Shadow Raptors. Tom 4. Blokada

Tekst
Z serii: Shadow raptors #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
Shadow Raptors. Tom 4. Blokada
Audiobook
Czyta Wojciech Masiak
32,95  23,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– No właśnie… – westchnął Lupos. – Obawiam się, że teraz tak samo zamierzają rozmontować obronę orbitalną tak, żeby spokojnie ulokować Gniazdo pomiędzy Sigilem i AEgirem. A przy okazji odetną flotę od naziemnych baz zaopatrzeniowych. Dwie pieczenie na jednym ogniu.

– Panie komandorze, przewodniczący Hutchinson na linii – zakomunikował kapral Kulak. – Przekierowałem transmisję na pański nowy modem – dodał, wskazując elektronicznym rysikiem stojący przy fotelu dowódcy przenośny moduł łączności, prowizorycznie podłączony do konsoli.

Lupos natychmiast sięgnął po leżące na urządzeniu słuchawki z mikrofonem i nałożył je, mierzwiąc drucianym kabłąkiem i tak już rozczochraną białą czuprynę. Jednocześnie skinął na Mossa, by ten aktywował swoje urządzenie.

– Mówi komandor Lupos, dowódca krążownika „Rubież”. Zespół wydzielony UF-101 – przedstawił się zgodnie z oficjalną nomenklaturą. – Zdaje się, że macie tam u siebie kolejny kłopot?

W słuchawkach zahuczał tubalny śmiech Hutchinsona.

– Ależ skąd, komandorze – odparł wesoło przewodniczący Autonomii Sigil. – Ta żenująca secesja nigdy nie dojdzie do skutku. Jeśli chodzi o mnie…

– Nie miałem na myśli secesji – przerwał mu Lupos. – Chodzi mi o flotę inwazyjną Skunów.

W słuchawkach najpierw rozległo się stłumione chrząknięcie, a potem na kilkanaście długich sekund zapadła cisza, przerywana niekiedy trzaskami interferencji.

– Są w układzie? – odezwał się w końcu Hutchinson.

– Dwa zgrupowania krążowników, do tego stacja bojowa plus całe mnóstwo myśliwców eskorty – odpowiedział Lupos. – Jedno ze zgrupowań, złożone z siedmiu Oumuamua i dziewięćdziesięciu sześciu myśliwców, idzie prosto na wasze instalacje. Drugie, o wiele liczniejsze, zmierza w kierunku planety.

– Jakie, kurwa, instalacje? – żachnął się Hutchinson. – Po ostatnim przelocie tych cholernych ultim na wysokiej orbicie zostało nam raptem kilka platform artyleryjskich i trochę młotów. Tych ostatnich nawet nie możemy aktywować, bo ci dranie zdmuchnęli przy okazji przekaźniki dalekiego zasięgu! To, że możemy teraz rozmawiać, komandorze, zawdzięczamy tylko i wyłącznie orbiterom, których pan użyczył – dodał już nieco spokojniej.

– Iloma okrętami bojowymi pan dysponuje? – spytał rzeczowo Lupos.

– Bo ja wiem? Siły naziemne zapewne mają jeszcze na stanie jakieś transportowce, być może nawet kilka fregat rakietowych… – zastanowił się Hutchinson. – W razie konieczności można by ewentualnie zarekwirować cywilne eskortowce. Kompanie wydobywcze mają też po kilka kanonierek. Nie jest to do końca legalne, ale dopóki nic złego się dzieje, przymykamy na nie oko.

– Sugeruję, żeby jak najszybciej zebrał pan te jednostki i posłał je na wysoką orbitę. Istnieje szansa, że napotkawszy zorganizowany opór, Skunowie poprzestaną na samej blokadzie.

– A może mi pan powiedzieć, co właściwie zamierza zrobić w tej sprawie nasza dzielna flota układowa? – W głosie przewodniczącego pojawiło się coś na kształt irytacji.

– O to proszę pytać admirała Krawczenki – odrzekł Lupos. – Z tego, co wiem, zasiadł niedawno w Radzie Zjednoczenia, z ramienia Związku, rzecz jasna.

– Czysto teoretycznie – westchnął Hutchinson.

– Wiem tylko, że flota leci w kierunku planety. Prawdopodobnie spróbuje ostrzelać Skunów z marszu, jeszcze na przelotowej, o ile rzecz jasna nie zdążą oni do tego czasu opanować orbity parkingowej AEgira.

– Nie rozumiem?

