Wedle zasługTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Seria Fabryczna Zona

Część I: Wilki

Część II: Przybysz

Część III: Jantar

Część IV: Wedle zasług

Część V: Kordon

Fabryczna Zona

Karta redakcyjna

Okładka


Seria Fabryczna Zona:


Michał Gołkowski – Ołowiany świt

Michał Gołkowski – Drugi Brzeg

Michał Gołkowski – Droga donikąd

Michał Gołkowski – Sztywny

Wiktor Noczkin – Ślepa plama

Wiktor Noczkin – Czerep mutanta

Wiktor Noczkin – Łańcuch pokarmowy

Krzysztof Haladyn – Na skraju Strefy

Sławomir Nieściur – Wedle zasług


Andriej Lewicki – Łowca z Lasu

Wiktor Noczkin – Wektor zagrożenia


Bartek Biedrzycki – Kompleks 7215

Bartek Biedrzycki – Stacja Nowy Świat

Dominika Węcławek – Upadła świątynia


Paweł Kornew – Lodowa Cytadela

Paweł Kornew – Tam gdzie ciepło

Jan Waletow – Ziemia Niczyja

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


1

Trzy miałam... – Staruszka rąbkiem kwiecistej chustki otarła łzy ściekające po pomarszczonych policzkach. – Krasulę, co ją te gadziny na jesieni zadusiły, jak przy lasku uwiązałam, żeby sobie brzeziny skubnęła. Bura zdechła przy cieleniu, jeszcze w lecie. A teraz jałówkę zagryzły. Pierwszy raz na dworze była. Na łączce trawa po pas, jeść nie było co dać, to tam wygoniłam.

– Weterynarza nie wzywaliście? – zapytał młodszy z myśliwych, Foma Jusupow, dłubiąc widelcem w słoiku z kiszonymi ogórkami. – Do Burej – uściślił.

– A jakże, wezwaliśmy, ale zanim przyjechał, było po wszystkim. Mąż zadzwonił od razu, jak tylko zaczęła się kręcić. My przecież starzy, cielaka nie wyciągniemy, a wkoło pustka, ludzi nie ma. – Zdjęła chustkę, położyła sobie na podołku i powykręcanymi artretyzmem dłońmi przysunęła gościom miskę z tłuczonymi ziemniakami. – Jedzcie, chłopcy, jedzcie na zdrowie. Lasy tu gęste, dzikie, to i sił wam trzeba.

Siedzieli we czwórkę w dużej izbie, przy stole nakrytym koronkowym, pożółkłym ze starości obrusem. Przed nimi stała drewniana misa wypełniona po brzegi gotowanymi ziemniakami, słoik ogórków, dzbanek kompotu z suszonych jabłek i wyszczerbiony plastikowy pojemnik z grubo krojonymi pajdami swojskiego chleba. Całości dopełniał półmisek, z którego dolatywała aromatyczna woń wędzonej domowym sposobem kiełbasy. Gospodarz, chudy jak szczapa, ale całkiem krzepki, jak na swój wiek, proponował jeszcze samogon, myśliwi jednak stanowczo odmówili.

– Do was, na stanicę, dzwoniłem – odezwał się staruszek. Widząc niedowierzające spojrzenia obu gości, uśmiechnął się bezzębnymi ustami. – Mam telefon. Komórkowy. Syn mi w zeszłym roku przywiózł. Taki mały agregat też załatwił. W razie potrzeby naładować idzie, a czasem to i żarówkę zaświecić. Jak ropy przywiozą... – wyjaśnił.

– A, to naszego doktorka chcieliście? – domyślił się Jusupow, przysuwając sobie naczynie z ziemniakami. Przymknął oczy i przez chwilę wdychał obłoczki pary ulatującej z żółtawych, rozpadających się bulw.

– Tak, waszego. Bo to on ją inseminował.

– On? Zgodził się na inseminację? – Starszy z myśliwych, Wołodia Rybin, był wyraźnie zaskoczony. – Patrzcie go, a mówił, że jakby mógł, toby wszystkie zwierzęta w Strefie wysterylizował... – Spojrzał pytająco na towarzysza.

– Kto go tam wie, co kombinuje...? Może jakieś wytyczne nowe dostał? Cały czas depesze przychodzą... – odparł obojętnie Jusupow.

– I nie zdążył? – zapytał Rybin, zwracając się do gospodarza.

– Ano, nie zdążył. Droga daleka, długo jechał. – Stary ze smutkiem pokręcił głową. – Cielaka nieżywego wyciągnął. Powiedział, że i tak martwym by się ocieliła, zastrzyk dał tylko. Ale pieniędzy nie wziął. Ludzki chłop.

