Odsłony Cata

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


SPIS TREŚCI

Od Wydawcy Zbigniew Gluza

Dekada londyńska Stanisław Cat-Mackiewicz

Dekada warszawska Stanisław Cat-Mackiewicz

Boje Stanisława Mackiewicza Rafał Habielski

Oko Cata Ewa Kwiecińska

Zdjęcia

Nota edytorska Natalia Ambroziak

Archiwum Emigracji w Toruniu

Archiwum Instytutu Literackiego w Paryżu

Archiwum Ośrodka KARTA w Warszawie

Przypisy

Od Wydawcy Zbigniew Gluza

Przedstawiamy świadectwo paradoksalne, trudne do porównywania z innymi – dokument, którego wcześniej nie było, zebrany z setek drobniejszych zapisów. To w istocie dziennik z dwóch dekad powojennych, jednak nie pisany, nie pomyślany nawet w takiej roli. Wybitny polski publicysta XX wieku, a zarazem niespełniony polityk – mimo poprowadzenia przez rok emigracyjnego Rządu RP, składa osobisty raport w czasie, gdy Europa została już podzielona, a Polska rozbita na zamkniętą i w diasporze. Pierwszoplanowa postać II RP, przekraczając linię „żelaznej kurtyny”, wyjaśnia, co z obu stron zostało z Rzeczpospolitej.

Jedyną wykorzystaną przez nas formą są listy Stanisława Cata-Mackiewicza. W całości nie były dotąd dostępne, a i obecnie nie ma ich w jednym miejscu. Kolekcja osobista Cata trafiła do Archiwum Ośrodka KARTA w 2016 roku, dzięki jego wnukowi, Piotrowi Niemczykowi – ta decyzja uruchomiła naszą pracę, stanowiąc podstawę „dziennika”. Zasadniczy okazał się też partnerski udział w przedsięwzięciu Archiwum Emigracji w Toruniu i Archiwum Instytutu Literackiego w Paryżu – korespondencja z redakcjami londyńskich „Wiadomości” i paryskiej „Kultury” wyznacza niejako główną linię powojennej aktywności Mackiewicza.

Główny ciąg zapisów osobistych tworzy korespondencja Cata z Michałem K. Pawlikowskim, mieszkającym w Kalifornii, byłym współpracownikiem i wiernym przyjacielem. Z intensywnej, obustronnej wymiany listów dokonaliśmy wyboru jednostronnego, skoro celem jest indywidualny autoportret. Pawlikowski staje tu jednak w roli kluczowego medium; za sprawą jego istnienia, ale i jego bliskiego Catowi słowa, ten „wileński Żubr” otwiera się w niezwykły sposób. Potrzeba utrzymania kontaktu przez ocean zdaje się uruchamiać niedostępne zwykle pokłady szczerości. Jak gdyby odrzucenie konwenansów, odsłonięcie się – miało utrzymać więź. W sumie prowadzi to do odarcia życia z pozorów.

Pawlikowski, już po śmierci Mackiewicza, napisał w „Kulturze” (1967): „Nawet po upływie pięćdziesięciu lat i po śmierci wszystkich wspomnianych w nich ludzi nie znalazłby się wydawca, który by się zgodził ogłosić te listy w całości: nie mówiąc o wyrazach niecenzuralnych i kawałach nieprzyzwoitych, czy może być mowa o ogłaszaniu listów, w których szanownym i poważanym ludziom wymyśla się od durniów i kanalii”. I plugawe słowa, i rzucane lekko pomówienia są jednak niezbędną składową tego autoobrazu. Nie zdobyliśmy się na ich usunięcie, choć mogą ranić uczucia czytelników. Tak czy inaczej, to nie jest lektura dla niedojrzałych.

Przygotowując się do tworzenia biografii bliskiego sobie człowieka, Cat pisał: „Potrzebny mi jest materiał cały. […] Strona intymna także – nie dlatego, aby bawić się w plotkarstwo, ale – by tłumaczyć, względnie samemu zrozumieć, epoki nastrojowe w jego życiu”. Bez przywołania stanów nastrojowych Mackiewicza z obu jego korespondencyjnych dekad – londyńskiej (1946–56) i warszawskiej (1956–66), nie sposób by go było potraktować jako przewodnika po tych dzisiaj trudnych do pojęcia czasach. A staje się – również dzięki własnemu obnażeniu – narratorem klasy największych.

