Ostatnia misja sir Gabriela

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sophia James
Ostatnia misja sir Gabriela

Tłumaczenie:

Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Londyn, 1812 rok

Siedząc z na wpół wypalonym cygarem nad szklaneczką dobrej brandy, Gabriel Hughes, czwarty earl Wesley, poczuł, jak znajome poczucie nicości ogarnia go całego i wypełnia chłodem.

Dokoła niego krążyły chętne kobiety, przebrane za nimfy i najady. Białe togi, nisko zsunięte na piersiach, odkrywały ich pełnię i nagość. Mężczyźni, którzy już wybrali sobie towarzyszki na noc, po kolei znikali w pokojach otaczających centralny dziedziniec, ale tu, gdzie siedział, panował półmrok i w stronę sufitu wiły się smugi dymu z gasnących świec. Świątynia Afrodyty była miejscem zaspokajania namiętności i jak zwykle była również wypełniona po brzegi.

– Bardzo chciałabym pokazać panu swoje wdzięki, monsieur – szepnęła do niego piękna blondynka. Mówiła z fałszywym francuskim akcentem. – Wielokrotnie słyszałam pańskie nazwisko. Podobno był pan w tej dziedzinie… bardzo sprawny.

Był. To słowo odbiło się głośnym echem w umyśle Gabriela, niczym strzał w wyłożonym stalą pomieszczeniu. Dopił brandy z nadzieją, że mocny alkohol pomoże mu odnaleźć w sobie uczucia, o których już dawno zapomniał.

Pamięć. Jakże nienawidził pamięci. Przełknął niepokój i oczekiwanie na coś, czego wcale nie chciał czuć.

– Jestem Atena, milordzie.

– Siostra Dionizosa?

Zdawało się, że nie zrozumiała. Zsunęła ramiączka z mlecznobiałych ramion i otarła się o niego bujną piersią.

– Nie znam siostry Diany, milordzie, ale dziś mogę należeć do ciebie. Jeśli zechcesz, panie, dam ci rozkosz.

Nie spodziewał się, że będzie cokolwiek wiedziała o greckich bogach, mimo to poczuł się rozczarowany. Była piękna i nic ponadto. Źrenice miała zwężone od opiatów. Powiodła językiem po wydętych wargach. Była bezwstydną ladacznicą, zapewne rozczarowaną przez życie. Gabriel uśmiechnął się i poczuł z nią pewne pokrewieństwo.

– Jesteś bardzo hojna, Ateno, ale nie mogę skorzystać z twojej propozycji.

Gabriel drgnął, gdy palce Ateny zbliżyły się do jego krocza. Jego demony zaczynały się budzić.

– Dlaczegóż to, monsieur? Świątynia Afrodyty to miejsce, gdzie marzenia się spełniają.

Albo koszmary, pomyślał. Wracała do niego przeszłość: krzyki, gdy zbliżał się ogień, ból poparzonego ciała i wreszcie mrok. Wtedy po raz ostatni czuł się cały i zdrowy.

Nienawidził tych nieoczekiwanych i przerażających wspomnień, które wracały tak nagle, że nie potrafił się przed nimi obronić. Odstawił pustą szklankę z nadzieją, że Atena nie zauważy drżenia jego palców, i podniósł się. Uciekaj! – podpowiadał mu cichy głos, gdy powoli szedł przez pomieszczenie. Stanął na zewnątrz w nocnym chłodzie, próbując głęboko zaczerpnąć powietrza, żeby stłumić mdłości, a potem skręcił w stronę ogrodów, omal nie wpadając na szacownego Franka Barnsleya. Ponad górną wargą wystąpiły mu kropelki potu. Wiedział, że ma tylko kilka minut, żeby ukryć to, co stanie się za chwilę.

Starając się zachować równy krok i wyprostowaną postawę, kierował się w lewo, w stronę drzew. Gdy już skrył się w ich cieniu, zgiął się wpół. Było coraz gorzej. Po trochu rozpadał się na kawałki. Zapach ciężkich perfum, widok nagiego ciała, atmosfera seksu i pożądania przenosiły go w inny czas i w inne miejsce. Przygniatało go poczucie winy podszyte paniką. Serce biło mu coraz mocniej i miał wrażenie, że spada. Usiadł na ziemi, obejmując ramionami mocny pień młodego drzewka, jedyne stabilne oparcie w wirującym świecie.

Przechylił się na bok i zwymiotował, a potem jeszcze raz, łapczywie chwytając powietrze. Bezskutecznie usiłował zrozumieć swoje życie i pogodzić się z hańbą. Popełnił koszmarny błąd, przychodząc dzisiaj do Świątyni Afrodyty w nadziei, że to miejsce przyniesie mu uzdrowienie. Teraz leżał nieruchomo w ciemnościach, przerażony i zupełnie sam. Poczuł napływające do oczu łzy.