Jusupow zakrztusił się nagle jedzeniem, natomiast Rybin szeroko się uśmiechnął. „Ludzki”. To było chyba ostatnie określenie, jakiego by użyli, charakteryzując swojego zwierzchnika. Opinie na temat doktora przeważnie wahały się gdzieś pomiędzy chciwym draniem a skończonym skurwysynem. Ze wskazaniem na to ostatnie.

Dwudziestka kontraktowych łowczych, włączona w strukturę ośrodka weterynaryjnego i opłacana ze specjalnego funduszu przez zarząd elektrowni, od kilku lat uczestniczyła w realizacji rządowego planu rewitalizacji ekosystemu Strefy.

Myśliwi wraz z właściwym personelem ośrodka podlegali Jewgienijowi Mietkinowi, byłemu kierownikowi katedry na Uniwersytecie Kijowskim. Mierziła ich ta dziwaczna podległość służbowa, drażniła mocno, ale jakoś szło przeboleć i łowiecką niewiedzę doktora, i jego machlojki przy rozdzielaniu kontyngentowej paszy. Jednego jednak przeboleć nie mogli, a mianowicie tego, że ich szef bezczelnie zawłaszczał znaczną część prowizji naliczanych za odstrzeloną zwierzynę. Metodę wynalazł bardzo prostą. Bez żadnej krępacji dopisywał swoje nazwisko w karcie odstrzału – formularzu, jaki każda para myśliwych musiała uzupełnić po zakończeniu wyprawy łowieckiej, dzięki czemu do kieszeni wpływała mu trzecia część prowizji. Gdy spróbowali ten proceder oprotestować, z wrednym uśmieszkiem przypomniał im, od kogo zależy przedłużenie kontraktów.

– Co my teraz poczniemy? – Staruszka znowu zaczęła chlipać. – Ani mleka, ani śmietany... Masła i sera nie zrobisz, świnka jednością... Na samych kartoflach w zimę nie przeżyjemy.

– Nie płaczcie, babciu – odezwał się Jusupow, ocierając usta. – Coś wymyślimy, prawda, Wołodia?

– A pewnie, że tak – potwierdził Rybin, sięgając widelcem w kierunku półmiska i wbijając go na chybił trafił w stosik ociekających tłuszczem plastrów salcesonu. – Napiszemy protokół, że wilki podkopały się do obory i pozabijały inwentarz. Elektrownia wtedy albo da odszkodowanie, albo ekwiwalent. Napiszemy tak, że będziecie mogli ze trzy krowy kupić, a może i kabany jakieś... – wyjaśnił, przełykając ślinę. Pachnące czosnkiem i przyprawami porcje głowizny z cichym plaśnięciem wylądowały na talerzu.

– Ale one ją na łączce zadusiły... – odezwał się gospodarz.

– No jakże to, dziadku? Nie wiecie, że tutaj bydła wypasać nie wolno? Prikaz jest inwentarz w budynkach trzymać i karmić paszą spoza Strefy – skarcił go Jusupow.

– Słuchajcie kolegi. Foma przepisy zna. On kiedyś nadleśniczym był. Chłop uczony – oznajmił Rybin z udawaną powagą.

Jusupow, widząc przerażone spojrzenie gospodarza, roześmiał się na cały głos.

– Nie strasz ludzi, Wołodia – powiedział. – Tak, tak, dziadku, naprawdę taki zakaz wprowadzili, jeszcze w osiemdziesiątym szóstym, a że potem nikt nie uchylił, to obowiązuje po dziś dzień. Bydło, trzoda, drób nawet mają być zamknięte i karmione paszą z kontyngentu. Nie tylko u nas, ale i na Białorusi. Sto kilometrów od reaktora nie wolno na dworze wypasać i basta.

– Jakże to? Pierwsze słyszę! – tym razem zdziwiła się staruszka. – Przyjeżdżali tu przecież różni. Wojsko, naukowcy, komisje jakieś i żaden nie mówił, że nie wolno. Paszy też nigdy za darmo nie dali, zawsze trzeba było płacić.

– Wiecie, jak to jest – powiedział Jusupow. – Państwowa karma to niczyja karma. Więc w centrali rozkradają... Znaczy biorą – zreflektował się. – Dlatego nie przeszkadzają ludziom, ci zaś wypasają bydło tam, gdzie chcą. Innymi słowy, dają sobie radę, to i nie ma potrzeby im darmochy dawać. Lepiej sprzedać, wtedy jest czysty zysk. Ale o tym cicho sza! Ja nic nie mówiłem – dodał, przykładając palec do ust.