Wynikające ze stanu jego umysłu i ciała, opinie Cata – nierzadko aroganckie i niesprawiedliwe – mogą rodzić skrajną niechęć. Przedmiotowe traktowanie kobiet, często sprowadzanych do roli służebnej wobec męskich potrzeb; złośliwe lekceważenie przeciwników politycznych; bezlitosne potępianie postaw i dzieł sobie obcych – zdają się nieusuwalnym elementem przedstawionej opowieści. Obecnie, gdy żyją już nieliczni jej bohaterowie, staje się możliwe, dzięki tej pisarskiej bezkompromisowości, uważniejsze przyjrzenie się tamtej epoce, bez zwykłych fasadowych zafałszowań. To konieczna lekcja dla dzisiejszej, dzielonej politycznie Polski.

Gdy Mackiewicz uznaje siebie na emigracji za „jedynego publicystę myślącego” i gdy dodaje, że „nie pamięta, aby przyznał rację krytykowi”, można to uznać za przejaw bufonady. Opinie te jednak wyrastają z nieprzesadzonego raczej obrazu mentalnej zapaści polskiej emigracji politycznej, która w następstwie polityki Zachodu wyraźnie brnęła w nierzeczywistość. Już w Peerelu Cat pisze: „Na emigracji jest upiorzysko i ja byłem upiorem razem z upiorami, teraz przyjechałem do ludzi żywych, ale sam zostałem upiorem, zjawiskiem z tamtego świata”. Ci peerelowscy „żywi ludzie” mieli mu niebawem nieźle dopiec, dając spektakularny dowód, jaką odsłoną Polski jest ta konformistyczna, zamarła w „małej stabilizacji”.

Sam Mackiewicz w kraju ostatecznie się nie poddał. Jego postawa w kontekście podpisanego w 1964 roku odważnego Listu 34 – w obronie kultury, niszczonej przez totalitarną propagandę – wystawia mu wysokie świadectwo. Ten poważnie chory, ledwie chodzący o dwóch kulach człowiek potrafił oprzeć się komunistycznej władzy, choć ta próbowała go nawet wtrącić do więzienia. Odszedł w 1966 roku, wprawdzie nie jako męczennik, lecz jako ktoś, dla kogo polska niepodległość jest nie tyle celem, co nieprzerwanym stanem własnego istnienia.

Bez dotknięcia powojennej „epoki nastrojowej” Cata, nie można by pojąć tej wyjątkowej osobowości. W jego platonicznej miłości do Hrabianki Renaty da się zobaczyć symbol wierności światu, który mu odebrano. Ten monarchista, apologeta Kresów i szlachty litewskiej, arystokracji herbowej z Radziwiłłami na czele, zwolennik przewrotu majowego, miłośnik Piłsudskiego, a przeciwnik faszyzujących sanacji i endecji, patriota Wilna i polskich tam gniazd rodzinnych – niósł swym życiem Polskę samoistną. W wymiarze autokreacji jego świadectwo zdaje się ponadczasowe.

Listopad 2020 Zbigniew Gluza

Dekada londyńska Stanisław Cat-Mackiewicz

Do Mieczysława Grydzewskiego, redaktora naczelnego londyńskich „Wiadomości”:

Ucieszyłem się bardzo z listu, który dzisiaj od Pana otrzymałem, że „Wiadomości” znowu wychodzą. W swojej książce o emigracji, o której Pan wie, poświęcam „Wiadomościom” rozdział duży i solidny.

Pańska uprzejma propozycja, którą sobie nader, jak zawsze, cenię, przypomina mi anegdotę dla dobrych Niemców: „Proszę Pana o rękę Pańskiej córki” – mówi elegancki jegomość. „Da kommt überhaupt nich in Frage, oder ganze Mädel, oder nichts”1 – odpowiada ten.

Jeśli Pan obieca, że nie będzie usiłował mi poprawiać stylu, języka, gramatyki, składni, rusycyzmów i prowincjonalizmów – służę. Jeśli Pan nie obiecuje – szkoda gadać.

W wypadku przewidzianym pod numerem pierwszym wysłałbym Panu rozdział z Dostojewskiego, zawierający charakterystyki pisarzy rosyjskich z 1846 roku (literatura rosyjska przed stu laty), w tym między innymi charakterystykę Niekrasowa i Turgieniewa oraz łączący się z tym opis wykonywania wyroku na Dostojewskim na placu Siemionowskim. Trzeba by było oczywiście zaznaczyć, że to są rozdziały z książki, która wyjdzie po angielsku nakładem firmy „Orbis”.

Rząd Jedności Narodowej wydał dekret, że wszyscy, którzy brali udział w opracowaniu konstytucji faszystowskiej 1935 roku, podlegają karze śmierci. Dotyczy to z Pańskich znajomych mnie, ponieważ byłem sekretarzem tej komisji, oraz pana [Stefana] Mękarskiego. Czy nie ma Pan fotografii pana Mękarskiego? Chciałbym umieścić ją w swoich Latach nadziei2, ewentualnie w czarnych ramkach.

