Porwanie Cassandry

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Nay, Langwedocja-Roussillon, Francja

Październik 1846 roku

Obcy opanował się siłą woli. Domyśliła się tego, bo uważnie go obserwowała. Zamarł i powoli się uspokajał, oddychając coraz wolniej, ale później uniósł nóż i zrobił krok do przodu.

Tyle osób umarło! Niektórzy jeszcze żyli, ale od śmierci oddzielała ich jedynie cienka granica, którą zaraz przekroczą. Cassandra przypuszczała, że będzie następna.

Nóż, który podniosła z ziemi, wydawał się solidny i ostry, wiatr miała za sobą, poza tym była leworęczna, co dawało jej przewagę. Padający deszcz sprawił, że zrobiło się ślisko, i potknęła się, biorąc zamach, by zranić obcego. Niestety, sparował jej cios, a ona poleciała prosto w błoto. Spadł jej kapelusz, a spod niego wypadł i rozwinął się długi warkocz. Dostrzegła niedowierzanie w oczach mężczyzny, odnotowała, że się zawahał i w końcu cofnął ostrze tuż sprzed jej szyi. W tym momencie padł strzał, który wydawał się jej zbyt głośny. Na sekundę przed tym, nim mężczyzna upadł, wyczuła swąd prochu.

Mógł mnie łatwo zabić, pomyślała, grzebiąc się z błota i ponownie nakładając kapelusz. Była zła na siebie, bo jeszcze raz zerknęła na twarz napastnika. Ani błoto, ani śmierć nie zdołały zniekształcić jej konturu. Był naprawdę urodziwy, miał regularne rysy, pełne wargi, długie rzęsy, a na gładkim policzku dostrzegła dołeczek. Wolałaby, żeby był brzydki i stary, bo mogłaby o nim łatwo zapomnieć.

Zawahał się, czy zabić kobietę. Nawet taką, która wcześniej na niego napadła. To wszystko wydawało się bezsensowne, i odwróciła się, żeby go nie widzieć. Kiedyś być może będzie żałowała tego, co się stało, ale z pewnością nie teraz.

Nagle kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Czyżby się pomyliła? Czy jednak poruszył ręką?

– Żyje – bąknęła i natychmiast tego pożałowała.

– Wykończ drania! – usłyszała rozkazujący głos Baudoina.

Sięgnęła po nadgarstek obcego i wyczuła całkiem mocny puls. Mimo postrzału krew wciąż krążyła w jego żyłach. Uniosła nóż, a kiedy zauważyła, że Baudoin patrzy na nią z zainteresowaniem, zasłoniła swoim ciałem obcego i dopiero wtedy zamarkowała cios. Ostrze noża przeszło gładko przez cienki materiał kurtki i omal nie krzyknęła, kiedy uderzyła dłonią o ziemię, ale na szczęście zdołała się opanować.

– Spróbuj się ukryć – szepnęła.

Wciąż padał zimny deszcz, na niebie nisko wisiały ciężkie chmury. Cassie przypuszczała, że w nocy spadnie śnieg. Nieznajomy nie miał żadnych szans. Podniosła się na nogi i wytarła nóż o spodnie.

– Świetnie sobie radzisz, ma chère – pochwalił ją Baudoin.

Zbliżył się, a ona dobrze wiedziała, że zamierza dotknąć jej piersi. Poczuła, że narasta w niej ten sam gniew, który czuła w ciągu ostatnich miesięcy. Zdawała sobie sprawę, co zaraz nastąpi, gdy tylko dostrzegła jego rozszerzone źrenice. Bez namysłu uderzyła, zadając mu cios nożem. Baudoin tak bardzo się spieszył, że najwyraźniej zapomniał o jej nożu, a także o tym, że jest leworęczna. Na jego twarzy pojawił się wyraz niedowierzania, a potem wykrzywiły ją ból i wściekłość.

Ponownie popełnił błąd, bo rzucił się na nią z impetem, a ona nawet nie musiała się wysilać. Tym razem Baudoin nadział się na ostrze noża, choć jednocześnie zdołał powalić ją na ziemię. Ostrze noża musiało dotrzeć do jego serca, bo zamiast miłosnych konwulsji poczuła na sobie przedśmiertne drgawki tego drania. Zepchnęła go z siebie wprost w błoto, wstała i nadepnęła mocno na jego prawą dłoń.

– Za Celeste! – zawołała, z trudem rozpoznając swój głos.

Pomyślała, że musi jak najszybciej się uspokoić. Była pewna, że śnieg będzie jej sprzymierzeńcem – przykryje ślady, może nawet utajni dowód jej zbrodni. Zima dopiero się zaczynała.

