Dama w czerwieni

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Albany Manor, Kent, kwiecień 1816

– Pojedź ze mną do Londynu, Floro. Jestem zmęczona twoimi ciągłymi wymówkami. Ten skandal sprzed lat to już stara sprawa, nikt nie będzie o tym pamiętał, obiecuję. O wiele gorsze rzeczy zaprzątają teraz uwagę ludzi.

Zawsze trudno było odmówić Marii, pomyślała Florentia, kończąc malowanie obrazu przedstawiającego słabo oświetlone twarze trzech mężczyzn przy stole jadalnym.

– Roy też tam będzie, razem ze swoją matką. Na każdym przyjęciu będą nas otaczali ludzie. Obiecuję, że nie będzie tak jak poprzednio.

Poprzednio, powtórzyła w myślach.

Trzy lata temu Florentia w końcu zdecydowała się wrócić do życia towarzyskiego i to skończyło się katastrofą. Nikt nie chciał z nią rozmawiać, choć trzeba przyznać, że Timothy Calderwood próbował, zanim nie odciągnęła go świeżo poślubiona żona. To wspomnienie bolało. Czuła się jak wyrzutek i nawet ślub Marii z jednym z ulubieńców socjety, lordem Warrenden, nie złagodził jej niechęci do spotkań towarzyskich.

Flora zdjęła fartuch i zawiesiła go na sztaludze.

– Aby mnie przekonać, musiałabyś mi obiecać, że w każdej chwili będę mogła bez dyskusji wrócić do Albany.

Maria uśmiechnęła się.

– Chciałabym tylko, żebyś sama się przekonała, że niepotrzebnie się martwisz. Przecież nie możesz pozwolić, aby ten wykolejeniec na zawsze zrujnował ci życie. Jakiś nieznajomy, który nigdy nie został ukarany za swój koszmarny postępek i który prawdopodobnie od dawna nie żyje! Musisz wrócić do świata i znaleźć kogoś, tak jak ja. Roy to moje szczęście i błogosławieństwo.

Na twarzy siostry pojawiło się owo charakterystyczne rozmarzenie – radość zakochanej kobiety.

Odłożywszy farby do szklanych pojemników, Flora wytarła sztalugę terpentyną. Nie potrafiła pracować w bałaganie i nie znosiła czegokolwiek marnować. Farba w kolorze ochry połączyła się z kobaltowym błękitem, tworząc na szmatce brązowawą zieleń.

Już od ponad roku Flora co dwa tygodnie wysyłała do poleconego przez Roya agenta w Londynie nowy portret. Pan Albert Ward nieustannie namawiał ją do odwiedzin w mieście i spotkania z jego prywatnymi klientami, którzy pragnęli, aby to właśnie ona namalowała ich portrety.

Właśnie ona…? – Nie do końca, pomyślała Flora, marszcząc brwi.

Pan Frederick Rutherford robił furorę w świecie sztuki swoimi nastrojowymi portretami utrzymanymi w ciemnych barwach, a jego reputacja rosła tak szybko jak lista potencjalnych klientów. Młody mężczyzna ze wspaniałymi widokami na przyszłość – gdyby tylko zechciał pokazać się w towarzystwie!

Sensacja. Tajemnica. Geniusz, który nieoczekiwanie objawił się na londyńskiej scenie artystycznej.

Pan Ward coraz częściej nalegał w listach na spotkanie twarzą w twarz. Pragnął zrozumieć, jakim człowiekiem jest Rutherford, co ukształtowało jego wyczucie stylu i sprawiło, że potrafił tak wspaniale zinterpretować w swoich pracach uczucia portretowanych osób. Brak nadziei. Poczucie straty. Rozpacz. Miłość. Namiętność. Nieuczciwość. Doskonale oddawał na płótnie wszystkie odcienie ludzkich emocji.

List Warda pełen był egzaltowanych superlatywów. Agent dostrzegł w jej obrazach wiele cech, o których nie miała pojęcia, a mimo to jej milczenie zdawało się pobudzać go do kolejnych, coraz gorętszych obietnic.

Jego temperament był niepokojący i Flora często wątpiła, czy cały ten podstęp wart jest kontynuowania. Ze względu jednak na przeszłość była niejako zmuszona znaleźć zajęcie niezwiązane z rodziną i dziećmi. A ona uwielbiała malować. Skoro jej życie nie mogło potoczyć się w kierunku, którego dla siebie pragnęła, postanowiła przynajmniej, że nie pozwoli sobie niczego narzucić.

