Shadow Raptors. Tom 4. Blokada

Tekst
Z serii: Shadow raptors #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
32,95  23,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tylko nie waż się użyć napędu głównego – ostrzegł Larson. – Nie ufam temu czemuś. – Wskazał kciukiem w stronę rufy okrętu, gdzie znajdował się prototyp jednorazowego modułu napędu pulsacyjnego.

– Spokojna głowa, Greg – rzucił Zariba. – Blaumann wiedział, co robi, to trzeba mu przyznać. Będziemy mieli taką prędkość, że spokojnie dociągniemy na konwencjonalnym.

4.

Trawler „Grot”

Sektor drugi

Układ planetarny Epsilon Eridani

Po czterech morderczych dobach w skafandrze próżniowym inżynier Laszlo Feher w końcu mógł ściągnąć z siebie odzież spodnią, przepoconą, cuchnącą i obrzyd­liwie ciężką od pochłoniętej przez warstwy filtracyjne wilgoci.

Starając się oddychać jak najpłycej i niekoniecznie przez nos, wskoczył pod prysznic i odkręcił do oporu oba kurki, z zimną i gorącą wodą. Instalacje sanitarne na trawlerze, podobnie zresztą jak na innych jednostkach latających, oparto na starych, sprawdzonych przez dziesiątki pokoleń astronautów rozwiązaniach technicznych, w których nie było miejsca na delikatne podzespoły elektroniczne, podatne na szkodliwe warunki zewnętrzne.

Odświeżony, w nowiuteńkim, dopiero co wyjętym z fabrycznej folii uniformie roboczym zameldował się u Karpinskiego, który swoim zwyczajem urzędował w mniejszej sterowni.

– Słabo to wyszło, kapitanie – zagaił od progu.

– Tragicznie, rzekłbym – odparł ponuro Karpinski. Odwrócony tyłem do wejścia, stał przed taflą pancernego, miejscami delikatnie oszronionego szkła, wpatrując się w przestrzeń za szybą.

Feher podszedł do niego i stanął obok. Zewnętrzne osłony, potężne trójkątne płyty, które w razie potrzeby podnosiły się, otaczając szklaną bańkę sterowni stalowym kokonem, teraz były opuszczone. Pomiędzy ich krawędziami widać było srebrnoszarą powierzchnię kadłuba okrętu.

– Kiedy pogrzeb? – zapytał cicho.

– Trudno powiedzieć. Dochodzenie w toku, badania rejestratorów i zapisów z systemów wizyjnych potrwają jakiś czas. W sumie nie ma to jakiegoś praktycznego znaczenia, bo i tak pochowamy puste trumny, ale bez urzędowych poświadczeń nie możemy tego zrobić.

– Miała jakąś rodzinę?

– Townsend? – Karpinski zbliżył się do szyby i wierzchem dłoni starł z niej kryształki lodu. Wystawione na bezpośrednią ekspozycję mroźnej pustki szkło coraz szybciej oddawało nagromadzone ciepło. Zlokalizowane pod podłogą sterowni spirale oporowe wprawdzie jeszcze się nie rozgrzały, ale sądząc po mrowieniu wszczepów na plecach Fehera oraz wyczuwalnym w powietrzu delikatnym zapaszku ozonu, już płynął w nich prąd. I to o całkiem sporym natężeniu.

– Tak.

– Ona nie, ale kilku jej ludzi, owszem. Czemu pan pyta?

– Kwatermistrzostwo przysłało mi, chyba przez pomyłkę, część jej rzeczy osobistych. Wie pan, jakieś nagrania, dokumenty, trochę kości pamięci. Miałem zwrócić, ale potem pomyślałem, że zamiast tachać cały ten kram do magazynu, równie dobrze mogę wezwać automat pocztowy i wysłać to jej krewnym – wyjaśnił Feher.

Odsunął się od zimnego okna, dopiął suwak bluzy i poprawił stójkę tak, aby dokładniej osłaniała szyję.

– Proszę przekazać te rzeczy do pokładowego depozytu. Zajmą się nimi służby utylizacyjne – powiedział Karpinski.