Spojrzała w bok.

– I za ciebie – dodała.

Obcy odpowiedział coś bardzo cicho. W szumie deszczu Cassie nie mogła rozróżnić słów.

Po chwili uniósł się powoli, z wysiłkiem. Szare oczy nabiegły mu krwią, był trupio blady, jakby stracił już całą krew. Kiedy jeszcze bardziej się podniósł, zauważyła, że jest wysoki i dobrze zbudowany.

– To było zbyt szybkie, mademoiselle – rzekł z trudem i z wysiłkiem pokręcił głową. – Gdyby to ode mnie zależało, musiałby cierpieć.

Najwyraźniej domyślił się, jak bardzo nienawidziła Antona Baudoina. Współczucie, jakie dostrzegła w jego oczach, sprawiło, że nagle się uspokoiła. Nie pozwoli, by jakikolwiek mężczyzna potraktował ją w przyszłości tak jak Baudoin, postanowiła.

– Proszę. – Obcy wyciągnął w jej stronę srebrny bukłak, którego korek zdobił złoty herb. – To powinno pomóc.

Chciała odmówić i w ogóle zostawić go tutaj, ale jednak zwyciężył zdrowy rozsądek. Czekało ją parę dni pieszej wędrówki przez góry, których nie znała. Wiedziała, że sama sobie nie poradzi i potrzebuje wsparcia. Wiedziała także, że jeśli nie skorzysta z pomocy, jej szanse na przeżycie znacznie zmaleją.

Butelka była zimna, ale znajdujący się w niej płyn rozgrzał ją przyjemnie. Domyśliła się, że to whisky, choć nigdy wcześniej jej nie piła. Zdziwił ją widoczny na korku szewron. Czyżby nieznajomy ukradł ten bukłak w czasie jakiejś potyczki?

– Kim był ten człowiek?

– To bandyta. Anton Baudoin.

– A pozostali?

– Jego ludzie.

– Była tu pani jedyną kobietą?

W oczach mężczyzny błysnął gniew. Cassie nie miała pojęcia, czy to ona wywołała u nieznajomego taką reakcję. Patrzyła na niego, jak stoi nieco chwiejnie w deszczu, i pomyślała, że jest dużo groźniejszy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

– Proszę się nie bać, nie gwałcę dziewcząt – powiedział, jakby czytał w jej myślach.

– Ale często pan zabija…

Uśmiechnął się lekko.

– Mężczyzn – mruknął, a potem dodał: – Zabijanie jest łatwe, najtrudniej żyć.

Nagle Cassie uprzytomniła sobie, co wydarzyło się w ciągu ostatnich minut, i zamarła zaszokowana. Jestem morderczynią, powiedziała sobie w duchu, morderczynią, która nie ma gdzie się ukryć ani nie może żywić nadziei na bezpieczną ucieczkę.

Mężczyzna się mylił. Wszystko było trudne, a upokarzające, wyczerpujące życie przynosiło jej tylko wstyd. Teraz dotarło do niej i to, że za swoje grzechy pójdzie do piekła.

Nieznajomy wypił spory łyk whisky, po czym zakręcił bukłak. Następnie zdjął kurtkę i uniósłszy koszulę, zaczął badać ranę. Dostrzegła krew, która ciekła z rany nad jego biodrem. Kula musiała wejść w ciało, ale nie uszkodziła kości, inaczej rana byłaby znacznie bardziej bolesna. Baudoin strzelał z tyłu, więc mierzył prosto w brzuch. Być może chodziło mu tylko o to, żeby unieszkodliwić przeciwnika, a potem go dobić. Na szczęście kula wyszła z drugiej strony i teraz tylko trzeba było zdezynfekować ranę. W tym celu mężczyzna posłużył się whisky.

Powstrzymując niechęć, Cassie rozdarła koszulę jednego z zabitych i zaczęła ją drzeć na długie pasy, które nieznajomy powiązał i błyskawicznie opatrzył sobie ranę. Odniosła wrażenie, że on z każdą chwilą staje się coraz mocniejszy. Wiedziała, że musi go boleć, ale nie zdradzał tego ani miną, ani gestem. Zakończył bandażować ranę i narzucił na siebie mokre rzeczy. Następnie wszedł do znajdującego się za nimi domu i słyszała, jak coś tam przesuwa, wyjmuje szuflady, rozbija meble. Wiedziała, że czegoś szuka, ale nie miała pojęcia, co to może być. Pieniądze? Broń?

Po jakimś czasie wyszedł z domu z pustymi rękami.

– Jadę do Marsylii. Może chce pani do mnie dołączyć?

– A może najpierw do Perpignan? – zaproponowała, nie bardzo wiedząc, jak to przyjmie.