– I słusznie, Fomka. – Rybin łypnął groźnie na towarzysza. – Piszemy protokół szkody. – Sięgnął po rzuconą niedbale na podłogę, wyświechtaną aktówkę.

Jusupow, widząc ten gest, odsunął talerz i wygładził dłonią obrus. Chwilę później, pochylony nad stołem, z namaszczeniem zaczął wypełniać pierwszy z kilkunastu przewidzianych na taką okoliczność formularzy.

 

Po niemal godzinie, podpisany przez poszkodowanych Fiodora i Zoję Hawryłów oraz parafowany przez obu myśliwych, plik kartek zniknął w jednej z przegródek aktówki.

Jusupow poinstruował staruszków, by jeden egzemplarz wręczyli przy najbliższej okazji któremuś z likwidatorów, pojawiających się co parę tygodni w wiosce. Rybin natomiast obiecał, że zadzwoni do znajomego w Centrum Likwidacji Szkód działającym przy zarządzie elektrowni i przypilnuje, aby sprawa nie utknęła w szufladzie jakiegoś biurokraty.

– Na nas już czas – oznajmił, wstając od stołu. – Musimy wytropić nasze wilczki.

– Zaczekajcie – poprosiła staruszka. Z trudem podniosła się z krzesła i podeszła do Jusupowa. – Dziękuję, synku, niech Bóg cię prowadzi – powiedziała miękko. Matczynym gestem ujęła w dłonie jego policzki, po czym delikatnie pocałowała w czoło.

Myśliwy poczuł, że wilgotnieją mu oczy. Tak samo w dzieciństwie całowała go rankiem matka, gdy z tornistrem na plecach czekał na werandzie, aż wyjdzie za nim i jeszcze raz dokona starannej lustracji jedynaka. Po śmierci ojca, który po błahej małżeńskiej sprzeczce zdenerwowany wybiegł z domu wprost pod koła nadjeżdżającej ciężarówki, udręczona rozpaczą i poczuciem winy, nie pozwalała, aby jej jedyne dziecko opuściło dom, nie otrzymawszy pieszczoty i matczynego błogosławieństwa. Nawet kiedy był już na studiach i próbował wymknąć się chyłkiem na kolejną randkę czy balangę z kolegami, kierowana jakimś szóstym zmysłem, matka nieodmiennie pojawiała się przy drzwiach wyjściowych, żeby go pożegnać. Później, na ostatnim roku studiów, gdy już nie wstawała z łóżka, to on przychodził do niej. Siadał na skraju posłania i delikatnie ją budził, muskając opuszkami palców dłonie, usiane plamami wątrobowymi. Otwierała wtedy oczy, uśmiechała się i szeptała: „Idź z Bogiem, synku”.

Teraz pogładził starowinkę po policzku, odwracając głowę tak, aby nie widziała jego wzruszenia.

– Nie ma za co, babciu. My tu, w Strefie, jak rodzina. Musimy sobie pomagać – wykrztusił. Szybkim krokiem wyszedł na podwórko i podążył w kierunku zaparkowanego na poboczu szosy traktora.

Obserwujący tę scenę Rybin uścisnął dłoń Fiodora i pobiegł za towarzyszem.

– Jedźcie na wygon, najkrótsza droga będzie! – zawołał za nimi Fiodor.

Stareńki, przemalowany z karminowej czerwieni na ciemnozieloną, maskującą barwę traktor, wyprodukowany w ZSRR jeszcze przed Katastrofą, cechował się bezawaryjnością oraz niskimi kosztami eksploatacji. No i był idealnym pojazdem na tutejsze bezdroża. W ośrodku mieli takich jeszcze cztery. Żadna z wypasionych, naszpikowanych elektroniką i wyposażonych we wszelakie rodzaje napędu terenówek, które otrzymali niedawno od elektrowni, nie mogła się równać z poczciwymi traktorami. A drogi w Strefie z każdym rokiem stawały się coraz gorsze: z upływem czasu mróz i korzenie roślin zamieniały jezdnie w wyboiste trakty, upstrzone na całej długości grudami pokruszonej masy bitumicznej. Podobny los spotkał drogi polne i leśne, z tą różnicą, że te ostatnie po prostu znikły pod naporem roślinności.

– Do zobaczenia! – zawołał Jusupow, przekrzykując terkot ciągnika. Obejrzał się przez ramię i zobaczył, jak Hawryłowie, stojący w drzwiach przekrzywionej werandy, doklejonej do drewnianej, pobielonej wapnem chałupy, machają im na pożegnanie.

