Opowiem ci mroczną historięTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,85  34,28 
Opowiem ci mroczną historię
Opowiem ci mroczną historię
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
24,95  18,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3.

Zaparkowałem przed blokiem i powlokłem się w kierunku wejścia do klatki schodowej. Z trudem pokonywałem kolejne stopnie, a gdy dochodziłem do drugiego piętra, poczułem gwałtowne dławienie w gardle.

Często wracając z miasta, w drodze do domu wstępowałem do niej na herbatę albo kieliszek wina. Oboje odziedziczyliśmy mieszkania po rodzicach i od chwili śmierci matki Ewy żyliśmy samotnie. Przez kilka lat ona mieszkała gdzie indziej, ale jej małżeństwo okazało się zupełnym nieporozumieniem i już jakiś czas temu wróciła na stare śmieci.

Popatrzyłem na tak dobrze znane drzwi i westchnąłem ciężko, mimowolnie zastanawiając się nad tym, kiedy (o ile w ogóle) znów otworzą się przede mną. Zdając sobie sprawę z absurdalności własnego zachowania, zbliżyłem się i nacisnąłem dzwonek (krótko, długo, a potem znów dwa razy krótko). Gdyby była w środku, wiedziałaby, że to ja. Przez moment nawet zdawało mi się, że słyszę odgłos jej kroków, lecz wrażenie to znikło prędzej, niż się pojawiło, a korytarz niespodziewanie utonął w ciemnościach. Uświadomiłem sobie, że po prostu zbyt dużo czasu zajął mi marsz; zwykle spokojnie zdążyłem wejść na czwarte piętro, zanim automat wyłączył żarówki na całej klatce. Postałem jeszcze przez chwilę, potem ponownie pstryknąłem włącznik światła i ruszyłem dalej.

Chłodny prysznic dobrze mi zrobił. Natychmiast po kąpieli wskoczyłem pod kołdrę. Byłem piekielnie zmęczony i chciałem, aby sen przyszedł jak najprędzej.

Godzinę później wciąż leżałem z dłońmi splecionymi za głową, wpatrując się w sufit, rozjaśniony mleczną poświatą ulicznych latarni.

*

Sławek sprowadził się do naszego bloku niecałe dwa lata po tym, jak Waldeczek wylądował na podłodze z rozwalonym nosem. Zbliżał się rok szkolny, a ponieważ wszyscy troje byliśmy w jednakowym wieku, wkrótce razem rozpoczęliśmy naukę.

Już po kilku miesiącach okazało się, że szkoła będzie dla mnie prawdziwą gehenną i nawet mało brakowało, a powtarzałbym pierwszą klasę. Dzięki Ewie, która za uszy wyciągnęła mnie z kłopotów, wszystko skończyło się happy endem. Potem jakoś szło. Zawsze gdy byłem zagrożony z jakiegoś przedmiotu, mogłem na nią liczyć i szczęśliwie skończyliśmy podstawówkę.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy się w niej zakochałem. Raczej nie w przedszkolu, bo wtedy miałem inne, ważniejsze sprawy na głowie, ale stało się to chyba najpóźniej w drugiej klasie. Miałem w domu adapter i kilkanaście płyt należących do moich rodziców. Na jednej z nich znajdowała się piosenka zespołu Wawele o tym, jak to ona „miała włosy pachnące miętą”. Romantyczna i melodyjna, czyli w sam raz dla zakochanego ośmio- czy dziewięciolatka. Puszczałem ją w kółko, aż prawie niczego poza trzaskami i szumami nie było słychać. Nie przeszkadzało mi to zupełnie. Ważne, że to był nasz — mój i Ewy — utwór.

Przez te wszystkie lata ani razu nie zdradziłem się przed nią jakimś nieostrożnym gestem, choć naprawdę nie było to łatwe. Czasem myślałem, że może jednak warto jej wszystko wyznać, i gdy już-już zamierzałem to zrobić, spoglądałem w lustro i dostrzegałem w nim chudego dryblasa ze szparami między zębami, wyłupiastymi oczyma i odstającymi uszami. Lustrzane odbicie nieodmiennie studziło mój zapał. Myślałem wtedy, że jestem głupi i powinienem się cieszyć, iż taka ładna dziewczyna w ogóle ma ochotę się ze mną przyjaźnić.