Wzruszył ramionami, wetknął pistolet za pas, nóż włożył do pochwy. Nastał zmierzch, korony drzew nad nimi ściemniały i stały się bardziej odstręczające. Wózek, z którym nieznajomy przyszedł do obozu, stał nieopodal, a na nim leżały jakieś marne rzeczy: parę garnków i patelni, trochę jedzenia. Nie miała pojęcia, kim on jest, co robi i dlaczego znalazł się w Nay. Mógł być gorszym bandytą niż ci z obozowiska albo też człowiekiem honoru jak jej wuj i ojciec.

Tuż przed nią opadał niesiony wiatrem liść. Jeśli spadnie na górną część, to z nim nie pójdę, pomyślała. A gdyby na mnie nastawał, to ucieknę. Jest jeszcze słaby, na pewno mnie nie dogoni.

Tymczasem nieznajomy odwrócił się i ruszył wzdłuż linii krzaków; koła wózka zostawiały głębokie ślady w błocie. Wyraźnie dał mi znać, że go nie interesuję, pomyślała Cassie, i że będzie zajmował się wyłącznie swoimi sprawami. Nawet nie popatrzyła na liść, tylko ruszyła za nim w gęstniejącym mroku.

Londyn, Wielka Brytania

Nie miał już czasu na to, by poprawić fular czy choćby wypić kolejnego drinka. Zegar wskazywał dziesiątą, co znaczyło, że Stephen Hawkhurst już na niego czeka. Nathaniel dostrzegł swoje odbicie w lustrze i zmarszczył brwi.

Dzisiaj służący przeszedł sam siebie. Kolorowy fular kontrastował z jeszcze bardziej kolorową kamizelką, a do tego dochodził doskonale skrojony surdut. Całość przywodziła na myśl dandysa skupionego jedynie na modzie i swoim wyglądzie. Takie ubranie sprawiało, że różne ważne osobistości traciły czujność i stawały się bardziej wylewne, czując intelektualną przewagę nad lekkomyślnym bawidamkiem. Nathaniel zacisnął dłoń na hebanowej lasce i wyczuł ukryty pod jej rączką zatrzask. Po chwili ruszył w dół po schodach.

Wrócił z Francji na początku 1847 roku bardziej pokiereszowany, niż to chciał pokazać, i zaraz skierowano go do biura w Londynie. Przez jakiś czas cieszył się tymi zmianami, lubił małe problemy czy wyciąganie informacji od pokrętnych polityków albo skorumpowanych przemysłowców. Było to łatwe po tym, co przeszedł na kontynencie.

Tego rodzaju zajęcie nie budziło w nim żadnych oporów. Bez wysiłku też wyławiał ludzi pozbawionych skrupułów: krętaczy i łapówkarzy. Następnie bez oporu przekazywał informacje o nich swoim szefom. Tak, to była naprawdę łatwa robota do momentu, kiedy z Tamizy wyłowiono dwie dobrze ubrane młode kobiety. Obie miały zawiązane oczy i poderżnięte gardła.

 

Nikt ich nie znał ani nie szukał. Żaden zaniepokojony członek rodziny nie kontaktował się z policją. Wydawało się, że gdzieś zostawiły swoją przeszłość. Co więcej, trafiły do rzeki w taki sposób, że nikt z zatrudnionych w dokach lub miejscowych włóczęgów tego nie zauważył.

Nathaniel zdołał się dowiedzieć od jednego z uliczników, że widział eleganckiego mężczyznę, który wycierał krew z noża koło doków St Katharine. Chłopak zarzekał się, że mężczyzna był wysoki i dobrze ubrany, ale nie mógł powiedzieć nic więcej, bo nie przyglądał mu się długo. Natychmiast uciekł w jedną z bocznych uliczek, gdy tylko tamten go zauważył.

Tajemniczą i zarazem makabryczną sprawą zajmował się również Stephen Hawkhurst, przyjaciel Nathaniela. W pewnym momencie uwagę obu agentów przyciągnął Venus Club, znajdujący się pięć ulic dalej w stronę śródmieścia. Na zmianę obserwowali Venus Club, zadziwieni nie tylko tym, kto doń uczęszcza, ale również częstotliwością tych schadzek.

– Członkowie klubu spotykają się regularnie co parę tygodni. Są to głównie dżentelmeni zainteresowani w dużym stopniu płcią przeciwną. O ile wiadomo, opłacają tancerki, szansonistki i inne panie, które chętnie pozbywają się skąpych strojów – stwierdził Stephen.

– Możliwe, że któryś z członków klubu posuwa się za daleko – zauważył Nathaniel. – Znam kilku panów, którzy tam uczęszczają.