Mogło być gorzej, ponieważ zarabiane przez nią pieniądze uzupełniały lukę w rodzinnym budżecie, a posiadłość Albany Manor mogła być dziedziczona jedynie w linii męskiej, co oznaczało, że bez męskiego potomka przejdzie w ręce najstarszego syna jej stryja, o czym kuzyn Christopher przypominał im przy każdej wizycie.

Flora zastanawiała się, czy nie wysłać na spotkanie z panem Wardem swojego najmłodszego kuzyna Stevena, poinstruowawszy go uprzednio, jak ma się zachowywać i co mówić. Wiedziała jednak, że Steven, pomimo licznych zalet, jest gadułą. Fakt, że udało jej się zwieść jednego ze sławnych krytyków sztuki, stanowił zbyt atrakcyjny temat do plotek, a Flora była przekonana, że jej rodzice nie byli gotowi na kolejny skandal.

Miała więc związane ręce. Poza tym w jej głowie zaczął powstawać nowy plan. Mogłaby sama pojechać do Londynu. Młody, nieco zniewieściały artysta nie wzbudziłby większych podejrzeń, a gdyby jeszcze doskwierałby mu kaszel i miał skłonność do migren, być może nie musiałaby zabawić tam zbyt długo.

Krótka wizyta wystarczyłaby, aby utrzymać sprawy pod kontrolą, a ponieważ ojciec miewał częste napady depresji, podczas których matka nie odchodziła od jego łoża, miałaby pełną wolność poruszania się.

Siostra mogłaby jej pomóc, ponieważ od początku była wtajemniczona w mistyfikację.

– Jeśli zgodzę się na wyjazd do Londynu, Mario, to nie chciałabym uczestniczyć w żadnych dużych zgromadzeniach. Mogę pójść tylko na jakieś kameralne spotkanie.

– W takim razie zaczniemy od podwieczorku. Ciche, kulturalne spotkanie, na przykład u lady Tessy Goodridge, a potem przedstawienie w Haymarket.

Flora rozpuściła włosy i potrząsnęła głową. Kiedy malowała, zawsze upinała je w duży, kok za pomocą dwóch ceramicznych spinek, które dostała od siostry.

Nazywała je swoimi talizmanami, jako że po otrzymaniu ich wszystko zaczęło zmieniać się na lepsze. Być może jest to nadinterpretacja, pomyślała z uśmiechem – stała się bowiem z wyboru osobą ekscentryczną i przesądną. Od sześciu lat żyła w izolacji w Albany Manor – z wyjątkiem jednej wizyty w Londynie rzadko opuszczała rodową siedzibę Hale-Burtonów, która zapewniała jej spokój i samotność.

Kiedyś lubiła ludzi. Teraz po prostu ją przerażali. Nie potrafiła ich zrozumieć ani zinterpretować ich zachowania. Portrety wysyłane do pana Warda były inspirowane rysunkami z albumów z bogatej biblioteki w Albany. Wymyślała je, zmieniała lub kopiowała.

Oprócz jednego…

Tyle spraw wykraczało obecnie poza jej poczucie bezpieczeństwa. Pragnęła się zmienić, lecz nie wiedziała, od czego zacząć.

– Wybierzemy się do krawcowej w Bromley, Floro. Uszyje ci kilka sukien, jest tak samo utalentowana jak te kosztowne modistes w Paryżu. Podobno wszystkie panie, które zamawiają u niej suknie, są zachwycone.

Słuchając planów Marii, Flora zdała sobie sprawę, że zgodziła się na coś niebywałego. Wygląd zewnętrzny był tak istotny w Londynie, że dawna obawa, że nie jest wystarczająco elegancka, powróciła z całą mocą.

– Nie chcę nic wymyślnego, Mario, i na pewno nie będę nosiła jaskrawych kolorów.

Poprzednim razem matka uparła się na okropnie krzykliwe suknie, w ogóle nie pasujące do ich typu urody. Od czasu porwania Flora nie włożyła nic czerwonego.

– Roy woli mnie w pastelach – mówiła właśnie siostra, na co Florze dreszcz przebiegł po plecach. Kobiety z towarzystwa miały tak mało do powiedzenia. Były niemymi, pięknymi przedmiotami, bezsilnymi i wymagającymi opieki. Cóż, malarstwo obudziło w niej moc i wiedziała, że nigdy nie wyrzeknie jej się z własnej woli.

– Muszę też odwiedzić pana Warda w południowym Londynie.

Maria milczała ze ściągniętymi brwiami.

– On myśli że jesteś mężczyzną, Florentio. Jak chcesz się z nim spotkać?

– Spotkanie będzie krótkie, a ja będę przebrana za Fredericka Rutherforda.

– Nie sądzę, żeby to się udało. To byłoby… skandaliczne.

