Morderstwa w Kingfisher HillTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

The Killings at Kingfisher Hill

Projekt okładki

RICHARD L. AQUAN

Fotografie na okładce

© lunatyk.art/Alamy Stock Photo

© kzww/Shutterstock

© VolodymyrSanych/Shutterstock

Koordynacja projektu

PATRYK MŁYNEK

Redakcja

JACEK RING

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM – Radosław Fiedosichin

The Killings at Kingfisher Hill copyright © 2020 Agatha Christie Limited.

All rights reserved.

AGATHA CHRISTIE®, POIROT® and the Agatha Christie signature are registered trademarks of Agatha Christie Limited in the UK and elsewhere.

All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-271-6080-5

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

1. Nocne zgromadzenie

2. Niebezpieczne miejsce

3. List Richarda Devonporta

4. Zaginiona lista

5. Niedorzeczne wyznanie

6. Rodzina Devonportów

7. Wyznania przy kolacji

8. Linia czasu

9. Małe szare komórki

10. Helen Acton

11. Zwłoki w Little Key

12. Irytujące pytanka

13. Ciotka Hester

14. Poirot sporządza listę

15. Nowe wyznanie

16. Mały klucz, wielkie drzwi

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Tę książkę dedykuję Helen A., mojej przyjaciółce,

która podobnie jak ja przepada za twórczością Agathy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1

Nocne zgromadzenie

Ta opowieść wcale nie rozpoczyna się w nocy, ale za dziesięć druga po południu 22 lutego 1931 roku. Wtedy miały swój początek dziwne wydarzenia. A zaczęło się od tego, że Herkules Poirot i inspektor Edward Catchpool (przyjaciel detektywa, a zarazem człowiek, który opowiada niniejszą historię) stali wraz z trzydziestoma nieznajomymi w rozproszonej grupie – choć nie było tu tłumu ani ścisku, wszyscy zgodnie byśmy stwierdzili, że i tak jest to zebranie – w Londynie na Buckingham Palace Road.

Wspomniana już grupa złożona z mężczyzn, kobiet i jednego dziecka (niemowlę trzymane na rękach przez matkę było zawinięte w tobołek, wskutek czego przypominało małą mumię) miała wkrótce wyruszyć w podróż, która wydawała mi się dziwna i niezrozumiała, zanim jeszcze zorientowałem się, że będzie to w istocie nadzwyczajne wydarzenie.

Zebraliśmy się obok autobusu, który miał nas zabrać z Londynu do słynnej posiadłości Kingfisher Hill niedaleko Haslemere w hrabstwie Surrey. Wiele osób twierdzi, że jest to miejsce, w którym można podziwiać niezwykłe wprost piękno przyrody. Choć wszyscy przybyli na długo przed planowanym odjazdem, nikomu nie pozwolono wsiąść do autobusu. Staliśmy więc na zewnątrz i drżeliśmy z zimna, które dodatkowo wzmagała lutowa wilgoć. Tupaliśmy nogami i chuchaliśmy w odziane w rękawiczki dłonie, żeby choć trochę się rozgrzać.

Do zmierzchu było jeszcze daleko, ale w taki zimowy dzień już od świtu brakuje światła, a później wcale nie jest lepiej.

W autobusie znajdowało się trzydzieści miejsc siedzących. W sumie wszystkich nas było trzydzieścioro dwoje, wliczając kierowcę i otulone ciepłym ubraniem niemowlę trzymane w mocnym uścisku przez matkę, a także całą resztę naszej grupy. Pasażerowie, wśród których znalazł się też przedstawiciel przewoźnika, mieli zająć miejsca po obu stronach przejścia.

Gdy tak stałem obok Poirota, trzęsąc się z zimna, pomyślałem, że mam więcej wspólnego ze zmarzniętym niemowlęciem niż z jakimkolwiek innym uczestnikiem wyprawy. Trzydzieścioro osób z naszej grupy wiedziało, po co wybiera się we wspomniane wcześniej miejsce. Poirot również miał to szczęście. Kierowca autobusu też doskonale zdawał sobie sprawę, po co tam jest: w ten sposób zarabiał na życie, a to wyjątkowo dobry motyw do wszelkiego działania.

Spośród nas wszystkich tylko niemowlę i ja nie mieliśmy zielonego pojęcia, po co mamy wsiąść do jaskrawego autokaru, z nas dwojga zaś jedynie ja dostrzegałem w tym problem. Wiedziałem tylko, dokąd zmierzamy: punktem docelowym była prywatna wiejska posiadłość Kingfisher Hill, zajmująca obszar ponad trzystu pięćdziesięciu hektarów. Na terenie majątku znajdował się klub golfowy, dwa korty tenisowe oraz basen zaprojektowany i zbudowany przez słynnego architekta sir Victora Marklew. Wieść głosiła, że przez okrągły rok w basenie była ciepła woda.