– Trzeba być ostrożnym z oskarżeniami – dodał Nat. – Niektórzy z klientów to ludzie wpływowi, z powiązaniami.

– Trudno prowadzić śledztwo na odległość, prawda? – Stephen uśmiechnął się lekko. – Oczywiście, wiesz, że jest na to sposób.

– Naturalnie. Musimy zostać członkami klubu.

– Nie sądzę, by przysporzyło to nam szacunku – rzekł z powątpiewaniem Stephen.

– Jestem przekonany, że tam właśnie znajdziemy rozwiązanie zagadki – odparł Nathaniel. – Oni wszyscy są bardzo skryci.

– W każdym razie nie będę brał udziału w żadnych obrzędach inicjacyjnych ani niczym podobnym – zastrzegł się Stephen.

Popatrzyli na siebie i jednocześnie się roześmieli.

– O ile wiem, Frank Booth jest jednym z członków klubu. Poproszę go, żeby nas polecił.

Tydzień później otrzymali informacje na temat tego, gdzie i kiedy mają się stawić, co oznaczało spory postęp w sprawie zamordowanych kobiet. Zdawali sobie sprawę, że wiele dziewcząt w Londynie schodzi na złą drogę. Dochodziło do tego wtedy, gdy traciły źródło utrzymania albo nie mogły znaleźć pracy, także często wówczas, kiedy rodziły nieślubne dzieci. Były wykorzystywane, źle traktowane, ale rzadko zdarzało się, by ktoś użył w stosunku do nich siły fizycznej, nie mówiąc o zabiciu.

Nagle Nathaniel, niemal gotowy do wyjścia, przypomniał sobie Sandrine, jej okaleczoną dłoń i strach, który dostrzegł w jej oczach przy pierwszym spotkaniu. Poczuł, jak narasta w nim gniew. Cassandra Northrup nie zdradziła mu wówczas, kim jest, chociaż wraz z upływem kolejnych dni zaczęły w nim narastać wątpliwości. Zachował jednak dla siebie pytania i starał się słuchać uważnie jej słów, choć była małomówna i zachowywała dystans.

Znowu był myślami na błotnistej drodze.

***

Najgorsza była pierwsza noc. Idąc z tyłu, Sandrine szlochała. Nie mogła się powstrzymać, kiedy brnęli w ciemności, zmęczeni i przemarznięci. Nie pomógł jej, ponieważ nie był w stanie. Potwornie bolał go ranny bok i musiał się mobilizować, żeby nie zemdleć. Rana paliła go żywym ogniem. Koło północy stwierdził, że dłużej nie ustanie na nogach i musi odpocząć.

Rzucił więc na ziemię tych parę rzeczy wziętych z wózka, który zostawił na drodze, bo nie miał siły dalej go ciągnąć, i usiadł, opierając się mocno o drzewo. Przed oczami miał świetliste koła z gwiazdek, a bok promieniował bólem na żołądek i klatkę piersiową tak, że ciężko mu było oddychać.

Ona przysiadła po drugiej stronie niewielkiej polany, wciąż patrząc na niego koso.

– Jest pani teraz bezpieczna – powiedział. – Nie zrobię pani krzywdy.

Nie rozumiał, dlaczego wciąż płacze.

– Zabiłam człowieka.

– Chciał panią zgwałcić.

Serce ścisnęło mu się na myśl o przygniatającej ją winie. Kiedy ostatnio czuł coś podobnego? Dawno, bardzo dawno temu… Może nawet nigdy… Z przyjemnością wybebeszyłby tę kreaturę, która na nią napadła, a potem patrzył, jak wolno umiera.

Przeżegnała się i zaczęła odmawiać modlitwę.

Gdyby tak bardzo nie bolała go rana, pewnie by się roześmiał. A może nawet potrząsnął nią, żeby nabrała rozumu. Jednak mógł tylko siedzieć, starając się odpocząć i zapomnieć o bólu.

– Jestem pewny, że Bóg weźmie pod uwagę wszelkie intencje – dodał po chwili.

– Chciałam go zabić – odparła bez wahania.

– Chodziło mi bardziej o intencje przeciwnika. Nie sądzę, żeby ten Baudoin obszedł się z panią łagodnie.

– Ze zderzenia dwóch złych zamiarów nie wychodzi dobro.

Zamknął oczy, czując się coraz bardziej poirytowany z powodu tak nieracjonalnego myślenia.

– Gdyby pani go nie zabiła, ja bym to zrobił. Proszę myśleć o tym w ten sposób. Tak czy inaczej byłby teraz martwy.

– Kim pan jest?