– Nie chcę za nikogo wychodzić, wuju. – Panna Adelaide Ashfield usłyszała ostre nuty we własnym głosie i spróbowała złagodzić ton. – Jestem bardzo szczęśliwa tutaj, w Northbridge. Mój spadek można podzielić w równych częściach między twoje dzieci albo po mojej śmierci między ich dzieci.

Alec Ashfield, piąty wicehrabia Penbury, tylko się roześmiał.

– Jesteś młoda, moja droga, o wiele za młoda, żeby tak mówić. Poza tym moim dzieciom niczego nie brakuje, a gdyby twoi rodzice jeszcze żyli, niech Pan ma w opiece ich dusze, mieliby mi za złe, że tak późno wprowadzam cię w towarzystwo.

Adelaide potrząsnęła głową.

– To nie twoja wina, że ciocia Jean zmarła na miesiąc przed moim planowanym pierwszym sezonem, a ciotka Eloise zachorowała następnego lata tuż przed drugim.

– Powinienem jednak był się sprzeciwić, gdy nalegałaś na zbyt długą żałobę. Przez to doszłaś dwudziestu trzech lat, nie postawiwszy nogi w cywilizowanym towarzystwie. Nie jesteś już taka młoda i w tej chwili trudno oczekiwać, że znajdziesz doskonałą partię. Jeśli będziemy czekać jeszcze dłużej, kochana, to zostaniesz starą panną jak twoje ukochane cioteczne babki i już do końca życia będziesz się tylko przyglądać życiu innych.

– Jean i Eloise były szczęśliwe, wuju. Niezależność bardzo im odpowiadała.

– Były sawantkami, moja droga, bez żadnej nadziei na korzystny związek. Wystarczyło raz na nie spojrzeć, by to zrozumieć.

Adelaide uśmiechnęła się po raz pierwszy od godziny. Być może ciotki rzeczywiście nie wyróżniały się urodą, ale miały żywe umysły i ich życie rzadko bywało nudne.

– Podróżowały i czytały, wuju. Wiedziały więcej o ludzkim ciele i uzdrawianiu niż jakikolwiek lekarz. Żyły w świecie książek, bez ciężaru odpowiedzialności, jaką muszą dźwigać zamężne kobiety.

– Ciężaru dzieci, miłości i radości? Nie masz pojęcia, jak się czuje człowiek zdany przez siedemdziesiąt lat tylko na własne towarzystwo. A mogę ci powiedzieć, że na samotność nie ma lekarstwa.

Odwróciła wzrok. Żona wuja Aleca, Josephine, już od kilkudziesięciu lat była inwalidką. Siedziała w swoim pokoju, szyjąc ubrania dla ludzi, którzy już dawno ich nie potrzebowali.

– Proszę cię tylko o jeden sezon, Adelaide. Jeden sezon, żebyś miała okazję zrozumieć, co stracisz, jeśli zagrzebiesz się na prowincji w Sherborne.

Adelaide zmarszczyła czoło. To było coś nowego.

– A jeśli w tym sezonie mi się nie powiedzie, nie będziesz mnie zmuszał do następnego?

Alec potrząsnął głową.

– Jeśli nikt nie poprosi o twoją rękę – to znaczy nikt, kogo skłonna byłabyś przyjąć – wtedy uznam, że spełniłem obowiązek wobec twoich rodziców, i będziesz mogła wrócić do domu. Nawet jeśli zgodzisz się pozostać w Londynie tylko do połowy sezonu, będę zadowolony.

– Od kwietnia do czerwca? I to wystarczy?

– Od początku kwietnia do końca czerwca. – W głosie wuja zabrzmiała stalowa nuta determinacji.

– Dobrze. Trzy miesiące. Dwanaście tygodni. Osiemdziesiąt cztery dni.

Alec roześmiał się.

– I ani dnia mniej. Musisz mi to obiecać.

Adelaide podeszła do okna i popatrzyła na okolicę Northbridge. Nie chciała stąd wyjeżdżać. Nie interesował jej towarzyski blichtr. Chciała zostać w swoich ogrodach i pomagać mieszkańcom okolicy, którzy uskarżali się na rozmaite dolegliwości. Nalewki, maści, zioła, korzenie – to był uporządkowany, bezpieczny świat, który rozumiała.

– Będę potrzebowała nowych sukien, miejsca, gdzie mogłabym się zatrzymać, oraz przyzwoitki. Nie jestem pewna, czy warto sobie tym zawracać głowę.