Wiejska posiadłość w ustronnym porośniętym drzewami zakątku Kingfisher Hill była dostępna wyłącznie dla najbogatszych, ale nie przeszkadzało to przeciętnym londyńczykom toczyć niekończących się rozmów na jej temat. Zapewne ja sam również bym się cieszył, mogąc po raz pierwszy przekroczyć osławione wrota tego majątku, gdyby Poirot się nie uparł, żeby ukrywać przede mną powód naszej wizyty. Teraz zaś odnosiłem wrażenie, że mój przyjaciel mówi mi jeszcze mniej niż zwykle, a to okropnie działało mi na nerwy. Czyżbym miał dzisiaj poznać przyszłą królową? W Scotland Yardzie mawiano czasami, że mieszkańcy Kingfisher Hill to w większości przedstawiciele arystokracji, a nawet rodziny królewskiej. Zresztą skoro to Poirot wymyślił tę wyprawę, wszystkiego można się było spodziewać.

Autobus odjechał punktualnie o drugiej. Wydaje mi się, że zdarzenia, które rozegrały się, zanim kierowca zakrzyknął wesoło: „Panie i panowie, ruszamy w drogę!”, nie trwały dłużej niż piętnaście minut. Dlatego mogę z całą pewnością stwierdzić, że właśnie za dziesięć druga dostrzegłem tę nieszczęśliwą kobietę z niedokończoną twarzą.

Równie dobrze mogę się przyznać, że początkowo chciałem ten rozdział zatytułować właśnie Niedokończona twarz. Poirotowi podobała się ta wersja i gwałtownie protestował, kiedy powiedziałem mu, że zmieniłem tytuł.

– Catchpool, masz skłonność do nieracjonalnej przekory. – Spojrzał na mnie spode łba. – Dlaczego dla tak ważnego rozdziału wybrałeś tytuł, który tylko wprowadza zamieszanie? W nocy nie wydarzyło się przecież nic ważnego! Staliśmy tam na mrozie w biały dzień, omal nie zamarzając na śmierć. A w dodatku nie wyjaśniono nam, dlaczego drzwi do tego char-a-banc do ostatniej chwili pozostały zamknięte.

Poirot urwał i zmarszczył czoło. Czekałem, aż sam się zorientuje, że w swojej wypowiedzi powiązał dwa całkowicie ze sobą niezwiązane powody do irytacji.

– To z pewnością nie była noc.

– Wyjaśniłem to w...

– Tak, tak, wyjaśniłeś. Taki miałeś obowiązek, n’est-ce pas? Bez żadnego powodu postanowiłeś na dzień dobry stwierdzić, że dany warunek nie obowiązuje. To nielogiczne, non?

 

Skinąłem tylko głową. Gdybym chciał powiedzieć to, co przyszło mi wtedy na myśl, zabrzmiałbym jak nadęty gbur. Poirot jest najlepszym detektywem, jakiego znam, ale nie potrafi przelać historii na papier. Poza tym zdarza mu się mylić, choć niezmiernie rzadko. Nie określiłbym tamtego popołudnia mianem „białego dnia”. A noc – i nie chodzi mi tu o godzinę, lecz o samo określenie – ma wiele wspólnego ze sprawą, którą zamierzam opisać. Gdybym nie zwrócił uwagi na słowa „Nocne zgromadzenie” widoczne na okładce książki, zanim tamtego dnia wyruszyliśmy w podróż, być może nigdy byśmy się nie dowiedzieli, kto stoi za morderstwami w Kingfisher Hill.

Ale nie będę uprzedzał faktów. Muszę wrócić do tamtego dnia, kiedy staliśmy na mrozie przed autobusem. Rozumiałem, dlaczego kazano nam czekać na wietrze, nawet jeśli Poirot nie mógł się tego domyślić. Powodem była ludzka próżność, a konkretnie próżność pana Alfreda Bixby’ego. Był on właścicielem nowo powstałego przedsiębiorstwa transportowego Kingfisher Coach Company i zależało mu, żebyśmy wszyscy mogli się dokładnie przyjrzeć pojazdowi, który nas powiezie. Odkąd przybyliśmy z Poirotem na miejsce, Bixby nie opuszczał nas nawet na krok. Pochlebiało mu, że wśród jego klientów znalazł się wielki Herkules Poirot. Był tak dumny z tego faktu, że całkowicie ignorował pozostałych pasażerów. Niestety, tym razem nie dane mi było zaliczać się do szczęściarzy, na których nie zwracał najmniejszej uwagi. Jako że towarzyszyłem Poirotowi, słyszałem każde słowo pana Bixby’ego.