– Jeśli okręty Skunów ustawią się na niskiej orbicie, nie będziemy mogli ostrzelać ich ani amunicją kinetyczną, ani rakietami. AEgir ma zbyt rzadką atmosferę i wszystkie niecelne salwy uderzą w jego powierzchnię.

– Sigil w ogóle nie ma atmosfery – stwierdził Hutchinson.

– No właśnie, panie przewodniczący, no właśnie – tym razem westchnął Lupos. – Dlatego musicie zrobić wszystko, co w waszej mocy, aby Skunowie nie zajęli niskiej orbity do czasu przybycia naszych głównych sił.

– Pan chyba oszalał, komandorze. Przecież ta garstka okrętów, którą dysponujemy, nawet ich nie spowolni. Wie pan, co zrobię? Zarządzę ewakuację! Tak, tak, dobrze pan słyszał. Kolejną ewakuację. Do tego transportowce nadadzą się wręcz idealnie.

– I gdzie uciekniecie? – zainteresował się uprzejmie Lupos. – Na AEgira? A może na habitaty Związku? – Nie mógł powstrzymać się od złośliwości. – Gdyby pan zapomniał, panie przewodniczący, to Związkowi trochę ich ostatnio ubyło. Proszę mieć na uwadze, że enklawy na AEgirze też nie świecą pustkami.

– To już nie pańskie zmartwienie – odciął się Hu­tchinson.

– A może Fałdą? Do Układu Słonecznego? – kontynuował Lupos. – Tamtejsze władze z otwartymi ramionami przyjmą chmarę zmutowanych, nafaszerowanych skuńskim DNA uchodźców.

– Słucham?! – dobiegło ze słuchawek. – Co pan powiedział?!

– Nie wiem, czy pana o tym poinformowano, ale siepacze Autonomii uprowadzili niedawno dowódcę mojej eskorty, pułkownika Iana Dresslera. Mówi coś panu to nazwisko?

– Nie!

– Doprawdy? Nigdy nie słyszał pan o kompanii DELDRESS, panie przewodniczący? Pułkownik Ian Dressler jest synem jej prezesa.

– O kurwa! – sapnął Hutchinson. W słuchawkach zabrzmiało to tak, jakby w membranę mikrofonu uderzył podmuch wiatru.

– Tak, to bardzo dobry komentarz w tej sytuacji. – Lupos uśmiechnął się pod wąsem. Kątem oka zauważył, że uśmiecha się także Moss, który przysłuchiwał się rozmowie, wykorzystując maleńką membranę akustyczną podłączoną do rejestratora danych. – Jeśli to pana pocieszy, udało się nam odbić pułkownika z rąk porywaczy. Przy okazji zdobyliśmy mnóstwo ciekawych informacji na temat osób, które stały za zorganizowaniem tej akcji.

– Komandorze, przysięgam panu, o niczym nie wiedziałem! Służby wewnętrzne to nie moja kompetencja – odpowiedział szybko Hutchinson. Zdaniem Luposa, zbyt szybko.

– W takim razie proponuję, żeby się pan dobrze przyjrzał tej sprawie. To, co wyczyniają placówki badawcze Autonomii, zaczyna być bardzo niepokojące.

– O czym pan mówi?

– Zupełnie przypadkowo w naszym posiadaniu znalazła się kompletna zawartość baz danych kilku placówek naukowych Autonomii. Jestem przekonany, że Radę Zjednoczenia i szefów zunifikowanych służb bardzo zainteresuje fakt, że od prawie dziesięciu lat pod płaszczykiem terapii eksperymentalnych wdrażany jest u was projekt udoskonalania ludzkiego genomu. Nie muszę chyba mówić, jakimi metodami próbuje się to osiągnąć, prawda?

– Powtórzę po raz ostatni, że nie mam absolutnie żadnej wiedzy na ten temat – odpowiedział twardo Hutchinson, który najwidoczniej zdążył już opanować początkowe zaskoczenie. – Odnośnie do danych, które przechwyciliście, będę zmuszony wystąpić oficjalnie, by zostały zarchiwizowane i zwrócone nam w stanie nienaruszonym, a ich kopie usunięte z waszych serwerów.

– Nie wątpię – mruknął Lupos.

Gestem dłoni przywołał Mossa, wskazując mu metalowe siedzisko przymocowane do barierki okalającej konsolę dowodzenia. Oficer poderwał się z fotela i przycupnął obok dowódcy, sprawdzając, czy przyssawka słuchawki trzyma się mocno za uchem.

Komandor odsunął od ust mikrofon i zamknął go w dłoni.

