Długi MarsTekst

Z serii: Długa Ziemia #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Siostra John parsknęła.

– Biorąc pod uwagę, jak padła gospodarka i załamały się rynki, te banknoty się przydadzą do palenia w piecach.

Chciał coś odpowiedzieć, ale uciszyła go, ponieważ Cowley zaczął mówić.

Po rutynowym otwarciu, powitaniu i kilku żartach podsumował sytuację w Ameryce i na Ziemi Podstawowej osiem miesięcy po erupcji. Po zimie nadeszła wiosna, ale globalne skutki klimatyczne nie ustępowały. Ostatniej jesieni nie nadeszły monsunowe deszcze na Dalekim Wschodzie. Potem praktycznie cały świat na północ od szerokości geograficznej Chicago – Kanada, Europa, Rosja, Syberia – przeżył najostrzejszą zimę w ludzkiej pamięci. A teraz podobna klęska obejmowała tereny po drugiej stronie równika, gdy zima nadeszła na półkuli południowej.

Wszystko to oznaczało, że trzeba zaplanować życie w nowym świecie.

– Tę pierwszą zimę przetrwaliśmy, przejadając zapasy z przeszłości, z czasów prewulkanicznych. Ale dłużej nie możemy sobie na to pozwolić, ponieważ zużyliśmy… już… wszystko… – Podkreślił ostatnie słowa, uderzając dłonią o pulpit. – Nie możemy też liczyć na import żywności od sąsiadów i sprzymierzeńców, którzy do tej pory byli więcej niż wielkoduszni. Ale to zimne lato powoduje, że mają własne problemy. Zresztą Wuj Sam umie się wyżywić! Wuj Sam dba o swoich!

Zabrzmiały okrzyki poparcia z uprzejmej grupy słuchających oraz oklaski dygnitarzy na scenie. Gdy kamera kolejno ukazywała ich twarze, Joshua wśród doradców Cowleya zauważył bardzo młodą kobietę, najwyżej dwudziestoletnią; szczupła, ciemnowłosa, poważna, zadbana, choć ubrana w stylu, jaki ludzie z Podstawowej nazywali „pionierskim”: skórzana spódnica i kurtka narzucona na znoszoną bluzę. Rozpoznał ją, nazywała się Roberta Golding i pochodziła ze Szczęśliwego Portu. Spotkali się w zeszłym roku w szkole w Valhalli, największym mieście Wysokich Meggerów, dokąd – w odległych dzisiaj, przedyellowstone’owych czasach, on i Helen zawieźli swego syna, Dana, jako potencjalnego ucznia. Wtedy wydała mu się wybitnie inteligentna, a jeśli dzisiaj pracowała w administracji Cowleya na ważnym stanowisku w tak młodym wieku, to wyraźnie zrealizowała swój potencjał.

To dziwne, ale Joshua przypomniał sobie tę rodzinę, której pomogli w Bozeman, wkrótce po rozpoczęciu erupcji; wspominali o rozsądnej panience ubranej po pioniersku, która zjawiła się i udzieliła im kilku dobrych rad. Czy mogła to być Roberta? Opis się zgadzał. Cóż, jeśli o niego chodziło, im więcej dobrych rad otrzymywała ludzkość w takich chwilach, tym lepiej…

Znów zaczął słuchać prezydenta.

Po wyczerpaniu preyellowstone’owych zapasów, mówił Cowley, nadeszła pora, by zasiać zboże i zebrać plon, który pozwoli przetrwać nadchodzącą zimę i dalej. Kłopot polegał na tym, że wskutek chmury wulkanicznej sezon upraw na Podstawowej miał być w tym roku brutalnie krótki. A raczkujące rolnictwo na Niskich Ziemiach, istniejące nie dłużej niż ćwierć wieku, nie osiągnęło wydajności pozwalającej podjąć to wyzwanie. Tylko niewielka cząstka terenów uprawnych na nowych Ziemiach została oczyszczona z dziewiczych lasów.

Nastąpi zatem „Relokacja” – nowy program masowych migracji, kierowany przez Gwardię Narodową, Agencję Zarządzania Kryzysowego i formacje bezpieczeństwa wewnętrznego, a realizowany przez marynarkę wojenną z ich twainami. Przed erupcją na Podstawowej żyło ponad trzysta milionów Amerykanów. Teraz, docelowo, żaden z wykrocznych światów w pierwszym roku nie powinien mieć do wyżywienia więcej niż trzydzieści milionów – czyli mniej więcej tyle, ile liczyła sobie populacja Stanów Zjednoczonych w połowie dziewiętnastego wieku. A to oznaczało, że miliony ludzi trzeba rozproszyć w pasie Ziemi wykrocznych o szerokości przynajmniej dziesięciu światów, na wschód i na zachód. I równocześnie na wszystkich zasiedlonych światach mieszkańcy muszą intensywnie karczować lasy, by uzyskać tereny uprawne. Wszystko to musi się zdarzyć jeszcze tego lata.