– Trochę byłoby szkoda, kapitanie. Nie analizowałem zawartości z oczywistych względów, ale z odręcznych notek na opakowaniach nośników wynika, że prowadziła coś w rodzaju dzienników, pamiętnika, i to od wielu lat. To jakby jej spuścizna…

– Rozumiem. Ma pan rację – skinął głową Karpinski. – Osobiście dopilnuję, aby te materiały trafiły do naszych archiwów, opatrzone stosowną adnotacją.

– Ile osób zginęło? – spytał cicho Feher.

– Trzydzieści pięć, nie licząc Townsend.

– Ostrzegała nas.

– Nie musi mi pan przypominać – żachnął się Karpinski. – Trzydziestu sześciu zabitych, zniszczone prawie wszystkie transportowce i spora część parku maszynowego. Wie pan, co jest w tym wszystkim najgorsze?

– Co?

– Że wrak wciąż jest aktywny.

– Aktywny to za dużo powiedziane – zaoponował Feher. – Na własne oczy widziałem, co zrobiły z nim torpedy. Głowice fotonowe zerwały prawie całą otulinę skalną. Kadłub wewnętrzny podziurawiony jak durszlak. Poszła też dysza napędu głównego i w ogóle spory kawał rufy. Jedyne, co może tam jeszcze działać, to rdzeń generatora grawitacji i jego układ stabilizujący. Tylko dlatego wrak wciąż leci. Poza tym to już tylko kupa złomu.

– Ta kupa złomu dwie godziny temu zmieniła kurs i kieruje się teraz prosto na AEgira – oznajmił kapitan.

Feher na chwilę oniemiał.

– Co, kurwa?! – wykrztusił w końcu. – Przecież to jest fizycznie niemożliwe! Nie bez silników manewrowych i z odparowaną maszynownią!

– A jednak leci.

– Kapitanie, na statku ratunkowym udało mi się uzyskać dostęp do serwera zrzutowego. Były tam pliki pochodzące z torpedowców, które ostrzelały wrak, w tym wyniki skanowania spektrometrycznego. Jakim cudem wrak miałby zmienić kurs?

Znowu zbliżył się do szyby i nie bacząc na bijący od niej przeraźliwy chłód, popatrzył na bladobłękitną kropkę AEgira błyszczącą między dźwigarami potężnych kratownic znajdujących się na dziobowej części trawlera.

– Nie wie pan jak? – Karpinski przeskoczył przez barierkę przy jednym z trzech stanowisk roboczych, zasiadł w fotelu operatora i aktywował wyświet­lacz. – Powiedział pan, że rdzeń generatora grawitacji wciąż jest sprawny, zgadza się?

– Tak – potwierdził Feher.

– I że układ stabilizujący pole nadal działa?

– Tego akurat nie jestem w stu procentach pewien, ale najpewniej tak jest. Gdyby układ szwankował, nierównomiernie rozłożone wiązki grawitonów natychmiast ściągnęłyby go z kursu… – Fehera nagle olśniło. – No tak… – westchnął z zażenowaniem, widząc na twarzy kapitana lekki uśmiech. – Właśnie w ten sposób nawigują. Cwane bestie. – Pokręcił głową z mimowolnym uznaniem.

– Wytracili z tego powodu prędkość, ale i tak wciąż lecą bardzo szybko. Nie wiem, czy damy radę ich przechwycić, zanim przekroczą granicę sektora.

– Lecimy za nimi? – zdziwił się Feher. – Dowództwo powinno zlecić tę robotę któremuś z zespołów wydzielonych. W końcu to ich działka.

– Takie otrzymałem rozkazy – odrzekł Karpinski. – Jeśli wrak ponownie nie zmieni kursu, spróbujemy doskoczyć do niego na poczwórnej sekwencji. – Mówiąc to, aktywował konsolety na pozostałych stanowiskach. Mroczne do tej pory wnętrze sterowni rozjaśniło się od poświaty bijącej z ekranów.

– Jaką mamy prędkość? – Feher odwrócił się od okna i podszedł do barierki, by przyjrzeć się wyświetlanym na monitorach danym nawigacyjnym.

