Stella Maris

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Stella Maris
Stella Maris
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Stella Maris
Stella Maris
Audiobook
Czyta Ewa Sobczak
24,99  17,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Stanisław Goszczurny

Stella Maris

Saga

Stella Maris

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 1989, 2021 Stanisław Goszczurny i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728023501

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

I
1

Była zdenerwowana. Wiedziała, że jest na dole i musi się natknąć na niego. Wolałaby go nie spotkać, zwłaszcza teraz, ale nie było sposobu, aby się wymknąć tak, by jej nie zauważył. Bała się jego przenikliwego spojrzenia, pytań, władczego głosu, podejrzliwości, której nie ukrywał. Potrafił być brutalny, a wtedy dochodziło do ostrych starć. Przez moment pomyślała, że może lepiej zostać w pokoju. Przeczekać, może gdzieś wyjdzie, a wówczas ona będzie mogła bez przeszkód wyjechać. Ale zaraz przypomniał się jej tamten natarczywy, zły głos nakazujący, aby przybyła już, natychmiast, bo...

Przejechała grzebieniem po włosach, rzuciła okiem na swoją twarz w lustrze, przeciągnęła dłońmi po sukience. Była zdecydowana. Złapała jeszcze małą torebkę na pasku i szybko wyszła z pokoju. Zbiegając po schodach starała się być swobodna, nawet spróbowała lekko się uśmiechać.

Nie myliła się. Był w hallu. Siedział w pobliżu szeroko otwartych drzwi w głębokim, pokrytym skórą fotelu i przeglądał od niechcenia jakiś magazyn. Odłożył go na jej widok i podniósł się, zastępując drogę. Gdy chciała go ominąć, szybko chwycił ją za nadgarstek.

— Wychodzisz? — głos miał spokojny, łagodny, jakby trochę senny.

— Jak widzisz — odparła, starając się zachować swobodę.

— Późno, zaraz będzie ciemno.

— Nie jadę do lasu, nie boję się ciemności — roześmiała się sztucznie.

Z jego twarzy zniknęła senność. Oczy zrobiły się ostre, złe, dłoń na jej przegubie zacisnęła się mocniej.

— Puść, boli — zaprotestowała. Nie zwrócił na to uwagi.

— Dokąd idziesz?

— Mam swoje sprawy — podniosła głos, patrząc mu zaczepnie w oczy.

— Jakie?

— Nie muszę ci o wszystkich mówić.

— Owszem, musisz.

— Puść mnie! —już niemal krzyczała. — Puść, boli! — usiłowała się wyrwać.

Nie zważając na protesty, przyciągnął ją do siebie, aż zetknęli się piersiami. Drugą ręką chwycił za włosy na karku i trzymając silnie, mówił jej prosto w twarz.

— Nie masz żadnych innych swoich spraw! Tu są twoje sprawy, tu, słyszysz? Nigdzie nie pójdziesz, będziesz przy nim i przy mnie. Słyszysz, mała suczko?

Ktoś patrzący z boku mógłby pomyśleć, że jest świadkiem miłej sceny między dwojgiem zakochanych. On trzymał ją za rękę i włosy, ona tuliła się do niego, dotykali się niemal twarzami. Tylko różnica wieku między nimi mogłaby trochę zdziwić postronnego obserwatora.

Pamela była zgrabna, niezbyt wysoka, opalona i wysportowana. Wyglądała jak jego córka i mogła nią być. Miała dwadzieścia sześć lat. Jasne, puszyste, niefarbowane włosy silnie kontrastowały z przybrązowioną przez słońce twarzą. Ubrana była w sportową sukienkę, dość krótką, do połowy kolan, ukazującą muskularne, ale smukłe nogi. Niemal nie miała makijażu, co dodawało jej świeżości i sprawiało, że wyglądała jak ktoś, kto nie dba przesadnie o siebie, bo i tak wie, że zwróci uwagę.