Trudno się dziwić, myślał Joshua, że potrzebują narzędzi, używanych ubrań i sprzętu, i wszystkiego, co on i inni zdołają odzyskać ze zniszczonej Podstawowej.

– To będzie wędrówka, która przyćmi biblijny Exodus – mówił Cowley. – Otworzymy bowiem nowe pogranicze, przy którym podbój Zachodu Ameryki będzie niczym pielenie ogródka mojej babci. Ale jesteśmy Amerykanami. Dokonamy tego. Potrafimy i zbudujemy nową Amerykę, która poradzi sobie z katastrofą. I mogę powiedzieć jedno: obiecałem wam, że nikt nie pozostanie z tyłu, porzucony w cieniu tego piekielnego popiołu. I teraz też wam obiecuję: w trudnych latach, jakie nas czekają, nikt nie będzie głodował…

Kolejne słowa zagłuszyły okrzyki i brawa.

– Muszę przyznać, że dobrze sobie radzi – stwierdził Joshua.

– Owszem. Nawet siostra Agnes uważa, że dorósł do swojej roli. Nawet Lobsang.

Joshua westchnął.

– Pamiętam, że Lobsang nieraz prognozował supererupcję. Takie wybuchy mogą tłumaczyć obecność niektórych Jokerów, na jakie trafiamy na Długiej Ziemi, światów zniszczonych przez katastrofy. Ale nie przewidział Yellowstone.

Siostra John pokręciła głową.

– Miał taką wiedzę jak geolodzy, na ich błędnych danych musiał się opierać. Zresztą i tak nie mógłby tego powstrzymać.

– To fakt. – Podobnie Lobsang twierdził, że nie mógł zapobiec terrorystycznemu atakowi nuklearnemu na samo Madison Podstawowe dziesięć lat wcześniej. Najwyraźniej nie był wszechmocny. – Ale założę się, że nie czuje się od tego lepiej…

* * *

W sidpa bardo ciało duchowe nie jest zbudowane z prymitywnej materii. Potrafi przenikać skały, wzgórza, ziemię i domy. Poprzez sam akt skupienia uwagi Lobsang znajdował się tu, tam i wszędzie. Ale coraz częściej chciał się znaleźć u boku swych przyjaciół.

Takich przyjaciół jak Nelson Azikiwe, który siedział w saloniku na probostwie swej dawnej parafii Świętego Jana nad Wodami.

* * *

Gospodarz Nelsona, wielebny David Blessed, wręczył mu kolejny kubek gorącej herbaty. Był sierpień 2042 roku, w południowej Anglii – niecałe dwa lata po erupcji Yellowstone – a na dworze padał śnieg. Po raz kolejny jesień nadeszła przerażająco wcześnie.

Obaj przyglądali się trzeciej osobie w pokoju, Eileen Connolly; siedziała przed ekranem telewizora i oglądała powtarzane po raz kolejny wiadomości. Trzy dni po próbie zamachu w Watykanie najważniejsze nagrania dźwiękowe i wizualne stały się już dobrze znane. Obłąkany krzyk „Nie tamte stopy! Nie tamte stopy!”… Groza użytej broni, krucyfiksu z zaostrzoną podstawą… Drobna postać papieża w bieli, odciągana z balkonu… Zamachowiec wymiotujący bezradnie, kiedy z opóźnieniem zaatakowały go przekroczeniowe mdłości…

Tym niedoszłym zabójcą okazał się Anglik, Walter Nicholas Boyd. Przez całe życie był gorliwym katolikiem. W ramach przygotowań samodzielnie zbudował rusztowanie w Rzymie Wschodnim 1, odpowiadające dokładnie położeniu balkonu na placu Świętego Piotra, gdzie stanął papież, by pobłogosławić tłumy. Było to oczywiste stanowisko wyjściowe dla kogoś, kto chciałby narobić kłopotów, ale zdumiewająco – i niewybaczalnie w epoce terroryzmu z wykorzystaniem krokerów – watykańska ochrona go nie zablokowała. Tak więc Walter Boyd wspiął się na rusztowanie, przekroczył ze swoim zaostrzonym drewnianym krucyfiksem i spróbował zamordować papieża. Ojciec święty został ciężko poraniony, na szczęście nie śmiertelnie.

Teraz, oglądając wiadomości, Eileen zaczęła nucić. David Blessed uśmiechnął się ze znużeniem.