Traktor ruszył gwałtownie do przodu, spod potężnych kół wytrysnęła do tyłu chmura kurzu. Ta falująca zasłona, zabarwiona ciepłym, żółtym światłem słońca, zwiastującym rychłą zmianę pogody, zamazała kontury staruszków. Myśliwy miał wrażenie, że oboje znikają, rozpływają się jak zjawy.

– Do zobaczenia – wyszeptał.

Pojazd, klekocząc poluzowanymi błotnikami, potoczył się wyboistą drogą, pośród zarośniętych łopianem ogródków, okolonych poprzechylanymi płotami, miażdżąc grubymi oponami zaściełające drogę zbrązowiałe i suche opadłe kwiaty topoli. Od czasu do czasu myśliwy łagodnym skrętem kierownicy omijał leżące przy krawędzi szosy poczerniałe słupy linii energetycznej. Druty rozszabrowano lata temu. Ot, następna opuszczona wieś, jakich były w Strefie dziesiątki.

2

Basiora zdjęli niemal z marszu.

Kilka kilometrów za ostatnimi zabudowaniami szosa zamieniła się w gruntówkę, ledwo widoczną wśród bujnych łanów ostów, pokrzyw i traw, nietkniętych kosą od prawie dwudziestu lat. Zarys drogi rozpoznać można było tylko dzięki temu, że w dawnych koleinach chwasty były odrobinę rzadsze. Fiodor powiedział im, że to właśnie tutaj niedawno widział wilka. Przez następne kilkaset metrów traktor jechał przez ugór, zanurzony aż po tylne błotniki w falującym morzu zieleni, otoczony tumanami białych zarodników ostu i przypominających miniaturowe igiełki nasionek trawy.

– Zamknij to cholerne okno, bo się podusimy – poprosił Jusupow, spluwając na gumową wykładzinę podłogi.

– Niby jak? – zapytał Rybin, siedzący na błotniku od strony drzwi. Okienko kabiny, otwierane na zewnątrz i tam też zablokowane blaszanym skobelkiem, znajdowało się po przeciwnej stronie. Musiałby chyba wyskoczyć z traktora i w biegu zwolnić zabezpieczenie. – Sam zamknij – odparł.

Poirytowany Foma wcisnął sprzęgło, wrzucił luz i zaciągnął ręczny hamulec.

– Żebyś wiedział – mruknął, wychylając się przez okno, aby dosięgnąć skobla.

Nagle znieruchomiał. Z rozłożystej kępy bylicy, jakieś pięć metrów od traktora, wpatrywał się w niego wilk. Zwierzę przekrzywiało łeb, lustrując przybysza uważnym spojrzeniem żółtych ślepi.

– Wołodia, podaj strzelbę. Szarobylski... – wycedził przez zęby, czując, jak po skroni spływa mu strużka zimnego potu. Tę odmianę wilków znał aż za dobrze.

Szary czarnobylski, tak nazwali ten podgatunek zoolodzy. Myśliwi oczywiście uprościli to przydługie miano. Niektóre osobniki dorastały do metra w kłębie, osiągając przy tym wagę siedemdziesięciu i więcej kilogramów – nie tracąc jednocześnie nic z szybkości i zwinności mniejszych pobratymców. Szarobylskie występowały endemicznie na terenach sąsiadujących z Prypecią – pojawiły się tam, a właściwie wyewoluowały kilka lat po Katastrofie. To właśnie z ich powodu władze Ukrainy stworzyły listę zwierząt drapieżnych i szkodliwych, którą otwierały wilki jako gatunek. Od tego momentu można je było tępić w dowolnym okresie roku i bez żadnych limitów, dla pracowników gospodarstw łowieckich było to wręcz obowiązkiem służbowym.

Protesty ekologów z oczywistych względów ignorowano, a najbardziej aktywnych zabierano na wycieczki do Strefy, na terytoria watah szarobylskiego, i tam pozwalano prowadzić obserwacje, rzecz jasna, w otoczeniu uzbrojonej eskorty. Jeden po drugim żarliwi obrońcy wilków podejrzanie prędko zamienili się w równie żarliwych zwolenników ich eksterminacji. Niektórzy posunęli się do tego, że zaczęli optować za wytępieniem wszystkich psowatych, bez wyjątku.

Myśliwych wcale to nie dziwiło. Szarobylski był po prostu najbardziej inteligentnym i zabójczym gatunkiem, z jakim kiedykolwiek mieli do czynienia.

Liczebność tych wilków nie była duża: szacowano ją na dwieście, dwieście pięćdziesiąt osobników, ale rozmiar jatki, którą urządziły, przyprawiał o zawrót głowy. W ciągu niespełna czterech lat, od momentu, gdy zaobserwowano pierwsze ataki na ludzi, liczba ofiar przekroczyła sto osób. Szkód wyrządzonych w gospodarstwach rolnych i ogólnie w ekosystemie nikt nawet nie próbował szacować.