Mężczyzna był od niej dużo starszy, dobrze po pięćdziesiątce. Jednak w jasnej koszuli z krótkimi rękawami, białych, drelichowych spodniach i miękkich, skórzanych butach sprawiał wrażenie młodszego. Od jasnego stroju odcinała się jego czarna, mocno już przetykana srebrem czupryna. Cerę miał ciemną, krzaczaste, całkiem czarne brwi. Był typowym okazem Lewantyńczyka albo mieszkańca południowych stanów, w których od pokoleń mieszała się krew hiszpańska, meksykańska, indiańska i białych przybyszów z Irlandii lub Niemiec. Był dość szczupły, spod krótkich rękawów koszuli wyglądały muskularne, owłosione ramiona.

Szarpnęła się. Ręką, w której trzymała torebkę, uderzyła go w piersi, usiłując się wyrwać. Twarz miała wykrzywioną ze złości.

— Puść! Nie masz prawa tak do mnie mówić! Nie jestem niewolnicą ani twoją, ani jego!

— Jesteś. Wiesz dobrze, że jesteś. — Roześmiał się, wykrzywiając usta w złym grymasie. — Od pierwszego dnia wiedziałaś, po co jesteś w moim domu.

— To ty prosiłeś! — podniosła głos do granic histerycznego krzyku. — Ty błagałeś, żebym ratowała Joego! Ty żebrałeś, żebym była przy nim i przy tobie. Ty, ty, ty!

Poprowadził ją w bok, nie zwalniając chwytu. Cisnął ją niemal na fotel i pochyliwszy się, powiedział wolno:

— Siadaj, uspokój się. I nie krzycz, bo nic ci nie pomoże.

Jednym, silnym ruchem ciała wyrwała się z jego rąk. Jednak w chwili, gdy rzuciła się w stronę drzwi, zdążył jeszcze chwycić ją za ramiona. Obrócił do siebie, ścisnął mocno i niespodziewanie zamknął jej usta pocałunkiem. Wiła się i szarpała, ale trzymał silnie i całował długo, aż do utraty tchu. Odsunął wreszcie dziewczynę od siebie i nie wypuszczając z ramion, powiedział łagodniej:

— Przecież wszystko wiesz. Raz na zawsze ustaliliśmy. Czy mam ci tysiąc razy powtarzać, kim jesteś dla Joego i ... dla mnie?

— Dla niego pielęgniarką, a dla ciebie kochanką, tak?

— Nie mów tak. Jesteś nam obu potrzebna.

— Tobie jestem potrzebna. Żeby cię wyręczyć w opiece nad tym półtrupem.

— Nie mów tak! — oczy znów zabłysły mu złowrogo. — Joe to twój mąż, a mój syn!

— Joe to wrak. Jest skończony i dobrze o tym wiesz. Chcesz, żebym go ratowała, ale jego nikt i nic nie uratuje.

— Potrzebna mu życzliwość. Potrzebny ktoś, kto go będzie chronił... Jak ty i ja...

— Ale ty jeszcze chcesz ze mną...

— Przestań, Pam — jego głos złagodniał, zadźwięczała w nim nuta udręki. — Czy nie widzisz, jak bardzo mnie to wszystko boli? Jak bardzo jesteś mi potrzebna?

— Tobie? — teraz jawnie drwiła. — Jesteś starym, rozpustnym kozłem. Masz dosyć dolarów, żeby sobie kupić każdą dziewczynę. Zostaw mnie w spokoju.

— Więc załóżmy, że kupiłem ciebie — odparł cynicznie.

— Nie. Zapamiętaj sobie: mnie nie kupiłeś. Wyżebrałeś, żebym wyszła za Joego, bo mówiłeś, że tylko ja mogę go uratować. I co? Jemu nic nie pomaga, on nikogo nie potrzebuje. A ty co robisz? Kupiłeś żonę dla syna, a sam chcesz z nią... Och, ty! — odskoczyła, bo znów ją chciał pocałować. Zaraz też krzyknęła z bólu, bo jego dłoń z rozmachem trzasnęła ją w policzek.

— Dosyć! — krzyknął wściekły. — Wracaj do pokoju. Porozmawiamy, gdy się uspokoisz. Znajdę sposób, żeby to wszystko rozwiązać.