– Już o wszystkim pomyślałem. Będzie ci towarzyszyć moja krewna, lady Imelda Harcourt. – Adelaide chciała coś powiedzieć, ale Alec nie pozwolił sobie przerwać. – Wiem, że Imelda jest trochę skwaśniała i czasem bywa męcząca, ale jest też szanowaną wdową i ma liczne znajomości w towarzystwie. Ja postaram się odwiedzać Londyn tak często, jak tylko będę mógł. Bertram również chce pomóc. Zapewnił mnie, że panuje już nad swoim zamiłowaniem do hazardu.

Adelaide popadła w jeszcze większe przygnębienie. Lady Harcourt i jej kuzyn?

Ale wuj Alec jeszcze nie skończył.

– Nie zamierzałem o tym wspominać, ale wydaje mi się, że to odpowiednia chwila. Pan Richard Williams z Bishop’s Grove wyraził nadzieję, że zgodzisz się, by ci dotrzymywał towarzystwa podczas pobytu w mieście. Można chyba uznać, że to korzystna propozycja. Nie chcemy przecież, byś została zupełnie bez adoratorów. Jestem pewien, że nadejdzie dzień, gdy podziękujesz mi za przezorność. Adelaide, w Londynie możesz napotkać trudności przy poznawaniu ludzi, a pierwsze wrażenie jest bardzo ważne.

Adelaide poczuła irytację. Zrzucono jej na kark trzy osoby, żadnej z nich nie można było uznać za miłe towarzystwo, a wuj jeszcze oczekiwał, że będzie mu za to dziękować? Z najwyższym trudem powstrzymała się przed wyjściem z pokoju i wysłuchała go do końca.

– Mężczyźni szybko się dowiedzą, że jesteś bogata, a niektórzy z nich są pozbawieni skrupułów. Wielki majątek niesie za sobą pewne problemy, moja droga, toteż musisz zachować ostrożność w osądzie. Wybierz mężczyznę, którego majątek będzie równy twojemu, odpowiedzialnego, zamożnego i rozsądnego. Trzymaj się z dala od tych, którzy szukają bogatej żony i mają długi.

– Jestem pewna, że sama potrafię osądzić, kogo powinnam unikać, wuju. – W głębi serca Adelaide miała nadzieję, że wszyscy nieżonaci mężczyźni z towarzystwa będą woleli trzymać się od niej z dala i że po tych trzech miesiącach już nigdy więcej nie będzie musiała brać udziału w czymś równie niedorzecznym.

 

Lekarz mieszkał przy zamożnej i dyskretnej części Wigmore Street. Z książek, które przeczytał w ostatnich miesiącach, Gabriel wiedział, że doktor Maxwell Harding jest jednym z najlepszych ekspertów w dziedzinie męskich dolegliwości.

Decyzja, by odwiedzić lekarza, nie była łatwa, ale w końcu Gabriel uległ desperacji i umówił się z doktorem Hardingiem na najbliższy możliwy termin, w samo południe.

W poczekalni nie było nikogo, a recepcjonista za biurkiem nie wydawał się nim zainteresowany, co bardzo ucieszyło Gabriela. Zastanawiał się, czy powinien podać fałszywe nazwisko i gdy już niemal zdecydował, że tak zrobi, drzwi za jego plecami otworzyły się i stanął w nich starszy mężczyzna.

– Mam przyjemność z lordem Wesley, nieprawdaż? Doktor Maxwell Harding. Naturalnie znam pana nazwisko, choć dotychczas nie miałem przyjemności poznać pana osobiście. Wielu moich pacjentów stara się pana naśladować, jeśli rozumie pan, co chcę powiedzieć… toteż pańska wizyta jest dla mnie nie lada niespodzianką. – Podał mu wilgotną dłoń, po czym wyciągnął z kieszeni chustkę i nerwowym ruchem otarł czoło. – Proszę za mną.

Gabriel miał wrażenie, że ziemia usuwa mu się spod stóp. Miał nadzieję, że lekarz nie będzie znał jego nazwiska ani reputacji, a już z pewnością nie miał ochoty wysłuchiwać historii licznych pacjentów z rozmaitymi dolegliwościami seksualnymi, którzy uważali go za wzór do naśladowania. Ogarnęły go mdłości, niemal tak jak przed tygodniem w Świątyni Afrodyty, ale gdy drzwi się za nim zamknęły, wziął się w garść. Harding był przecież lekarzem i składał przysięgę Hipokratesa, która zobowiązywała go, żeby udzielić pomocy każdemu pacjentowi.

Lekarz wyjął z szafki karafkę oraz dwie szklaneczki i napełnił je po brzegi.

– Wiem, dlaczego pan tu jest, milordzie – powiedział w końcu, podając trunek Gabrielowi.