W świetle księżyca dostrzegł jej oczy. Wydawały się teraz ciemnoszare, niemal czarne. Za dnia były szaroniebieskie.

– Jestem przyjacielem, nazywam się Nathaniel Colbert – odrzekł bez emocji.

Milczała przez chwilę, po czym podciągnęła nogi pod brodę, a on dostrzegł dziury w podeszwach jej butów.

– Przede wszystkim, dlaczego w ogóle znalazła się pani w tym miejscu razem z bandytami?

Nie sądził, by mu odpowiedziała. Tymczasem po chwili dotarł do niego jej głos równie cichy i płaczliwy jak zawodzenie wiatru.

– Złapali nas dawno temu. – Zauważył, że zaczęła liczyć na palcach, a na jej gładkim czole pojawiły się zmarszczki.

Dawno? Miesiące temu? Może lata?

– Nas?

Nathaniel nie widział żadnej innej uwięzionej osoby.

– Mnie i Celeste.

– Gdzie ona teraz jest?

– Zmarła – odrzekła krótko, ale zdążył usłyszeć wściekłość przyczajoną w jej głosie.

– Niedawno?

Skinęła ponuro głową. Miała przyżółcone siniaki na twarzy i kilka nowych na rękach. Na jej głowie dostrzegł ranę i pomyślał, że cios, z powodu którego powstała, mógł ją nawet zabić. Tak jak on przeszła piekło. Nie miał jednak siły, by pytać ją o coś więcej. W ustach mu zaschło, ale nie był w stanie się ruszyć, jedynie sięgnął po bukłak, doskonale wiedząc, że jest pusty.

– Słyszy pani ten potok?

Skinęła głową.

– Potrzebujemy wody.

To miało być pytanie, prośba, ale nie potrafił tego wyrazić w inny sposób. Wiedział, że nie powinien chodzić. Utracił zbyt wiele krwi, by móc sobie na to pozwolić.

– Może mi pan dać bukłak?

– Proszę.

Kiedy odeszła, zamknął oczy i zaczął wsłuchiwać się w odgłosy nocy. Zamierzał sam się sobą zajmować, ale potrzebował wody, a także ognia. Zastanawiał się, czy ta młoda Francuzka pomoże mu, kiedy wróci. Myślał też o tym, jak ci ludzie z Nay dowiedzieli się o brytyjskim agencie, który tak doskonale wtopił się we francuski krajobraz.

W lesie panowała cisza, a do niej powrócił ogromny żal związany z utratą Celeste. Kuzynka leżała, obejmując rękami brzuch, w którym rosło nowe życie. Otwarte oczy były martwe. Wspomnienie było tak bolesne, że Cassie na moment zatchnęło, tak że nie mogła odetchnąć, i musiała zatrzymać się i oprzeć o drzewo. Trud życia i łatwość śmierci. Chyba o tym mówił na polanie jej obecny towarzysz wędrówki, choć nie słuchała go uważnie, pogrążona we własnych ponurych myślach.

„Zabijanie jest łatwe, najtrudniej żyć”.

Być może miał rację. Może Celeste też to wiedziała i dlatego wybrała łatwiejsze wyjście, zabierając ze sobą dziecko tam, gdzie nikt nie będzie mógł go skrzywdzić. Zostawiła ją samą, samotną w świecie, gdzie wszystko wokół wydawało się straszliwe, przerażające. Nawet teraz, gdy stanęła w świetle księżyca nad małym potokiem, który rozlewał się na tyle szeroko, że po chwili poczuła wodę w dziurawych butach. Zimno otrzeźwiło ją i przypomniała sobie o zmaganiach ostatnich ośmiu miesięcy. Żałowała, że woda nie jest głębsza, gdyż mimo chłodu zdecydowałaby się zdjąć ubranie i zmyć z siebie grzech. Przyjąć ponownie chrzest na nowy początek. Coś, co pozwoliłoby jej dalej żyć.

Ścisnęła mocniej bukłak i uprzytomniła sobie, po co tu przyszła. Po chwili przyklękła, żeby nabrać wody.

Colbert wyglądał marnie, dostrzegła też krew, która przesączyła się przez bandaże i koszulę, kiedy tak siedział pod drzewem. Nie wyobrażała sobie, by mógł przeżyć bez leków i odpowiedniej opieki. Być może trochę zdezynfekował ranę whisky, ale to z pewnością nie wystarczy, a woda najwyżej może ją obmyć. Nagle zwróciła uwagę na liście rośliny, znajdującej się po drugiej stronie potoku. Krwawnik żeniszkolistny. Jej matka korzystała z tego zioła, tworząc mikstury własnej roboty. Ściągał i oczyszczał rany. W tej chwili wydał się jej podarkiem od Boga, który tak hojnie obdarował ludzi medykamentami ze swojej apteki.