– To hymn, który oni wszyscy śpiewają. „Czy po zielonych górach Anglii/Szły Jego stopy w dawny czas?/Czy są w tym kraju łąki błogie,/Gdzie się Baranek Boży pasł?”. To Jeruzalem Blake’a. Pan Boyd protestował przeciwko czemuś, co nazywają „watykańską grabieżą ziemi”, zgadza się?

– Owszem – potwierdził Nelson. – Należał do globalnego ruchu jej przeciwników, nazywanego „Nie tamte stopy”. Do którego należy też Eileen, prawda?

Eileen, czterdziestoczteroletnia matka dwojga dzieci, należała kiedyś do parafii Nelsona. Teraz znowu znalazła się pod opieką Davida Blesseda, poprzednika Nelsona, ponadosiemdziesięcioletniego starca, który wrócił z emerytury, by w mrocznych postwulkanicznych czasach znowu zająć się parafią.

– Tak. Właśnie dlatego wpadła w taką plątaninę wątpliwości.

– Czasy są trudne dla nas wszystkich, Davidzie. Myślisz, że mogę z nią teraz porozmawiać?

– Oczywiście. Chodźmy. Doleję ci jeszcze herbaty.

I tak Nelson delikatnie spróbował nawiązać rozmowę z Eileen Connolly, wspominając jej całkiem zwyczajną historię: była sprzedawczynią w sklepie, mężatką, matką, potem przyszedł rozwód, ale życie płynęło dalej i dobrze wychowała dzieci. Bardzo angielski los, właściwie bez większych problemów, nawet po otwarciu Długiej Ziemi. Bezproblemowy aż do wybuchu amerykańskiego wulkanu.

– Musisz odejść, Eileen – powiedział delikatnie David. – Odejść na Długą Ziemię. I musisz zabrać z sobą dzieci. Widzisz, co się dzieje. Wszyscy musimy się wyprowadzić. Miejscowi farmerzy walczą…

Nelson znał stawkę. W drugim roku bez lata sezon upraw, nawet w południowej Anglii, był dramatycznie krótki. Dopiero pod koniec czerwca farmerzy ze wszystkich sił próbowali zasadzić w niemal zamarzniętej glebie szybko dojrzewające rośliny – ziemniaki, buraki, rzepę; ledwie zdołali zebrać nędzne plony, zanim wróciły przymrozki. W miastach nie działo się właściwie nic poza gorączkowymi działaniami, by ocalić skarby kultury. Przenoszono je do wykrocznych miast. Rządy obiecywały, że powstanie globalne, rozproszone na wielu światach i międzynarodowo wspierane Muzeum Ziemi Podstawowej; nic nie zostanie utracone.

David mówił dalej:

– I będzie coraz gorzej jeszcze przez długie lata. Nie ma wątpliwości. Stara dobra Anglia nie zdoła nas już wyżywić. Musimy odejść do tych nowych wspaniałych światów.

 

Eileen nie odpowiadała. Nelson nie był pewien, czy rozumie.

– Nie chodzi chyba o to, że nie może przekraczać, prawda? Nie jest fobikiem?

– Nie. Obawiam się, że to kwestia wątpliwości natury teologicznej.

Nelson musiał się uśmiechnąć.

– Teologia? Davidzie, to Kościół Anglii. Nie zajmujemy się teologią.

– Jednak papież się zajmuje i rozumiesz, to właśnie zaniepokoiło tak wielu ludzi…

Eileen wydawała się spokojna, choć nieco zagubiona. Wreszcie się odezwała.

– Kłopot polega na tym, że człowiekowi trudno to zrozumieć. Księża mówią o Długiej Ziemi najpierw jedno, potem drugie. Na początku tłumaczyli, że to święty wybór ruszyć tam, bo przekraczając, trzeba pozostawić za sobą wszystkie dobra doczesne. No, prawie wszystkie. To jakby przyjąć śluby ubóstwa. Na przykład Zakon Nowej Pielgrzymki Długiej Ziemi powstał, by zaspokajać potrzeby duchowe nowych kongregacji, jakie dopiero powstaną. Przeczytałam o tym i dałam im trochę pieniędzy. I dobrze. Ale potem arcybiskupi z Francji zaczęli powtarzać, że światy za przejściem to miejsca upadłe, dzieło diabelskie, bo Jezus nigdy tam nie chodził…

Nelson czytał o tym, przygotowując się do spotkania z Ei­leen. W pewnym sensie było to przedłużenie dawnych dyskusji, czy mieszkańców innych planet można uznać za „zbawionych”, czy nie, skoro Chrystus narodził się jedynie na Ziemi. Na Długiej Ziemi, o ile było wiadomo, ludzkie istoty nie wyewoluowały nigdzie poza Ziemią Podstawową. A zatem narodziny Jezusa Chrystusa były unikatowe dla tej właśnie Ziemi Podstawowej. Można stwierdzić, że samo ciało Chrystusa było zbudowane wyłącznie z tutejszych atomów i molekuł. Jak więc wyglądał teologiczny status pozostałych Ziemi? Co z dziećmi, które urodziły się na równoległych światach, a ich ciała zbudowane były z atomów niemających nic wspólnego ze światem Chrystusa? Czy one także były zbawione przez Jego wcielenie?