Dlaczego ten osobnik przywędrował aż tutaj, ponad dwadzieścia kilometrów od Prypeci, Jusupow nie miał pojęcia, ale zdawał sobie sprawę, że siedzący nieopodal drapieżnik jest w stanie jednym skokiem dopaść go, wywlec z kabiny i mocarnymi szczękami zmiażdżyć kark. A ponieważ te zwierzęta nigdy nie polowały w pojedynkę, w pobliżu musiał być też drugi.

Pomyślał o staruszkach w wiosce. Krów już nie mieli, teraz nadeszła ich kolej...

– Strzelba, do jasnej cholery! – powtórzył półgłosem.

– Zostaw. Ja sam – usłyszał zza pleców lakoniczną odpowiedź Rybina. Kątem oka zarejestrował jeszcze, że pomiędzy jego ramieniem a framugą okna pojawiła się lufa strzelby.

A potem huknął wystrzał. Dwie breneki, mknąc z prędkością niemal trzystu pięćdziesięciu metrów na sekundę, uderzyły wilka prosto w łeb, zamieniając go w chmurę rozpylonej krwi i strzępów tkanki. Bezgłowe ciało runęło w gęstwinę.

Jusupow, na wpół ogłuszony, zaczął wysuwać się bezwładnie z kabiny. Rybin, widząc, co jest grane, złapał go za kołnierz i wciągnął do środka. Nie czekając, aż towarzysz dojdzie do siebie, wyskoczył na zewnątrz, przewiesił strzelbę przez ramię, zatrzasnął drzwi i z małpią zręcznością wspiął się po przednim kole na maskę ciągnika, a stamtąd na dach kabiny. Stojąc prawie dwa metry nad ziemią, doskonale widział falujące łany traw i odległą ścianę lasu. Przez chwilę żałował, że nie ma przy sobie lornetki.

Drugiego wilka zauważył kilkadziesiąt metrów dalej. Zwierzę dziwnie krótkimi susami przedzierało się wśród bujnych chwastów, prąc w stronę zbawczego lasu. Nawet bez lornetki myśliwy dostrzegł, że drapieżnik ma o wiele jaśniejsze umaszczenie niż ten, którego bezgłowe ścierwo spoczywało nieopodal.

– Wadera. Szczenna... – mruknął.

Wilczyca poruszała się i chociaż odległość była stosunkowo niewielka, wątpił, czy uda mu się ją chociaż zadrasnąć. Złożył się do strzału i wahał przez chwilę. Amunicji mieli mało, równie dobrze mogli pójść tropem, w tym stanie nie powinna daleko uciec. Jednak zawsze istniało ryzyko, że jednak im się wymknie. Przyklęknął na jedno kolano, wstrzymał oddech, po czym nacisnął spust. Ku własnemu zdziwieniu zobaczył, że wadera zatoczyła się, a na jej zadzie, mniej więcej na wysokości nasady ogona, wykwita szkarłatna plamka. Trafił. Nie była to śmiertelna rana, bo wilczyca biegła nadal – chyba nawet szybciej niż przedtem i z każdym susem coraz bardziej oddalała się od swoich prześladowców, ale myśliwy wiedział, że problemem nie jest już to, czy im ucieknie, tylko jak daleko zdoła pobiec, zanim osłabnie z bólu i utraty krwi.

Ma się to oko, pomyślał z mściwą satysfakcją.

Zeskoczył na ziemię. Jusupow już oprzytomniał i poruszając ustami jak ryba wyciągnięta z wody, energicznie dłubał palcem w uchu.

– Zaraz przejdzie – pocieszył go Rybin, gramoląc się do kabiny.

– Co?!

– Mówię, że przejdzie! Będziesz słyszał!

– Aaa... No tak. Trzeba było dać mi broń, a nie grzać przy samym uchu. – Jusupow był wyraźnie rozzłoszczony.

– Jeszcze czego. Zanim złożyłbyś się do strzału, ten skurwysyn alboby zwiał, albo co gorsza, zdążył cię chapnąć. – Myśliwy poklepał kolegę po ramieniu i usadowił się wygodnie obok. Zawsze tak jeździli. Mocniej zbudowany, prawie kwadratowy Jusupow za kółkiem, a drobniejszy Rybin przycupnięty na wąskiej półce błotnika. – Mniejsza z tym, widziałem samicę. Ucieka do lasu.

– No to już jej nie dopadniemy.

– I tu się mylisz. Postrzeliłem ją, no i szczenna jest, wolno biegła. Daleko nie ucieknie – uśmiechnął się złośliwie Rybin. – Odpalaj, jedziemy za nią.