– Prawda, że prezentuje się okazale? Niebiesko-pomarańczowy wzór, jak skrzydła zimorodka! Cóż za jaskrawe kolory! A proszę tylko spojrzeć, jaką ma elegancką linię! Piękny pojazd, zgodzi się pan ze mną, panie Poirot? Drugiego takiego ze świecą szukać. Nowoczesność i luksus w jednym! Proszę popatrzeć na te drzwi! Idealnie dopasowane. Wyjątkowy projekt i staranne wykonanie. Niech pan patrzy!

– Istotnie, przyciąga wzrok – zgodziłem się, wiedząc, że pozwoli nam wsiąść dopiero wtedy, kiedy wyrazimy odpowiedni podziw. Poirot chrząknął tylko, nie chcąc udawać zachwytu.

Bixby był chudym, kanciastym mężczyzną z wyłupiastymi oczyma. Kiedy zauważył po drugiej stronie ulicy dwie kobiety w płaszczach i kapeluszach, wskazał na nie i oznajmił:

– A te panie się spóźniły! Ha, ha! Powinny były wcześniej zarezerwować sobie miejsca. Jeśli chce się podróżować z Kingfisher Coach Company, nie można czekać do ostatniej chwili. Bilety rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Ha! Przykro mi, moje panie! – ryknął na koniec.

Kobiety musiały go usłyszeć, ale nie zwróciły uwagi na jego pokrzykiwania. Ostentacyjnie szły dalej przed siebie. Gdyby Bixby do nich nie zawołał, w ogóle nie zauważyłyby naszej obecności. Nie obchodziła ich ani ta firma przewozowa, ani jej błękitno-pomarańczowy pojazd. Uderzyły mnie desperacja i wyraźny brak godności w zachowaniu Bixby’ego. Zacząłem się zastanawiać, czy jego przedsiębiorstwo na pewno prosperuje tak świetnie, jak twierdził.

– Słyszałeś? Pan Bixby właśnie odesłał z kwitkiem jakieś dwie damy – zwrócił się stojący nieopodal mnie mężczyzna do swojego towarzysza, który odparł:

– I słusznie, skoro nie ma ich na liście pasażerów. Przecież powiedział, że wszyscy już są, i nawet odhaczył nasze nazwiska. Nie rozumiem, dlaczego ludzie nie zadają sobie trudu, żeby zaplanować coś zawczasu.

Tamtego dnia nie trzeba było wiele, żeby mnie zirytować. Nic więc dziwnego, że rozzłościłem się, widząc, że swoim nieeleganckim zachowaniem pan Bixby zdołał nabrać co najmniej dwie osoby. Kiwałem głową i co jakiś czas wydawałem pełne aprobaty pomruki, kiedy wyjaśniał, jak powstało jego przedsiębiorstwo: mówił, że większość ludzi nie umie przejąć inicjatywy i nie jest w stanie wyobrazić sobie czegoś, co jeszcze nie istnieje... Potem opowiadał, że sam ma posiadłość w Kingfisher Hill i zyski z poprzedniego interesu, skarżył się na niedogodności związane z dojazdem do Londynu, mimo że to przecież niedaleko... później chwalił się, że strach go nie powstrzyma, mimo że światowa gospodarka jest teraz w opłakanym stanie.

Pamiętam, że pomyślałem wtedy: „Jeśli Alfred Bixby ma dom w Kingfisher Hill, to nie może być to miejsce tylko dla arystokratów”. I dosłownie kilka sekund później zauważyłem, że obok grupy pasażerów stoi samotna kobieta. Na jej twarzy malowało się przerażenie. W tamtej chwili wszystkie inne myśli uleciały mi z głowy.

– Niedokończona twarz – wymamrotałem. Nikt tego nie usłyszał. Alfred Bixby akurat wyliczał Poirotowi liczne porażki Ramsaya MacDonalda i jego „prorosyjskiego rządu złożonego z łajdaków i nikczemników”. Jego słowa całkowicie zagłuszyły moje spostrzeżenie.

Kobieta wyglądała na jakieś dwadzieścia lat. Miała elegancki zielony kapelusz i płaszcz narzucony na wyblakłą, prawie bezbarwną sukienkę, która wyglądała tak, jakby co najmniej sto razy była w praniu. Całość uzupełniały znoszone buty.