– Proszę skorzystać z konsoli. – Karpinski wskazał podbródkiem sąsiedni pulpit. Na blacie paliły się już diody i wskaźniki przyrządów. – Zaraz przekieruję transmisję. Kod dostępu jeden dziewięć siedem trzy.

Feher usiadł na wskazanym miejscu i przywołał na ekran dane zawierające parametry lotu.

Z informacji nadesłanych przez SI nadzorującą pracę systemu napędowego wynikało, że trawler leci aktualnie z maksymalną dopuszczalną w tym kwadrancie sektora prędkością, wynoszącą trzy tysięczne świetlnej, i już wkrótce rozpocznie procedurę hamowania, aby nie zostać zakwalifikowanym jako zagrożenie przez rozmieszczone na granicy sektorów instalacje obronne, wprawdzie nieliczne, ale bardzo niebezpieczne dla słabo opancerzonych jednostek.

Feher przełączył widok na dane z systemu namierzania i po krótkiej ich analizie zlokalizował zapisy dotyczące trajektorii i prędkości wraku Oumuamua, po czym nakazał pokładowej SI, by przeprowadziła symulację operacji przechwycenia.

Kilka sekund później na ekranie pojawił się komunikat: „Manewr przechwycenia obiektu niemożliwy. Konieczna korekta parametrów wyjściowych”.

– Nie złapiemy go – poinformował kapitana.

– Jest pan pewien?

– Tak. Lecimy za wolno, a będziemy musieli wyhamować jeszcze bardziej.

– Kretyn – powiedział Karpinski z irytacją. – Ignorant! – dodał coraz bardziej rozzłoszczony. – Nieuk! Amator!

Zaskoczony tym niespodziewanym wybuchem gniewu u zachowującego zwykle stoicki spokój dowódcy, Feher obrócił się z fotelem w jego stronę.

– Słucham? – spytał niepewnie.

Karpinski natychmiast się zreflektował. Odetchnął głęboko raz i drugi, po czym uśmiechnął się przepraszająco.

– To było o mnie, bo to ja wyliczałem kurs i wymaganą prędkość – wyjaśnił dowódca. – Niestety, zapomniałem o tym cholernym ograniczeniu w sektorze pierwszym – westchnął ciężko.

– Wcale się panu nie dziwię, kapitanie – pocieszył go Feher. – Kiedy ostatnio byliśmy w wewnętrznych sektorach? Chyba ze cztery lata temu. A w pierwszym to już nawet nie pamiętam kiedy. Miał pan prawo zapomnieć.

– Pan jakoś pamiętał…

– A gdzie tam! – zaśmiał się inżynier. – Przypadkiem kliknąłem adnotację przy komunikacie o pozycji wraku. O, proszę. – Wskazał na jeden z wyświet­laczy, którego ekran szczelnie wypełniały linijki różnokolorowego tekstu. Niektóre z nich były podkreślone i wytłuszczone. – „Regulamin bezpieczeństwa dla transportu wewnątrzukładowego” – odczytał głośno tytuł.

– Najwyższy czas odświeżyć sobie to i owo – stwierdził Karpinski. – Bierzmy się do roboty, inżynierze – powiedział, sięgając po zawieszone z boku konsolety gogle wizyjne. – Sekcja remontowa z pewnością niecierp­liwie oczekuje na powrót swojego ukochanego szefa.

– Nie wątpię. – Feher skrzywił się na samo wspomnienie swojego biurka, zawalonego grubą warstwą papierowych specyfikacji technicznych oraz instrukcji obsługi i użytkowania urządzeń pokładowych. Dezaktywował konsolę, wyszedł na środek sterowni i stanął po drugiej stronie barierki.

 

– Kapitanie, jest jeszcze jedna kwestia – powiedział, zaciskając dłonie na zimnej poręczy.

– Tak?

– Wtedy, na wraku, zaraz po tym jak odparliśmy atak, chciałem przemieścić automat górniczy w jakieś bezpieczniejsze miejsce. Żeby nie uszkodzić rdzenia kinetycznego podczas marszu, zwiększyłem pole stabilizujące i uruchomiłem reaktor pomocniczy, by w razie komplikacji mieć rezerwę mocy. Jak pan zapewne wie, komory reaktorów zapasowych w tego typu maszynach nie posiadają dodatkowych osłon oraz mają zredukowane do absolutnego minimum systemy chłodzące. Kwestia ergonomii.