Po podstawówce każde z nas poszło do innej szkoły; na dodatek Sławek przeprowadził się do domu, który wybudowali jego rodzice. Nie przeszkodziło nam to jednak w podtrzymywaniu naszej trójstronnej przyjaźni.

Później Ewa rozpoczęła studia, Sławek poszedł do policji, a ja po zawodówce i technikum mechanicznym, które jakimś cudem udało mi się zakończyć zdaną maturą, rozpocząłem chwalebną zasadniczą służbę wojskową. Na dwa tygodnie przed opuszczeniem jednostki, gdy moja chusta rezerwisty byłą już gotowa i kończył się metr krawiecki, od którego odcinałem dni pozostałe do wyjścia (jeden centymetr — jeden dzień), dostałem list od Ewy. Pytała w nim, czy zgodziłbym się być świadkiem na jej ślubie. Oczywiście, miałem na to ochotę jak jasna cholera. Zamierzała się pobrać z niejakim Waldemarem Pycią. Ewa Pycia… Boże, jak to strasznie brzmiało!

Waldemar Pycia studiował medycynę, nosił okulary i był prawie całkiem łysy. Trochę zeszczuplał, ale ja i tak zawsze będę go pamiętał jako grubasa, który leży na podłodze przedszkola, wyjąc wniebogłosy i zalewając się krwawymi smarkami z rozkwaszonego nochala.

4.

Od rana sypał drobny śnieg, świat za oknem wydawał się cichy i spokojny, a ja nie mogłem sobie znaleźć miejsca w mieszkaniu.

Postanowiliśmy z moim wspólnikiem, że w tym tygodniu nasz warsztat będzie nieczynny. Miasto przykryła gruba pierzyna białego puchu, ruch był niewielki, a pomieszczenia wymagały odkładanego przez lata remontu.

Na jedzenie nie miałem ochoty, za to wypiłem chyba ze cztery kawy. Włączałem i wyłączałem telewizor, zaczynałem czytać jakieś artykuły w gazetach, po kilku linijkach zapominając, co było w poprzednim akapicie. Wreszcie, po raz pierwszy od dłuższego czasu, pożałowałem, że mam wolne i nie muszę iść do pracy. Przynajmniej mógłbym zająć myśli czym innym niż wczorajsze spotkanie z Ewą.

*

Gdy wszedłem, nic nie powiedziała, tylko powitała mnie szerokim uśmiechem. Miałem wrażenie, że znów jest tą samą dziewczyną, w której kochałem się na zabój. Szczerze mówiąc, używanie w tym przypadku czasu przeszłego było nie do końca właściwe.

Spojrzałem w kierunku weneckiego lustra. Podejrzewałem, że Sławek wciąż za nim stoi, jednak były to tylko moje domysły. Zamiast powitania powiedziałem:

— Skąd wiedziałaś, że tam jestem? Przecież nie mogłaś mnie zobaczyć…

Uśmiechnęła się tajemniczo i odparła:

— Nie mogło cię tam nie być. W przeciwnym wypadku nie przyprowadziliby mnie tutaj.

— Miałem wrażenie, że patrzysz mi prosto w oczy.

Znów ten sam uśmiech.

— Może tak było? — W jej oczach błysnęły figlarne ogniki. — Wiesz przecież, że ostatnio dużo nad tym pracowałam…

Usiadłem naprzeciw niej. Nie wydawało mi się, żeby to był najlepszy moment na żarty i słowną szermierkę. Popatrzyłem na nią.

— Ewa, co się stało? — Słowa z trudem przechodziły mi przez zaciśnięte gardło. — Dlaczego to zrobiłaś?

Spoważniała na moment, lecz po chwili jej twarz znów rozjaśnił uśmiech.

— To działa, Miras! Gdyby nie ty, wąchałabym teraz kwiatki od spodu, a tak żyję i mam się, jak widzisz, całkiem nieźle. Dziękuję, że powiedziałeś mi o retrowizjach. Na początku myślałam, że to jakaś ściema, lecz w końcu przekonałeś mnie, że jest to możliwe. — Wpadła w słowotok, a ja nie zamierzałem jej przerywać. — W tajemnicy przed tobą spotkałam się z kilkoma ludźmi, którzy podpowiedzieli mi, jak można przejść na drugi poziom. Ty go osiągnąłeś już dawno, więc wiesz, o czym mówię. Wiele razy próbowałam i zawsze bezskutecznie, aż wreszcie nadeszła ta chwila. Prawdopodobnie stało się to w najlepszym z możliwych momentów. Mam nadzieję, że ten skurwysyn smaży się teraz w piekle.