— Nie! Nie zatrzymasz mnie! — także krzyczała na cały głos. — Pójdę i nie wrócę do tego przeklętego domu! Nie wrócę ani do Joego, ani do ciebie! Puść! — ostatni okrzyk wydała w chwili, gdy znów chwycił ją z całych sił i potrząsnął tak mocno, że głowa zachwiała się jej w przód i w tył.

Z bocznych drzwi wyszedł czarnoskóry służący. Zatrzymał się niepewnie, widząc szamoczącą się parę. Mężczyzna dojrzał go, spojrzał wściekły, ale puścił Pamelę i zapytał starając się opanować gniew:

— Czego chcesz?

— Telefon.

— Idź do diabła. Powiedz, że mnie nie ma.

— Ale to mister Hood, mówi że sprawa bardzo pilna...

— Ach tak, dobrze, już idę, no, nie stercz tak, wynoś się! — Poprawił dłonią włosy, cofnął się o krok i powiedział:

— Radzę ci zostań. Proszę...

— Nie — odparła hardo. — Gdybyś na początku prosił, to bym została, ale teraz...

— Dobrze. Idź, jeśli chcesz. Ale pamiętaj, możesz pożałować.

— Od dawna żałuję. Wszystkiego.

Już szedł w stronę drzwi, ale jeszcze się zatrzymał i dodał spokojniej:

— Pam, nie rób głupstw. Zresztą porozmawiamy, jak wrócisz.

— Jesteś pewien, że wrócę?

Zawahał się przez moment, ale zaraz poszedł do telefonu. A Pamela poprawiła sukienkę, potrząsnęła głową, żeby uporządkować włosy i wyszła z domu. Było już ciemno. Na podjeździe stał sportowy kabriolet. Wsiadła, uruchomiła silnik i ruszyła, aż żwir wytrysnął spod kół. Nie wiedziała, że w ciemnym prostokącie okna na pierwszym piętrze stał długowłosy, przygarbiony młody mężczyzna i patrzył przed siebie szklanym wzrokiem.

2

Jechała ostro, biorąc zakręty z piskiem opon. Była zdenerwowana tak, że nie mogła zebrać myśli. Jeszcze czuła jego dłoń na swoim policzku, słyszała wściekły głos, widziała zwężone oczy. Chciało jej się krzyczeć ze złości i płakać z upokorzenia. A równocześnie wiedziała, że jest bezsilna. Z trudem panowała nad sobą, zdawała sobie sprawę, że jadąc w tym stanie może stracić kontrolę nad samochodem.

Idiotko, idiotko, idiotko — powtarzała w duchu. Dobrze wiedziała, że sama wpakowała się w tę sytuację bez wyjścia. Dziś nie umiałaby powiedzieć, co było powodem, że się zgodziła. Czy miała dość życia na małej farmie, ze zgorzkniałymi rodzicami nieustannie narzekającymi na los, który poskąpił im sukcesu i sprawił, że wylądowali u tego bogatego mieszańca, który czasem przyjeżdżał tu, żeby odpocząc od zgiełku świata biznesu i pojeździć konno? Czy sprawiło to współczucie dla tego człowieka, który prosił, a nawet błagał o ratunek dla swojego wykolejonego syna? Czy może litość nad młodym, niespełna trzydziestoletnim mężczyzną, który chwilami przypominał bezwolny łachman, wór kości obciągniętych pożółkłą skórą i był zupełnie bezradny, cichy i spokojny, jakby nieobecny? A może pieniądze, blask życia w eleganckim świecie, w którym nie pachniało końmi jak u rodziców pracujących na cudzej farmie, nie piekło bezlitosne słońce, a w czasie upału piło się chłodnego drinka i pływało w basenie o zielonkawej wodzie łagodnie otulającej ciało?

 

I jeszcze on... Właśnie wyszła z basenu, gdy czarnoskóry Ben poprosił ją do telefonu. Ujęła słuchawkę, wyciskając drugą ręką wodę z włosów.

— Pamela, słucham — powiedziała i zdrętwiała. Usłyszała głos, który sprawił, że wszystko to, co zostało za nią, nagle znów wróciło.