Dla Nelsona wszystko to było jakąś potworną mieszaniną nierozumianej nauki i średniowiecznej teologii. Wiedział jednak, że wielu katolików – aż do samego Watykanu włącznie – gubiło się w takich argumentach. I, jak się okazało, także chrześcijanie innych wyznań.

– Nagle człowiek czytał o tych kombinatorach sprzedających opłatki komunijne z Ziemi Podstawowej – mówiła Eileen. – Twierdzili, że tylko te są ważne i prawdziwe, bo pochodzą z tego samego świata co Pan Jezus.

– To byli oszuści – zauważył łagodnie Nelson.

– Tak, ale potem papież mówi, że Długa Ziemia jest jednak częścią królestwa bożego…

Nelson przejawiał zdrowy cynizm w kwestii nagłej zmiany poglądów Watykanu na Długą Ziemię… Chodziło o demografię. Wobec trwającego exodusu z większej części planety kolonie w pobliskich światach wypełniały się mnóstwem małych potencjalnych katolików. I dlatego nagle wszystkie te światy były jednak uświęcone. Jako teologiczne uzasadnienie tego poglądu papież wziął werset z biblijnej Księgi Wyjścia 1:28: „Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną”. Fakt, że Bóg nie wspomniał bezpośrednio o Długiej Ziemi, nie był problemem większym niż w 1492 roku ten, że Biblia nie wspomina o Amerykach. Księża jednak nadal potrzebowali papieskiego błogosławieństwa, zatem Watykan Podstawowy pozostał jedynym źródłem władzy. Aha, i antykoncepcja nadal była grzechem.

Niektórzy z komentatorów zdumiewali się sposobem, w jaki licząca sobie dwa tysiące lat instytucja Kościoła przetrwała kolejny gigantyczny wstrząs filozoficzny i ekonomiczny – tak jak wcześniej przetrwała upadek imperium rzymskiego, które ją żywiło, a potem odkrycia naukowe Galileo, Darwina i kosmologów Wielkiego Wybuchu. Ale nawet katolicy byli oburzeni tym, co nazywali najbezczelniejszą grabieżą ziemi od 1493 roku, kiedy to papież Aleksander VI podzielił cały Nowy Świat między Hiszpanię i Portugalię: oto antyczna ideologia przyznawała sobie hegemonię nad nieskończonością. I stąd wziął się Walter Nicholas Boyd i jego rozpaczliwy krzyk „Nie tamte stopy!”.

Stąd wzięła się też nieszczęsna i całkiem zagubiona Eileen Connolly.

– Nie podobało mi się to, co mówił papież – oświadczyła stanowczo. – Bywałam tam czasem, wybieraliśmy się na wycieczki albo na wakacje w wykrocznych światach. Są tam ludzie, którzy budują domy i farmy z niczego, gołymi rękami. I zwierzęta, których nikt jeszcze nigdy nie widział… Nie; uważam, że musimy zachować pokorę, a nie zwyczajnie twierdzić, że wszystko to jest nasze.

– To mądre słowa, Eileen – przyznał David.

– Czasem jestem zła – oznajmiła twardo Eileen. – Może nawet tak zła jak ten biedny Boyd w telewizji. I czasem mi się wydaje, że Ziemia Podstawowa jest brudna, skażona i stała się źródłem wszelkiego zła. Dla dobra niewinnych światów Długiej Ziemi należałoby ten nasz jakoś zakorkować niczym wielką starą butlę.

– Widzisz teraz, Nelsonie, czemu prosiłem cię o pomoc – rzucił cicho David. – W takich apokaliptycznych czasach jak obecne ludzie stają się zabobonni. – Zniżył głos jeszcze bardziej. – Niedaleko stąd, w Much Nadderby, krążyły nawet plotki o czarach!

– Czarach?

– Albo może diabelskim opętaniu. Mały chłopiec, bardziej inteligentny od innych… szokująco inteligentny. Oczywiście, człowiek stara się uspokajać takie nastroje. Ale teraz te nonsensy z Watykanu… – Pokręcił głową. – Czyżbyśmy byli na tyle głupi, by zasługiwać na te wszystkie cierpienia, jakie nas spotykają?