Jej oczy płonęły. Na policzkach wykwitły purpurowe rumieńce. Nawet nie wiem, kiedy chwyciła moją rękę i ścisnęła ją lodowatymi, spoconymi dłońmi.

— Zawdzięczam ci życie i nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłeś — ciągnęła. — Jestem twoją dłużniczką.

— Więc chodzi o retrowizje?

— No pewnie, że tak! Miałam być czwartą ofiarą, jednak gdy tylko spojrzałam w jego oczy, zorientowałam się, co zamierza, i nie mogłam czekać. Szczęśliwy traf sprawił, że złapaliśmy gumę, więc… Chyba rozumiesz, że musiałam to zrobić?

Milczałem.

— To był gwałciciel, sadysta i morderca — znów się odezwała. Tym razem jej głos brzmiał zupełnie inaczej. Był chłodny, beznamiętny i przerażająco spokojny. — Trzy kobiety gryzą teraz glebę i czekają, aż ktoś wreszcie odkryje, kim naprawdę był ten zwyrodnialec. Pomożesz mi ujawnić prawdę światu, prawda?

Wszystko wskazywało na to, że Ewa postradała zmysły. Nie było sensu ciągnąć tej rozmowy.

— Oczywiście, że pomogę — powiedziałem, wstając i próbując uwolnić się od jej uścisku. — Wiesz przecież, że zrobię dla ciebie wszystko.

— Poczekaj, nie idź jeszcze. — To był bardziej rozkaz niż prośba.

Ponownie usiadłem, rzucając niespokojne spojrzenie w stronę lustra. Miałem nadzieję, że Sławek kontroluje całą sytuację.

— Nie widziałam wszystkiego, więc musi ci wystarczyć tyle, ile wiem. Do reszty dojdziesz sam. Może Sławek trochę pomoże…? — Wbiła we mnie pełen nadziei wzrok.

— Na pewno, Ewcia. Na pewno…

— Trzy kobiety, dwie z nich około trzydziestki, jedna o jakieś dziesięć lat młodsza — ciągnęła uspokojona. — Widziałam jakiś drewniany domek pod lasem, może to jest miejscowość wypoczynkowa, bo obok było kilka podobnych budynków. Zakopywał je dość głęboko, chyba na grządkach, nie wiem dokładnie, ale na pewno w pobliżu tego domku. Wcześniej przez tydzień lub dwa zabawiał się z nimi. Dwudziestolatce i jednej ze starszych kobiet odciął głowy, trzeciej rozpłatał brzuch. Tak zginęły po tym, gdy je dręczył całymi dniami…

Umilkła nagle i ze łzami w oczach wpatrywała się w ścianę za moimi plecami. Nagle drgnęła i ponownie spojrzała na mnie.

— Dwudziestolatka chyba nie miała kciuka — odezwała się znów, lecz teraz nie mówiła już z taką pewnością, jak poprzednio. — Zdaje się, że prawego… Tak, na pewno prawego! Przepraszam, że jestem taka niedokładna, ale to trwało naprawdę krótko. Zresztą retrowizje są tak ulotne, że… — Nagle się roześmiała. — I komu ja to mówię? Przecież kto jak kto, ale ty to wiesz o wiele lepiej niż ja.

— Oczywiście. — Miałem nadzieję, że uśmiech, który pojawił się na mojej twarzy, wyglądał choć trochę naturalnie. — No to w takim razie muszę się brać do roboty. Nie ma zbyt wiele czasu… Nie chcemy przecież, żebyś tu tkwiła bez potrzeby, prawda?

 

Ponownie wstałem. Tym razem natychmiast puściła moją dłoń.

— Trzymaj się, Ewcia. Dam znać, jak się czegoś dowiem — zapewniłem fałszywie i ruszyłem w kierunku drzwi.

— Miras… — usłyszałem za plecami — mogę cię o coś zapytać?

Przystanąłem. Po chwili znów patrzyłem w jej wielkie zielone oczy.