– Rozumiem.

– Taka osłona w warunkach standardowego ciążenia waży prawie dwadzieścia ton. Jeśli chodzi o układ chłodzenia, to on akurat nie jest specjalnie ciężki, ale zajmuje cholernie dużo miejsca i ogranicza mobilność maszyny, zwłaszcza zaś tarcze radiatorów. Dublowanie tego praktycznie uniemożliwiłoby automatowi przemieszczanie się z miejsca na miejsce – kontynuował Feher. – Bez osłon i z minimalnym chłodzeniem reaktor może pracować przez dłuższy czas, ale pod warunkiem, że znajduje się na otwartym terenie, jako że całość emisji idzie w podłoże. I tak właśnie było na Oumuamua. Trzymałem na chodzie oba reaktory, bo podłoże wyglądało na bardzo niestabilne, pełne było dziur, zapadlisk, szczelin. W razie czego mógłbym podnieść maszynę za pomocą dysz ciągu pionowego. Siłą rzeczy pod brzuchem maszyny szalała konkretna burza energetyczna. I wtedy odebrałem tę transmisję…

Feher przerwał na chwilę, roztarł zdrętwiałe od zimna palce i cofnął się o krok, prosto na osłonięty grubą metalową siatką otwór nad spiralą grzewczą, skąd wypływało ciepłe powietrze.

– Mogę? – spytał, wskazując na rząd opuszczanych siedzisk, przymocowanych do ściany pod dolną krawędzią kopuły. Chociaż formalnie, jako szef pionu technicznego, Feher nie był wojskowym i nie miał obowiązku przestrzegania obowiązującego na okręcie regulaminu floty, to ze względów czysto praktycznych zarówno on, jak i jego ludzie stosowali się do większości zawartych w nim zapisów. Tak było po prostu łatwiej dla obu stron.

– Oczywiście. – Karpinski skinął głową.

Feher wyszedł z przyjemnie ciepłego słupa powietrza, opuścił jedno z siedzisk i ulokował się na nim tak, by nie dotknąć plecami ściany, od której bił chłód wyczuwalny nawet przez termoizolacyjną tkaninę uniformu. Swoje dołożyły również wrażliwe na spadki temperatury wszczepy, co objawiło się zamknięciem tchawek, połączonym z falą gwałtownego mrowienia, która niczym rój oszalałych mrówek przegalopowała mu po grzbiecie i karku, aż na czubek głowy. Wzdrygnął się gwałtownie.

– Wszystko w porządku? – Karpinski zmierzył go uważnym spojrzeniem.

– Tak, tak – zapewnił szybko inżynier. – To przez te cholerne transfuzje krwi. Przetoczyli mi chyba ze trzy litry – skłamał gładko, jako że żadnych transfuzji nie miał. Lekarz z okrętu ratunkowego, który je zalecił, szybko zmienił zdanie, gdy Feher pokazał mu plecy upstrzone plamkami obcej, na wpół syntetycznej tkanki. Wyhodowane na bazie skuńskiego genomu wakuole w kilka godzin oczyściły organizm z toksycznych molekuł i przeskładały zdemolowane promieniowaniem odcinki DNA. On zaś po raz pierwszy w pełni docenił fakt posiadania w sobie tego obcego paskudztwa.

– W takim razie słucham. – Karpinski spojrzał ostentacyjnie na wyświet­lacz pokładowego chronometru. – Wspomniał pan coś o transmisji… – podpowiedział, widząc niepewną minę inżyniera.

– Do tego właśnie zmierzam – podjął z wahaniem Feher. – Oni nawiązali ze mną łączność.

– Kto?

– Skunksy.

Karpinski popatrzył na niego podejrzliwie.

– To żart, prawda? – zapytał, prostując się w fotelu i kładąc dłoń na przycisku cichego alarmu w poręczy fotela.

Laszlo powoli pokręcił głową.