A Nelson, który stał się bliskim sprzymierzeńcem Lobsanga – albo też, jak to określał Lobsang, „cenną długoterminową inwestycją” – wiedział, że Lobsang przynajmniej w części by się zgodził.

– Dlatego chcę cię o coś prosić, Nelsonie. Idź z nią. Bądź z Ei­leen chociaż przez jakiś czas. Bóg widzi, że ja jestem już za stary. Ale ty… Pójdź z nią… Pobłogosław ją. Pobłogosław ziemię, na której osiądzie ze swymi dziećmi. Ochrzcij ich na nowo, jeśli zechcą. Zrób wszystko, co trzeba, by ją przekonać, że Bóg jest z nią wszędzie, gdziekolwiek zabierze swe dzieci. I cokolwiek powie ten nieszczęsny papież.

– Oczywiście – przytaknął Nelson z uśmiechem.

David wstał.

– Dziękuję. Przyniosę jeszcze herbaty.

* * *

Lobsang tęsknił za przyjaciółmi.

Wreszcie, wskutek erupcji Yellowstone, wszyscy ściągnęli z powrotem na Podstawową, jak strażacy pędzący do pożaru. Lobsang cieszył się ich towarzystwem, nawet kiedy – jak Joshua Valienté – niewiele mieli dla niego czasu. Gdy jednak mijały lata i sytuacja się stabilizowała, pojawiali się coraz rzadziej, wracali do swego zwyczajnego życia. Znów dalecy.

Na przykład Sally Linsay. Cztery lata po erupcji można ją było znaleźć na równoległym świecie odległym o sto pięćdziesiąt tysięcy kroków od Ziemi Podstawowej. Chociaż Sally Linsay zawsze była trudna do znalezienia…

* * *

Być trudną do znalezienia można by nazwać życiową misją Sally Linsay. Co prawda jej życie było pełne rozmaitych misji, zwłaszcza dotyczących flory i fauny Długiej Ziemi, do których podchodziła z pasją.

Właśnie dlatego teraz, późną jesienią 2044 roku, znalazła się w pobliżu całkiem nieciekawej osady pośrodku Pasa Uprawnego, w wykrocznym Idaho, w Mieście Czterech Wód. I dlatego ułożyła związanego i zakneblowanego myśliwego pod tylnymi drzwiami biura szeryfa.

Gość był przytomny i wpatrywał się w nią świńskimi oczkami. Nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie ma szczęście, myślała. Prawdopodobnie nie czuje się szczęściarzem, ale wobec pecha, jaki spotyka czasem człowieka, kiedy Sally Linsay usłyszy, że zabił trolla – samicę ciężarną i matkę… Przynajmniej nie odcięła mu palca wskazującego, żeby nie miał czym naciskać spustu. Przynajmniej ciągle był żywy. A to swędzenie, które teraz go dręczy, wywołane jadowitymi kolcami pewnej bardzo użytecznej rośliny, jaką odkryła w Wysokich Meggerach, w końcu przejdzie, już za… no, najwyżej za parę lat. Dość czasu, żeby przemyślał sobie swoje grzechy.

Nazwijmy to szorstką miłością.

Właśnie dlatego, że tak trudno było ją znaleźć, miejsca, które czasem odwiedzała – jak Miasto Czterech Wód, choć jej wizyty tutaj nie były częste ani regularne – pomagały nawiązać z nią kontakt, jeśli ktoś naprawdę, ale to naprawdę musiał. I właśnie dlatego, kiedy szeryf wyszła z biura na chłodny przedświt, bez specjalnego zainteresowania zerknęła na bełkoczącego myśliwego, po czym skinęła na Sally. Wróciła do siebie i otworzyła szufladę.

Sally czekała przy drzwiach. Z wnętrza unosiły się mocne zapachy, skoncentrowana wersja ogólnej atmosfery osady, którą wolała zbyt głęboko nie oddychać. Ta konkretna społeczność zawsze kultywowała egzotyczną farmakologię.

Po dłuższej chwili szeryf wręczyła Sally kopertę.

Koperta była zaadresowana ręcznie. Wyraźnie czekała w tej szufladzie, w biurze szeryfa, od co najmniej roku. List wewnątrz także był napisany ręcznie, bardzo niewyraźnie. Sally bez trudu poznała charakter pisma, choć odcyfrowanie treści sprawiło jej pewne kłopoty. Czytała w milczeniu, bezgłośnie formując wargami słowa.

A potem mruknęła:

– Gdzie mam się zjawić? Przy Szczelinie? No cóż, po tylu latach… Witaj, tato.