— No pewnie, wal! — odrzekłem.

Była zmieszana, niepewna siebie, zupełnie inna niż przed kilkoma sekundami. Wydawało się, że ma wątpliwości, czy naprawdę chce mi zadać swoje pytanie, jednak po chwili usłyszałem:

— Wiem, że to może nie jest najlepsza chwila na tego typu rozmowy, ale… być może nieprędko się zobaczymy…

Stałem, czekając, aż odezwie się ponownie.

— Musisz tu podejść — powiedziała. — To pytanie jest przeznaczone tylko dla twoich uszu.

— Sławek zapewniał, że nikt nas nie będzie podsłuchiwał…

Ewa odwróciła twarz w stronę lustra, znów się uśmiechając.

— Podejdź, Miras. On słucha, skubaniec jeden.

Po chwili byłem obok niej. Skinęła ręką, dając znak, że chce, abym się pochylił. Zrobiłem to, czując, jak włosy jeżą mi się na karku.

— Dlaczego mnie nie chciałeś? — szepnęła.

Wyprostowałem się nagle.

— Co powiedziałaś?

Pokręciła z niezadowoleniem głową.

— Csiii… Nie muszą słyszeć. To jest rozmowa tylko między nami. — Znów przywołała mnie ruchem dłoni.

Byłem bardzo blisko niej i czułem przyjemny zapach jej dezodorantu.

— Nie podobałam ci się? Przecież to niemożliwe, żebyś nie wiedział, jak bardzo chciałam być z tobą… Zawsze byłeś taki… na dystans…

Do tej pory nagła suchość w gardle wydawała mi się wymysłem pisarzy, którzy mają zbyt wybujałą wyobraźnię. Teraz jednak nie potrafiłem przełknąć śliny. Prawie się dusiłem. Wreszcie pomyślałem, że chyba moja przyjaciółka naprawdę oszalała. Przecież to niemożliwe, że…

Spojrzałem jej w oczy. Nie było w nich ani krztyny szaleństwa.

— Tak długo czekałam na ciebie, aż wreszcie straciłam wszelką nadzieję i postanowiłam jakoś ułożyć sobie życie — szeptała. — Powiedz, czego mi brakowało?

To była ta sama Ewa, którą znałem od lat. Wpatrywała się we mnie z niepokojem, bojąc się odpowiedzi. Pokręciłem tylko głową, nie wiedząc, co powiedzieć.

— Pogadamy o tym kiedy indziej — rzekłem. — Muszę sobie to wszystko poukładać, Ewcia. Nie gniewaj się, dobrze?

— No jasne. — Wciąż nie przestawała się uśmiechać. — Teraz są ważniejsze sprawy. Musisz ich przekonać, że jestem niewinna, prawda?

— Tak. Pójdę już.

Wstała i przytuliła mnie mocno. Bardzo mocno.

5.

Zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się głos Sławka:

— Cześć, Miras. Chciałem ci tylko powiedzieć, że sąd zdecydował o areszcie na trzy miesiące. Można się było tego spodziewać, ale… no cóż, to i tak dla mnie wielki szok. Dla ciebie pewnie też, co nie?

— Tak, Sławku. Dzięki za wiadomość.

Przez chwilę milczeliśmy.

— Dobra — powiedział. — Będę kończył, mam masę roboty…

— Sławek…

— Tak?

— Wczoraj, na komendzie… Nie wiem, czy powinienem o to pytać…

— Chyba wiem, o co chodzi — odparł. — Przepraszam cię, stary, ale jak zobaczyłem, że Ewa nie pozwala ci odejść, włączyłem mikrofon. Wiem, obiecałem, że będzie inaczej, ale…

— Bałeś się, czy nie stanie się coś złego?

— Właśnie. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe?

— No pewnie, że nie.

— I tak niczego nie usłyszałem, naprawdę — zapewniał. — Mówiliście zbyt cicho.

— Okej. Dzięki za telefon. Trzymaj się — powiedziałem i odłożyłem słuchawkę, nie czekając na odpowiedź.

Mimo wszystko czułem się trochę oszukany, lecz to uczucie natychmiast zostało przytłumione pytaniem: „Skąd ona mogła wiedzieć, do jasnej cholery?!”.