– Wie pan? – Gabriel ostrożnie upił łyk brandy, która okazała się zadziwiająco dobra, i czekał. Czyżby to było widać na jego twarzy? A może po sposobie bycia? Czy ci, którzy przechodzili przez te drzwi, szukając pomocy, wyróżniali się jakąś szczególną cechą? Może był to charakterystyczny krok lub wyraz beznadziei i lęku?

– Przyszedł pan w sprawie szacownego Franka Barnsleya, nieprawdaż? Powiedział mi, że dziwnie pan na niego patrzył, gdy spotkaliście się któregoś dnia. Tak jakby pan wiedział. Uprzedzał, że może pan przyjść, żeby ze mną porozmawiać. Wspomniał też, że jego ojciec jest bliskim przyjacielem pańskiego ojca.

– Barnsley? – Gabriel nie rozumiał, do czego zmierza ta rozmowa. Postanowił wyjść, gdy tylko wypije brandy. To jednak nie było odpowiednie miejsce ani czas, żeby obnażać duszę. Do tego lekarz alarmująco się pocił.

– Chodzi o jego skłonność do mężczyzn – ciągnął Harding. – Mówił, że widział pan go w objęciach Andrew Carringtona w ogrodzie przy jakimś ekskluzywnym domu uciech i zastanawiał się, czy zacznie pan go o to wypytywać.

Rozgniewany Gabriel ostrożnie odstawił szklaneczkę na stół. Harding był nie tylko plotkarzem, ale również lekarzem bez żadnego poczucia dyskrecji i profesjonalizmu. Gabriel nie miał dotychczas pojęcia o seksualnych skłonnościach tamtych dwóch, a poza tym w ogóle go to nie interesowało. Wyobraził sobie jednak, jak Harding przyciszonym głosem opisuje jego własne problemy innym pacjentom i podziękował Bogu, że nie zdążył jeszcze nic powiedzieć. Pomyślał, że w cichym wyrazie wdzięczności postawi Barnsleyowi i Carringtonowi drinka, gdy spotka ich w klubie. Na razie jednak musiał załatwić coś innego.

– Pan Frank Barnsley jest przyzwoitym i godnym szacunku człowiekiem. Jeśli dowiem się, że wspomniał pan o tym komukolwiek, wrócę tu i przysięgam, że już nikt więcej nie usłyszy pańskiego głosu. Czy wyrażam się jasno?

Lekarz gorączkowo pokiwał głową. Gabriel podniósł się i wyszedł z budynku na światło słońca i świeże powietrze. Czuł się tak, jakby uciekł spod szubienicy. Przepełniała go jednocześnie rozpacz i dojmująca ulga.

Postanowił nie zwierzyć się nigdy i nikomu. Musi poradzić sobie z tym problemem sam, w tajemnicy. Albo mu się poprawi, albo nie. Majaczyła przed nim perspektywa wielu lat spędzonych w smutku. Musiał stawić czoło okropnej prawdzie: to była jego rzeczywistość, jego pokuta, jego okup.

Ale ten cień był również jak odroczenie wyroku. Udało mu się uniknąć tego, co ma nadejść prędzej czy później. Znano go w towarzystwie z jego bogatego doświadczenia z płcią przeciwną i choć skala jego dokonań w tej dziedzinie była mocno wyolbrzymiona przez plotki, których nigdy nie próbował tłumić, tym boleśniejszy wydawał mu się upadek. Na to mu przyszło.

Wrócił do powozu czekającego sto metrów od gabinetu, przepełniony żalem, że jego życie, tajemnice czy poczucie honoru i moralności nie mogą wyglądać inaczej. Kiedyś wierzył we wzniosłe ideały, które służba Koronie w końcu wepchnęła mu do gardła. W końcu jednak dostrzegł nagą prawdę.

Był sam we wszystkich swoich przedsięwzięciach. Łaknął życia, jak ćma łaknie płomienia – z takim samym skutkiem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dwa tygodnie londyńskiego sezonu ciągnęły się jak miesiąc. Już czwarty wieczór z rzędu Adelaide spędzała na balu. Za każdym razem widziała ten sam ostentacyjny przepych, tych samych ludzi, słyszała te same nudne rozmowy kręcące się wokół matrymonialnych perspektyw, wyglądu i wielkości sakiewki konkurentów do ręki… i była już tym zmęczona.

Tego wieczoru jednak tłum był większy niż zwykle i nie wszyscy obecni sprawiali wrażenie osób z najlepszego towarzystwa. Zgromadzenie wydawało się mniej snobistyczne, a przez to, zdaniem Adelaide, bardziej interesujące, ale lady Harcourt nie wydawała się zadowolona.