* * *

Przyjaciele Lobsanga, tacy jak Joshua Valienté… Obozuje na wzgórzu ponad dwa miliony kroków na zachód od Podstawowej. Ucieka ze strefy ciągłej, już pięcioletniej katastrofy, jaką tworzy Podstawowa i Niskie Ziemie. Kryje się na swych długich wakacjach. Całkowicie samotny, tęskni za rodziną, jednak jest niechętny powrotowi do nieszczęśliwego domu.

Joshua Valienté, który nie witał Nowego Roku niczym mocniejszym niż odrobina cennego zapasu kawy, obudził się z bólem głowy.

– Co teraz?! – krzyknął w stronę pustego nieba.

ROZDZIAŁ 2

Po ostatnim kroku Sally wynurzyła się bezpiecznie mniej więcej kilometr od ogrodzenia terenów Szczeliny Kosmosu. Wewnątrz ogrodzenia było coś, co wyglądało na zakłady przemysłu ciężkiego: bloki, kopuły i wieże z betonu, cegły i żelaza, niektóre zwieńczone pióropuszami dymu albo pary z cieczy kriogenicznych.

Willis Linsay, jej ojciec, wyznaczył konkretny termin, by się tu zjawiła. Jakkolwiek rozwinie się ta najnowsza z nim interakcja, przybyła zgodnie z poleceniem, tego konkretnego styczniowego dnia, znowu w tym nadzwyczaj dziwacznym zakątku wersji północno-zachodniej Anglii, ponad dwa miliony kroków od Podstawowej. Z pozoru był to zwykły łagodny dzień brytyjskiej zimy, chłodny i pochmurny.

A jednak nieskończoność była oddalona tylko o jeden krok.

Księżyc wisiał na niebie, ale nie był to Księżyc, do jakiego była przyzwyczajona. Asteroida, którą nerdy ze Szczeliny Kosmosu nazywały Bellosem, obficie spryskała tutejszy dodatkowymi kraterami, które niemal przesłoniły Mare Imbrium, a Kopernik musiał ustąpić wobec nowego potężnego uderzenia, które stworzyło promienie ciągnące się przez połowę dysku. Bellos przywędrował z wielu wykrocznych firmamentów, a jego kierowana kosmicznym przypadkiem trajektoria zbliżała się do miejscowej Ziemi albo nie. Całkowicie ominęła niezliczone miliardy Ziemi. Kilkadziesiąt, jak ta tutaj, miało pecha, by znaleźć się zbyt blisko jego trasy i ucierpieć od licznych trafień zbłąkanych odłamków. Natomiast jedna Ziemia została trafiona tak mocno, że rozpadła się zupełnie.

Takie wypadki musiały się zdarzać przez cały czas, wzdłuż całej Długiej Ziemi. Kto to powiedział, że w nieskończonym wszechświecie wszystko, co możliwe, znajdzie sobie miejsce, by się zdarzyć. A to znaczy, że na nieskończonej planecie… wszystko, co może, musi się gdzieś wydarzyć.

Tę głęboką ranę znalazła Sally Linsay. Z Joshuą Valienté i Lobsangiem odkryli Szczelinę w łańcuchu światów. Ich twain wpadł w przestrzeń, w próżnię, w nieprzefiltrowane słoneczne światło, które cięło jak nóż… A potem przekroczyli z powrotem i przeżyli.

Powietrze było zimne, ale Sally wciągała je głęboko, aż upiła się tlenem. Już raz przetrwała upadek w Szczelinę. Czy naprawdę teraz zamierzała tam wrócić?

Nie miała wyjścia. Przede wszystkim ojciec rzucił jej wyzwanie. Po drugie, ludzie teraz tam pracowali. W Szczelinie, w kosmosie. A tutaj znajdowała się ich baza, jeden krótki krok od samej Szczeliny.

Morska bryza była taka, jaką zapamiętała z ostatniej wizyty z Monicą Jansson, pięć lat temu – w innej erze, w epoce sprzed erupcji Yellowstone. Kopuła nieba, krzyki ptaków pozostały niezmienione. Ale coś się zmieniło. Ogrodzenie przed nią rozrosło się z symbolicznej barierki w regularny berliński mur, beton i wieżyczki strażnicze. Z pewnością całe wnętrze bazy roiło się od antyprzekroczeniowych zabezpieczeń.

Cel istnienia tej instalacji był oczywisty: widziała profil rakiety, elegancki, klasyczny i niemożliwy do pomylenia. To był ośrodek kosmiczny, choć w szczegółach różny od Przylądka Canaveral. Nie było gigantycznych wież i pomostów, a widoczna rakieta wydawała się krótka i przysadzista, całkiem niepodobna do wielkich kadłubów promów czy Saturnów V – z pewnością niewystarczająca dla wyrwania się z ziemskiej grawitacji. Ale nie musiała tego robić, na tym polegała cała sztuczka – ta rakieta nie poleci w niebo, lecz przekroczy w pustkę wszechświata tuż obok.