*

Po rozmowie z Ewą Sławek odprowadził mnie do wyjścia. Zatrzymałem się przed drzwiami i zapytałem:

— Jak to się stało? Możesz mi o tym opowiedzieć?

Zawahał się tylko przez chwilę.

— Pewnie. W sumie to żadna tajemnica… Zresztą pismaki i tak zaraz wszystkiego się dowiedzą i rozdmuchają do granic możliwości. Może wrócimy do mojego pokoju? Korytarz nie jest najlepszym miejscem na tego typu rozmowy…

— Nie, Sławek — zaprotestowałem. — Chcę jak najszybciej wrócić do domu. Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać teraz…

— Dobrze, wobec tego będę się streszczał. Mówiłem ci przez telefon, że Ewa zatłukła faceta. Jan Zakrocki, lat czterdzieści jeden, mieszkaniec Olsztyna. Dwójka dzieci w gimnazjum. Motywów, jak wiesz, nie znamy… W tej sprawie chciała rozmawiać tylko z tobą. A może… — przerwał — może mógłbyś mi coś powiedzieć? Przecież musi być jakieś wytłumaczenie…

— Nie teraz, Sławek. Jeszcze nie teraz. Nie miej mi tego za złe, po prostu na razie jest za wcześnie. Co jeszcze wiadomo?

— Poza przyczynami tego morderstwa, wiemy właściwie wszystko, bo Ewka całe zdarzenie opowiedziała ze szczegółami. Wracała z Zalesia, dokąd pojechała, żeby uporządkować grób rodziców po świętach Bożego Narodzenia. Był wczesny wieczór, uciekł jej autobus, więc stała na przystanku. Właśnie zastanawiała się, czy zamówić taksówkę, czy odwiedzić rodzinę w Zalesiu, gdy tuż obok niej zatrzymał się Zakrocki. Zaproponował podwiezienie do miasta.

— Sam się zatrzymał?

— Tak. Po przejechaniu kilku kilometrów złapali gumę i Zakrocki skręcił w leśną drogę, by bezpiecznie zmienić koło. Nie zdążył. Właśnie odkręcał śruby, gdy Ewka rozwaliła mu głowę łyżką do opon. Mówię ci, masakra! Jak wiesz, pracuję już trochę w policji, ale czegoś takiego nie widziałem…

— Czego mianowicie?

— Nie wiem, co w nią wstąpiło, ale ten facet po prostu… Ona go normalnie pozbawiła głowy. Kawałki czaszki przemieszane były z resztkami mózgu. Wszystko to rozbryzgane na samochodzie i kilkunastu metrach kwadratowych śniegu…

Zamilkł. Było mi niedobrze, lecz trzymałem się dzielnie, starając się nie dać niczego po sobie poznać.

— A ona?

— Jak głaz. Spokojna, opanowana. Chwilę potem zadzwoniła na policję, w skrócie opowiedziała o tym, co się stało, podała dokładną lokalizację i poprosiła o przysłanie radiowozu. Gdy nasi pojawili się na miejscu, stała oparta o samochód Zakrockiego. Nie uwierzysz, ale po prostu się uśmiechała. Zapytana, czy to było w obronie własnej, odparła, że poniekąd tak, lecz stwierdziła też, że nie została napadnięta.

Zapadła cisza. Sławek stał, przypatrując mi się uważnie.

— Rozumiesz coś z tego? — spytał wreszcie.

— Coś mi świta. Jakby co, skontaktuję się z tobą.

Uścisnęliśmy sobie dłonie i już miałem wyjść z budynku, gdy do głowy przyszło mi jeszcze jedno pytanie:

— A ten Zakrocki… był tu przejazdem? Olsztyn jest na drugim końcu Polski…

— No właśnie, badamy ten wątek, bo tu są pewne niejasności. Jego żona była przekonana, że mąż jest na delegacji w Niemczech. Ustaliliśmy, że dzwonił do domu kilkadziesiąt minut przed spotkaniem Ewy, utrzymując, że jest w Monachium i zostanie tam jeszcze co najmniej przez tydzień. Dziwna sprawa…

— Dziwna — przyznałem i wyszedłem.

6.

Gdy przestała być Ewą Pycią, na powrót stając się Ewą Murawską, i po rozwodzie znów zamieszkała w naszym bloku, świat wypiękniał, a wszystko wyglądało o wiele bardziej optymistycznie. Postanowiłem, że drugi raz jej nie stracę.