– Nie, to nie jest żart, kapitanie. Przemieszczając maszynę, zamieniłem w lawę mniej więcej pół kilometra kwadratowego otuliny wraku. – Uśmiechnął się lekko. – Ta skała to materiał przewodzący. Oumuamua generuje za jej pośrednictwem impulsy inicjujące zapłon napędu pulsacyjnego oraz zasila infrastrukturę powierzchniową. Musiało im tam pokazać niezły spadek mocy, na tyle duży, że zażądali, abym natychmiast przestał.

– Komunikował się pan… ze Skunami?! – Karpinski wyglądał tak, jakby zobaczył ducha. Wpatrywał się w Fehera szeroko otwartymi oczyma, ewidentnie zaszokowany. – Mówili do pana przez radio?! Tak normalnie? Słowami? Przecież… Przecież to… – zająknął się i zamilkł, poruszając bezgłośnie ustami.

– Niewiarygodne? – dokończył za niego Feher, uśmiechając się szerzej.

– Właśnie! – wykrztusił w końcu kapitan, odzyskując głos. – Przecież oni z nami nie rozmawiają, jedyne, co nam kiedyś powiedzieli, to żebyśmy wynosili się w diabły, bo to ich układ. Zresztą też nie osobiście, ale za pośrednictwem jakiejś przechwyconej SI…

– Też mnie to zdziwiło, kapitanie. Nawet bardzo zdziwiło. Sprawdziłem wszystkie używane przez nas częstotliwości, międzysystemowe kanały komunikacyjne, dostępne w bazie danych wiertła rejestry transmisji, nawet te bliskiego zasięgu, pochodzące z modułów zdalnego sterowania taśmociągów i platform transportowych – wyliczył, prostując kolejno palce lewej dłoni. Prawą gmerał, szukając czegoś, w kieszonce bluzy.

– Może nadawali z własnego transmitera? – zastanowił się Karpinski. – Potrafi pan to udowodnić? – spytał.

– Proszę, oto nagranie. Może pan odsłuchać. – Feher wyjął z kieszonki maleńki, nie większy od paznokcia płatek grafenu, owinięty w kawałek przezroczystej folii. – Kość pamięci z rejestratora pokładowego – wyjaśnił. – Czytnik w konsolecie powinien ją wykryć, choć jakość dźwięku nie będzie najwyższa. Gdy się zorientowali, że ich nagrywam, uruchomili jakiś protokół bezpieczeństwa. Proponuję dać na głośniki – zasugerował, widząc, że Karpinski sięga po etui ze słuchawką komunikatora osobistego. – Na okręcie ratunkowym miałem sporo czasu. Pobawiłem się trochę w montaż i pousuwałem przerwy w konwersacji – dodał. – Teraz to tylko nieco ponad minuta. W rzeczywistości rozmowa trwała prawie kwadrans.

Karpinski posłusznie cofnął dłoń, aktywował system głośnomówiący, a następnie ostrożnie wcisnął grafen w szczelinę czytnika i aktywował odczyt. Przez pierwszych kilkanaście sekund nic się nie działo, potem jednak głośniki ożyły.

– Dezaktywuj system zasilania maszyny – zacharczał nagle mechaniczny, całkowicie bezosobowy głos.

– Słucham? – odpowiedział mu znacznie cichszy, częściowo zagłuszany dziwnym szumem, ale mimo wszystko rozpoznawalny głos Fehera.

– Dezaktywuj system zasilania maszyny.

– Kim jesteś?

– Dezaktywuj system zasilania maszyny. Dezaktywuj system zasilania maszyny – padło dwukrotnie. Szum nasilił się.

– Przecież to jakiś automatyczny komunikat! – żachnął się Karpinski. – Ktoś przełamał zabezpieczenia systemowe i wgrał komunikat bezpośrednio do modułu…

– Cicho! – skarcił go Feher. – Proszę słuchać dalej!

Karpinski westchnął ciężko, ale zamilkł.

– Sam się dezaktywuj! – zabrzmiało echem w sterówce.

– Dezaktywuj system zasilania maszyny.

– Zaraz cię znajdziemy, robaczku…

– Dezaktywuj system zasilania maszyny.

– Mówi Laszlo Feher, główny inżynier na trawlerze naprawczym „Grot”. Kimkolwiek jesteś, określ swoją przynależność. Odbiór.