Nie była brzydka, ale cerę miała bladą, całkiem pozbawioną rumieńców. Zresztą cała jej postać wyglądała tak, jakby artysta zapomniał o ostatnim pociągnięciu pędzla, które nadałoby jej nieco bardziej konwencjonalny wygląd. Patrzyłem na wąskie blade usta i oczy przypominające dwie ciemne dziury w ziemi. Twarzy tej zdecydowanie brakowało wyrazistych szczegółów i kształtu. Jakby jakieś jej elementy zapadły się pod powierzchnię i czekały, aż ktoś wydobędzie je na światło dzienne.

Były to jednak mimowolne spostrzeżenia. Moją uwagę najbardziej przykuły widoczne przerażenie, odraza i nieszczęście, jakie wprost biły od tej postaci. Odniosłem wrażenie, że zaledwie przed chwilą jej udziałem było jakieś straszliwe cierpienie i wciąż pozostawała w ogromnym szoku. Szeroko otwarte oczy spoglądały na autobus ze strachem i obrzydzeniem, którego z pewnością nie dało się przypisać paskudnym niebiesko-pomarańczowym wzorom na karoserii pojazdu. Gdyby pojazd był istotą żywą, zacząłbym podejrzewać, że kiedy pozostali byli zajęci swoimi sprawami, ta kobieta widziała, jak popełnił jakąś makabryczną zbrodnię.

Z tego, co zauważyłem, była sama. Stała w pewnym oddaleniu od reszty pasażerów. Nie wahając się ani chwili, podszedłem do niej.

– Proszę mi wybaczyć tę śmiałość, ale wygląda pani, jakby przeżyła ogromny szok. Czy mogę w czymś pomóc?

Była tak przerażona, że nawet nie przyszło mi do głowy, że mogłem sobie to wszystko po prostu wymyślić.

– Nie, dziękuję – odpowiedziała z widocznym roztargnieniem.

– Jest pani pewna?

– Ja... Tak, tak. Dziękuję. – Oddaliła się o cztery czy pięć kroków, a potem podeszła do autobusu.

Nie mogłem jej się narzucać, skoro tak zdecydowanie odmówiła, więc wróciłem do Poirota i Alfreda Bixby’ego, ale ani na moment nie spuszczałem oka z tajemniczej nieznajomej. Jej ruchy wkrótce stały się jeszcze bardziej nerwowe. Kobieta zaczęła chodzić w kółko, szepcząc coś pod nosem. Przerażenie ani na sekundę nie zniknęło z jej twarzy.

Już miałem przerwać monolog Bixby’ego i pokazać Poirotowi obiekt mojego zainteresowania, gdy nagle z lewej strony usłyszałem głośny, pogardliwy kobiecy głos:

– Widzicie tamtą młodą kobietę? Co z nią jest nie tak? Może matka upuściła ją w dzieciństwie na głowę.

Matka niemowlęcia w beciku aż krzyknęła i odruchowo mocniej przytuliła swoje dziecko.

– Nie trzeba jej zaraz obrażać – rzekł jakiś starszy mężczyzna. Większość podróżnych przyznała mu rację. Jedynymi osobami, które wydawały się nie dostrzegać tego zamieszania, była kobieta z niedokończoną twarzą i Alfred Bixby, który wciąż rozmawiał z Poirotem. Mój przyjaciel już go jednak nie słuchał.

– Ale faktycznie chyba coś ją trapi – odezwał się ktoś inny. – Może trzeba sprawdzić, czy jej nazwisko jest na liście pasażerów.

Od razu odezwały się wzburzone głosy:

– Przecież pan Bixby powiedział, że wszyscy są na miejscu.

– W takim razie dlaczego nie otworzy drzwi? Halo, panie kierowco! Pan jest kierowcą, prawda? Możemy już wsiadać?

– Skoro jest na liście, to na pewno nie uciekła z pobliskiego szpitala dla obłąkanych, choć sądząc po jej zachowaniu, tam właśnie powinna się znaleźć – odezwała się znów nieuprzejma, głośna kobieta. Ona również wyglądała młodo – mogła być w tym samym wieku co dama z niedokończoną twarzą. Jej głos zupełnie nie pasował do złośliwych słów. Był wyjątkowo melodyjny i kobiecy – lekki, żywy, niemalże radosny. „Gdyby diamenty umiały mówić, brzmiałyby tak jak ona” – pomyślałem.

– Tamten pan z nią przed chwilą rozmawiał. – Jakaś starsza dama wskazała na mnie oskarżycielskim gestem, a potem zwróciła się do mnie: – Co jej pan powiedział? Zna ją pan?