Flora roześmiała się.

– Podobno jestem ekspertką w tej dziedzinie, więc bez trudu dam sobie radę. Włożę ubrania i buty Brysona. Pasują na mnie.

– A co z twoimi włosami? Pan Ward nie uzna ich za chłopięce.

– Peruka i kapelusz wystarczą. Mogę też przykleić sobie wąsy i wypchać policzki papierem, żeby zmienić kształt twarzy. To sprawi również, że będę inaczej mówić.

– Mój Boże, Florentio…! – Maria nie kryła zdumienia. – Obmyślałaś ten podstęp już od jakiegoś czasu, prawda?

– Aktorstwo jest taką samą sztuką udawania jak malarstwo. Sądzę, że wymaga przede wszystkim pewności siebie.

– I naprawdę wyobrażasz sobie, że mogłabyś zagrać kogoś takiego?

– Tak. – Flora uśmiechnęła się na widok niedowierzania na twarzy siostry. – Ćwiczyłam to, Mario. Chodzenie, mówienie, siedzenie. Jestem pewna, że potrafię być więcej niż przekonująca.

– A co ze służbą u Warrendenów? Jestem pewna, że zauważą, że jesteś raz dziewczyną, a raz chłopakiem, i Bóg jeden wie, komu mogą o tym powiedzieć. Jeśli to prawda, co mówią o wymianie plotek pomiędzy dużymi domami, to cały Londyn pozna twoją prawdziwą tożsamość, zanim jeszcze dotrzemy na pierwsze przyjęcie.

– Może w takim razie pojadę do Londynu już jako Frederick Rutherford. Służba Warrendenów mnie nie zna i w ogóle nie trzeba będzie kupować dla mnie nowych sukien i butów. Nawet nie będę musiała zabierać pokojówki. Przyjadę po prostu jako pan Rutherford i wyjadę jako on bez zbędnych pytań.

– Nie wierzę, że o tym rozmawiamy, Florentio. Chyba nie mówisz poważnie.

– Wręcz przeciwnie, Mario. Nie mam ochoty wracać do towarzystwa, ale muszę nadal sprzedawać moje obrazy. Mogłabym oczywiście sama pojechać do miasta w przebraniu, ale…

– Nie. Jeśli masz zamiar popełnić to głupstwo, to chcę być z tobą i mieć pewność, że jesteś bezpieczna.

– Dziękuję.

– Nie mam innego wyjścia, ale chcę ci powiedzieć, że to zły i niebezpieczny pomysł.

– Wiem, że dam sobie radę, Mario. Pamiętasz nasze przedstawienia z dzieciństwa? Zawsze mówiłaś, że świetnie odgrywam swoje role.

 

– To było udawanie.

– Tak jak teraz. Dokładnie tak samo.

– Jeśli wpadniesz…

– Nie wpadnę. Obiecuję – nie dała jej dokończyć Flora.

– Mój Boże, nie mogę uwierzyć, że w ogóle się nad tym zastanawiam. Nie wierzę, że mnie namówiłaś.

– Spróbuj, Mario. Zrób to dla mnie.

– Dobrze. Narysuj mi, jak ma wyglądać ta peruka. Pojadę do perukarza i powiem, że jest potrzebna do przedstawienia na Boże Narodzenie. Czy wybrałaś już kolor włosów?

– Czarny.

Flora była zaskoczona pewnością, z jaką to powiedziała. Potrafiła naśladować Brysona, ponieważ tak dobrze go znała – jego nawyki, postawę, sposób mówienia i chodzenia. Mieli takie same złotawe włosy, potrzebowała więc czegoś zupełnie odmiennego.

– I będę też potrzebowała specjalnych butów, żeby dodać sobie wzrostu. Już takie widziałam takie, więc nie powinno to być trudne.

Maria jęknęła.

– Nie mogę uwierzyć, że planujemy tę farsę, Florentio. Boże, jeśli nas zdemaskują…

– To się nigdy nie stanie.

– Dobrze, ale przynajmniej Roy musi o tym wiedzieć. Nie będę go okłamywać.

Tego samego popołudnia Flora poszła nad strumień, położony wśród kwitnących krzewów. Powietrze wypełniał szum wiatru, śpiew ptaków i zapowiedź wiosennego ciepła.

Od czasu gdy powróciła z Londynu w atmosferze skandalu, zawsze przychodziła tutaj na rozmyślania.

Zagajnik przypominał jej nieco lasy wzdłuż traktu północnego, przez które uciekała od tamtego mężczyzny.

Od swojego porywacza.

Tak właśnie go nazywała i tylko tutaj pozwalała mu pojawiać się w swoich myślach równie zdecydowanie, jak odpychała wspomnienie o nim wszędzie indziej.