Bez trudu wspięła się na niezbyt stromy brzeg i złamała kilka zdrewniałych łodyg. Miętowa woń upewniła ją w tym, że właśnie tego szukała. Pamiętała jeszcze ten zapach, dobiegający z pokoju matki. Szybko zaczęła wkładać kolejne rośliny do kieszeni spodni, co wprawiło ją w stan dziwnego spokoju. Tyle razy robiła to pod nadzorem mamy.

Czynność ta stanowiła łącznik z dawnym światem, który tak bardzo się od niej oddalił. Jednocześnie pomyślała, że nie tylko ona potrzebuje pomocy Colberta, ale on także liczy na jej wsparcie. Nareszcie poczuła, że może jeszcze na coś się przydać.

Najwyraźniej zasnął w czasie jej przedłużającej się nieobecności, ale obudził się, gdy tylko się do niego zbliżyła.

– Przyniosłam krwawnik, żeby opatrzyć ranę – powiedziała.

Wyszukała płaski kamień z niewielkim zagłębieniem i drugi, który miał jej służyć jako tłuczek, a potem zaczęła rwać liście i je ucierać, dolewając do nich wody.

Colbert poprosił o bukłak, a kiedy zaspokoił pragnienie, obserwował ją w milczeniu, nie spuszczając oczu z jej dłoni.

– Więc jest pani czarownicą? – odezwał się po dłuższej chwili.

Zaśmiała się nieco gardłowo i pomyślała, że to pierwszy przejaw dobrego humoru od wielu miesięcy.

– Nie, ale moja mama miała odpowiednie kwalifikacje.

Znowu dostrzegła dołek na jego policzku, wywołany szerokim uśmiechem, i sama się uśmiechnęła.

– Krwawnik? Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

– Albo żeniszek, albo złocień – wyliczała. – Znany od dawna w medycynie ludowej.

Skinął głową i ukląkł, trzymając głowę w dłoniach, jakby zaczęła go boleć.

– Boli?

– Nie – odparł, ale jego mina mówiła sama za siebie.

Wstał chwiejnie, ale Cassie ograniczyła się do obserwacji, gdy zaczął gromadzić drewno na ognisko. Było ono dosyć suche i mimo wilgoci szybko zajęło się ogniem, choć trochę dymiło. Colbert wciąż dorzucał do ognia kolejne gałęzie, aż w końcu mimo odległości poczuła promieniujące ciepło.

– Jesteśmy tu bezpieczni – wyjaśnił. – Dym rozejdzie się pod koronami drzew, a ognia nie będzie widać z większej odległości.

Pół godziny później zdjął koszulę, po czym zaczął odwijać bandaże. W świetle płomieni Cassie zobaczyła nagi tors. Zauważyła, że brzegi rany są poszarpane i już zaczerwienione, co stanowiło złą wróżbę na przyszłość.

– Niech pan nie dotyka – ostrzegła, kiedy Colbert skierował kawałek płonącej gałęzi w stronę rany. – Brud zabija szybciej niż kule, a widać, że mimo whisky ta rana jest zainfekowana.

Najpierw natarła ręce pozostałością liści krwawnika, po czym dotknęła ciała Colberta i zorientowała się, że ma gorączkę. Powinna była się tego spodziewać.

Zauważył, że zmarszczyła brwi.

– Miałem już takie kłopoty i jakoś przeżyłam – powiedział.

– Zawsze jest ten pierwszy raz – zauważyła, oglądając blizny, które znajdowały się na całym jego ciele. – Jest pan żołnierzem?

W odpowiedzi tylko się zaśmiał, a ona pomyślała, że może też być przestępcą.

Podał jej bukłak z wodą, ale nie wypiła.

– Podgrzeję ją, żeby oczyścić ranę, i potem nałożę na nią papkę z krwawnika – wyjaśniła. – Prawdopodobnie będzie boleć. Lepiej wziąć w zęby jakiś skórzany pas albo coś w tym rodzaju.

 

– Poradzę sobie – stwierdził krótko.

***

Nathaniel drgnął, gdy dotarł do niego głos Stephena. Z trudem powrócił do rzeczywistości i rozejrzał się po rozległym marmurowym holu, który rozbrzmiewał echem przy każdym słowie.

– Wyglądasz tak, jakbyś dźwigał na barkach problemy całego świata, Nat. Wciąż myślisz o pannie Northrup? Ma ładne oczy i dobrą figurę, to prawda, ale jest w niej też coś tajemniczego. Jej stryj, Reginald Northrup, będzie dziś w Venus Club. Może dowiesz się od niego czegoś nowego?