— Tu Ed, pamiętasz mnie chyba?

— Tak, naturalnie — bąkała niepewnie. — Gdzie jesteś? Jak mnie odnalazłeś?

— Przecież to nietrudne, wiadomo gdzie jesteś — głos był chłodny, obcy.

— Czego chcesz? — mimo woli także przybrała oschły ton.

— Muszę cię zobaczyć.

— To niemożliwe.

— Ależ możliwe, kotku. Musisz się ze mną spotkać. — Rozzłościł ją ten ton.

— Niczego nie muszę. Dobrze wiesz. I nie dzwoń...

— Zaraz, zaraz, Pam, nie złość się — głos złagodniał. — Nie odkładaj słuchawki, bo możesz pożałować.

— Grozisz mi? O co ci chodzi.

— O nic. Tylko muszę się z tobą zobaczyć.

— Po co?

— Powiem, jak się zobaczymy.

— Nie zobaczymy się, już ci mówiłam.

— Ależ tak, zobaczymy się — głos mężczyzny znów zabrzmiał twardo. — Chyba, że chcesz żebym przypomniał komu trzeba twoje kursy z towarem dla mnie i moich przyjaciół? Co, chcesz?

— To było dawno, nikt ci nie uwierzy.

— Nie tak dawno. I uwierzą. O takich sprawach nie zapominają, a wiesz, co za to robią? Nawet jeśli ktoś był tylko przewoźnikiem... No, Pam, czemu się upierasz, czy trzeba żebym ci to wszystko przypominał?

— Jesteś podły.

— Kiedyś mówiłaś, że jestem kochany.

— Bzdura, to było dawno.

— Rok to nie tak dawno. A więc?

— Czego chcesz?

— Mówiłem. Musimy się zobaczyć. Potrzebuję cię.

— Nic z tego, Ed. Dobrze wiesz, że wszystko dawno się skończyło. Żyjemy teraz na innych planetach.

— Dobrze, dobrze, źle mnie zrozumiałaś. Potrzebuję twojej pomocy. A ty, jako moja stara przyjaciółka — nie odmówisz, prawda? Chyba, że chcesz...

— Więc?

— Przyjedź do baru ,,Ramona”. Wiesz gdzie to?

— Wiem.

— W porządku. Będę tam czekał, jak się ściemni. Tylko nie każ mi długo czekać, nie lubię tego. Pamiętaj...

Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, usłyszała trzask odkładanej słuchawki. Stała jeszcze przez chwilę blada, wystraszona tą rozmową, aż w końcu położyła słuchawkę i bezwiednie poszła do swego pokoju, zostawiając na podłodze mokre ślady.

Teraz jechała z nerwami napiętymi do ostateczności. Spodziewała się, że rozmowa z dawnym przyjacielem nie będzie miła. A starcie z teściem dodatkowo ją rozstroiło. Chwilami odnosiła wrażenie, jakby cały świat, który od niedawna sobie zbudowała, walił się nagle w gruzy i zewsząd groziło jej niebezpieczeństwo.

W ostatniej chwili wyminęła wielkiego chevroleta, którego kierowca zatrąbił ze złością, że mu zajechała drogę. Skręciła w prawo, pozostawiła za sobą ostatnie wille eleganckiej dzielnicy i poczęła się wspinać na wzgórze poza miastem. Tu już było spokojniej, ale za to droga zwęziła się i Pamela musiała bardziej uważać. Mijała teraz stojące pod palmami małe domki, czasem mignął neon przydrożnego baru, dobiegły dźwięki głośnej muzyki. Po prawej rozciągał się bajeczny widok na Nowy Orlean rozjarzony światłami, gorący mimo wieczoru i początku jesieni, wypełniony ludzkim gwarem i duszącymi zapachami, z obskurnymi dzielnicami pełnymi kolorowych ludzi zajętych najróżniejszymi ciemnymi interesami i dzieciakami o wielkich oczach bawiącymi się przy krawężnikach ulic. Dalej widać było paciorki świateł wzdłuż nowoczesnych arterii i wreszcie port niby drugie miasto, oświetlony, pełen ruchu przez całą dobę, pobrzmiewający rykiem okrętowych syren. Od wielkiej zatoki szedł łagodny podmuch niosący wytchnienie po upalnym dniu. Światełka startujących i podchodzących do lądowania odrzutowców przesuwały się wśród nieruchomych, jasnych gwiazd.