Najlepiej pamiętała jego uśmiech, trochę niesymetryczny i bardzo szczery. Miał też dołek w brodzie – szczegół, o którym przypomniała sobie dopiero, gdy zaczęła malować z pamięci jego portret.

Piękny. Tak o nim wówczas myślała i nie zmieniła zdania. Miał włosy we wszystkich odcieniach brązu, od rdzawego poprzez kasztan aż do złota.

Zastanawiała się, dlaczego nadal pamięta go tak dokładnie, chociaż znała odpowiedź. Zginął z powodu własnej pomyłki, lecz mimo to… Był jak męczennik, który umarł za nieznaną sprawę, a jego krew spłynęła ciemnoczerwonymi strugami po zakurzonym dziedzińcu gospody. Malując jego portret, użyła szczególnego odcienia dla zaznaczenia konturów, a teraz, kiedy był gotowy, kolor ów stał się częścią jego osoby – jego siłą i słabością zarazem.

Potem ostrożnie zapakowała obraz w tkaninę i schowała na samym dnie wielkiej szafy. Często jednak po niego sięgała i spoglądała na porywacza. Unosiła materiał i przesuwała palcem po jego policzku, wzdłuż nosa i podbródka z dołeczkiem.

Ta łagodna pieszczota poprawiała jej samopoczucie. Była to uwaga, której nie poświęciła mu za życia, nawet gdy uratował ją przed psami i owinął surdutem, aby osłonić przed chłodem.

Kontrasty. To było najgorsze. Różnica pomiędzy troską a jej brakiem.

Porywacz zmienił ją w osobę pełną obaw i nadmiernie przywiązaną do szczegółów. Przedtem wierzyła w życie, teraz się go bała. Czasami, siedząc tak w swoim zagajniku, zastanawiała się, dlaczego chwyciła za pędzel dopiero wtedy, gdy zrujnowana powróciła z Londynu.

Dostrzegłszy żółtą farbę na paznokciu zdrapała ją kciukiem; drobinki spadły na mokry liść, barwiąc go na żółto. Przechyliła go ostrożnie i kolor spłynął na ziemię, gdzie wkrótce zniknął.

Tak jak on.

Czasami wyobrażała sobie, że porywacz nadal żyje, okaleczony i wściekły, odizolowany od świata tak samo jak ona, obawiając się bycia widzianym. Czy miałby teraz żonę? Czy znalazłby kobietę, która potrafiłaby uważnie wysłuchać tej historii, a potem pogładzić go pocieszająco po policzku, tak jak ona gładziła jego portret? Uznać to za zwyczajny błąd, wart co najwyżej wyśmiania.

Ich drogi się skrzyżowały.

Jego czekała śmierć, a ją zmiana w życiu. Od tamtego czasu wszystko potoczyło się dalej. Ojciec zaczął chorować, matka zaczęła odgrywać rolę jego pielęgniarki, Maria znalazła idealnego męża, którego kochała.

Tylko ona utknęła, znalazła się w stanie całkowitej stagnacji.

Kłopot polegał oczywiście na poczuciu beznadziei po tym wszystkim, co się stało. Ze skandalem poradziłaby sobie łatwo. To smutek podciął jej skrzydła.

Wzięła do ręki patyk i zaczęła rysować kreski na ziemi. Sześć kresek jak sześć lat. Potem ozdobiła każdą dwunastoma kółkami, oznaczającymi miesiące. Siedemdziesiąt dwa kółka. Jedna czwarta jej życia.

Pragnęła znowu się uśmiechać, śmiać się i tańczyć. Chciała nosić ładne suknie i biżuterię i uczestniczyć w długich kolacjach przy świecach – ale nie potrafiła zdobyć się na ten pierwszy krok w świat.

Jej trudności z oddychaniem pogłębiły się. Zimą zdarzało jej się rzęzić i chwytać powietrze jak ryba, jeżeli spacerowała dłużej, niż powinna.

Czasami zastanawiała się, czy to nie wpływa na jej sprawność umysłową. Szybko jednak odepchnęła tę myśl, skupiając się ponownie na Fredericku Rutherfordzie.

Wstała ostrożnie i przedefilowała przez zagajnik z wysoko uniesioną głową i sztywnymi ramionami. Potem zawróciła, tym razem trzymając w dłoni patyk udający laskę.

Ekwipunek dżentelmena. Lepiej. Tak jak trzeba. Tyle elementów składało się na męskość. Krok. Głos. Arogancja. Pewność siebie.