– Nie, skądże – odparłem. – Po prostu zauważyłem, że nie wygląda dobrze, i zapytałem, czy potrzebuje pomocy. Odrzekła, że nie.

– Drodzy państwo – odezwał się Alfred Bixby, który najwyraźniej za wszelką cenę chciał skierować naszą uwagę na swoją perłę w koronie. – Czyżby nadszedł już czas, by zaprosić państwa do luksusowego wnętrza naszego najnowszego pojazdu? Myślę, że tak!

Choć kilkoro pasażerów od razu rzuciło się do wejścia, chcąc jak najszybciej schronić się przed mrozem, ja stanąłem z boku i patrzyłem, jak kobieta z niedokończoną twarzą cofa się i oddala od otwartych drzwi autobusu, jak gdyby bała się, że mogą ją pożreć. Usłyszałem za plecami głos Poirota.

– Chodźmy, Catchpool. Wystarczy mi już na dzisiaj waszego angielskiego świeżego powietrza. Och, widzę, że przyglądasz się la pauvre mademoiselle.

– Co się z nią dzieje, Poirot?

– Nie mam pojęcia, przyjacielu. Przypuszczam, że nie jest w pełni władz umysłowych.

– Nie sądzę. Kiedy z nią rozmawiałem, wydawała się całkowicie zdrowa i przytomna.

– W takim razie jej stan nagle się pogorszył.

Ponownie podszedłem do dziewczyny i zwróciłem się do niej:

– Przepraszam, że znów panią nagabuję, ale czy na pewno nie potrzebuje pani pomocy? Nazywam się Edward Catchpool. Jestem inspektorem ze Scotland Yardu i...

– Nie! – Kobieta wykrzywiła usta. – Nie może pan być policjantem. To niemożliwe! – Cofnęła się i wpadła na matkę z niemowlęciem. Zachowywała się tak, jakby nie dostrzegała nikogo poza mną. Kiedy odezwałem się do niej po raz pierwszy, była bez reszty pochłonięta dręczącymi ją obawami i nie zwróciła na mnie uwagi. Teraz zaś wydawała się skupiona wyłącznie na mnie.

– Kim pan jest? – zapytała. – Kim pan tak naprawdę jest?

Poirot natychmiast przyszedł mi z pomocą.

– Mademoiselle, mogę panią zapewnić, że to prawda. Inspektor Catchpool towarzyszy mi w podróży. Jestem Herkules Poirot.

Jego słowa odniosły oczekiwany skutek. Zachowanie kobiety nagle diametralnie się zmieniło. Rozejrzała się. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że swym postępowaniem przyciągnęła uwagę innych podróżnych. Następnie zwiesiła głowę i szepnęła:

– Proszę wybaczyć, inspektorze. Oczywiście, że jest pan tym, za kogo się podaje. Nie wiem, co mnie napadło.

– Co pani jest? – zapytałem wprost.

– Nic. Zupełnie nic mi nie jest.

– Trudno mi w to uwierzyć.

– Gdybym potrzebowała pomocy, tobym o nią poprosiła, inspektorze. Proszę nie zawracać sobie mną głowy.

– Doskonale – odparłem niezadowolony. – Wsiadamy? – Gestem wskazałem na autobus. Byłem ciekaw, czy teraz kobieta będzie się już zachowywać rozsądnie. Choć do tej pory rzeczywiście dziwnie się zachowywała, byłem przekonany, że jest przy zdrowych zmysłach. Nie była obłąkana. Powiedziałbym raczej, że dręczył ją problem natury emocjonalnej.

– Ja... Pan... – wyjąkała teraz.

– Chodźmy, Catchpool. Zajmiemy miejsca – wtrącił stanowczo Poirot. – Ty i ja. Młoda dama najwyraźniej chce zostać sama.

Słysząc te słowa, kobieta z niedokończoną twarzą spojrzała na nas z ulgą. Skoro postanowili trzymać wspólny front przeciwko mnie, nie miałem innego wyjścia i przyznałem się do porażki. Kiedy zostawiliśmy bagaże w luku, podobnie jak inni pasażerowie, a następnie wsiedliśmy do autobusu, kobieta się oddaliła. Być może jej nazwisko nie znalazło się jednak na liście Alfreda Bixby’ego i od początku nie wybierała się do Kingfisher Hill. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie miała ze sobą żadnej walizki ani nawet torebki. Być może dołączyła do naszej grupy, żeby się przed kimś ukryć. Uznałem, że nie ma sensu dłużej się nad tym zastanawiać, skoro i tak nie dane mi będzie poznać prawdy.