Ruszyli w ślad za waderą, podskakując i szczękając zębami, gdy traktor najeżdżał na ukryte w trawie wzgórki. Między pierwsze drzewa dotarli niemal równocześnie z wilczycą.

Jako że buczyna opanowała niemal idealnie płaski teren, a stanowiące jej trzon dorodne buki jak zwykle zdusiły wszystko, co obce, widoczność mieli doskonałą. I niemal natychmiast zdążyli zauważyć, jak broczący krwią drapieżnik wskakuje w jedną z nielicznych kęp paproci, tu i ówdzie wykwitających zielonymi ostrowiami ze ściółki.

– Wysiadka! – krzyknął na ten widok Jusupow, gasząc silnik.

Rybin zwinnie wyskoczył z kabiny, łapiąc w biegu obie strzelby. Przysiadł na przednim kole i sprawnymi ruchami załadował broń. Plan był prosty: sprowokować wilczycę, poharatać śrutem i dobić brenekami. Nie zamierzali bawić się w subtelne podchody. Samica właśnie straciła partnera, była ranna, obolała i z całą pewnością rozjuszona. Obaj zdawali sobie sprawę, że raczej nie będzie próbowała ich przeczekać. Szarobylskie nie miały tego w zwyczaju – mutacja obudziła w nich również dziwną brawurę, jakby czerpały przyjemność z walki.

Powoli, krok za krokiem podeszli bliżej zarośli.

– Uważaj – syknął Jusupow, gdy liście paproci poruszyły się gwałtownie. Rybin skinął tylko głową.

W tym samym momencie wadera rozpoczęła samobójczą szarżę.

Myśliwi zadziałali odruchowo. Wyćwiczonym przez lata praktyki ruchem odskoczyli do tyłu i jednocześnie na boki. Wilczyca, która jednym skokiem wylądowała pomiędzy nimi, znalazła się nagle na wierzchołku utworzonej w rezultacie ich manewru litery V. W ciągu sekundy, którą zmitrężyła, wybierając kierunek kolejnego skoku, w jej cielsko uderzyły dwie wiązki śrucin, obalając ją na ściółkę. Upadła na bok; zmasakrowany łeb litościwie okryła warstwa zaschłych liści. O tym, że jeszcze żyje, świadczyło tylko falowanie futra na grzbiecie i powolne, miarowe ruchy wyprostowanych łap. A potem zaczęła cicho skomleć, niczym szczeniak skarcony kłami dorosłego osobnika.

 

– Dokończ... – odezwał się Jusupow, opuszczając dymiącą jeszcze dwururkę.

– Po co? I tak zaraz zdechnie – stwierdził Rybin. Ruszył w kierunku dogorywającej wilczycy.

– Wołodia! Powiedziałem, dokończ! – warknął Jusupow.

Myśliwy podszedł do wilka, przystawił lufę do zanurzonego w liściach łba i dwukrotnie nacisnął spust. Gdy już przebrzmiały echa wystrzału, w lesie zapadła cisza.

– Dobrze poszło – skwitował Rybin, trącając nogą martwego wilka.

– Owszem – zgodził się Jusupow. – Wychodzi na to, że szły na polowanie.

– Do wioski, ścierwa, lazły. W biały dzień, ja pierdolę. – Rybin splunął. – A tam... – zawiesił głos.

– Hawryły... – dokończył Jusupow, wzdrygając się. Kto by pomyślał, że mała zmiana w grafiku, niespodziewana korekta, którą wprowadził w ostatniej chwili Mietkin i z powodu której o kilka dni wcześniej przyjechali do Pierieszewa, uratuje staruszków. Jadąc do wsi, przez całą drogę zastanawiali się, co właściwie kombinował, przenosząc ich zlecenie akurat na ten dzień. Doszli do wniosku, że przyczyną jest wizyta tych typków z Jantaru, z którymi prowadził interesy. O ich przyjeździe dowiedzieli się zupełnie przypadkiem od Dimy. Widocznie pałętający się po stanicy myśliwi byli Mietkinowi tego dnia bardzo nie na rękę, bo kiedy zaczęli wykłócać się z nim o dwa dni wolnego, które zgodnie z regulaminem przysługiwały im po każdym trwającym dłużej niż dwie doby zleceniu, ten na ich oczach zamaszystym pociągnięciem pióra przekreślił w karcie odstrzału wszystkie wolne rubryki. Ewentualna premia miała zostać podzielona na dwóch, a to już było coś.