W wypadku, gdyby Pan nie uważał za możliwe zamieszczenia mego artykułu bez poprawek językowych, proszę mi na ten list nie odpowiadać, gdyż i tak za jakieś dwa tygodnie spotkamy się w British Museum, ponieważ kończę swą książkę. Natomiast chciałem Pana prosić o łaskawe ogłoszenie zapowiedzi o moich Latach nadziei.

Serdecznie dłoń Pańską ściskam. Stanisław Mackiewicz (reakcjonista)

20 marca 1946

Do żony, Wandy z Krahelskich Mackiewiczowej:

Przesyłam przy niniejszym paczkę, z której najwięcej się chyba ucieszysz: 90 papierosów3 tego typu, który lubiłaś. [...]

Co kilka nocy budzę się i męczę z powodu Basi4. Wasze wiadomości wcale nie są pocieszające. Tutaj można Jej tylko zaszkodzić. Nie przysyłajcie mi rad, żebym zrobił to lub owo, bo naprawdę o niczym innym prócz Basi nie myślę. Niczego w ogóle nie można porównać z katuszami, które znosi.

 

[...] Myślałem przez pewien czas, że będzie konflikt. Dzisiaj widzę, że pokój zabezpieczony jest na lat dwadzieścia.

[...]

Jeśli moja pomoc jest tak mała, to nie dlatego, bym nie chciał lub na Was oszczędzał. Jestem sam w bardzo ciężkich warunkach. Od dwóch godzin telefonuję wszędzie, by pożyczyć na dzisiejszy obiad – tak oczywiście nie jest co dzień, ale w każdym razie nigdy, nawet w pierwszym roku naszego małżeństwa, nie byłem w takiej nędzy, jak obecnie. Inni ludzie zajmują się tutaj szmuglem, a jeśli chodzi o kobiety, to wyciągają od mężczyzn, co mogą. Taka Ewa, siostra Dagny, ma dwóch panów, którzy ją jawnie utrzymują, a inni pomagają. Piszę to nie dla szerzenia plotek, lecz dla wytłumaczenia się przed Tobą, dlaczego Ewa posyła do domu więcej ode mnie. Jestem nadal bardzo głośny itd. itd., ale moja sytuacja materialna jak najgorzej na tym wychodzi.

[...]

Jeśli nie umrę, jakieś paczki wysyłać będę. Chciałbym jednak wiedzieć, ile Ci trzeba, aby wyżyć z Rysiem [synem Barbary] i Bronką miesięcznie.

Zdrowie moje jest znakomite, tylko osiwiałem.

30 maja 1946

Do Józefa Czapskiego, malarza, eseisty, szefa paryskiego Biura Informacji II Korpusu:

Dostałem dziś list z Rzymu od jakiegoś nieznanego mi dziennikarza, który, powołując się na recenzję o mojej książce Lata nadziei w „Orle Białym”, prosi, abym ją przysłał na teren II Korpusu, ponieważ jej tam nie ma.

Ponieważ Światpol5 nabył u mnie 400 egzemplarzy Lat nadziei dla II Korpusu, więc zapytałem się Światpolu, co to znaczy. Światpol odesłał mnie do Pana, jako do osoby miarodajnej, wskazując jednocześnie Pański adres. Cieszę się więc, że osobą miarodajną w tej sprawie jest ktoś, do kogo mogę zwrócić się nie tylko oficjalnie, ale i prywatnie, jako do starego znajomego.

[...] Nie czytałem jeszcze recenzji w „Orle Białym”, ale z tonu listu, który w tej sprawie dostałem, wnioskuję, że chodzi tu o jakąś napaść nikczemną. Tym więcej zależy mi na tym, aby żołnierze II Korpusu, wśród których dużo jest wilnian, pamiętających mnie z kraju, wiedzieli o tym, co ja piszę, nie z takich recenzji, lecz bezpośrednio z mojej książki. Sądzę, że uzna Pan tę pretensję za uzasadnioną.

7 czerwca 1946

Do Józefa Czapskiego:

Wierzę teraz, że moje książki dojdą do żołnierzy wileńskich, tak potwornie dotąd okłamywanych. Światpol wypłacił mi tutaj całą kwotę. Sprzedawajcie je więc jak najtaniej. [...] Czy widział Pan słowa tak zasłużonego uznania pod Pańskim adresem w mojej książce?

28 czerwca 1946

Do żony Wandy:

Dostałem od Ciebie list z 22 czerwca zupełnie rozpaczliwy. Nie ma w nim ani słowa o paczce, którą wysłałem 31 maja przez Zosię, a która zawierała między innymi 95 papierosów amerykańskich. [...]