 

Kompleks nie przypominał już garażowego warsztatu budowy rakiet, ale wraz z całą okolicą zbliżał się do wizji wielkiego placu zabaw dla poważnych inżynierów. W ostatnich latach Szczelina stała się ośrodkiem wielkich interesów, gdy rządy, uniwersytety i korporacje stopniowo uświadamiały sobie jej potencjał. Ogromne tablice wykrzykiwały teraz nazwy wszystkich wielkich firm technicznych, jakie Sally mogła sobie przypomnieć, Lockheed, IBM, Spółka Handlowa Długiej Ziemi… rzecz jasna także Korporacja Blacka. Sally znalazła się chyba w najbardziej zatłoczonym wykrocznym świecie – poza Valhallą, największym miastem Wysokich Meggerów.

Z tego zresztą powodu od lat nie zbliżała się tutaj. I dlatego trudno było wykonać jeden krok naprzód, jakby cierpiała na fobię. Pomyślała, że lepiej by sobie poradził Joshua Valienté. Dobry stary Joshua wydawał się teraz całkiem oswojony z życiem w takich ludnych okolicach jak tutaj, a ona stała się chyba jeszcze większą samotniczką i zatwardziałą mizantropką.

Ale wezwał ją tu ojciec, a jego nic nie potrafiłoby odmienić na lepsze ani na gorsze. Willis Linsay, ukochany tatuś, twórca krokera – zabawki wykradzionej pewnie z puszki sprzed samego nosa Pandory i przekazanej niczego niepodejrzewającemu światu. Tato uwielbiał majstrować. Kto go szukał, powinien kierować się odgłosem wybuchów i syren karetek…

I kiedy stała tutaj, zagubiona i niepewna, on pojawił się nagle, wychodząc pewnym krokiem z bramy. Skąd wiedział, że tutaj jest? Och, oczywiście, że wiedział.

Był wyższy od niej – cerę i budowę ciała odziedziczyła raczej po matce. Schudł, wyglądał jak zbudowany z samych kości i ścięgien. Miała wrażenie, że po śmierci matki żył tylko brandy, ziemniakami i cukrem przez lata.

Zwolnił, podchodząc. Stanęli naprzeciw siebie, ostrożni, mierząc się wzrokiem.

– Więc przyszłaś…

– Czego chcesz, tato?

Uśmiechnął się – dobrze pamiętała ten nieco obłąkany grymas.

– Ta sama dawna Sally… Od razu przechodzimy do rzeczy, tak?

– Czy jest jakiś sens w pytaniu cię, co porabiałeś od czasów, do diabła, odkąd przewróciłeś cały świat do góry nogami w Dniu Przekroczenia?

– Realizowałem projekty – mruknął. – Znasz mnie. Albo nie zrozumiesz, albo wolałabyś nie wiedzieć. Niech ci wystarczy, że to dla ogólnego dobra.

– Twoim zdaniem.

– Moim zdaniem.

– A czy jest jakiś nowy projekt, dla którego mnie tu ściągnąłeś?

– Tutaj? – Obejrzał się na kompleks Szczeliny Kosmosu. – Tutaj właśnie znajduje się jedyna stacja na drodze do naszego ostatecznego celu.

– To znaczy dokąd?

– Do Długiego Marsa – odparł krótko.

Sally Linsay przyzwyczaiła się do rzeczy zdumiewających. Dorastała, przekraczając, jako dziecko przemierzała nieskończone obce światy. Ale mimo to, kiedy jej ojciec wymówił te trzy krótkie słowa, miała wrażenie, że wszystko zawirowało.

* * *

Przy bramie powitał ich mężczyzna, którego ojciec przedstawił jako Ala Raupa. Był całkiem łysy, ale miał gęstą czarną brodę, przez co sprawiał wrażenie, jakby ktoś obrócił mu głowę wokół osi grubego nosa i zamocował dołem do góry. Nosił płócienne szorty, brudne tenisówki bez skarpetek i czarną koszulkę, za małą na jego brzuch, z wyblakłym hasłem SMOKE ME A KIPPER. Mógł być w dowolnym wieku pomiędzy trzydziestką a pięćdziesiątką.

– Proszę mnie nazywać panem Ttt.

„Tetete”. Sally zignorowała jego wyciągniętą rękę.

– Witam, panie Raup.

Willis uniósł brew.

– Proszę cię, Sally, bądź uprzejma.