Ruszyła szybciej, jakby była kimś ważnym, kto nie może pozwolić sobie na zmarnowanie choćby sekundy. Londyńscy bywalcy wiedzieli, dokąd zmierzają. Nie wahali się. Zachowywali się tak, jakby wszyscy pragnęli poznać ich samych oraz ich poglądy. Był to pewien rodzaj wolności.

Wydłużywszy, krok nie przestawała ćwiczyć, przez cały czas poprawiając gestykulację, aby osoba, którą miała się stać, była prawdziwsza.

Potrafi to zrobić. Schowa oczy za okularami, a wąsy ukryją jej usta. Wysoko zawiązany fular dopełni dzieła. Na strychu leżała laska jej dziadka z drzewna orzechowego ze srebrną gałką – kolejny rekwizyt, który odwróci uwagę od niej samej.

Pomału zaczęła widzieć wszystko w detalach: perukę, ubranie i podwyższone buty, które sięgną jej aż do kolan.

Tak jak obraz utworzony przez kolejne warstwy farby, nadające mu treść i strukturę, przyciągające wzrok, odnajdujące esencję, budujące iluzję.

ROZDZIAŁ TRZECI

– Naprawdę lubi pan się drażnić, lordzie Winterton, a jeśli choć połowa tego, co o panu mówią, jest prawdą, to zapewne wydajemy się panu okropnie nudni.

James spojrzał na uśmiechniętą twarz panny Julii Heron. Orzechowooka blondynka uchodziła za jedną z faworytek sezonu i patrzyła na niego tak, jakby był spełnieniem jej najskrytszych marzeń. Żałował, że nie może po prostu zejść z parkietu i wyjść, poczuć deszcz na twarzy, kałuże pod nogami i zapach londyńskiej wiosny.

Bardzo za tym tęsknił.

Szyja bolała go jak zawsze wieczorem o tej porze; oddychał w wyćwiczony sposób, aby pokonać ból.

Był pewien, że lady Florentii Hale-Burton nie ma wśród obecnych, a z tego, czego udało mu się dowiedzieć w ostatnich tygodniach o jej rodzinie, doskonale rozumiał dlaczego. To, co zrobił na ulicy naprzeciwko Hyde Parku, zniszczyło najmłodszą córkę earla Albany oraz zniweczyło jej szanse na małżeństwo, rodzinę i normalne życie. Na zawsze.

Była tu jednak jej siostra. Poznał lady Marię Warrenden, niegdyś Hale-Burton, kiedy wysiadła z powozu razem z jego starym przyjacielem. Roy Warrenden z dumą przedstawił mu małżonkę, podając jej panieńskie nazwisko, aby James mógł umiejscowić ją w towarzystwie. James miał nadzieję, że Roy nie dostrzegł wówczas wyrazu zaskoczenia na jego twarzy.

Lady Maria także nie rozpoznała ani jego, ani jego nazwiska, co było pocieszające i pozwoliło mu nadal nie podejmować decyzji w tej strasznej sprawie. Na dobry początek należałoby przeprosić Hale-Burtonów, lecz mówiono, że ojciec Florentii poważnie podupadł na zdrowiu. James zdawał sobie sprawę z tego, że jego powrót stałby się koszmarem dla całej rodziny – przypomnieniem chwil, o których pragnęliby nie pamiętać.

Lady Florentia ma teraz dwadzieścia trzy lub dwadzieścia cztery lata. Plotkowano, że przebywa w hrabstwie Kent i rzadko odwiedza Londyn.

James rozejrzał się w nadziei, że uda mu się wyjść i przemyśleć to w spokoju, lecz zjawił się na balu dopiero przed godziną. Wczesne wyjście wzbudziłoby spore zainteresowanie. Lepiej było nie przychodzić wcale, pomyślał.

Panna Heron kokieteryjnie bawiła się wachlarzem – ten zazwyczaj hipnotyzujący gest wydał mu się odstręczający. James nie był zainteresowany tego rodzaju kobiecą prowokacją.

Wrócił do Anglii jako cień samego siebie, lecz z dwudziestokrotnie większym majątkiem. W porównaniu tego, co stracił, z tym, co zyskał tutaj, w Londynie, gdzie pieniądze były najważniejsze, tkwiła jakaś ironia.

– Obiecał mi pan ten taniec, milordzie.

W oczach Julii Heron pojawił się błagalny wyraz. James nie przypominał sobie, aby składał taką obietnicę, i lekko uniósł brwi.

Przypuszczał, że to typowe zagranie: płochość podszyta żelazną determinacją, aby dobrze wyjść za mąż.

– Mam to w karneciku, lordzie Winterton – nalegała panna Heron, pokazując jego nazwisko zapisane drobnymi literami.