Jej mama jeszcze wtedy żyła i natychmiast zaskarbiłem sobie sympatię starszej pani, choć w przeszłości różnie między nami bywało. Wiedziałem, jak bardzo Ewa liczy się z jej zdaniem, więc pierwsze punkty zdobyłem bardzo łatwo. Starałem się im jak najwięcej pomagać. Wiadomo, dwie samotne kobiety potrzebują męskiego wsparcia, więc byłem na każde ich skinienie. Oczywiście uważałem, aby nie wyglądało to zbyt podejrzanie — nie miałem przecież zamiaru sprawiać wrażenia, że się narzucam. Wszak bardzo łatwo przekroczyć granicę pomiędzy szczerą, bezinteresowną chęcią pomocy a nieznośnym natręctwem.

Gdy matka Ewy zachorowała, często bywałem u niej w szpitalu, nawet sam. Przywoziłem owoce i książki (wiedziałem przecież doskonale, jakie lubi najbardziej). Wszystko to trwało około dwóch miesięcy. Na pogrzebie szliśmy z Ewą tuż za trumną. Szczerze mówiąc, czułem się dokładnie tak, jak pogrążony w żałobie kochany zięć. I zdawało mi się, że tak też zaczynam być traktowany przez dalszą rodzinę mojej przyjaciółki. Wszystko szło w najlepszym kierunku.

Kiedy została sama, długo nie mogła się otrząsnąć po śmierci matki. Wiedziałem, że musi minąć trochę czasu, więc dyskretnie usunąłem się na bok, by wrócić, gdy tylko będzie mnie potrzebowała. I to być może był mój błąd. Z drugiej jednak strony, nie mogłem przecież przewidzieć, że mojej przyjaciółce aż tak bardzo będzie brakowało matki… Byłem w szoku, gdy dowiedziałem się, że Ewa poważnie zainteresowała się okultyzmem, a zwłaszcza parapsychologią. Bywała na kilku spotkaniach tygodniowo, kupowała dziesiątki książek o tej tematyce i — co najgorsze — nie potrzebowała już mojej pomocy. Poczułem, że znów zaczynam ją tracić.

Znałem Ewę od dzieciństwa i doskonale wiedziałem, że nie zniosłaby, gdybym zaczął wyśmiewać czy kwestionować jej nową pasję. Cóż więc mi pozostało? Mogłem tylko wejść w to po same uszy, a potem spróbować udowodnić, jaki jestem dobry w te klocki.

O retrowizjach usłyszałem w radiu i od razu wiedziałem, że to jest właśnie to, czego szukam. Bywałem z Ewą na tych jej spotkaniach i przypuszczałem, że może to być strzał w dziesiątkę. Jeszcze nie zajmowali się tą kwestią, więc już na starcie miałem ogromną przewagę. Oczywiście absolutnie nie wierzyłem w te bzdury, jednak by zyskać uznanie, musiałem być bardzo przekonujący. Najpierw dotarłem do mojego starego kumpla, który — jak się dowiedziałem — przyjaźnił się z byłym mężem Ewy. Kosztowało mnie to kupę forsy, wydanej na piwo i inne napoje wyskokowe, ale dzięki temu dowiedziałem się o małżeństwie Waldemara i Ewy Pyciów więcej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Potem wystarczyło tylko te informacje odpowiednio dozować, nie zapominając o dodatkowej otoczce i ubarwiając rewelacjami o szczegółach życia innych ludzi, które można poznać dzięki — jak to sam nazwałem — „spojrzeniu wewnętrznemu”.

Ewa znów była moja. Przestała chodzić na spotkania; poświęciła się bez reszty kwestii retrowizji, próbując pójść drogą swojego guru, który potrafił odgadywać ludzką przeszłość. Nie sądziłem, że potrwa to jakoś szczególnie długo. Ewa zawsze charakteryzowała się słomianym zapałem, więc wystarczyło spokojnie poczekać. Najważniejsze było to, że znów byłem dla niej kimś ważnym.

