serii: Długa Ziemia #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sally zerknęła na ojca.

– Ulewy? Na Marsie?

– To nie jest nasz Mars. Zobaczysz.

Raup doprowadził ich do głównego audytorium z rzędami siedzeń przed pulpitem, ze ścianami w wielkich ekranach. Chwilowo ekrany były puste, ale mniejsze monitory i tablety wokół sali ukazywały ziarniste kolorowe obrazy, przepuszczane przez rozmaite procedury poprawy jakości. Sally dostrzegła fragmenty krajobrazów, szarobłękitne niebo, rdzawoczerwony grunt.

– O rany… – rzucił Raup, widząc obrazy na ekranach. Przynajmniej raz mówił takim tonem, jakby nie musiał symulować wyrażanych emocji. – Wygląda na to, że wreszcie im się udało. Posadzili Envoya. Pierwszy raz tego dokonaliśmy na tej kopii Marsa.

– Envoy?

– To seria bezzałogowych sond kosmicznych. – Raup wskazał wiszące w ramkach obrazy fragmentów planety: zdjęcia robione z kosmosu. – Pierwsze kilka Envoyów to tylko bliskie przeloty. Przesłały te fotografie. Dziś mamy pierwsze prawdziwe lądowanie, niezbędnego poprzednika bliskiej misji załogowej. Najnowsze przekazy na żywo z Marsa w Szczelinie!

Willis prychnął niechętnie.

– Zgadza się, ale źle ustawili tonację. Niebo nawet w przybliżeniu nie ma takiego koloru.

Sally przyjrzała się ojcu. Jeśli to było pierwsze lądowanie, skąd mógł o tym wiedzieć? Ale już dawno się nauczyła, że nie warto go wypytywać.

– Rozumiecie chyba, że sama sonda jest tylko obiektem testowym. Na razie chcemy sprawdzić systemy napędowe. Mając Szczelinę, wiele można dokonać. Przeskakujemy etap rakiet jądrowych. Kojarzy pani termin „synteza sterowana inercyjnie”? Z czymś takim dostaniemy się na Marsa w parę tygodni, gdy normalnie trzeba było siedmiu, ośmiu, dziesięciu miesięcy, zależnie od wzajemnej pozycji.

Nie systemy napędu, ale obrazy zwróciły uwagę Sally. Jedno zdjęcie ukazywało dysk, zapewne widoczną z przestrzeni półkulę Marsa – ale nie był to ten sam Mars, jaki pamiętała z dziesięcioleci badań NASA na Podstawowej. Ten Mars był bladoróżowy, z koronkowymi pasmami chmur, z połyskującymi w słońcu stalowoszarymi plamami: jeziora, oceany, rzeki… Płynna woda na Marsie, widoczna z przestrzeni. Była też zieleń – zieleń życia.

– Mówiłem ci – rzucił Willis. – Ten Mars jest inny.

– Rozumie pani, że oglądamy Marsa z wszechświata Szczeliny, o krok stąd – powiedział Raup, wracając do przesadnie wystudiowanej intonacji. – Zdjęcia przesyłane są radiowo do Ceglanego Księżyca, naszej stacji w Szczelinie. Opracowaliśmy niezły system przesyłania pakietów danych wykrocznie, do naszego ośrodka tutaj… Nasz Mars to zamarznięta pustynia. Ten Mars przypomina raczej Arizonę, choć na większej wysokości. Envoye potwierdziły wyższe ciśnienie atmosfery. Po powierzchni tego Marsa mogłaby pani spacerować jedynie z maską na twarzy i kremem przeciwsłonecznym.

Spojrzał na ekrany.

– W tym konkretnym oknie startowym mieliśmy pecha i oba bliźniacze lądowniki Envoyów dotarły w samym środku najgorszej pory burz, jaką widzieliśmy od początku obserwacji Szczelinowego Marsa, mniej więcej dziesięć lat temu. To nie są burze piaskowe, tutaj mamy deszcze, śnieg, grad, błyskawice… Kontrolerzy nie chcieli ryzykować, od paru tygodni kamery sond przesyłały jedynie obrazy błyskawic. Ale burze już przycichły i kontrola misji postanowiła spróbować zejścia. Czekamy tylko, żeby obraz się ustabilizował…

Technicy i naukowcy z pomrukiem ekscytacji pochylili się nad monitorami i tabletami. Przesyłane obrazy oczyszczały się, jakby rozwiewały się śnieżyce. Sally zobaczyła burtę przysadzistego samolotu na powierzchni czegoś, co przypominało mokry czerwonawy piasek, jakby na plaży, z której właśnie spłynęła fala. Kamera była pewnie zamocowana na samym lądowniku – wyraźnie ukazywała amerykańską flagę dumnie wymalowaną na kadłubie.