– Powinni ich stąd wywieźć dawno temu – stwierdził Rybin, rozkładając na ściółce duży brezentowy pokrowiec, w którym zazwyczaj transportowali upolowaną zwierzynę. – To nie jest kraj dla starych ludzi – zażartował ponuro.

Z wysiłkiem wtoczyli zakrwawione, bezwładne truchło do foliowego wora, podjechali traktorem i umieścili zdobycz w drewnianej skrzyni przymocowanej do belki podnośnika. Ten okaz zabierali do stanicy – za ciężarne wilczyce premia była podwójna. Nie bez znaczenia mogła też być, wyrażona szeleszczącymi banknotami, wdzięczność naukowców z Jantaru, którzy wreszcie będą mieli okazję zbadać nienarodzone mutancie szczenięta.

W drodze powrotnej zatrzymali się przy zdekapitowanym trupie basiora. Jako że odstrzał samca od czasu afery z ustawianymi fotkami upolowanych okazów musieli uwiarygodnić, okazując Mietkinowi wilczy ogon, czekała ich jeszcze przykra operacja odcięcia wiechy. Tym razem to nieprzyjemne zadanie wykonał Rybin.

– Pokażemy Hawryłom? – zapytał, wymachując nad głową zakrwawionym trofeum.

– A po co ich straszyć? – skrzywił się Jusupow. – Mało to mają zmartwień? Niech myślą, że to zwykłe wilki. Rzuć to draństwo na podnośnik i wsiadaj.

3

Gdy maszyna wtoczyła się na asfalt, Jusupow natychmiast wrzucił najwyższy bieg. Do ośrodka było dobre piętnaście kilometrów, poza tym mimo usilnych starań Dimy, który cały poranek dłubał w instalacji, nie działały przednie reflektory. Owszem, w razie czego mogli jechać i po ciemku, używając jedynie świateł pozycyjnych, umieszczonych z przodu kabiny, ale na dłuższą metę było to cholernie męczące.

– Ciekawe, ile za wilczycę dadzą? – spytał w pewnym momencie Rybin, wiercąc się przy tym niemiłosiernie.

– Za mniej niż sto pięćdziesiąt nie oddamy, mowy nie ma – odparł Jusupow, manewrując traktorem tak, aby wziąć między koła okazałą dziurę w nawierzchni. – Oleg mówił, że niedawno za durnego samca wydębił prawie stówę.

– Nie wierzę temu krętaczowi. – Rybin pokręcił głową. – Zresztą za te zdjęcia Mietkin powinien go wywalić na zbity pysk.

– No coś ty – roześmiał się Jusupow. – Przecież doktorek dostawał swoją dolę. A że sprawa wypłynęła... co zrobisz, zdarza się. Siedź spokojnie! – syknął, gdy łokieć Rybina boleśnie wbił mu się w żebra.

– Telefon mi chyba dzwoni. O, jest! – Rybin wyciągnął wreszcie z kieszeni poobijanego siemensa. Przez chwilę wpatrywał się w maleńki wyświetlacz, po czym przyłożył aparat do ucha. – Halo! Halo? Tak! No ja, Wołodia! Właśnie wracamy. Jeszcze w Pierieszewie! Co? Co mówisz? Jaki...? – Obejrzał się za siebie, telefon wypadł mu z ręki i potoczył się gdzieś pod siedzenie kierowcy. – Fomka... – jęknął Rybin.

Jusupow, słysząc panikę w głosie kolegi, spojrzał w lusterko wsteczne i zdrętwiał. Nad lasem, od strony elektrowni, niebo rozświetlał coraz bardziej intensywny purpurowy blask, przechodzący stopniowo w oślepiającą biel. Bez zastanowienia przycisnął pedał gazu. Wskazówka obrotomierza momentalnie skoczyła do końca skali, a terkot silnika przeszedł w jednostajne warczenie.

W następnej chwili maszyna zakołysała się, a boczna szyba – ta, do której przyciśnięty był Rybin, rozpadła się w drobny mak, zasypując go kaskadą błyszczących okruchów. Niemal w tym samym momencie pojazd otrzymał potężne uderzenie z tyłu, jakby jakiś gigantyczny tłok pchnął w jego stronę strumień sprężonego powietrza, i obracając się bokiem, zaczął sunąć w stronę rowu melioracyjnego.

Jusupow próbował jeszcze odbić kierownicą w daremnej próbie powrotu na środek szosy. Na próżno. Prawe tylne koło zjechało z nasypu, a zaraz potem traktor przechylił się na bok i przy wtórze chrzęstu giętej blachy oraz łoskotu wysypujących się ze skrzynki narzędziowej kluczy wylądował do góry kołami w rowie, tuż obok betonowego odpływu wody.