Zajechała już, opanowawszy się nieco, na mały parking przed barem, którego czerwony, natarczywie mrugający neon wabił spragnionych piwa, whisky i jazgotliwej muzyki. Wyłączyła silnik i trwała przez dłuższą chwilę nieruchomo, zastanawiając się, czy wysiąść. Zdecydowała się wreszcie i sięgnęła do klamki, gdy wtem jakiś cień wyłonił się z mroku i usłyszała niezbyt głośno powiedziane słowa:

— Nie wysiadaj. — Mężczyzna otworzył drzwiczki z drugiej strony, zajął miejsce koło niej i rozkazał: — Jedź!

— Dokąd?

— Prosto. Ruszaj wreszcie.

Posłuchała bez słowa. Wytoczyła samochód z parkingu i pojechała przed siebie szczytem wzgórza. Domów było coraz mniej, także bary zostawili poza sobą. Kątem oka spoglądała na siedzącego obok mężczyznę. Było niezbyt ciemno, więc widziała ostro zarysowany profil, długie, opadające na ramiona włosy, ciemny, kilkudniowy zarost. Poczuła też od niego zapach potu i pomyślała, że powinien się wykąpać przed tym spotkaniem.

— Długo mam tak jechać? — spytała.

— Tu skręć i zatrzymaj się — nakazał. Posłusznie skręciła i zatrzymała wóz na niewielkim placyku. Był to punkt widokowy na szczycie wzgórza. Roztaczał się stąd wspaniały widok na całe miasto, zatokę i dalekie, biegnące aż po horyzont morze. Od strony drogi osłaniał ich niski żywopłot. Gdy wyłączyła silnik, usłyszała koncert cykad, a z dołu dotarł nieco mdlący zapach róż i jakichś jeszcze kwiatów, których nie umiałaby nazwać. Odwróciła twarz ku mężczyźnie i spytała:

— No więc?

— Nie witasz mnie zbyt serdecznie — odparł z lekkim uśmiechem.

— Nie spotkaliśmy się chyba dla okazywania sobie serdecznych uczuć?

— Czemu nie? Kiedyś tak było, zapomniałaś?

— Było, minęło, nie ma o czym mówić. O co chodzi, mam mało czasu.

— Ja też. Ale spokojnie, nie denerwuj się, kotku.

— Nie mów tak do mnie.

Niespodziewanie objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Stawiła silny opór, ale nie zdołała wyrwać się z uścisku.

— Zostaw — syknęła. — Zostaw, bo będę krzyczeć.

— Tu cię nikt nie usłyszy. Zresztą o co chodzi? Siedź spokojnie, nic ci nie zrobię. Chcę, żebyśmy wyglądali jak para na randce.

Popatrzyła mu z bliska w twarz. W półmroku widziała, że jest mizerny, oczy mu zapadły, a zarost sprawiał, że wyglądał jak ascetyczny mnich. Biodrem wyczuła, że pod koszulą ma zatknięty za pasek spodni rewolwer. Siedziała sztywno i czekała, co nastąpi.

— Dobra — powiedział wreszcie. — Nie będę owijał w bawełnę. Potrzebuję twojej pomocy.

— Cóż ja mogę dla ciebie zrobić? — wzruszyła ramionami. — Jeżeli coś narozrabiałeś, wpadłeś, szukają cię, to co ja mogę?...

— Tak, wpadłem — odparł twardo. — Powiem ci, bo znasz te sprawy jeszcze z czasów, kiedy nie byłaś... — przełknął słowo, które cisnęło mu się na usta, a ona przeczekała to w milczeniu. — No dobra. Nakryli nas. Zrobili obławę i wpadliśmy. Dwóch naszych padło, paru zwinęli, a mnie udało się zmyć.