James skinął głową. Nigdy nie przepadał za tańcem, lecz kiedy orkiestra zaczęła grać kadryla, ucieszył się, że to przynajmniej nie walc.

Przechodząc na parkiet, dostrzegł, że kilkoro starszych osób przygląda im się tym szczególnym wzrokiem, jakby przewidywali rychłe zaręczyny. Stłumił narastającą irytację. Zatłoczona sala balowa nie była miejscem na żale i rozważania.

Szukał właśnie tematu, który zainteresowałby jego młodą partnerkę, kiedy sama nawiązała rozmowę.

– Papa zamówił portrety nas wszystkich u sławnego artysty, pana Fredericka Rutherforda, milordzie. Ma nadzieję, że sesje zaczną się jak najszybciej. – W jej słowach brzmiała ekscytacja, ale i niepokój. – Czy widział pan jego prace, lordzie Winterton?

James potrząsnął głową. Nie interesował go świat sztuki.

– Jestem jednak pewien, że ten malarz z entuzjazmem wykona pani podobiznę.

Uśmiech znikł z twarzy panny Julii.

– Prawdę mówiąc, pan Rutherford ma zwyczaj interpretować twarze po swojemu, choć papa nie może sobie wyobrazić, aby mógł postąpić tak z nami.

– Ponieważ nie można poprawić ideału?

James wyraźnie słyszał ironiczny ton swojego głosu, lecz Julia Heron tylko zachichotała i pokraśniała, ściskając go mocniej za rękę i patrząc mu prosto w oczy.

Serce w nim zamarło. Musiał zachować ostrożność, jeśli chciał uniknąć plotek rodzących się tak często na balach z najmniejszych choćby oznak sympatii.

Dzięki majątkowi znalazł się pośród najbardziej pożądanych kawalerów sezonu, choć niewiele było o nim wiadomo.

Starsi Heronowie przyglądali im się uważnie. Siedząca obok młodsza siostra Julii spoglądała na nią zazdrośnie. Kiedy ponownie spotkali się w tańcu, Julia miała już w zanadrzu kolejne pytanie.

– Czy długo zostanie pan w Londynie, milordzie?

– Tylko na kilka tygodni, panno Heron. Zamierzam wyjechać na zachód.

– Do Atherton Abbey?

– Widzę, że słyszała pani plotki.

– A kto ich nie słucha, lordzie Winterton. Mówi się przecież, że Abbey jest jednym z najpiękniejszych pałaców w całym hrabstwie Herefordshire, a także jednym z najdroższych.

James zacisnął zęby i uśmiechnął się, rad, że skomplikowana figura kadryla znowu ich rozdzieliła. Wtedy jednak napotkał partnerkę, której się nie spodziewał.

Lady Maria Hale-Burton, obecnie lady Warrenden, uśmiechnęła się uprzejmie. Była wyższa i pulchniejsza od siostry. Miała również ciemniejsze włosy. James spodziewał się, że teraz, na osobności, wspomni być może o losie swojej siostry w związku z jego osobą. Lady Maria trzymała się jednak konwenansów.

– Mam nadzieję, że cieszy się pan z powrotu do Londynu po tak długim czasie, milordzie.

Mówiła cicho, lekko sepleniąc.

– Owszem, dziękuję. Dobrze było zobaczyć znowu pani męża. Chodziliśmy razem do szkoły.

Nie zdążyła mu odpowiedzieć, gdyż w ostatniej figurze tańca powrócił do Julii Heron, która z rumieńcem na twarzy i szerokim uśmiechem chwyciła go pod ramię.

Odprowadziwszy dziewczynę do jej rodziców, podziękował za taniec i skierował się ku baronowi Warrendenowi, siedzącemu przy stole z butelką wina i pogrążonemu w rozmowie z jakimś nieznajomym. Dołączyła do nich Maria, odprowadzona do męża przez starszego dżentelmena.

 

– Roy mówi, że nie raz wyprowadził go pan na manowce, lordzie Winterton, ale najwyraźniej cieszy go pańska obecność. Zazwyczaj chce jak najszybciej wracać do domu.

Roześmiała się serdecznie, a jej naturalny śmiech w niczym nie przypominał wyćwiczonego towarzyskiego chichotu Julii Heron.

– Czy pani rodzice także przybyli na bal, lady Warrenden? – James zawczasu rozejrzał się po sali, na wypadek, gdyby dostrzegł w tłumie wściekłą twarz ojca Florentii Hale-Burton, lecz z ulgą stwierdził, że go tam nie ma.

– Niestety, rzadko opuszczają Albany Manor w Kent. Papa nie czuje się najlepiej, a mama uważa za swój obowiązek czuwanie przy jego łóżku.