Jak widzisz, robię, co mogę, i bardzo mi jest ciężko, że to wszystko jest niewystarczające, czy raczej nie działa dostatecznie sprawnie i zmusza Cię do takich strasznych kłopotań. Mam nadzieję, że w chwili, kiedy ten list dostaniesz, będziesz miała te sprawy załatwione. Proszę Cię jednak bardzo, napisz albo zatelegrafuj do mnie zaraz na mój własny adres lub Karola [Zbyszewskiego], tylko boję się, że ten może nie przekazać. [...]

Fotografię Rysia, którą mi przysłałaś dla Basi Józiowej6, na razie zatrzymuję, póki innej dla siebie nie otrzymam. Buciki dla Ciebie przyślę przez Myszkę [córkę Antoniego Krahelskiego, brata Wandy]. Chcę Ci także przesłać materiał na kolejne obstalowanie, już także na wyprawkę dla dziecka Ali [córki]. Czekam z niecierpliwością listu, że coś wreszcie do Ciebie doszło.

25 lipca 1946

Do żony Wandy:

Otrzymałem Twój adres przez Alę, [...] napisała do mnie mądry i taktowny list, tak się cieszę, że z niej wyrosła taka mądra kobieta. Wiesz już zapewne, że żadnego synka nie mam, nie rozumiem, jaka swołocz wymyśla tak idiotyczne wiadomości. Mam nadzieję, że nie będziesz dodawała do mego życia cierpień i boleści, podając się o unieważnienie ślubu, i wycofasz wszystko, jeśli coś zrobiłaś w tym kierunku, i w listach do mnie nie będziesz już o tym wspominać.

Jak Ci już pisałem, chcę się zająć [...] handlem, aby móc Ci wydatnie w przyszłości pomagać, wierzaj mi, że dotychczas byłem w wielkiej biedzie. [...] Przepraszam, że po kilka razy w listach piszę to samo, ale chcę, aby rzeczy najważniejsze do Ciebie doszły.

Nie odpowiedziałaś mi, co oznaczał Twój frazes, który mnie tak przygnębił: „Nie rozpytuj się o Basię, bo ludzie ją ogadują”. Napisz mi, co o niej gadają, muszę to wiedzieć. Najgorzej jest nie wiedzieć o plotkach.

Dziękuję Ci bardzo za Twoją fotografię, bardzo ładnie na niej wyglądasz, nic się nie zmieniłaś, czego nie można o mnie powiedzieć, bo ja bardzo się postarzałem. Mam nadzieję, nie tylko nadzieję, że uda mi się w przyszłości zmienić tryb życia i odzyskać równowagę finansową, a wtedy będę Ci pomagał, abyś mogła odpocząć po tych strasznych latach, które przeżyłaś.

Cieszyłem się bardzo z Twoich dłuższych listów, które dostałem, cieszę się nadal z nich.

13 września 1946

Do córki, Aleksandry Szabuniewicz:

Teraz już listy przychodzą tu z Polski w ciągu trzech dni. Niepokoi więc mnie bardzo, czemu od Mamy nie otrzymuję ani słówka, żadnej wiadomości, czy doszła paczuszka wysłana przez Jagienkę (było tam między innymi 50 papierosów tego gatunku, który lubi etc.). Nie odpowiedziała mi także na list z opłatkiem wysłany na Boże Narodzenie. Czy nie mogłabyś mi zaraz choć słówko odpisać, co to znaczy? [...]

Dostałem Twój długi list, który mnie, jak zawsze, bardzo rozczulił i rozrzewnił. Uważam to istotnie za bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, że Wasza córeczka Wam się tak podoba. Właśnie miałem do Ciebie wysłać list z radami, jakie imię dać dziecku, gdy dostałem wiadomość, że jest Teresa, co mi się bardzo podoba. Czy to będzie jednak [Maria] Teresa Hiszpańska [królowa Francji, pierwsza żona Ludwika XIV], czy Mała Tereska [Święta Teresa od Dzieciątka Jezus], a może Teresa–Teresa na cześć obu patronek? Jak będzie się nazywała pieszczotliwie?

Dziękuję Ci bardzo za dobre słowa zwrócone do mnie. Bardzo ich potrzebuję. [...]

W tej dziurze londyńskiej nic nie ma, ale już napisałem do Paryża, aby Ci wysłali: pamiętniki [Galeazzo] Ciano, pamiętniki [Leona] Noëla (o Polsce, bardzo ciekawe, znajdziesz tam między innymi bliskiego Twojego znajomego), pamiętniki [André] François-Ponceta (bardzo głupie, ale świetnie napisane) i jeszcze książkę niejakiego [Raymonda] Cartiera o wynikach historycznych procesu w Norymberdze. [...]