A potem kamera przesunęła się wolno i ukazała obraz płytkiej doliny, płynącej rzeki i wytrzymałej z wyglądu szarozielonej roślinności. Żyjący Mars.

Nerdowate typy wokół niej zaczęły krzyczeć z radości i bić brawo.

* * *

Wycofali się do małej kawiarni.

– Wystarczy tych kosmicznych trofeów i enigmatycznych uwag, tato – zaczęła Sally. – Proszę o kilka odpowiedzi. W przypadkowej kolejności… – Odliczała na palcach. – Dlaczego chcesz lecieć na Marsa? Jak chcesz się tam dostać? I dlaczego, wielkie nieba, dlaczego miałabym chcieć z tobą lecieć?

Patrzył na nią przenikliwie. Miał siedemdziesiąt lat i pomarszczona skóra na jego twarzy sprawiała wrażenie twardej jak rzemień.

– Wyjaśnienia zajmą trochę czasu. Ale w największym skrócie: chcę dotrzeć na Marsa, Marsa w Szczelinie, ponieważ nie jest to po prostu Mars. Nie jest to nawet Mars ze znacząco innym klimatem. To Długi Mars.

Zastanowiła się.

– Już raz to powiedziałeś. Długi Mars. To znaczy, że można tam przekraczać?

Tylko skinął głową.

– Ale skąd wiesz? Nie, nie odpowiadaj.

– Jest coś szczególnego, czego szukam i spodziewam się znaleźć. Zobaczysz. Ale na razie najważniejsze jest to, że jeśli świat jest Długi, to musi w sobie zawierać świadomość. Inteligentne życie. Rozumiesz? Teoria Długiej Ziemi, sprzężenia świadomości i topologii…

Otworzyła usta.

– Momencik. Jeszcze raz. Właśnie zrzuciłeś na mnie następną koncepcyjną bombę. Inteligentne życie? Odkryłeś inteligentne życie na Marsie?

– Nie na Marsie. – Zniecierpliwił się. – Na jakimś Marsie. I nie odkryłem. Wydedukowałem konieczność jego istnienia. Nigdy nie umiałaś myśleć precyzyjnie.

Rozdrażniona, odruchowo stanęła do walki – jak to robiła, odkąd była już tak duża, by ustalić własną tożsamość.

– Mellanier by się z tobą nie zgodził. Co do rozumu i Długiej Ziemi, że Długi świat jest w pewnym sensie produktem świadomości.

Lekceważąco machnął ręką.

– Ach, ten szarlatan… Pytasz, czemu miałabyś chcieć ze mną wyruszyć. Do diabła, dlaczego miałabyś nie chcieć? – Rozejrzał się po kawiarni, gdzie naukowcy hałaśliwie świętowali swój tryumf. – Popatrz na tych mózgowców, poklepujących się po plecach. Znam cię, Sally. Najbardziej podobało ci się przed Dniem Przekroczenia, kiedy Długa Ziemia była tylko nasza, prawda? No, w każdym razie Długie Wyoming. Zanim stworzyłem kroker, nie mogłem sam przekraczać i potrzebowałem ciebie, żebyś mnie przeciągnęła, ale…

– Czytałeś mi książki, opowieści o innych światach Tolkiena, Nivena i Edith Nesbit. Udawałam, że tam właśnie wyruszamy…

Zamilkła. Nostalgia zawsze wydawała się podobna do słabości.

– A teraz wszędzie tłoczą się takie ćwoki jak ci tutaj… – Willis spojrzał na Raupa. – Bez urazy, Al.

– Spoko.

– Wiem, Sally, że wciąż spędzasz wiele czasu samotnie. Nie chciałabyś się przenieść do nowego świata, dziewiczego świata, całkiem pustego poza nami? No, poza nami i paroma Marsjanami? Na jakiś czas daleko za sobą zostawić ludzkość?

I Lobsanga, pomyślała.

Raup pochylił się nad stolikiem, spocony i irytujący.