Kiedy wsiedliśmy, zauważyłem, że większość miejsc była pusta. Okazało się, że wyjaśnienie jest dość proste: wielu pasażerów ociągało się ze wsiadaniem, chcąc podsłuchać moją rozmowę z tajemniczą kobietą. Teraz zaś wszystkim przypomniało się, że na zewnątrz jest zimno, więc rzucili się tuż za mną i tłoczyli się w przejściu.

 

– Nie róbcie zatoru – mruknął ktoś z tyłu.

– To prawda, pospiesz się, Catchpool – dodał Poirot.

Ruszyłem przed siebie, lecz po chwili stanąłem jak wryty. Kątem oka dostrzegłem na jednym z foteli otwartą książkę. Była zwrócona okładką do góry, więc z łatwością odczytałem tytuł. Czyżby to...?

Usłyszałem za plecami pełne zniecierpliwienia okrzyki. Wśród nich rozpoznałem też głos Poirota, kiedy cofnąłem się, zmuszając pozostałych pasażerów, by się odsunęli. Musiałem przyjrzeć się okładce. Pomyliłem się. Tytuł książki brzmiał NOCNE ZGROMADZENIE. Zamrugałem i spojrzałem jeszcze raz. Tak, to było NOCNE ZGROMADZENIE. Ale przez cały czas odnosiłem wrażenie, że na początku widziałem zupełnie inne słowa.

– Co ten gość tam wyprawia? – zapytał z amerykańskim akcentem jeden z pasażerów tłoczących się za moimi plecami. – Przecież wszyscy czekają!

– Alors, on y va, Catchpool – odezwał się stojący tuż za mną Poirot.

Nagle ujrzałem jak kobieca dłoń sięga po książkę i zabiera ją z fotela. Ten szybki gest wyrwał mnie z zamyślenia. Podniosłem głowę. To była nieuprzejma kobieta z głosem czystym jak diament. Przycisnęła książkę do piersi i posłała mi gniewne spojrzenie, jak gdybym mógł natrętnym wzrokiem uszkodzić jej własność.

– Przepraszam, nie chciałem... – wymamrotałem. Spojrzała na mnie z jeszcze większą złością. Jej twarz doskonale pasowała do jej głosu: brakowało odrobiny życzliwości i współczucia, ale gdyby nie to, efekt byłby powalający. Nagle coś do mnie dotarło: wyraźnie zarysowane kości policzkowe, delikatne rysy, błękitne oczy i piękne złote włosy – ta młoda dama była odzwierciedleniem marzeń mojej matki, przynajmniej pod względem fizycznym. Za każdym razem, kiedy matka usiłowała mnie wyswatać, wybierała właśnie ten typ dziewczyny. No, może bez wściekłego grymasu na twarzy.

Na serdecznym palcu lewej dłoni właścicielka książki nosiła pierścionek z dużym rubinem. „Przykro mi, mamo, spóźniłem się – pomyślałem. – Jest już po słowie z innym mężczyzną. Mam nadzieję, że jej wybranek nie jest zbyt wrażliwy, bo inaczej długo nie wytrzyma”.

Odwróciłem się i już miałem ruszyć przed siebie między fotelami, gdy nagle młoda dama zrobiła coś nieoczekiwanego. Wykonała gest, jakby chciała odłożyć książkę na miejsce, a potem zatrzymała się w ostatniej chwili. Jej dłoń zawisła między nami nad fotelem. Od razu zrozumiałem tę zamierzoną złośliwość. Kobieta posłała mi szyderczy uśmiech. Wiedziała, że się zorientowałem. Co za nieprzyjemna osoba! Rozkoszowała się faktem, że może mi sprawić przykrość. Jej uśmiech mówił wyraźnie: „Inni niech sobie patrzą na okładkę. Nie chcę tylko, żebyś ty ją oglądał”. To była moja kara za zbytnią ciekawość. Cóż, być może ta jędza miała trochę racji. Zbyt nachalnie przyglądałem się książce. Kiedy już zajęliśmy z Poirotem miejsca z tyłu autokaru, mój przyjaciel zwrócił się do mnie w te słowa:

– Powiedz mi, Catchpool, co przyciągnęło twoją uwagę do tego stopnia, że w nieskończoność trzymałeś nas wszystkich w przejściu?

– Nic takiego. Pomyliłem się. Poza tym nie trzymałem was aż tak długo – raptem parę sekund.

– A na czym polegała twoja pomyłka?

– Widziałeś książkę, którą czytała tamta kobieta?

– Ta piękna rozgniewana dama?