– W przepust! – krzyknął myśliwy, pełznąc niezdarnie w stronę feralnego okienka. Rybin praktycznie wisiał jak nietoperz, ze stopą zaklinowaną pomiędzy siedziskiem fotela a krawędzią błotnika. Oparty policzkiem i barkiem o sufit szoferki, przygryzając z bólu wargi i modląc się w duchu, aby w skręconym niemiłosiernie stawie skokowym nic nie trzasnęło, gorączkowo próbował uwolnić kończynę z pułapki. Po kilku desperackich szarpnięciach udało się. Poobijany, plując krwią, wyczołgał się w ślad za towarzyszem.

Na czworakach, bojąc się unieść głowy, przy akompaniamencie łoskotu przypominającego huk startującego śmigłowca, wpełzli jeden po drugim w ciemny otwór przepustu, z trudem przeciskając ciała wśród zwałów naniesionych wodą śmieci, wypełniających betonowy walec niemal do połowy wysokości. Jednostajny dotychczas łoskot przeszedł w narastający stopniowo wizg, wwiercający się boleśnie w uszy... A potem wszystko ucichło.

– Co to, kurwa, było? – jęknął Jusupow.

Rybin nie odpowiedział. Podczołgał się do wylotu i ostrożnie wystawił głowę na zewnątrz.

– Atomówkę odpalili czy jak? – mruknął.

– No to po nas... – w głosie Jusupowa zabrzmiał strach.

– To się jeszcze okaże. Nie wiem, jak ty, ale ja stąd wyłażę. – Myśliwy wyszedł na zewnątrz. Jusupow siedział jeszcze przez chwilę, wpatrując się spod przymrużonych powiek w okrągły otwór, przez który wpadało do środka jasne światło dnia. W końcu i on ruszył w kierunku wyjścia.

Stojąc na poboczu drogi, zaniepokojeni rozglądali się dookoła, podświadomie oczekując spustoszonego eksplozją krajobrazu: położonych pokotem łanów trawy, niesionych wiatrem kłębów dymu, płonących we wsi budynków. Ku ich niemałemu zdziwieniu poza złamaną w połowie wysokości samotną topolą, której wierzchołek spoczywał teraz na poboczu, i ich zdemolowanym pojazdem nie widać było żadnych zniszczeń. Powietrze, tak jak wcześniej, było nieruchome, parne, a widoczne w oddali zabudowania spowijała delikatna, błękitnawa mgiełka.

– Grzyba atomowego jakoś nie widzę – powiedział Jusupow, patrząc w kierunku lasu. Tajemnicza poświata, którą widział w lusterku, znikła, a bezchmurne niebo odzyskało swoją stalowoniebieską barwę.

– Coś musiało walnąć. Samo z siebie by tak nie dmuchnęło... – Rybin zmarszczył brwi. Spojrzał na wiszący przy pasku dozymetr. – Nic. – Pstryknął palcem w obudowę urządzenia. Wskazówka w dalszym ciągu oscylowała na skraju zielonego fragmentu skali.

– Huk też był nielichy – dodał Jusupow.

– No właśnie, Wadim krzyczał, że ogień na nich idzie... – westchnął Rybin, drapiąc się po głowie.

– Wadim? On z Tatarami... W sześciu wytropić mieli tę watahę, co strażników na Wysypisku poszarpała – przypomniał sobie Jusupow.

– Obiecałem, że podrzucę im po drodze trochę prowiantu. Nawet trochę od Dimy wydębiłem. – Rybin zerknął w kierunku przepustu. – Ogień... Fomka, a może naukowcy silos jakiś rozdłubali i... i wybuchło?

– W Strefie już nie ma silosów, Wołodia. A nawet gdyby były, to puste. Już Jantar by się postarał.

– A kto ich tam wie, co wyczyniają... – Rybin nigdy nie darzył zaufaniem naukowców. – Widziałeś, ile ciężarówek do nich jeździ. Coś wykombinowali, jak Boga kocham.

– E tam, Jantar bardziej na zachód, a to świeciło gdzieś od strony elektrowni.

– No i co z tego? Mówię ci, te profesorki coś przy Sarkofagu musiały zrobić. Podobno skwierczy tam ze dwadzieścia ton paliwa. Może chcieli prąd z niego brać? Abaszyn kiedyś gadał, że planują. Mówię ci, postawili generatory, poszło zwarcie i jebut! – myśliwy coraz bardziej zapalał się do swojej teorii.

– Daj spokój, Wołodia. Prąd z Sarkofagu! To dopiero wydumałeś – prychnął Jusupow. Odwrócił się w stronę wystających z rowu kół traktora. – Wymyśl lepiej, czym do ośrodka wrócić.