– Jest w takim razie bardzo odpowiedzialną osobą, nieprawdaż?

– Albo lubi odgrywać męczennicę.

Przy bliższym kontakcie podobieństwo Marii do siostry stało się bardziej widoczne. Wpatrywał się w nią z zainteresowaniem nawet wówczas, gdy Roy Warrenden wstał i poklepał go po plecach.

– Dobrze mieć cię z powrotem w Anglii, Winter. Widziałem, że mojej żonie udało się znaleźć cię podczas kadryla. Mówiła, że będzie tego próbować. – Przebiegł spojrzeniem po sali. – Chyba powinienem cię ostrzec, że panny Heron są dość apodyktyczne i niełatwo przyjmują odmowę.

James spojrzał w ich stronę i zobaczył, że wszyscy Heronowie wpatrują się w niego z nadzieją na kontynuację znajomości.

Maria roześmiała się.

– Panny Heron są ładne, ale gdybym była mężczyzną, nie chciałabym budzić się co rano obok samej urody.

– Zaiste, kochanie – przytaknął jej mąż. – Ty też chyba preferujesz urodę w połączeniu z rozumem, Winter. Tymczasem panna Heron była wyjątkowo rozmowna w twoim towarzystwie…

– Opowiadała mi o swoim portrecie, który ma namalować niejaki Frederick Rutherford. Wygląda na to, że ów malarz cieszy się tutaj ogromną estymą. Ponoć zlecono mu namalowanie wszystkich trzech panien Heron.

Lady Warrenden zakrztusiła się winem, lecz to wyraz konsternacji w jej oczach przykuł uwagę Jamesa.

– Jest rzeczywiście utalentowany – podjął rozmowę Roy, a Jamesowi przyszło na myśl, że chciał dać żonie czas na odzyskanie równowagi. – Ale wątpię, czy Heronowie zdołają ściągnąć go do Londynu, bo z tego, co wiem, Rutherford nigdy nie maluje na zamówienie.

– Nie, z pewnością nie. – Maria Warrenden odstawiła kieliszek na stół drżącymi dłońmi, które natychmiast ukryła w fałdach sukni. – Proszę mi wierzyć, wicehrabio Winterton, byłby on zaskoczony takim pomysłem. Nie rozumiem, jak Heronowie mogą sądzić, że im się uda.

– Czy mam rozumieć, że zna go pani osobiście?

– Tylko trochę – odrzekła Maria i natychmiast zmieniła temat. – Jutro wybieramy się na przechadzkę po Hyde Parku, milordzie. Może zechciałby pan nam towarzyszyć? Młode liście na drzewach wyglądają szczególnie pięknie tej wiosny.

W umyśle Jamesa przeszłość zderzyła się z teraźniejszością. Pokręcił głową odmownie.

– Obawiam się, że jutro nie będzie mnie w mieście.

– Rozumiem.

Maria Warrenden wyglądała na zakłopotaną. Pragnął zapytać ją o zdrowie siostry, lecz nie wiedział, jak zacząć. Może gdyby któregoś dnia spotkał się z Royem sam na sam, mógłby wywołać ten temat okrężną drogą. Nie miał prawa się nią interesować, a Florentia Hale-Burton mogła nie życzyć sobie go oglądać, jeśli sądzić po rozmiarach skandalu, który wywołał.

Często zastanawiał się, czy wyszła za mąż, ma rodzinę oraz czy jest szczęśliwa…

Tego samego wieczora po powrocie z balu u Allanów, siostra zajrzała do pokoju Florentii, pragnąc podzielić się z nią najświeższymi plotkami.

– Lord Winterton zaszczycił bal swoją obecnością, więc dziewczęta Heronów nie dawały mu spokoju. Szczerze mówiąc, nie widziałam, żeby narzekał. Zatańczył chyba z każdą z nich.

– Winterton to ten wicehrabia, który dopiero co wrócił z Ameryki?

Flora słyszała już o nim. Wicehrabia był najnowszym i wyjątkowo interesującym nabytkiem towarzystwa – byłym żołnierzem, który zbił fortunę na sprzedaży drewna pozyskanym na wschodnim wybrzeżu.

– Właśnie ten; i rzeczywiście jest tak piękny, jak o nim wszyscy opowiadali. Wydaje mi się, że chodzi o jego oczy, są intrygująco bladozielone. Na pewno chciałabyś go namalować, Floro, ale to nie wszystkie wieści. Otóż, moja droga, panna Julia Heron powiedziała podobno Wintertonowi, że w najbliższych tygodniach pan Frederick Rutherford namaluje ją i jej dwie siostry w ich domu na Portland Square.