– Owszem.

– Tak, widziałem, że ściska jakąś książkę.

– Chyba bała się, że chcę jej zabrać lekturę – odparłem. – Bo chciałem się dokładniej przyjrzeć okładce tej książki. Tytuł brzmiał Nocne zgromadzenie. Kiedy po raz pierwszy spojrzałem na okładkę, byłem pewien, że widzę nazwisko „Nick Gathercole”. Przypuszczam, że zmyliły mnie litery N i G.

– Nick Gathercole – zaciekawił się Poirot. – Masz na myśli prawnika, Nicka Gathercole’a? To interesujące.

Nicka Gathercole’a poznałem rok wcześniej, podczas obfitującego w ciekawe wydarzenia pobytu w Clonakilty, w Wolnym Państwie Irlandzkim.

– Ale dlaczego nazwisko Nicka Gathercole’a, całkiem przeciętnego prawnika, miałoby znaleźć się na okładce książki jako jej tytuł, Catchpool?

– Otóż to. I wcale się nie znalazło. Pomyliłem się. Nie musimy tego dłużej drążyć.

– Bardziej prawdopodobne byłoby to, że Gathercole napisał książkę i został wymieniony na okładce jako autor – ciągnął Poirot.

– Gathercole nie miał z tą książką nic wspólnego. Ktoś inny napisał powieść i zatytułował ją Nocne zgromadzenie.

Proszę, skończmy już ten temat – pomyślałem.

– Chyba już wiem, dlaczego zobaczyłeś na okładce nazwisko, którego tam nie było, Catchpool, i domyślam się, dlaczego to było akurat to nazwisko.

Czekałem, aż mi to powie.

– Nie możesz przestać myśleć o tej nieszczęsnej kobiecie, która oskarżyła cię o podszywanie się pod inspektora Edwarda Catchpoola ze Scotland Yardu. Powtarzała nam, że nie potrzebuje pomocy, ale jej nie uwierzyłeś. Wyczułeś niebezpieczeństwo. Krzywdę. Alors, ta część twojego umysłu, która nie jest świadoma własnych poczynań, powiązała dzisiejszy incydent z wydarzeniami, które rozegrały się w zeszłym roku w Clonakilty. Wtedy też w powietrzu wisiało zagrożenie, aż w końcu komuś wyrządzono straszną krzywdę.

– Przypuszczam, że masz rację. Ona jeszcze nie wsiadła, prawda?

– Nie umiem ci tego powiedzieć, mon ami. Nie pilnowałem jej. Poza tym mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie. – Po tych słowach Poirot wyjął z kieszeni płaszcza małą złożoną karteczkę. – Przeczytaj to, zanim ruszymy. Nierozsądnie jest czytać podczas podróży. Od tego dostaje się mdłości.

Wziąłem od niego kartkę, licząc na to, że znajdę na niej powód naszej wyprawy do Kingfisher Hill. Okazało się jednak, że cały arkusz był zapisany drobnym maczkiem.

– Co to ma być? – zapytałem. – Instrukcje? Do czego?

– Zajrzyj na drugą stronę, Catchpool.

Tak też zrobiłem.

– Teraz widzisz? Tak, to instrukcje. Reguły. Reguły gry, do której potrzebna jest plansza i komplet okrągłych dysków z oczkami. To gra w patrzałki!

– Oczka? Chodzi ci o ludzkie oczy czy jakieś otworki?

– Oczy, Catchpool. – Poirot zamrugał gwałtownie. Wyglądał przy tym tak absurdalnie, że gdybym nie był tak sfrustrowany, roześmiałbym się w głos.

– O co chodzi, Poirot? Dlaczego chowasz w kieszeni reguły gry planszowej?

– Nie chowam. – W zielonych oczach Poirota pojawił się błysk. – Ty je teraz trzymasz w ręce.

– Przecież wiesz, o co mi chodzi.

– Mam przy sobie o wiele więcej niż tylko reguły gry. Zabrałem też samą grę w patrzałki, jest w pudełku w mojej walizce! – oznajmił z triumfem Poirot. – Prosiłem, żebyś teraz zapoznał się z zasadami, bo gdy tylko się da, zagramy sobie w patrzałki. Staniemy się ekspertami i prawdziwymi miłośnikami gry w patrzałki! Jeśli przeczytasz reguły, odkryjesz, że do gry potrzeba co najmniej dwóch graczy.