Dzisiaj są Wandzi urodziny. Ja jestem dzisiaj wyjątkowo smutny, tak że wybacz mi ten list melancholijny. Cieszę się strasznie z Twego szczęścia i strasznie jestem wdzięczny Zbyszkowi [Szabuniewiczowi, zięciowi] za to, że widać z Twoich listów, jaka jesteś szczęśliwa, mimo trudnych warunków życia.

[...] Z Józiem [bratem] stosunki znowu doskonałe. Całuję Cię strasznie, strasznie serdecznie.

29 stycznia 1947

Do córki Aleksandry:

Winszuję Ci serdecznie urodzin i ciągle myślę o okolicznościach, które towarzyszyły temu faktowi. [...]

Pisałaś mi kilka razy o pracy magisterskiej, ale nigdy o tym, że tematem jej jest Iwo Odrowąż. W tej sprawie na pewno się mylisz, bo mnie to bardzo interesuje i zapamiętałbym to sobie na pewno. Czy nie masz jakiegoś duplikatu swego rękopisu, czy nie mogłabyś mi przysłać? Bardzo mnie to interesuje.

Wczoraj przywieziono mego Dostojewskiego7, ale jeszcze nie ubrano go w żakiety, to jest papierowe okładki z portretem. Wydany jest bardzo ładnie. Wyślę go zaraz Wandzi, jak tylko będzie miał żakiet, może go przeczyta po angielsku i Tobie także, choć tym żargonem nie mówisz.

[...] Musimy mówić o pieniądzach. Bardzo chciałbym spełnić wobec Was swoje obowiązki, a zwłaszcza utrzymywać Rysia, ale mam niezapłacone mieszkanie i niezapłacony dług 19 funtów, na który skazany jestem sądownie. Jestem w zupełnie rozpaczliwej sytuacji finansowej. Przysłać Wam absolutnie nic nie mogę. Natomiast oddaję Wam swoje zarobki w Polsce, jeśli takowe będą [...]. Otóż nie chciałbym, aby Dostojewski wydany był przez „Czytelnika”. Niech będzie wydany przez kogokolwiek, tylko nie przez tę firmę. Poza tym piszę teraz gdzieś, o czym wie Olo [Aleksander Bocheński], i uprosiłem, aby Wam oddawał moje zarobki. Ma to pozostać jednak w największej tajemnicy.

Czy jednak z tych moich u Ola zarobków nie warto byłoby wydać Dostojewskiego, a potem dopiero zarobek z Dostojewskiego Wam przeznaczyć? Czy byłoby to praktyczne, czy – na odwrót – bardzo niepraktyczne? Niestety nie wiem, czy Ty jesteś praktyczna handlowo, a nie mam zaufania do praktyczności handlowej byłych ziemian, to jest i Wandzi, i Ola – i nie wiem, w czyje ręce złożyć decyzję. Nie wiem zresztą, jak się układają Twoje stosunki z Olem. Czy uważa się za przyjaciela całej mojej rodziny, czy nie.

Wydanie Dostojewskiego, gdyby dało profit, byłoby bardzo przyjemne, boję się jednak narazić na to swoich pieniędzy od Ola, bo one są dla Was przeznaczone, poza tym byłoby ich za mało. Czy za honorarium za dziesięć artykułów można wydać książkę? Przed wojną honorarium za dziesięć artykułów w dodatku literackim wynosiło 500 złotych, a druk książki najwyżej jakieś 700. Ale nie wiem, jak dzisiaj stoi ta proporcja cen.

Poproś bardzo Wandzię, aby mi napisała, która z moich pięciu książek podobała się jej najwięcej.

Jestem dziś zupełnie bez pieniędzy, ani dla siebie, ani dla swego pisma8, ale jakiś spokojny i pogodny.

6 lutego 1947

Do córki Aleksandry:

Droga Aluś. Co się dzieje? Miesiąc temu wysłałem do Ciebie list błagalny, żebyś mi odpisała, dlaczego od Wandzi nie mam żadnej wiadomości [...]. W międzyczasie otrzymałem od niej list z 19 grudnia [...], ale od Ciebie ani słowa. Inni wymieniają korespondencję z krajem w ciągu tygodnia. Wiem, że na święta był u Was zjazd rodzinny, że była Mama, Myszka i Laluś [Antoni Krahelski]. Czemu do mnie nie piszecie?

Czy dostałaś książki?