– Dezaktywuj system zasilania maszyny.

– Odmawiam. Określ swoją przynależność.

– Arka musi aktywować napęd korekcyjny. Źródło zasilania maszyny zakłóca przepływ mocy do zespołu napędowego numer trzy. Dezaktywuj system zasilania maszyny.

Słysząc te słowa, Karpinski aż podskoczył w fotelu.

– Matko Ziemio! – wymamrotał, wlepiając wzrok w membranę znajdującego się najbliżej głośnika.

– Ciii! – syknął inżynier. – To jeszcze nie koniec.

Kapitan zastygł w bezruchu, z na wpół otwartymi ustami.

– Kim jesteś? Podaj swoją przynależność.

– Gaaruu.

– Co? Możesz powtórzyć?

– Gaaruu. Matka ostatniego miotu.

– Jesteś… Jesteś Skunem?

– Dezaktywuj system zasilania maszyny.

– Odpowiedz na moje pytanie!

– Gaaruu, z ludu Skun. Matka ostatniego miotu. Dezaktywuj system zasilania maszyny.

– A jeśli tego nie uczynię? Jeśli nie wyłączę zasilania?

– Maszyna zostanie zniszczona, a ty umrzesz.

– Posłuchaj mnie… Gaaruu. Systemy maszyny podtrzymują moje funkcje życiowe. Jeśli wyłączę zasilanie, przestaną pracować. Wtedy umrę.

– Posiadasz warstwy ochronne. Nie umrzesz. Dezaktywuj system zasilania.

– Moje warstwy ochronne uległy uszkodzeniu i przestały spełniać swoją funkcję. Jedyne, co mogę zrobić, to przemieścić maszynę w inny rejon, aby zmniejszyć oddziaływanie jej systemów na otoczenie. Co o tym sądzisz? Wprowadzę maszynę na wzgórze. Według posiadanych przeze mnie informacji znajduje się tam warstwa materiału izolacyjnego, która w znaczącym stopniu powinna zniwelować wszelakie niepożądane emisje.

– Informacje nieprawdziwe. Zatrzymaj maszynę i dezaktywuj system zasilania.

– Za późno.

– Dezaktywuj system zasilania.

W głośnikach zatrzeszczało donośnie, po czym zapadła cisza.

– To wszystko – powiedział Feher, widząc, że kapitan wpatruje się w konsolę, najwyraźniej czekając na ciąg dalszy nagrania. – Nasłała na mnie automat bojowy, na szczęście w porę się zorientowałem. Walnąłem impulsem kinetycznym i przysypałem to draństwo skałami. Więcej się nie odezwała.

– Matko Ziemio – powtórzył Karpinski. – Sekcja naukowa zdębieje, gdy to odsłucha, zwłaszcza ksenolodzy.

Wydłubał nośnik z czytnika i zapakował go na powrót w folię. Przez chwilę przyglądał się zawiniątku, po czym otworzył jedną ze skrytek w obudowie konsolety i włożył je do środka.

– Zrobiłem kilka fizycznych kopii. – Feher poklepał się po kieszonce. – No i wrzuciłem cały oryginalny plik do głównego banku pamięci floty. Musimy zapoznać z tym dowództwo, i to jak najszybciej, kapitanie. Jeśli ten stwór nadal żyje, być może uda nam się z nim dogadać, jakiś… nie wiem… dialog rozpocząć… – zastanowił się na głos, spoglądając na podświetloną blaskiem jupiterów pozycyjnych rufę okrętu, gdzie przy spoczywającym wśród potężnych dźwigarów i suwnic wypalonym wraku transportowca pracowały automaty rozbiórkowe. – Negocjacje, a później? Kto wie, może jakiś traktat pokojowy… – rozmarzył się.

– Najpierw musimy dogonić wrak – sprowadził go na ziemię Karpinski. – Gdy do sektora wpadnie reszta naszej floty, rozpyli na atomy wszystko, co nie będzie posiadało układowej sygnatury. Admirał jest zły jak osa. Dwa sektory zdemolowane, flota osłabiona stratą „Ukulele”, całe Zjednoczenie chwieje się w posadach, jego zaś próbują na siłę zrobić delegatem Rady.