– A co do tego, jak się tam dostaniemy, może już się pani zorientowała, że tutejszy program kosmiczny rozwija się diablo szybciej niż ten na Ziemi, który wlókł się niemiłosiernie. Oczywiście mogliśmy korzystać ze wszystkiego, co oni odkryli, i stosować to ponownie.

– Do rzeczy, mądralo.

– Chodzi o to, że jesteśmy gotowi. Pierwszy załogowy statek na Marsa czeka na Ceglanym Księżycu, jeden krok stąd, w Szczelinie. Chcieliśmy zaczekać, aż te automatyczne lądowniki przekażą dane o warunkach atmosferycznych planety i tak dalej. Już je mamy…

– My? Kto dokładnie ma polecieć w tej misji?

Raup wypiął pierś i pokaźny brzuch.

– Nasza załoga będzie trzyosobowa, tak jak w misjach Apollo. Pani, pani ojciec i ja.

– Pan?

– Wiem, co myślisz, Sally – wtrącił Willis. – Ale ani ty, ani ja nie jesteśmy astronautami.

– Ale nie ten tłuścioch, tato. Nie ma możliwości, żebym z tym gościem spędziła parę miesięcy w metalowej puszce.

Na Willisie nie zrobiło to wrażenia.

– Masz jakąś alternatywę?

– Czy wciąż pracuje tutaj Frank Wood?

ROZDZIAŁ 3

Czy Frank Wood poleci na Marsa?

W roku 2045 Francis Paul Wood, Siły Lotnicze USA, obecnie w stanie spoczynku, miał sześćdziesiąt jeden lat. A lot w kosmos był jego marzeniem od dzieciństwa.

Jako dzieciak był dziwnym połączeniem sportowca, mechanika hobbysty i marzyciela. Do rozwoju zainteresowań zachęcali go rodzice i wujek, który pisał o programie kosmicznym i wypożyczył mu bibliotekę starej science fiction, od Asimova przez Clementa po Clarke’a i Herberta. Zanim jednak marzenia Franka zaczęły nabierać realistycznych kształtów, katastrofa „Challengera” była już historią – wydarzyła się, zanim skończył dwa lata.

Mimo to robił postępy. Był kiedyś kandydatem na astronautę w NASA – kolejny etap po aktywnej służbie w lotnictwie. Ale naszedł Dzień Przekroczenia i w zasięgu spaceru człowieka bez specjalnego sprzętu otworzyła się nieskończoność światów; statki kosmiczne natychmiast trafiły do muzeów. Frank Wood miał wrażenie, że on także stał się eksponatem – w wieku trzydziestu jeden lat. Nie mógł sobie znaleźć miejsca, męczyła go nostalgia, nie miał bliskiej rodziny, gdyż poświęcił wszystko dla marzeń o karierze. Nagle odkrył, że to on jest wujkiem z licznymi kontaktami i skrzynią pełną starych powieści science fiction.

Dźwigając brzemię poczucia utraconych możliwości, kilka lat trzymał się tego, co pozostało z Przylądka Canaveral, wykonując tam każdą pracę, jaką mógł znaleźć. Ale Canaveral, jeśli nie liczyć trwającego programu wystrzeliwania niewielkich satelitów, stało się tylko niszczejącym muzeum marzeń.

I wtedy nastąpiło odkrycie Szczeliny – miejsca, gdzie splot kosmicznych przypadków pozostawił przerwę w tworzącym Długą Ziemię łańcuchu światów. A także stworzył nowy rodzaj dostępu do przestrzeni. Kilka lat później Frank, już po pięćdziesiątce, wyruszył tam i znalazł gromadę dzieciaków i ludzi młodych sercem, pracowicie realizujących nowy rodzaj programu kosmicznego, opartego na całkiem nowej zasadzie. Frank z entuzjazmem rzucił się do pracy i chciał wierzyć, że wprowadził nieco mądrości i doświadczenia w coś, co w tych pierwszych dniach sprawiało wrażenie nieskończonego konwentu science fiction. Dzisiaj przypominało raczej gorączkę złota.

 

Kiedy na Podstawowej wybuchł Yellowstone, Frank i wielu innych – w tym jego nowa przyjaciółka, Monica Jansson, którą poznał, kiedy Sally Linsay zjawiła się tutaj, by ratować dręczone trolle, jak to rozumiała – odłożyli własne plany i ruszyli na pomoc. No cóż, Monica od dawna już nie żyła, a Podstawowa mniej więcej osiągała nowy stan równowagi – w każdym razie ludzie nie umierali już tak często. Frank uznał więc, że może wrócić do swoich odkładanych marzeń. Wrócić do Szczeliny.