– Podobno lord i lady Bradford poznali się ze sobą w wyniku zmiennych kolei losu i widać to po niektórych obecnych tu gościach. Mnóstwo pieniędzy, ale niewiele klasy. Może nie powinniśmy tu w ogóle przychodzić? Jak sądzisz, Penbury?

Wuj zaśmiał się tylko, dopijając drinka.

– Imeldo, Adelaide nie jest już młodziutką dziewczyną i z pewnością wie, z kim rozmawiać, a kogo lepiej unikać. Prawdę mówiąc, nawet ci z prawdziwymi tytułami w obecnych czasach stracili nieco klasy i nie zwracają większej uwagi na to, w jaki sposób ktoś zdobył lub stracił fortunę. – Zatrzymał spojrzenie na grupce mężczyzn w kącie. Najwyższy z nich uniósł szklankę i powiedział coś, na co inni wybuchnęli śmiechem. Adelaide zauważyła, że miał na palcu szeroką srebrną obrączkę, a mankiet jego koszuli był misternie haftowany brązową nicią. Był tak przystojny, że aż piękny i widać było, że doskonale o tym wie. Sprawiał wrażenie fircyka i dandysa. Adelaide nie znosiła tego typu mężczyzn, ale prawie wszystkie kobiety w salonie wpatrywały się w niego jak w obrazek.

Ona również przyglądała mu się ze swojego miejsca przy grubym filarze i musiała przyznać, że wzbudził w niej pewne uznanie. Włosy miał nietypowej długości. Wszystko w nim zresztą było nietypowe.

– Czy nie sądzi pani, panno Ashfield, że earl Wesley to najprzystojniejszy mężczyzna na całym dworze królewskim? – Głos Lucy Carrigan przepełniał zachwyt. – Podobno w jego londyńskim domu wszystkie ściany są wyłożone lustrami, żeby mógł się podziwiać z każdej strony.

– Chwali się tym?

Na czole panny Carrigan zarysowała się zmarszczka.

– Gdyby była pani tak piękna jak on, panno Ashfield, czy nie miałaby pani ochoty przeglądać się przez cały czas w lustrze?

Adelaide miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Mój Boże, pomyślała, ta dziewczyna mówi poważnie!

– Być może – odrzekła uprzejmie, z wysiłkiem ukrywając rozbawienie.

– Moja kuzynka Matilda opowiadała, że lord Wesley pocałował ją kiedyś, zanim wyszła za mąż, a ona wciąż wspomina, jak wspaniałe to było przeżycie.

– A jej mąż nie ma nic przeciwko temu?

– Norman? Nie może protestować, bo to właśnie lord Wesley poznał ich ze sobą i skierował na ścieżkę, która doprowadziła do świętego związku małżeńskiego.

– A czy on sam jest wyznawcą tej świętości?

– Nie rozumiem?

– Earl. Czy jest żonaty?

Odpowiedział jej perlisty śmiech.

– Och, ależ nie! Taki mężczyzna nigdy nie zwiąże się z jedną kobietą, chociaż podobno raz niewiele brakowało.

– Tak?

– To była pani Henrietta Clements. Zginęła w jakimś okropnym wypadku kilka miesięcy temu, ale sprawę szybko wyciszono, bo wcześniej porzuciła swojego ślubnego męża dla Wesleya. To był skandal i przez kilka tygodni o niczym innym nie rozmawiano.

Adelaide zazwyczaj unikała tego rodzaju plotek, ale czternaście dni życia towarzyskiego trochę osłabiło jej skrupuły. Poza tym Lucy Carrigan była doskonałym źródłem informacji.

– A zatem earl ma złamane serce?

– Ależ skąd, przeciwnie. Przez jakiś czas w ogóle się nie pokazywał, ale potem zaczął spędzać jeszcze więcej czasu w towarzystwie kobiet o wątpliwej moralności.

– Mówi pani o londyńskich burdelach?

Panna Carrigan zaczerwieniła się i ściszyła głos.

– Żadna szanująca się dama nie powinna nawet przyznawać, że wie o takich rzeczach, panno Ashfield. Nawet między przyjaciółmi. – Jej wzrok znów zatrzymał się na dżentelmenie, o którym rozmawiały.

Earl Wesley był wysoki i mocno zbudowany. Strój dandysa zupełnie nie pasował do jego sylwetki, ale biła od niego wyraźna arogancja. Pod brodą miał krawat zawiązany kunsztownie w zgodzie z najnowszą modą; Adelaide słyszała, że ten sposób wiązania nazywano matematycznym. Krawat był równo zagięty w trzy fałdy, jedną poziomą i dwie pionowe. Wesley stał zwrócony plecami do ściany, by widzieć każdego, kto dołączał do grupki, i uważnie obserwował wszystkich, nawet ją. Szybko odwróciła wzrok, gdy jasne, złociste oczy przypadkiem przesunęły się po jej twarzy.