Florentia odłożyła książkę.

Intrygująco bladozielone oczy i tak piękny, jak o nim wszyscy mówią.

Jej świat zakołysał się nagle i musiała chwycić się krzesła, aby zachować równowagę.

– Dobrze się czujesz, Floro? Strasznie pobladłaś.

Siostra podeszła bliżej, podczas gdy Flora usiłowała się uśmiechnąć.

– Chyba jestem zmęczona, bo po tak długim czasie Londyn wydaje mi się szczególnie zatłoczony i hałaśliwy.

Serce biło jej jak szalone. Czuła, jak oblewa się zimnym potem. Czy to możliwe? Czy jej porywacz przeżył i jest teraz w Londynie, zaledwie parę mil od domu Warrendenów? Zebrała wszystkie siły, aby się skupić.

– Po naszym poniedziałkowym spotkaniu pan Ward poprosił mnie w liście, abym rozważyła propozycję Heronów, ale odmówiłam.

– Cóż, najwyraźniej nie przekazał im twojej odpowiedzi. – Maria zdjęła kapelusz i potrząsnęła głową. – Wiedziałam, że coś pójdzie nie tak z twoim planem, Floro. Ward nie poprzestanie na jednym spotkaniu. To szczwany lis, z jego zachowania i niedopowiedzeń jasno wynikało, że będzie chciał od ciebie coraz więcej. Boże, jeśli dalej tak pójdzie, to w końcu cię zdemaskuje!

– Jest chciwy, ale i bystry. Powiedziałam mu, że w wyniku zbyt silnej presji mam tendencję do napadów głębokiej melancholii. Dałam mu do zrozumienia, że jestem… kruchym i niezwykle wrażliwym artystą, w pewnym sensie nie z tego świata. Kaszel chyba pomógł, chociaż potem z wysiłku bolało mnie gardło i miałam chrypkę.

Maria była przerażona.

– W takim razie musimy opuścić Londyn i wrócić do domu.

Florentia uniosła brwi. Nie chciała wyjeżdżać w takim pośpiechu.

Intrygująco bladozielone.

Słowa te rozbrzmiewały raz po raz w jej głowie.

– Czy lord Winterton jest żonaty?

Siostra otworzyła usta ze zdumienia.

– Nie. Nie sądzę. To stary przyjaciel Roya, więc mogę go spytać. Skąd to zainteresowanie?

Florentia zignorowała pytanie Marii i zadała kolejne:

– Ale zamieszkał w Londynie?

– Mówi się, że nabył sporą posiadłość gdzieś na zachodzie. I podobno jest niebezpieczny.

– W jakim sensie?

– Chyba w każdym. To nie jest partner dla strachliwych albo nieśmiałych. Wygląda tak, jakby mógł pochłonąć cały świat jednym kłapnięciem. Wszyscy na balu u Allanów trochę się go obawiali. Przypuszczam, że chodzi o jego majątek, a do tego ma podobno bliznę na szyi, która wygląda, jakby w przeszłości oderwano mu głowę. Nosi wysoko zawiązany fular, żeby to ukryć.

– Rozumiem.

Florentia wstała i odwróciła się do lustra wiszącego na ścianie.

A więc to był on. Wiedziała to w głębi swego bijącego na alarm serca.

Mogłaby zniszczyć go w jednej chwili, tak samo skutecznie jak on zniszczył ją. Mogłaby wypowiedzieć prawdę na głos i patrzeć, jak ten ulubieniec towarzystwa cierpi pomimo swojego bogactwa, koneksji i urody.

Było jej niedobrze, czuła się przerażona i jednocześnie szczęśliwa. Emocje szalały w niej, po czym zmieniały się poczucie chłodu i strach.

Nie mogła jednak tak po prostu wrócić do domu i nic z tym nie zrobić. Nie. Nie zniesie kolejnych sześciu lat bólu, żalu i strachu.

– Rozmawiałaś z nim, Mario? Z lordem Wintertonem?

– Tak.

– A on zna twoje panieńskie nazwisko?

– Przypuszczam, że tak. Pamiętam, że Roy wymienił je, gdy mnie przedstawiał. Czemu pytasz, Florentio? Czy jest coś, o czym mi nie mówisz?

Florentia już jej jednak nie słuchała, pogrążona we własnych zmartwieniach. Czy lord Winterton ją pamięta? Czy rozpoznał nazwisko Hale-Burton? Czy było już za późno?

Niewielki pokój w domu Warrendenów na Grosvenor Square wydał jej się nagle mały niczym więzienna cela. Zapragnęła się uwolnić, wydostać się na zewnątrz, choćby na chwilę zostać sama.