— Rozpoznali cię?

— Nie wiem. Ale na miejscu zostały też dwie gliny.

— Ty zabiłeś.

— Może ja, może nie, wszyscy strzelali. W każdym razie szukają mnie, mają rysopis, a kto wie, czy ktoś z przymkniętych nie wysypał nazwiska. Zresztą to nie ma znaczenia. Jak nie gliny, to nasi mnie dopadną. Skoro udało mi się zwiać, mogą myśleć, że ja naprowadziłem policję. Sama wiesz, jak to jest.

— Nie wiem, mnie nie ściga policja, do nikogo nie strzelałam...

— Dobra, nie mówmy o tym. Muszę stąd zniknąć. I to szybko. Możliwie najdalej. Na Północ albo na wschodnie wybrzeże. Albo jeszcze lepiej za ocean...

— To czemu tego nie robisz?

— To nie takie proste. Poszukują mnie. Jestem bez kontaktów. I nie mam forsy...

— Ach, o to chodzi...

Nagle zza żywopłotu wytrysnęła smuga jaskrawego światła. Jakiś wóz zboczył z drogi i zajechał obok nich. Mężczyzna spojrzał i błyskawicznie chwycił Pamelę w ramiona. Przytulił do siebie, zaczął całować pochylając się nisko, nad kierownicę. Zaskoczona dziewczyna zaczęła się szarpać, ale przygniótł ją z taką siłą, że aż jęknęła i zaprzestała oporu.

Wóz policyjny podjechał blisko, omiótł ich reflektorami i na moment się zatrzymał. Jeden z policjantów patrzył na całującą się parę, drugi, ten który prowadził samochód, uśmiechnął się i powiedział:

— Napatrz się, Frank, jak wrócisz do domu, przerobisz to ze swoją Mary.

— Daj spokój — obruszył się ten nazwany Frankiem. — Jedź, niech się kochają.

Wóz policyjny wykręcił, potem wytoczył się poza żywopłot i po chwili odjechał zboczem w dół. Wtedy mężczyzna puścił Pamelę. Wciągnęła głęboko powietrze i potarła ramię, które przycisnął jej do kierownicy.

— Skorzystałeś z okazji — powiedziała ze złością. Odsunęła się, a on dopiero teraz zdjął dłoń z kolby rewolweru. Dostrzegła to i jeszcze bardziej się rozzłościła. — Oszalałeś? Myślisz, że to by coś pomogło?

— Wszystko jedno — odparł z determinacją. — Nie dam się zapudłować na 99 lat. Wolę, żeby mnie przedziurawili.

— Ale że mnie także narażasz, to nie pomyślałeś?

— Nic się przecież nie stało — wzruszył ramionami. — Masz papierosa?

Podała mu paczkę, wziął jednego, resztę schował do kieszeni. Wyciągnęła rękę i poczęstował ją, ale pozostałe ponownie schował. Nic nie powiedziała, tylko podała mu ogień, zapaliła sama, a on wyjął jej z dłoni zapalniczkę i także schował.

— Nie masz kompletnie nic? — spytała.

— Nieważne — wzruszył ramionami. — Muszę się stąd jak najprędzej wydostać. Ty mi pomożesz.

Pogrzebała w torebce, wyjęła kilka dolarów i podała mu. Przyjął, przeliczył pobieżnie.

— Niewiele tego — usprawiedliwiła się — ale nie mam więcej. Nigdy nie noszę dużo pieniędzy.

— Przyniesiesz jeszcze — zabrzmiało to jak rozkaz.

— Już się nie zobaczymy — odpowiedziała.

— Zobaczymy się, kotku.

— Nie mów do mnie kotku — żachnęła się. — Nie znoszę tego.

— Kiedyś lubiłaś.

— Nie wracaj do tego, co było. Już mówiłam.

— Pam — przybrał teraz ton perswazji — pomożesz mi, wiem, że pomożesz, bo mnie kochasz.

— Zwariowałeś?

— Nie. Wiem, że tak jest. Wyszłaś za tę szmatę dla forsy i żeby się wyrwać z farmy. Ale nie mogłaś zapomnieć. I ja nie zapomniałem...