Teraz w jego życiu znowu pojawiła się Sally Linsay. Razem z ojcem. I mieli dla niego szokującą propozycję…

Czy Frank Wood poleci na Marsa? Tak, do wszystkich diabłów!

Wzięli się do pracy.

ROZDZIAŁ 4

Na przedmieściach Madison Zachodniego 5, w całkiem zwyczajnym warsztacie należącym do całkowicie zależnej spółki-córki Korporacji Blacka, Lobsang – a raczej jego jednostka mobilna, jedno z wcieleń – robił przegląd harleya siostry Agnes. Był przekonujący w tej pracy – z podwiniętymi rękawami, z olejem na rękach, czole i na brudnym kombinezonie. Nawet jeśli równocześnie wygłaszał Agnes dość chaotyczny wykład na temat stanu światów.

Agnes, opatulona dla ochrony przed kąsającym mrozem, była zadowolona, wyciszając jego głos, zadowolona, że siedzi tak i patrzy – inaczej mówiąc: myśli. Był styczeń roku 2045, minęły ponad cztery lata od erupcji Yellowstone, a światy ludzkości powoli się stabilizowały, czy wręcz wracały do zdrowia. Agnes i inni mogli teraz odpocząć. A takie chwile jak ta dawały jej czas, by przyzwyczaić się do siebie, żeby być sobą, siedem lat po swojej niezwykłej reinkarnacji. Z trudem przypominała sobie własne dawne imię. Była siostrą Agnes, jak długo sięgała pamięcią, a w tej chwili była też pewna, że wciąż nią jest.

Takie teologiczne wątpliwości nie dręczyły jej często. Nie mogła przecież narzekać na to wskrzeszenie, to cudownie szybkie sztuczne ciało, do którego Lobsang przerzucił jej wspomnienia. Oczywiście, dowolna reinkarnacja dla porządnej katolickiej dziewczyny jest kwestią dość niepokojącą, jako że ortodoksyjna teologia nie pozostawia miejsca na takie wybryki. Agnes jednak zawsze postępowała zgodnie ze starą zasadą, że najlepsza droga do czynienia dobra leży przed nią; dlatego odsuwała takie wątpliwości. Może Bóg miał dla niej nową misję w tej nowej postaci, możliwej dzięki postępom techniki? Dlaczego nie miałby używać takich narzędzi? Przecież być żywą i najwyraźniej zdrową jest o wiele lepsze, niż być martwą.

Co mogła sobie myśleć o Lobsangu? W tym doczesnym świecie był czymś w rodzaju jakiejś rozsądnej wizji Boga – Boga techniki, reprodukującego się w coraz bardziej złożonych iteracjach; istotą, której świadomość może przenieść się w dowolne miejsce elektronicznego uniwersum, która potrafi nawet dzielić się i przebywać w wielu miejscach równocześnie. Istotą tak świadomą, jak nie może być żaden zwykły człowiek. Agnes lubiła określenie „ogarnąć” – to dobre słowo, oznaczało także „zrozumieć całkowicie”. I miała wrażenie, że Lobsang stara się ogarnąć cały świat, cały wszechświat, próbuje zrozumieć sens istnienia ludzkości.

Mimo to wydawał się psychicznie zdrowy, wręcz brutalnie – to była normalność, która płonęła jasno. Co do charakteru, uczynił wiele dobrego – zwłaszcza, oczywiście, jeśli uwzględnić jego ogromne możliwości czynienia zła, gdyby tak postanowił. O ile mogła to stwierdzić – niezależnie od opinii teologów – miał duszę, a przynajmniej jej niemal doskonałe podobieństwo. Jeśli był jak bóg, to był jak bóg dobrotliwy.

Agnes musiała jednak przyznać, że coś łączyło Lobsanga z Jehową – obaj byli mężczyznami i byli dumni. Lobsang kochał publiczność. Był mądry, trudno zaprzeczyć, nawet wybitnie mądry, ale lubił, by ta mądrość była widziana. Dlatego szukał pomocników, takich ludzi jak Joshua Valienté czy Agnes; chciał, by jego światło jaśniało na ich zachwyconych twarzach.