Stojąca obok niej lady Harcourt narzekała na zaduch w sali i hałas muzyków. Zmęczona jej nieustanną gderaniną Adelaide oznajmiła, że zamierza udać się do damskiej garderoby, i wymknęła się szybko, zadowolona, że Imelda nie zaoferowała jej swojego towarzystwa. Zauważyła ławeczkę osłoniętą rzędem kwitnących roślin. Rozejrzała się, sprawdzając, czy nikt na nią nie patrzy, po czym przecisnęła się między roślinami i usiadła. Przed sobą miała rząd wielkich okien wychodzących na ogród. Cieszyła się, że choć na chwilę udało jej się uciec od bezmyślnego, niedorzecznego świata wyższych sfer.

– Jeszcze dziesięć tygodni – powiedziała głośno i z przejęciem. – Jeszcze dziesięć przeklętych tygodni.

Przy jej ramieniu rozległ się jakiś dźwięk. Obróciła się i ze zdumieniem zauważyła tuż za sobą mężczyznę – a w dodatku był to zarozumiały, fircykowaty earl Wesley. Bez orszaku wielbicielek i pochlebców wydawał się bardziej niebezpieczny. Sprawiał wrażenie zupełnie innego człowieka niż ten, na którego patrzyła kilka minut wcześniej.

Spojrzał na nią i Adelaide znów zadziwił niezwykły, złocisty kolor jego oczu.

– Jeszcze dziesięć przeklętych tygodni, a potem co?

W jego prawym policzku pojawił się dołek. Migocząca o kilka stóp dalej latarnia rzucała cienie na jego anielską twarz. Twarz upadłego anioła, poprawiła się Adelaide w myślach, bo dostrzegła w niej coś mrocznego i odległego.

– A potem będę mogła wrócić do domu, milordzie. Ten przeklęty sezon towarzyski dobiegnie dla mnie końca. – Zdumiona była szczerością swojej odpowiedzi. Zwykle nie potrafiła rozmawiać z obcymi, szczególnie z mężczyznami, którzy brylowali w towarzystwie.

– Nie sprawia pani przyjemności życie wśród blasku i intryg elity towarzyskiej, panno…?

– Adelaide Ashfield z Northbridge Manor. – Na widok pytania w jego oczach wyjaśniła: – To w Sherborne, milordzie, w Dorset. Jestem bratanicą wicehrabiego Penbury.

– Ach! – Dołeczek pogłębił się. – To znaczy, że jest pani bogata i ustosunkowana.

– Zechce pan wybaczyć? – Nie wierzyła własnym uszom. To był z jego strony szczyt grubiaństwa.

– Zgaduję, że jest pani dziedziczką wielkiej fortuny i przybyła pani do miasta, by poszukać męża?

– Nie! – odrzekła ostro.

Podszedł bliżej. Z bliska był jeszcze piękniejszy. Gdyby próbowała sobie wyobrazić wcielenie męskiego wdzięku i siły, ten ideał wyglądałby właśnie tak. Na tę myśl uśmiechnęła się.

– Bawi panią dobre towarzystwo i poszukiwanie dobrej partii? – Na jego twarzy pojawił się przebłysk ironicznego humoru.

– Nie, sir. Uważam, że to poniżające. Jedyną moją zaletą są pieniądze i przez to staję się łatwym celem dla dżentelmenów w nie najlepszej sytuacji finansowej.

Jego śmiech wydawał się szczery.

– Ten obraz desperacji pasuje do połowy obecnych tu lordów, panno Ashfield, włącznie ze mną!

 

– Jest pan bez grosza? – Nie mogła uwierzyć, że mówi o tym tak szczerze.

– Niezupełnie, ale to tylko kwestia czasu.

– W takim razie bardzo mi przykro.

Jego wesołość zniknęła jak zdmuchnięty płomień świecy.

– Nie musi pani być przykro. Taki stan daje oszałamiającą wolność.

Znów ją zaskoczył. Nie to spodziewała się usłyszeć od pustego dandysa. W gruncie rzeczy była to pierwsza rozmowa od wyjazdu z Dorset, która sprawiła jej przyjemność.

Jej towarzysz rozejrzał się.

– Gdzie jest pani przyzwoitka, panno Ashfield? Nie byłaby chyba zadowolona, gdyby zobaczyła panią sam na sam ze mną.

– Lady Harcourt jest w środku. Narzeka na ścisk i hałas. Powiedziałam jej, że wychodzę do garderoby, ale wymknęłam się tutaj.