— Nie ma powrotu, Ed — głos jej zmiękł. — Stało się. Pójdę dalej tą drogą. Bez ciebie.

— Nie, Pam. Potrzebuję cię. Nie tylko twojej forsy, ale także ciebie.

— O czym ty mówisz?

— Wyjedziemy stąd. Razem. Weźmiesz jeszcze od nich, ile będziesz mogła, chociaż tyle, żeby nam starczyło na drogę. I wyjedziemy razem. Do San Francisco, Nowego Jorku, Bostonu albo za ocean — wszystko jedno, byle najdalej stąd i razem.

— Nie łudź się, Ed. Nigdzie z tobą nie wyjadę. Zawsze byłeś marzycielem.

— Ty za to zawsze twardo chodziłaś po ziemi.

— Tak. I dlatego nigdzie z tobą nie pojadę. Nie chcę być z kimś, kogo nieustannie ścigają. Nie chcę życia w spelunkach, z bandziorami, narkomanami, alkoholikami. Jesteśmy już w innych światach, nie rozumiesz?

— Posłuchaj, Pam — pochylił się, mówił zduszonym szeptem, jakby się bał, że ktoś ich usłyszy, choć wokół panowała cisza i spokój. — Zrobisz tak. Teraz wrócisz do tego twojego pałacu. Jutro weźmiesz forsę. Tyle, ile masz. A jak masz mało, to weź od starego. On ci niczego nie odmówi, prawda? Wieczorem przyjedziesz tu. Na to samo miejsce. Nie do baru, ale wprost tu. To wszystko.

— A potem? — zapytała podejrzliwie.

— Nie myśl dziś, co będzie potem. Zobaczymy.

— Nie, Ed. Nigdzie z tobą nie ucieknę.

— W porządku. Masz czas do namysłu. Do jutra. Ale pamiętaj, jeśli się nie zjawisz, będę bezlitosny. Byłaś w tym wszystkim, mogę to udowodnić i nie będę cię oszczędzał. Nie zostawię cię z nimi. Za dużo dla mnie znaczysz.

 

— I dlatego mnie szantażujesz? Straszysz, że oddasz policji?

— Walczę o ciebie. To wszystko.

— A jeśli jutro nie przyjadę?

— Już mówiłem. Pojutrze dzwonię do glin.

Siedziała przez dłuższą chwilę w milczeniu. Potem nie patrząc na niego, powiedziała spokojnie, ale z taką nienawiścią, że przeszedł go dreszcz:

— Jesteś wstrętny. Ohydny szantażysta. Zimny skurwysyn.

— Jesteśmy warci siebie, kotku.

— Nie mów tak, do cholery — krzyknęła.

— No dobra — roześmiał się. — A więc wszystko jasne. Jedź.

— Dokąd?

— Podwieź mnie do portu. Tam łatwo się schować. No ruszaj, bo te gliny się tu kręcą i mogą się nami bliżej zainteresować.

— Jadąc zaciskała mocno na kierownicy rozdygotane dłonie.

Chwilami przychodziło jej do głowy, że wystarczy jeden ruch, a wóz stoczy się w przepaść. Może zdążyłaby wyskoczyć. Ale nie miała odwagi tego zrobić. Wyprowadziła samochód koło baru na szerszą drogę, potem okrążyła centrum miasta i w końcu dotarła do portu. Tu kazał jej jechać długim nabrzeżem aż do rejonu, w którym nie było ruchu, panował tu półmrok i tylko gdzieniegdzie stały przy kei stare, opuszczone statki. W pewnym miejscu kazał jej się zatrzymać.

— Tu się pożegnamy — szybko pochylił się i nim zdążyła zrobić unik, pocałował ją. — Nie złość się, Pam — powiedział niefrasobliwie. — Zobaczysz, wszystko będzie okay. Tylko nie nawal. Szkoda by cię było. — Nim zdążyła odpowiedzieć, otworzył drzwiczki i zniknął w mroku za wielkim, ciemnym magazynem. Zawróciła z impetem i odjechała na pełnym gazie.