– Proszę, oświeć mnie – odezwałem się. – Nie przepadam za grami planszowymi. Prawdę mówiąc, nie cierpię ich. A poza tym co gra w patrzałki ma wspólnego z tym, że uparłeś się wyciągnąć mnie do majątku w Kingfisher Hill? I nie mów mi, że gra nie ma z tym nic wspólnego, bo ci nie uwierzę.

– Nie mów, że nie cierpisz gry w patrzałki. To niemożliwe, bo nigdy w to nie grałeś. Proszę, zachowaj otwarty umysł. Patrzałki nie są jak szachy.

– Czy to coś jak eurobiznes? Tego też nie znoszę.

– Chodzi ci o monopol, n’est-ce pas?

– Tak, podobno tak też ją nazywają. Dla inteligentnego człowieka to zwykła strata czasu.

– Ach! Pourrait-il être plus parfait? – Poirot wyglądał na autentycznie uradowanego. – Koniecznie musisz to powtórzyć, gdy dotrzemy do domu państwa Devonport!

– Kim są państwo Devonport? – zapytałem.

– Musisz to powiedzieć głośno, żeby wszyscy słyszeli: powiedz, że nienawidzisz grać w monopol.

– O co ci chodzi, Poirot? Nie mam nastroju na... – zamierzałem rzec „gierki”, ale po zastanowieniu dokończyłem: – ...na twoje sztuczki.

– Ależ ja nie robię żadnych sztuczek, mon ami. A teraz przeczytaj reguły gry. No, byle szybko, bo zaraz ruszamy.

Westchnąłem i zabrałem się do lektury. A ściśle mówiąc, patrzyłem na maleńkie literki i starałem się na nich skupić, ale choć wytężałem wzrok, nie byłem w stanie przeczytać instrukcji gry. Już miałem poinformować o tym Poirota, gdy nagle przez gwar podróżnych przebił się pełen oburzenia głos Alfreda Bixby’ego.

– Obawiam się, że to ostatnia szansa, droga pani – mówił. Siedziałem w przejściu, podobnie jak on, więc widziałem, że pan Bixby się wychyla. Zajmował jedno z miejsc z przodu, tuż za kierowcą, na poziomie drzwi. Teraz zwracał się do kogoś na zewnątrz. – Autokary firmy przewozowej Kingfisher nigdy nie odjeżdżają z opóźnieniem. Mam zamiar podtrzymać tę tradycję! Nie jest pani pępkiem świata, mam tu dwadzieścia dziewięć innych osób, które z pewnością docenią punktualny odjazd. Wśród pasażerów jest nawet matka z małym dzieckiem! Dlatego pytam po raz ostatni: wsiada pani czy nie?

– To ona – wymamrotałem, kiedy chwilę później w przejściu stanęła kobieta z niedokończoną twarzą. Skuliła się, jakby się bała, że pan Bixby wstanie i spuści jej lanie. On sam wyglądał, jakby miał ochotę to zrobić.

– Proszę zamknąć drzwi – zwrócił się teraz do kierowcy, który usłuchał polecenia, po czym uruchomił silnik.

Na twarzy kobiety widniały ślady łez. Wciąż stała nieruchomo między fotelami.

– Proszę zająć miejsce – zwrócił się do niej pan Bixby. – Nie żeby miała pani duży wybór! Zostało tylko jedno.

To mówiąc wstał i wskazał jej fotel.

– Tam, w siódmym rzędzie.

– Przyznaję, że mogłeś mieć rację, Catchpool – odezwał się Poirot. – Zachowanie tej nieszczęsnej kobiety zaczyna mnie intrygować. Zobacz, jak się zastanawia. Coś ją trapi, jakaś zagadka. Dopóki jej nie rozwiąże, nie będzie wiedziała...

– Czego nie będzie wiedziała?

– Czy chce z nami jechać, czy nie. To niezdecydowanie jest dla niej źródłem wielkiej udręki.

Dookoła słychać było coraz głośniejsze pomruki niezadowolonych pasażerów. Nieszczęśliwa kobieta ruszyła między fotelami, a po chwili zajęła miejsce. Kilka sekund później autokar ruszył. Wkrótce pan Bixby zaczął przechadzać się środkiem i przepraszał każdego z osobna za to karygodne opóźnienie, zapewniając, że mimo to będzie to najlepsza, najbardziej luksusowa podróż naszego życia. Nie dosłyszałem całej wypowiedzi, bo zagłuszał ją niezwykle głośny warkot silnika. Bixby ani słowem nie wspomniał o tej niedogodności – nie przeprosił ani nie wyjaśnił, skąd się wzięła – a z jego milczenia w tej kwestii wywnioskowałem, że ten hałas będzie nam towarzyszył przez całą drogę do Kingfisher Hill.