– Może.

– Gdy parę lat temu byłem w Paryżu, słyszałem o kobiecie, która przypominała Cassandrę Northrup – ciągnął Stephen.

– Tak?

– Podobno więziono ją na południu Francji, i to przez dłuższy czas.

– To się zgadza.

– Mówiono też o jej wybawicielu.

Nat dostrzegł błysk w oczach przyjaciela.

– To byłeś ty, prawda? A ona była jedną z nich.

– To znaczy kim?

– Francuską agentką.

Nathaniel gniewnie pokręcił głową.

– Nie – odburknął. – Cassandra Northrup zawsze była wierna tylko sobie i chodziło jej tylko o siebie.

Stephen przyjął te słowa z dużą rezerwą.

– Są tacy, którzy się z tobą nie zgodzą. Prowadzi fundację, pomagając zagubionym, biednym kobietom.

– Czyli prostytutkom?

Hawkhurst skinął głową, a Nat zamyślił się nad tym, jak dziwnymi ścieżkami biegnie życie.

– Musiała być wtedy młodą dziewczyną, niemal dzieckiem, i pewnie bardzo się bała. Nawet teraz wygląda niezwykle młodo, a tobie w końcu i tak nic się nie stało.

Nic się nie stało? – powtórzył w myślach Nathaniel. W gruncie rzeczy przyjaciel niewiele wiedział o jego przygodach. Włożył przyniesione przez odźwiernego kapelusz i płaszcz, otrząsnął się ze wspomnień i wyszedł w chłodny, wietrzny londyński wieczór.

Bardzo wielu zasobnych szanowanych mężczyzn zgromadziło się w Venus Club, w pomieszczeniu, które przypominało salę sądową lub hol banku. Nat cieszył się ze wsparcia Stephena, gdyż wciąż nie czuł się zbyt pewnie w gronie socjety, zwłaszcza po ostatnim spotkaniu z kobietą, której nigdy więcej nie spodziewał się ujrzeć.

Pomyślał, że oczy Cassandry Northrup pozostały takie jak kiedyś: niebieskozielone, kryjące nieznane mu tajemnice. Jednak zmieniła fryzurę – nie nosiła już tak bujnych loków jak kiedyś, a poza tym zdecydowanie nabrała kształtów. Wtedy, gdy się spotkali, w jej sylwetce i ruchach było coś z dziewczynki. Nawet gdyby nie poznał jej po oczach, zauważyłby brakującą część palca i blizny na kłykciach.

***

Wówczas na polance skaleczenia były jeszcze dość świeże, a dojrzał je, ponieważ Sandrine położyła dłoń na jego ciele, tuż obok rany. Skrzywił się i z niepokojem patrzył, jak odkaża ją gorącą wodą z podgrzanego bukłaka, a potem nakłada na nią zielonkawą papkę.

Krwawnik pomógł, a on odniósł wrażenie, że nawet jej chłodne dłonie, które czuł na skórze, niosą mu ulgę. Wyrzuciła stare bandaże i zrobiła nowe ze swojej koszuli – okazały się znacznie bardziej delikatne i czyste. W dodatku czuł jej zapach.

Żałował, że zużył całą whisky, bo wprawdzie ból zelżał, ale wciąż dawał mu się we znaki. Zatęsknił za łóżkiem, w którym mógłby się wyciągnąć i odpocząć od trudów i niewygód niebezpiecznej podróży.

– Jeśli będzie pan siedział, to ropa łatwiej się odsączy – powiedziała Sandrine.

Cały drżał i chciał się przykryć kurtką, ale mu na to nie pozwoliła.

– Jest pan rozpalony – stwierdziła. – W takich sytuacjach umysł nas oszukuje. Wydaje się, że jest nam zimno, a tak naprawdę powinniśmy schłodzić ciało. Nie damy rady dojść do potoku, więc musimy pozwolić działać zimnemu nocnemu powietrzu. Miałam nawet nadzieję, że zacznie padać śnieg.

Mówiła z paryskim akcentem, właściwym wyższej klasie średniej, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Zastanawiał się, skąd wzięła się w Nay. I dlaczego miała na sobie męski strój? Kiedy zadał jej te pytania, aż się cofnęła.

– Powinien pan zasnąć, monsieur Colbert – bąknęła.

Jego nazwisko… Pomyślał, że to nie jest do końca w porządku, ale potrzebował ciszy i spokoju. Musiał mieć czas do namysłu, instynktownie wyczuwał niebezpieczeństwo. Nadal nie wiedział, co sądzić o tej dziewczynie. Chciał ją o wszystko wypytać, ale wątpił, by jej wyjaśnienia były szczere. Poza tym krwawnik zaczynał działać, ból zelżał, gorączka też już nim nie trzęsła i był to najlepszy moment, by wypocząć i nabrać sił przed kolejnym dniem. Dlatego zamknął oczy, pragnąc przynajmniej na jakiś czas zapomnieć o nieznajomej.