– Może pani pożałować tej decyzji.

– Dlaczegóż to, milordzie?

Jego spojrzenie stało się lodowate.

– Łatwo jest stracić dobrą opinię w towarzystwie, nawet jeśli nie zrobi się nic, by na to zasłużyć.

– Nie rozumiem.

Uśmiechnął się.

– Proszę się trzymać w pobliżu przyzwoitki, panno Ashfield, jeśli nie chce pani przekonać się o tym na własnej skórze.

Po tych słowach skłonił się lekko i zniknął, pozostawiając po sobie lekki sandałowy zapach.

Adelaide wzięła głęboki oddech i rozsunęła gałęzie krzewów. Zauważyła że kilka osób zmierza w jej kierunku. Naraz salon wydał jej się większy i groźniejszy niż wcześniej. Poczuła coś, czego nie potrafiła zrozumieć – jakieś milczące ostrzeżenie.

Traktowała te tygodnie w Londynie jako coś w rodzaju rozgrywki i próby. Gdyby z powodu jakiegoś błędu miała zostać schwytana w pułapkę małżeństwa, byłaby to katastrofa zmieniająca całe jej życie. Uświadomiła to sobie i bez wahania wróciła do lady Harcourt.

Nie powinna zostawać sama, myślał Gabriel, patrząc za niezwykłą panną Adelaide Ashfield, która przebiegła obok niego w drodze do bezpiecznego miejsca. Nie była typową debiutantką; trudno było uwierzyć, że to jej pierwszy sezon. Przede wszystkim była starsza, a także bardziej… prostolinijna. Zdawało się, że nie ma w niej ani odrobiny przebiegłości i dwulicowości, jakie dostrzegał u niemal wszystkich debiutujących w towarzystwie dziewcząt. Była też wysoka, sięgała mu do brody, co rzadko się zdarzało, do tego włosy miała ciemnokasztanowe, a jej oczy miały ciemnobłękitną barwę zimowego strumienia płynącego po wapiennych głazach. Nosiła okulary, zapewne tylko po to, by wydać się mniej atrakcyjną. Nie przypominał sobie, by kiedyś wcześniej widział na balu kobietę w okularach. Tym również go zaintrygowała.

Mężczyźni, którzy przybywali na sezon z nadzieją, że znajdą sobie uległą, urodziwą blondynkę, z pewnością nie zainteresują się panną Adelaide Ashfield z Sherborne.

Przez cały czas wiódł za nią wzrokiem. Wiedział, że ją przestraszył, i był z tego zadowolony. Jeśli rzeczywiście nie miała na celu małżeństwa, to nie powinna nawet na chwilę odstępować swojej przyzwoitki, do której w końcu podeszła. Zbliżył się do nich jeszcze jeden mężczyzna. Gabriel rozpoznał w nim Bertrama Ashfielda. Bertram z pewnością przyszedł z pokoju, gdzie grano w karty, i sądząc po wyrazie jego twarzy, znów mu się nie powiodło.

Podszedł do nich jeszcze jeden mężczyzna – wysoki, o żółtawej twarzy zmarszczonej w uśmiechach. Sposób, w jaki rozmawiał z panną Ashfield, wyraźnie wskazywał na to, że w każdym jego słowie kryje się jakiś podtekst. A zatem to konkurent do ręki. Widząc jednak, jak panna Ashfield odsuwa się od niego, Gabriel odniósł wrażenie, że jego uczucia nie są odwzajemnione.

Może nie kłamała. Może rzeczywiście nie czuła się tu dobrze. Scena stała się jeszcze bardziej interesująca, gdy dołączył do nich Frederick Lovelace, earl Berrick, oraz sam wicehrabia Penbury. Earl o dziecinnej twarzy miał w oczach taki sam wyraz nadziei jak tamten wyższy mężczyzna.

Gabriel uśmiechnął się. Zdawało się, że panna Ashfield należy do kobiet, które przyciągają mężczyzn wbrew własnym intencjom. Wystarczyło popatrzeć, jakie wrażenie na nim wywarła. Rzadko rozmawiał z debiutantkami, a jeśli już, były to bardzo krótkie rozmowy. Z panną Ashfield jednak chętnie porozmawiałby dłużej, gdyby znów udało mu się znaleźć ją gdzieś samą. Jej niski, spokojny głos nie skrywał żadnych uczuć i działał na niego uspokajająco.

Muzycy zaczęli grać walca. Berrick poprowadził pannę Ashfield na środek. Debiutantki potrzebowały specjalnego zezwolenia, by móc zatańczyć walca, i Gabriel zastanawiał się, która z patronek sali balowej Almacka pozwoliła na ten taniec.