Szło mi świetnie, aż do tego popołudnia, gdy znalazła się w samochodzie Zakrockiego. W tym jednym momencie wszystko się zawaliło, by nie powiedzieć, że totalnie wzięło w łeb…

*

Mijały kolejne dni. Remont w warsztacie się skończył i wreszcie mogłem wrócić do pracy, i zrobiłem to z niekłamaną przyjemnością. Próbowałem zapomnieć o tym wszystkim, ale — co chyba oczywiste — z bardzo miernym skutkiem. Ciążyło mi, że to przeze mnie Ewa ogląda teraz świat zza kratek, no ale któż mógł przypuszczać, że aż tak bardzo weźmie sobie do serca durnoty, którymi ją karmiłem. Na to, że siedziała w pierdlu, nie mogłem nic poradzić, ale mogłem przynajmniej (dla spokoju sumienia) spełnić swoją obietnicę, że spróbuję coś dla niej zrobić. Od naszego spotkania nie kiwnąłem nawet palcem. Fakt, może zwariowała, ale przecież wciąż była moją przyjaciółką i — przede wszystkim — najdroższą mi osobą na świecie.

Zadzwoniłem do Sławka i poprosiłem, żeby mi pokazał miejsce zbrodni. Nie pytał, dlaczego chcę je zobaczyć. Po prostu się zgodził i następnego dnia znaleźliśmy się na tej leśnej dróżce.

— Nic nie zobaczysz, Miras — powiedział, wysiadając z auta. — Od tamtej pory minęło sporo czasu i śnieg już kilka razy porządnie sypał, więc to na nic. Zresztą nie sądzę, aby nasi ludzie pominęli cokolwiek.

Miał rację. Pokręciłem się chwilę tu i tam, brnąc po kolana w śniegu. Plątała mi się pod czaszką myśl, że może jednak Zakrocki ją zaatakował, a ona po prostu tego nie pamiętała — ludzie przecież różnie reagują w skrajnych sytuacjach. Ta hipoteza niemal natychmiast wydała mi się jednak całkowicie nieprawdopodobna. To miejsce było zbyt blisko ruchliwej drogi, z której byliśmy widoczni jak na dłoni. Gdyby planował napad, z pewnością odjechałby dalej w las, tym bardziej że wtedy nie było jeszcze ciemno, o czym wcześniej zapewnił mnie Sławek.

 

— Wiesz… — usłyszałem nagle własne słowa — zdaje się, że to wszystko moja wina…

Nie mogłem się już wycofać. Opowiedziałem mu całą historię mojej retrowizyjnej manipulacji i wszystko, co przekazała mi Ewa. Mówiąc to, stałem w białym puchu, z pewnością mając pod butami, gdzieś tam poniżej grubej warstwy śniegu, nieuprzątnięte resztki Zakrockiego. Jedyne, co zachowałem dla siebie, to słowa, które powiedziała mi, gdy kończyliśmy naszą rozmowę.

Czułem się jak najgorsza kanalia, Sławek przez całą drogę powrotną nie odezwał się do mnie ani słowem, lecz mimo tego było mi lżej.

Odwiozłem go pod dom. Początkowo sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar od razu wysiąść, lecz się rozmyślił. Wreszcie powiedział:

— Miras, skłamałbym, mówiąc, że pochwalam twoje postępowanie wobec Ewki, ale… — Poruszył się niespokojnie w fotelu. — …ale to jest jedna strona medalu. Druga jest taka, że nikt nie mógł tego przewidzieć. Kto mógłby się spodziewać po niej… po kimkolwiek… czegoś takiego? Nie jesteś przecież jasnowidzem, prawda?

W odpowiedzi skinąłem tylko głową. Przebiegło mi przez myśl, że to, co się stało kiedyś w przedszkolu, nie wzięło się z niczego. Może był to zbyt daleko idący wniosek. Zresztą Sławek przecież nie widział tamtego zajścia.

Wysiadł i zatrzasnął drzwi, by po chwili otworzyć je znowu.

— Nikomu nie powiem tego, czego się od ciebie dowiedziałem. Możesz być pewien…

— Dzięki.

— …ale postaram się, żeby Ewę przebadali najlepsi biegli psychiatrzy. Tyle tylko mogę zrobić.

Zatrzasnął ponownie drzwi, a ja miałem wrażenie, że tym jednym ruchem zamknął również okres naszej przyjaźni, która miała się przecież nigdy nie skończyć.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?