19 lutego 1947

Do Aleksandra Bocheńskiego, posła grupy „Dziś i Jutro”, publicysty:

Adzia [Adolfa Marię Bocheńskiego] uważam za największego i właściwie jedynego poważnego bohatera tej wojny. Mam do Jego pamięci nie szacunek, lecz kult. Może właśnie dlatego nic po Jego śmierci o nim nie napisałem. Ale projektuję wydanie specjalnego numeru z Jego wielkim portretem i Jego pamięci poświęconego. [...]

W jednym z ostatnich artykułów wypowiedziałem wyraźnie swe stanowisko, dlaczego chcę wracać do Polski. [...] Chcę wracać zarówno z przyczyn politycznych, jak osobistych. Aby jednak zamiar ten zrealizować, muszę wiedzieć: 1) czy nie zamkną mnie do więzienia i 2) czy nie umrę z głodu. Oczekuję od Ciebie odpowiedzi na te pytania.

Oczekuję właściwie dwóch listów od Ciebie. Pierwszego, który by mówił, co Ty zasadniczo mi radzisz i czy gotów jesteś sprawę moją zbadać, i drugiego, ewentualnego, że sprawę zbadałeś – podpadam pod amnestię i nie będą mnie turbować po przyjeździe.

Wiesz, że najgorszymi mymi nieprzyjaciółmi są [Stanisław] Mikołajczyk, niejaki [Arkadiusz] Bożek, [Stanisław] Kot i całe to towarzystwo, które oskarża mnie o rozmowę w Libourne9, która się tak Adziowi podobała. Ale rozmowa w Libourne była skierowana przeciw Anglii i miała miejsce wtedy, gdy Rosja udziału w wojnie nie brała.

W każdym razie nie chcę wracać do kraju dla siedzenia w więzieniu, bo nie zależy mi na tym ani ze względów osobistych, ani politycznych. Jeśli więc napiszesz, że to mi grozi, to się swego zamiaru wyrzeknę.

Co do umierania z głodu, to mogę przyjechać jako przedstawiciel jakiegoś przedsiębiorstwa angielskiego i zająć się handlem. Słyszałem, że Wasza grupa założyła dziennik. Może mógłbym objąć w nim posadę administratora, na pewno będę lepiej gospodarował niż u mnie Luboński10, bo się tego w Anglii na swoich wydawnictwach dobrze nauczyłem. Może mógłbym założyć spółkę wydawniczą à la „Rój” [Melchiora] Wańkowicza, może – tego nie wiem, lecz Ty wiesz o tym – mógłbym założyć tygodnik. Oczywiście sądzę, że to ostatnie przedsięwzięcie, jako deficytowe, mogłoby być tylko połączone z którymś z poprzednich.

Czy handlowa reprezentacja firmy eksportowej angielskiej, wysyłającej na przykład buty dla rolników, jest dzisiaj w Polsce możliwa czy nie?

 

Wybaczysz, że się z tymi pytaniami do Ciebie zwracam i bez Twojej na to zgody los swój poniekąd w Twe ręce składam. Powtarzam więc, oczekuję od Ciebie dwóch listów, jednego natychmiastowo, bo rozumiesz, jak mi zależy na tym, aby plany me miały jakiś kierunek, i drugiego, ewentualnego, w razie jeśli pierwszy przyniesie wiadomość, iż nie uważasz, że natychmiast po przyjeździe do kraju mam iść do mamra.

21 kwietnia 1947

Do żony Wandy:

Pojutrze są Twoje imieniny, składam Ci najserdeczniejsze życzenia, a nawet tak szczęśliwie się składa, że mogę Cię powiadomić, że dostaniesz ode mnie maleńki prezent imieninowy w postaci jakichś dwudziestu, czy może więcej, papierosów amerykańskich [...].

Znajduję się teraz w wielkiej kolizji moralnej. Chciałbym zachować się przyzwoicie, ale nie wiem, na czym polega mój obowiązek. Pierwszy raz w życiu jestem w sytuacji, że tego zdecydować nie potrafię.

Przykro mi jest Wandziu, że tak rzadko piszesz do mnie. W ciągu pół roku dostałem tylko dwa Twoje listy.

Podobno Basia na jesieni ma wrócić, czy Ty w to wierzysz?

Żyję stale w nastroju nabożeństwa żałobnego, w nastroju panichidy11, bardzo jest mi z tym ciężko. No ale Ty swoich kłopotów masz zapewne dość, więc nie powinienem pisać smutnych listów. [...]