– Chodźmy, pokażę pani moje królestwo…

Raup przeprowadził ich przez barierki ochrony i wkroczyli do kompleksu. Sally słyszała pomruk ciężkich maszyn, czuła zapach ceglanego pyłu i mokrego betonu, widziała wielkie dźwigi nad wykopami. Dookoła krzątali się robotnicy w żółtych kaskach. Tu i tam zauważyła znaki „Uwaga! Promieniowanie”, i to była nowość od czasu jej ostatniej wizyty. Może pracowali nad napędem jądrowym?

Dostrzegła grupę trolli pracujących przy betoniarce, najwyraźniej całkiem zadowolonych z życia. Nie przejmowała się specjalnie technologią, podobnie jak ludźmi, natomiast zwierzętami owszem.

– To tutaj – oświadczył Raup. – Witajcie na Przylądku Nerdaveral, marsonauci.

– Jest pan dokładnie takim typem, jaki zapamiętałam z moich poprzednich odwiedzin – rzuciła ostro Sally.

– A tak. Kiedy porwała nam pani trolle.

– Kiedy je uwolniłam. Ale cieszę się, że tacy jak pan nie zniknęli stąd po przejęciu tego projektu przez korporacje.

Raup machnął ręką.

– My, geekowie, byliśmy tu pierwsi. Wyliczyliśmy podstawowe parametry wykorzystania Szczeliny, zaczęliśmy budowę Ceglanego Księżyca i wysłaliśmy parę lotów testowych. Wszystko to zanim ktokolwiek zauważył, że tu jesteśmy. – Akcent miał chyba ze środkowych Stanów, ale mówił scenicznie, jakby zduszonym, teatralnym głosem, przeciągając samogłoski i precyzyjnie wymawiając spółgłoski. Miała wrażenie, że wiele razy ćwiczył w myślach wszystko, co miał do powiedzenia, na wypadek gdyby trafiła mu się publiczność. – Nie byliśmy naiwni. Zarejestrowaliśmy parę patentów. W rezultacie wielkie korporacje nie miały interesu w tym, żeby nas wykiwać. Łatwiej im nas kupić; byliśmy stosunkowo tani, w ich kategoriach, i mieliśmy potrzebne doświadczenie. – Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – My, Założyciele, jesteśmy teraz milionerami. Nieźle, co?

Sally niespecjalnie to obeszło, więc zlekceważyła jego przechwałki.

Wśród gigantycznych hal przemysłowych widziała długie bloki mieszkalne, bary, hotel, kinoteatr, bardzo wiele kasyn, a także bardzo liczne bardziej podejrzane instytucje, co do których zgadywała, że to kluby go-go i burdele. Zauważyła też skromną kaplicę, zbudowaną chyba z miejscowego dębu, a przy niej nieduży cmentarz otoczony niskim kamiennym murem – przypomnienie, że podbój przestrzeni jest zajęciem niebezpiecznym, nawet tutaj.

– Widzę, że nie brakuje wam możliwości wydawania pieniędzy.

– Owszem, to fakt. Przypomina to dawną osadę górniczą na Dzikim Zachodzie – przyznał Raup. – Albo szyb naftowy. Albo nawet wczesne Hollywood, jeśli woli pani bardziej efektowny przykład. Prawdę mówiąc, ostatnio trzeba mocno uważać.

– Chodzi mu o to, że działa przestępczość zorganizowana – wyjaśnił Willis. – Zawsze ich ciągnie do takich miejsc. Mieliśmy już kilka zabójstw z powodu długów hazardowych i tym podobnych. Jedną z metod jest wrzucenie delikwenta w Szczelinę, bez skafandra i bez krokera. Nazywają to „spaniem z gwiazdami”. Dlatego jest tu ostatnio tylu ochroniarzy. Łapią przestępców i uważają na sabotażystów.

– Ale to wciąż świetne miejsce i warto tu być – stwierdził Raup.

Sally pominęła milczeniem tę uwagę.

Przeszli jakby główną ulicą otoczoną biurowcami ze świeżego betonu, jaśniejącego bielą i nieskalanego. Raup zaprowadził ich do niskiego, eleganckiego budynku, oznaczonego mosiężną tablicą z napisem AUDYTORIUM ROBERTA A. HEINLEINA. Przed drzwiami stała spora grupa ludzi i Raup musiał okazać przepustki, by mogli wejść bez kolejki.

– Zbudowaliśmy to dla konferencji prasowych w stylu Williama Cronkite’a. Nasi korporacyjni władcy się przy tym upierali. Normalnie jest pusta. Ale ma pani szczęście, panno Linsay, plotki głoszą, że marsjańskie ulewy ustały na tyle, by kontrolerzy misji Envoy spróbowali dzisiaj lądowania. Mamy więc dobrą okazję, żeby pani pokazać, co tu robimy.