A jednak ta nowa postwulkaniczna era także dla Lobsanga była trudna. Nie fizycznie, jak dla reszty głodującej i bezdomnej ludzkości, ale w inny, bardziej subtelny sposób. Może duchowo. Agnes nie była pewna, z jakiej przyczyny. Pewnie dlatego, że nic nie potrafił zrobić, by zapobiec katastrofie Yellowstone. Ale nawet Lobsang mógł oglądać Yellowstone tylko oczami ludzkich geologów, a ich uwagę odwrócił dziwny fenomen zakłóceń tektonicznych wykrocznych kopii wulkanu w całym pasie niskich Ziemi – z żadnego nie wynikło nic poważnego w porównaniu z erupcją na Podstawowej. Zapewne nie zmniejszyło to poczucia winy kogoś, kto uważał się za rodzaj pasterza ludzkości, za „czynnik, który dba o te kawałki, które Bóg pominął”.

A może chodziło o to, że katastrofa, która dotknęła Ziemię Podstawową, zwłaszcza Amerykę Podstawową, nieuchronnie wyrwała dziurę w infrastrukturze żelowych banków danych, światłowodowych sieci i łączy satelitarnych podtrzymujących samego Lobsanga?

Albo może Lobsang zaczynał się już starzeć na swój sposób? Nikt przecież nie wiedział, co się dzieje ze sztuczną inteligencją z wiekiem, kiedy jej substraty zmieniają się w zlepek warstw coraz starszych technologii, zarówno sprzętowo, jak pod względem oprogramowania – „przyrastających jak rafa koralowa”, jak określił to kiedyś Lobsang. A przy tym jego złożoność także stawała się coraz bardziej poplątana. To był eksperyment, jakiego nikt jeszcze nigdy nie przeprowadził.

Nic dziwnego, że Lobsang czasami zrzędził, całkiem jak zagubiony i rozczarowany staruszek. Agnes była przyzwyczajona do zagubionych i rozczarowanych staruszków – roiło się od nich w hierarchii Kościoła.

Pewnie właśnie dlatego ona się tu pojawiła. Lobsang sprowadził ją zza grobu, by została kimś w rodzaju przeciwnika, by równoważyła jego ambicje. Owszem, dawno temu na pewno określiłaby się jako jego przeciwnik, nawet jeśli zwykle pełniła rolę zasadniczo konstruktywną. Teraz jednak stała się… kim? Przyjaciółką? No tak, oczywiście, ale też jego powierniczką i moralną przewodniczką – to ostatnie było dość trudne, gdyż jej własny kompas moralny miał tendencję do wirowania jak kogucik na dachu w trąbie powietrznej.

Jak miała nawiązać jakąkolwiek relację z taką istotą? Nie wiedziała, ale miała wrażenie, że jakoś znajdzie sposób. Wierzyła w siebie. Była elastyczna. Poradzi sobie. Jak zawsze.

– Pomyśl – mówił właśnie. – Ludzkość poleciała na Księżyc i nikt nie powie, że nie był to wielki wyczyn. W końcu jakie inne stworzenie wydostało się ze swojej planety? A co potem zrobił Homo sapiens? Wrócił do domu! Zabierając parę skrzyń kamieni i satysfakcję, że jest panem wszechświata…

– Tak, skarbie – odpowiedziała odruchowo.

– Można by sądzić, że taki gatunek zasługuje, by zastąpić go lepszą odmianą.

– Skoro tak twierdzisz…

– Prawie skończyłem. Mam herbatę w termosach. Earl grey czy lady grey? Z czego się śmiejesz?

Agnes starała się zachować powagę.

– Z ciebie. Z tego, jak płynnie przeszedłeś od argumentacji, że ludzkość zasłużyła sobie na zagładę, do grzecznego spytania, czy mam ochotę na coś tak normalnego jak herbata. Dobrze rozumiem, co mówiłeś. Ludzkość jest raczej płytka. Większość ludzi potrzebowała tej wyprawy na Księżyc, żeby w ogóle zrozumieć, jaka jest Ziemia: kulista, ograniczona, bezcenna i zagrożona. Za skarby świata nie potrafimy się zorganizować. Ale czy ludzkość nie zdradza ostatnio więcej zdrowego rozsądku, choćby i spóźnionego? Spójrz, jak dobrze sobie radzimy z katastrofą Yellowstone… przynajmniej tak mi się wydaje.

– Hm… możliwe. Choć zauważyłem pewne sugestie, że mogliśmy otrzymać jakąś pomoc…

Zlekceważyła to.