– Krawczenko delegatem? – Feher odwrócił głowę w bok i zasłonił dłonią usta. Wizja rozwścieczonego, purpurowego ze złości admirała, wbitego w staroświecki bawełniany garnitur, z fantazyjnie zawiązaną pod brodą błękitno-białą apaszką, symbolizującą nowy układowy ład, sprawiła, że z najwyższym trudem powstrzymał wybuch wesołości.

Karpinskiemu, który najwidoczniej też sobie coś takiego zwizualizował, zadrgały kąciki ust, ale i on zapanował nad sobą.

– Takie otrzymałem informacje – wyjaśnił. – Nie jest to wprawdzie oficjalny komunikat, ale jeśli admirał faktycznie zostanie powołany, to nie będzie mógł już dowodzić flotą.

– Nie mianują go, nie ma mowy. Ktoś chyba coś źle zrozumiał – stwierdził Feher.

– Niby czemu?

– Przecież to związkowy.

– I co z tego?

– Jest warunkowany. I to mocno. Bardziej nawet niż personel średniego szczebla. Nie będzie w stanie podjąć żadnej decyzji niekorzystnej z punktu widzenia interesów macierzystej organizacji.

– Tym lepiej, zwłaszcza dla Związku.

– Myli się pan, kapitanie. Rada Zjednoczenia działa dla wszystkich trzech organizacji. Czasami kompromis wymaga poświęcenia czegoś istotnego z punktu widzenia interesów macierzystej organizacji, jest wypracowywany kosztem pewnych wyrzeczeń. Osoba warunkowana nie będzie w stanie się za takim czymś opowiedzieć – wyjaśnił Feher.

– Bzdura – stwierdził Karpinski. – Na pokładzie jest wielu związkowych i jakoś nie mam z nimi problemów.

– Pan nie ma – podkreślił Feher. – Ja i moi ludzie mamy ich całkiem sporo. To, że nauczyliśmy się postępować z uwarunkowanymi tak, aby nie ryzykować u nich konfliktu mentalnego, nie oznacza, że problem przestał istnieć. Na pozostałych okrętach sytuacja jest podobna. Myśli pan, że dlaczego admirał tak często pozwala dowodzić komandorowi Tsugawie?

 

– Bo ja wiem? Może dlatego, że to świetny strateg? – odbił piłeczkę Karpinski.

Feher pokręcił przecząco głową.

– Nie, kapitanie. Fakt, komandor Tsugawa to łebski facet, ale powód cedowania nań uprawnień przez admirała jest zupełnie inny.

– Mianowicie?

– Chodzą słuchy, że admirał omija w ten sposób blokady mentalne.

– Bzdura – stwierdził Karpinski po raz kolejny.

– Niby dlaczego? Nie zauważył pan, że za każdym razem, gdy dzieje się coś… hmm… – Feher zawahał się na chwilę, szukając w myślach właściwego określenia. – Coś niewygodnego, nie wiem, kontrowersyjnego, na czym niekoniecznie zyska Związek Orbitalny… – ściszył głos, jakby w obawie, że usłyszy go ktoś, kto nie powinien – wtedy za każdym razem flotą dowodzi akurat komandor Tsugawa. Bo admirał niedysponowany, bo poleciał na jakąś inspekcję, uroczystość, bo to, bo tamto. Zastanawiające, prawda?

Karpinski milczał przez jakiś czas, wodząc wzrokiem po sterowni.

– Faktycznie, coś jest na rzeczy – przyznał w końcu.

– Na sali plenarnej komandor Tsugawa raczej go nie zastąpi – powiedział Feher. – Jedyne, co admirał będzie wtedy mógł zrobić, to powstrzymać się od głosu. Jak na moje oko, ktoś w bardzo sprytny sposób próbuje osłabić pozycję Związku w Radzie Zjednoczenia. Według mnie to nasz ukochany przewodniczący Hutchinson rozgrywa kolejną partyjkę.

Mrugnąwszy porozumiewawczo, ruszył w stronę wyjścia.

– Będę w maszynowni napędu pomocniczego! – rzucił przez ramię, nim zamknęły się drzwi.