Wandziu, jak to się dzieje, że uparcie do Was nie dochodzą moje książki, które wysyłałem już trzy razy? Raz, przez panią Zofię, wysłałem wszystkie cztery. Teraz przez panią Wandę wysłałem znów cztery, a Ina [Seweryna Orłosiowa, siostra] i Laluś piszą tylko o dwóch. Co się z tamtymi dwoma stało? Zapytaj się pani Wandy. Jak również nie wiem dotychczas, czy Ci oddała te dwadzieścia papierosów. Czy dostałaś rękopis Dostojewskiego? Która z moich książek podobała Ci się, a która nie podobała? Bardzo mnie będzie interesować Twoje szczere zdanie.

21 czerwca 1947

Do Aleksandra Bocheńskiego:

Chętnie bym odegrał w Polsce tę samą rolę, którą „Czas”12 odegrał po powstaniach. Przestrzegłbym Polaków przed dalszymi lasami, spiskami, konspiracjami, a zwłaszcza angażowaniem się w kombinacje amerykańskie. Rolę tę mogę spełnić dopiero wtedy, jeśli w kołach, dla których mój głos ma pewne znaczenie, zachowam swój prestiż moralny, który – ośmielę się powiedzieć – jest tu na emigracji dość duży.

Gdybym zaczął pisać, że jeśli Amerykanie będą w Moskwie, to my w Warszawie powinniśmy urządzać powstanie odsieczowe – to by nikt nie uwierzył i w najlepszym razie uważano by mnie za błazna.

Jeśli reżim uważa, że da sobie radę z wywiadem amerykańskim w drodze represji policyjnych, to już jest jego, reżimu, rzecz i sprawa.

Bardzo chętnie przyjadę do Polski, albo dla działalności quasi-politycznej w zakresie, który Ci wyłuszczam, albo dla spędzenia reszty życia w kraju, z tym oczywiście, że mnie zaraz po przyjeździe nie zaaresztują. Żadnego pokajania ogłaszać nigdy nie będę.

Ręczę Ci za jedno słowem honoru: to, co piszę, nie jest żadnym wallenrodyzmem.

Co do książki o Adziu, o której ciągle myślę, to chciałbym ją także napisać nie jako książkę o tezach politycznych, lecz jako książkę o człowieku, o odwadze cywilnej, o bohaterstwie człowieka13. Jeśli Dostojewski szukał człowieka-ideału, to moja książka szukałaby człowieka-bohatera, którym Adzio był niewątpliwie. Miał wszystkie składniki bohatera.

Moja książka o Dostojewskim ma jakieś 200 stronic czy 300, ale materiałów do niej studiowałem na jakichś dwóch milionach stronic. Oczywiście nie mogę mieć tyle materiałów o Adziu, ale jedno, co wiem: nie będę pisał tandety i nie przystąpię do tej książki, póki mi nie odpowiesz, czy się podejmiesz cały materiał mi zebrać. W nagrodę – gdybyś tego sobie życzył – mogę się pisemnie zobowiązać, że nie wydam książki w ciągu lat dziesięciu, gdyby Ci nie odpowiadała. To ostatnie zdanie piszę tym śmielej, że jestem przekonany, że taka ewentualność nie będzie miała miejsca.

Potrzebny mi jest materiał cały, nawet szkolne wypracowania Adzia, jeśli się zachowały. Strona intymna także – nie dlatego, aby bawić się w plotkarstwo, ale dlatego, by tłumaczyć, względnie samemu zrozumieć, epoki nastrojowe w jego życiu.

29 czerwca 1947

Do żony Wandy:

Cóż za straszne nieszczęście z naszą córeczką14! [...] Swoją drogą Wandziu, mam do Ciebie wielki żal, że mi nie wysłałaś depeszy i w ogóle do tej chwili żadnej wiadomości od Ciebie nie mam. Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na takie zapomnienie o mnie w takiej chwili. Wiadomość sama w sobie jest tak ciężka, że otrzymanie jej od osób obcych jest jej niepotrzebnym obciążeniem.

Przykro mi także strasznie Wandziu, że nie mogłem Ci pomagać przez te kilka ostatnich miesięcy, wierzaj mi, że absolutnie nie mogłem, ale teraz postawię się na głowie, żeby Ci pomóc. [...] Według moich obliczeń w roku zeszłym wysłałem Ci dwa razy więcej, niż tego zażądałaś, niestety nie mogę teraz nawet marzyć, abym mógł mieć takie pieniądze, ale jednak zrobię, co będę mógł, aby całkowicie pokrywać wszystkie wydatki na Rysia i na Tereskę. Napisz mi, ile Ci trzeba, aby mieszkać razem z Alą, a ja Ci odpiszę, czy będę mógł wysyłać połowę, całość czy ćwierć tej sumy. Wybacz, że piszę tak dużo o pieniądzach, ale wobec tej strasznej wiadomości chciałbym jak najbardziej ze swej strony Wam coś pomóc. Może będziesz teraz pisywać do mnie częściej i dawać mi znać, jak biedna, najdroższa Ala zniosła swoje nieszczęście. W każdym razie, proszę o odpowiedź na ten list. Powinnaś być teraz jak najbardziej spokojna i opanowana, aby Ali dać pomoc dojścia do równowagi nerwowej. Mam nadzieję, że weźmiesz się w ręce, jak w ciężkich momentach potrafisz zrobić.