– Nie bądź taki tajemniczy, Lobsangu, to irytujące przyzwyczajenie. I nie zakładaj, że nie możemy się zmienić, zmienić i dojrzeć. Uwierz, widziałam wielu wspaniałych dorosłych ludzi, którzy wcześniej byli trudnymi dzieciakami. I szczerze powiem, mimo tych bzdur, które z siebie wylewasz, jak to jesteśmy skazani, by ustąpić, nie widzę nigdzie nowego modelu. Co się stanie, kiedy już się pokaże? Mamy nasłuchiwać stuku podkutych butów?

– Droga Agnes, wiem, że lubisz przesadzać dla lepszego efektu, co rzadko pomaga w rozmowie. Nie, żadnych podkutych butów. To coś bardziej… pomocnego. No… tego, co tak tajemniczo sugerowałem. Wyobraź sobie coś subtelniejszego. Powolnego i ostrożnego, podstępnego, ale niekoniecznie złowrogiego. I jeszcze zorganizowanego o wiele lepiej, niż Homo sapiens kiedykolwiek potrafi…

Ale jego głos przycichał, a wyraz twarzy się zmienił, jak gdyby odpowiadał na jakieś dalekie wezwanie.

Przyzwyczaiła się do tego. Tłumaczył jej, że chodzi o przetwarzanie równoległe – o tej koncepcji nie miała pojęcia przed swoim zmartwychwstaniem. Oznaczała wykonywanie więcej niż jednego zadania naraz albo dzielenie jakiegoś dużego zadania na mniejsze, które można realizować równocześnie. Nie żeby jakoś szczególnie jej to imponowało. W końcu sama robiła to przez całe życie: myślała o przygotowaniu obiadu, a równocześnie wycierała nosy i uczyła trudne dzieci, jak należy prowadzić rozmowę, dodatkowo układała w głowie kolejny gniewny list do biskupa, od czasu do czasu dorzucając jeszcze do tego jakąś modlitwę. Zresztą kto nie musiał tak funkcjonować każdego dnia pracowitego życia?

Pomagało jej to jednak rozumieć chwilowe nieobecności Lobsanga. Kierował przecież, jak się kiedyś wyraził, narracją świata.

Po chwili wrócił do siebie. Nie tłumaczył, co zajęło jego uwagę, a Agnes nie wypytywała.

Wstał, przeciągnął się i wytarł ręce.

– Zrobione… prowizorycznie. Wiesz, mógłbym uczynić ten motocykl najbezpieczniejszym na świecie. Żadnych poślizgów, żadnego zagrożenia dla ciebie… Co na to powiesz?

Agnes zastanawiała się przez chwilę.

– Jestem pewna, że byś potrafił, Lobsangu – odparła wreszcie. – I jestem pełna podziwu, naprawdę. I wzruszona. Ale widzisz, taki motor jak mój harley nie chce być całkiem bezpieczny. Tego rodzaju maszyna rozwija w sobie coś, co można nazwać duszą, nie sądzisz? I musimy pozwolić, by ta dusza mogła się wypowiedzieć, a nie próbować ją tłumić. Niech metal się grzeje, niech silnik będzie żarłoczny…

Wzruszył ramionami.

– To twoja maszyna, razem z tym żarłocznym silnikiem. Ale proszę, jeździj ostrożnie… Choć w twoim przypadku, Agnes, to raczej życzenie niż oczekiwanie.

* * *

Ostrożnie wytoczyła harleya z małego warsztatu i ruszyła na nim przez wciąż niezbyt zatłoczone – mimo godziny szczytu – ulice, aż dotarła na otwartą przestrzeń, gdzie mogła maszynie pozwolić na swobodę. Wiatr był mocny, ale kiedy już oddaliła się od tej pełzającej industrializacji młodego miasta – współczesnych szatańskich fabryk, w większości przesłoniętych reklamami – znalazła się w lepszym świecie, w czyściejszym powietrzu, wśród myśli mniej melancholijnych. Poprzez ryk harleya śpiewała kawałki Joni Mitchell, podążając po drogach rzuconych niczym czarne wstążki między śnieżnymi zaspami, dookoła zamarzniętych jezior Madison Zachodniego 5.

Kiedy wróciła, Lobsang zawiadomił ją, że Joshua Valienté wrócił do domu.

– Muszę się z nim zobaczyć – oświadczył stanowczo.

Agnes westchnęła.

– Joshua może nie być zbyt chętny, by się z tobą spotkać, Lobsangu…