Zdawało się jednak, że panna Ashfield nie zna kroków. Potknęła się kilka razy i w końcu Berrick musiał objąć ją mocniej, żeby łatwiej mu było prowadzić. Do diabła, pomyślał Gabriel, dlaczego jej przyzwoitka nie interweniuje? Albo wuj? Czy nikt nie rozumie, jak niewłaściwa jest taka bliskość? Rozejrzał się, ale nikt nie zwracał szczególnej uwagi na tę parę.

Może zatem Frederick Lovelace był bliższy celu, niż wynikało to ze słów panny Ashfield? Gabriel zaklął i ruszył do drzwi. Powinien położyć się wcześniej, o ile tylko uda mu się zasnąć.

Adelaide zauważyła wyjście lorda Wesley. Przez dłuższą, niedorzeczną chwilę wyobrażała sobie, że on wciąż na nią patrzy i miała nadzieję, że poprosi ją do tańca. Earl Berrick trzymał ją zbyt blisko siebie i za mocno ściskał, ale walc zaraz się skończy, a wtedy będzie mogła powiedzieć, że boli ją głowa, i również wyjść. W tej chwili była zadowolona, że ma za przyzwoitkę starszą kobietę, która na pewno ucieszy się z wcześniejszego powrotu do domu. Wuj pewnie nie będzie zadowolony, ale Adelaide zauważyła, że on również zaczyna mieć już dość nieustannej wymiany uprzejmości i ciągnących się do późna wieczorków. Bertie zapewne zostanie w pokoju karcianym, pełen nadziei na iluzoryczną wygraną.

– Jeśli mogę, chciałbym jutro złożyć pani wizytę, panno Ashfield – oznajmił Berrick z wielką powagą w głosie.

Czyżby zamierzał się o nią ubiegać? Miała nadzieję, że nie, jednak Berrick uścisnął jej palce, patrząc na nią z napięciem.

– Jest pani rozsądną dziewczyną. Ma pani dobrze rozwinięty umysł i potrafi pani z niego korzystać.

Wciąż się uśmiechała, choć zdążyła już znienawidzić te sztuczne, przyklejone do twarzy uśmiechy. Jeszcze nigdy w życiu nie widziała tyle fałszu, co tutaj w Londynie.

– Sądzę, że bardzo by pani przypadła do gustu mojej matce, hrabinie.

Adelaide z najwyższym trudem powstrzymała wybuch śmiechu, ale muzyka właśnie ucichła i lord Berrick odprowadził ją do przyzwoitki. Widok skrzywionej twarzy lady Harcourt sprawił jej szczerą przyjemność.

– Jesteś zmęczona, ciociu – powiedziała, biorąc krewną za rękę. – Może już wyjdziemy?

Starsza kobieta nawet nie próbowała skrywać ulgi. Oparła się na ramieniu podopiecznej i razem podążyły do wyjścia.

Tej nocy Gabrielowi śniły się barwne suknie i melodyjne walce. Kobieta, z którą tańczył, pachniała cytrusami i nadzieją. Ciemne włosy miała rozpuszczone, a w jej oczach odbijały się kwiaty z tarasu.

Nagle jednak swobodny nastrój snu zmącił nagły niepokój. Nie wolno mu było jej pocałować. Wiedział, że jeśli to zrobi, ona się dowie. Musiał się odsunąć od jej miękkiego ciała i znaleźć sposób, by wyjść, nie narażając się na pytania. Tymczasem ona przywarła do niego jak zimna pajęczyna. Chcąc się jej pozbyć, musiał ją strącać z siebie, spychać coraz niżej, aż w końcu zobaczył ją nieruchomą pod marmurową chrzcielnicą zniszczonej drewnianej kaplicy. Miała bose stopy, a rozświetlona tkanina jej sukni śmierdziała siarką.

Adelaide Ashfield zmieniła się w Henriettę Clements o jasnych włosach splamionych krwią.

Próbował krzyczeć, ale z jego ust nie wydobywały się żadne słowa, żaden dźwięk. Próbował uciec, ale jego stopy nie były w stanie się poruszyć. W końcu obudził go piekący ból w górnej części prawego uda. Oddychał z trudem, ciało miał zesztywniałe z lęku i gniewu. Był chłodny, szary poranek. Niebo za oknem rozświetlało się bladą łuną.

Wiedział, że Henriettę przywiódł do niego strach. Jej mąż najprawdopodobniej zaangażowany był w finansowanie kampanii Napoleona w Europie. Gabriel śledził Randolpha Clementsa od miesiąca, próbując dowiedzieć się czegoś więcej. Służby wywiadowcze słyszały o jego bliskich związkach z londyńskimi radykałami i trzeba było to sprawdzić.