Czemu nie odpowiadacie na moje pytania? Dotychczas nie wiem, czy Wanda oddała Ci papierosy i cztery książki. Ina pisała o dwóch książkach, podczas gdy Wanda miała Wam oddać cztery książki.

Jedyną moją ulgą jest teraz myśl, że potrafisz rozumnie i spokojnie pocieszyć biedną Alę, żeby się nie załamała nerwowo [...]. Trzy razy dziennie przynoszą tu pocztę, będę więc czekał twego listu z godziny na godzinę. Teraz komunikacja jest bardzo szybka.

20 lipca 1947

Do żony Wandy:

Dziś znowu nie było listu od Ciebie. Mam o to do Ciebie jak największy żal. Niczym sobie nie zasłużyłem na to, aby o mnie zapominać w chwilach rodzinnych nieszczęść i dowiadywać się o śmierci męża Ali od pana Sz.

[...]

Żal mi strasznie nie tylko nieszczęśliwej Ali, ale także Ciebie, kochana i droga Wandziu, wiem, że nie tylko odczujesz strasznie nieszczęście Ali, ale sama będziesz wpędzona przez to w nowe kłopoty i ciężary. [...]

Przyślij mi fotografię tego biednego Zbyszka. Boże, jak mi przykro, że go nie znałem.

Jak przyjdziesz do siebie i będziesz mogła pisać, to napisz mi, która książka z czterech najwięcej Ci się podobała, a która najmniej.

21 lipca 1947

Do Aleksandra Bocheńskiego:

Co do mego powrotu, to chce mi się wracać coraz bardziej i w miarę marazmu emigracyjnego coraz mniej mam powodu do pozostawania za granicą.

Jednak nie mogę podpisać oświadczenia, że nie będę dziennikarzem. Rozumiesz, że człowiek nie wyrzeka się tak łatwo zawodu, w którym odniósł pewne sukcesy. Mogę się go wyrzec na rok, ale takie zobowiązanie obowiązywałoby rebus hic stantibus15, a jak rozumiem, rzeczy mają tendencję do petryfikacji.

Gdybyś naprawdę chciał mnie sprowadzić do Polski, powinieneś tu przyjechać, aby ze mną to omówić szczegółowo. Pisał do mnie Twój przyjaciel Dom [Dominik Horodyński]. On, zdaje się, tu będzie. Czy nie uważasz za rozsądne, abym ostateczną decyzję odłożył do widzenia się z nim? Zrobię tak, ale tylko wtedy, jeśli Ty mi odpiszesz, że radzisz mi tak zrobić.

21 lipca 1947

Do Aleksandra Bocheńskiego:

„Kochany Aleksandrze! Pytasz mnie, dlaczego powracam do kraju i jak można ten mój powrót pogodzić ze wszystkim, co tu podczas wojny i po wojnie mówiłem i pisałem? To samo pytanie, jak mi piszesz, stawiają sobie liczni Polacy, którzy znają moje nazwisko, także odpowiedź moją podaję w formie listu otwartego, dla użytku każdego, kto by się tą sprawą interesował.

Zaprzestaję mojej działalności dziennikarskiej dlatego, że po pierwsze, nie widzę warunków realizacji mych poglądów politycznych, po drugie zaś dlatego, że moje artykuły mogą być wyzyskane przez wywiady anglosaskie dla ewentualnych prób uzbrojenia na nowo podziemia antysowieckiego w Polsce i wywołania ruchawki. Wszelkie zaś występy antysowieckie uważam w tej chwili za największe zło, które należy raczej zwalczać, nie zaś popierać.

W kraju nie mam zamiaru oddawać się na stałe zajęciom publicystycznym, lecz chcę pracować w innym zawodzie.

Sądzę, że proste i jasne to wyjaśnienie zamknie usta wszystkim tym, którzy by chcieli opacznie komentować mój powrót, i przyczyni się do ustalenia opinii polskiej w dobie dzisiejszej. Łączę serdeczny uścisk dłoni”.

W tej chwili dopiero spłodziłem ten tekst, popraw go, zmień treściowo jak najmniej, stylowo jak chcesz, i odeślij. Gdybyś wymyślił coś lepszego, daj inny projekt, wtedy pójdę z tym, gdzie należy, i sprawę załatwię.

[25 lipca 1947]