Zdawał sobie sprawę, że ranek przyniesie mu nowy ból, o ile uda mu się przeżyć. Mogła go zabić zarówno rana, jak i gorączka, ale towarzysząca mu dziewczyna wydawała się przejmować przede wszystkim raną, a w zasadzie tym, że wciąż sączy się z niej krew. Utracił jej już zdecydowanie zbyt dużo, bo nie udało się do końca zatamować krwawienia.

Sandrine przechyliła bukłak i wypiła ostatnie łyki wody. Domyślił się, że jest głodna, i widział, jak bardzo wyczerpana. W dodatku otaczały ich ciemności, w których mogły się czaić liczne niebezpieczeństwa.

Oboje wiedzieli, że Baudoin nie był jedynym bandytą w tych okolicach. Spodziewali się, że jeśli jego kompani odkryją, co się stało, z pewnością będą chcieli ich znaleźć. Na szczęście Nathaniel zacierał ślady praktycznie od momentu, gdy opuścili Nay. Szybko pozbył się wózka, a potem zostawiał nawet fałszywe ślady dla zmylenia bardzo prawdopodobnego pościgu. Odciski stóp, wiodące w złą stronę, ułamane gałązki tam, gdzie w ogóle nie przechodzili. Ścigający ich zmitrężą czas, początkowo idąc błędnym tropem.

Cassie wciąż nie uwolniła się od strachu, być może dlatego, że znała za dużo sekretów. Widziała część dokumentów, które jeden z braci Baudoinów lekkomyślnie położył w pokoju Celeste. Doskonale wiedziała, że te papiery zostały wzięte z powozu zamordowanego mężczyzny, który jechał do Bayonne. Ten wywołany żądzą zysku błąd doprowadził do wszystkiego, co wydarzyło się później.

Zawiniła Celeste. Cassie nie miała pojęcia o planach kuzynki. Znowu ogarnęła ją panika, musiała się schylić, żeby głębiej odetchnąć. Starała się myśleć racjonalnie i nie przyjmować na swoje barki ciężaru decyzji Celeste, ale nie chciała też szargać jej pamięci. Wciąż czuła lepką ciecz między palcami i widziała, jak życie uchodzi z kuzynki.

Zaczęła cicho śpiewać, żeby się nie załamać. Wybrała Marsyliankę ze względu na bojowy rytm i francuskie słowa:

„Do broni, obywatele,

Formujmy nasze oddziały,

Maszerujmy, maszerujmy…”.

Celeste nie żyje. Po niej zginęli bracia Baudoinowie. Jak to szybko się dokonało! Dosłownie w ciągu paru chwil. Cassie popatrzyła na Colberta i stwierdziła, że przynajmniej on nadal żyje, a potem zamknęła oczy.

***

Dziewczyna spała. Zsunęła męski kapelusz bardziej na czoło, a połami płaszcza zakryła podciągnięte kolana. Wydawała mu się w tej chwili zupełnie bezbronna. Była szczupła, wręcz wychudzona, i brudna. Uważniej przyjrzał się jej ubraniu i dostrzegł, że było bardzo misternie pozszywane, inaczej świeciłoby dziurami. Koszulę zapięła do końca, a jej płaszcz wydawał się sporo za duży. Prawdę mówiąc, bardziej wyglądał na wojskowy szynel, ale nie było na nim żadnych dystynkcji. Zdawał sobie sprawę, że dziewczyna wciąż ma przy sobie nóż, ale nie wiedział, gdzie go schowała. Nie zmieściłby się w kieszeni, więc może ukryła go pod pachą albo w którymś z butów.

Kobieta-dziecko, zagubiona w brutalnym świecie wojny.

Nathaniel poczuł przypływ sił, co bardzo go zdziwiło, bo gorączka jeszcze nie ustąpiła, choć nie doskwierała mu tak bardzo jak wcześniej. Mógł nawet wstać, chociaż gdy to uczynił, na moment otaczające go kształty zamazały mu się przed oczami, ale potem było znacznie lepiej.

Być może działała papka z krwawnika, pomyślał. Nie słyszał wcześniej o tej roślinie od żadnego z medyków, ale widział też, że niektóre zielarki wiedzą od nich więcej na temat naturalnych leków. Poprosi dziewczynę, żeby zrobiła mu jeszcze jeden opatrunek, i postara się zapamiętać, jak wyglądają liście tego ziela.