– Proszę sporządzić kopie zapasowe i umieścić je na jakimś odizolowanym dysku, najlepiej przenośnym – powiedział szeptem do Mossa. – Opatrzyli je klauzulami tajności?

Moss skinął głową.

– Protokół utajnienia szóstego stopnia. Najwyższy z możliwych – odpowiedział równie cicho.

– Jakim cudem udało się je wyciągnąć z ich serwerów?

– Nie znam szczegółów, panie komandorze – odrzekł oficer. – To Oli je pobrał i zdekodował. Dla niego to chyba żaden problem. Obchodzi wszelkie zabezpieczenia, kiedy chce i jak chce.

Lupos zmarszczył brwi.

– Nie podoba mi się to – stwierdził. – W naszym banku pamięci też się tak swobodnie porusza?

– Myślę, że tak.

– Trzeba będzie się przyjrzeć jego poczynaniom. Nie może być tak, że zewnętrzna SI grzebie nam w bankach pamięci. Jeśli, odpukać, przechwycą go Skunowie, uzyskają dostęp do wszystkich naszych zasobów informatycznych.

– Omówię tę kwestię z inżynier Sniegową – zaproponował Moss.

– Dobry pomysł, poruczniku. Kto jak kto, ale ona jest w tych sprawach naprawdę niezła.

– Komandorze Lupos, słyszy mnie pan? – dobiegło nagle ze słuchawek.

Obaj wyprostowali się i odruchowo sięgnęli do słuchawek, by poprawić odbiór.

– Przepraszam, panie przewodniczący, zresetował się konwerter i musiałem zawiesić transmisję – skłamał Lupos. – Wracając do tematu, zabezpieczymy te dane i zwrócimy je Autonomii. W stosownym, rzecz jasna, czasie.

– Z całym szacunkiem, komandorze, ale to nie pan będzie decydował o terminach.

– To się jeszcze okaże, panie przewodniczący – odparował Lupos. Mrugnął porozumiewawczo do Mossa, wskazując jednocześnie cylindryczny, wykonany z grubego metalu pojemnik, stojący obok jednej z podpórek blatu konsoli.

Oficer wziął zasobnik, zręcznymi ruchami odkręcił gwintowaną pokrywkę i wyjął ze środka owinięty folią antyradiacyjną rulonik grafenowych dysków. Sprawdził stan opakowania, wsunął nośniki do obszernej kieszeni na udzie, zasalutował i żwawym krokiem opuścił mostek.

– Na razie radzę skupić się na kwestii wzmocnienia obrony orbitalnej – kontynuował Lupos. – „Rubież” ma zbyt małą eskortę, aby nawiązać walkę z tak liczną formacją.

– Pomożecie nam?! – W głosie Hutchinsona zabrzmiały zdumienie i radość.

– Oczywiście, przecież po to lecimy – odrzekł Lupos.

– Nie można było tak od razu?

– Wydawało mi się oczywiste, iż jest pan tego świadom.

– Nie byłem.

– Panie przewodniczący, własnoręcznie parafował pan aneks do traktatu, na mocy którego dowództwo floty zostało uprawnione do powoływania zespołów uderzeniowych Shadow Raptors, stanowiących wsparcie dla sił wojskowych poszczególnych organizacji wchodzących w skład Zjednoczenia – przypomniał Lupos, posiłkując się wyświetlonym na jednym z pomniejszych ekranów tekstem. – Krążownik „Rubież” i towarzyszące mu okręty eskorty stanowią właśnie taką formację.

 

– Kiedy dotrzecie na pozycję?

– Cztery godziny przed wejściem wroga w perymetr systemu namierzania instalacji orbitalnych.

– Dobrze, wydam stosowne polecenia służbom – ustąpił Hutchinson. – Zarządzę też ewakuację.

– Ostrożności nigdy za wiele – zgodził się Lupos.

***

– Jak się pan teraz czuje? – zapytała z troską Sniegowa.

Oparta ramieniem o framugę drzwi kabiny obserwowała, jak Dressler krząta się po kwaterze, zbierając porozrzucane wszędzie tubki, buteleczki i opakowania z lekami, których całe mnóstwo wysypało się ze ściennych szafek podczas jakiegoś gwałtownego manewru krążownika.

– Jako tako – odpowiedział Dressler. Zatrzymał się przed zamontowaną przy łóżku konsolą, odłączył od niej terminal osobisty, zwinął go w rulonik i schował do kieszeni. – Gdyby nie to cholerne zimno, byłoby całkiem w porządku. – Uniósł rozcapierzoną dłoń i zademonstrował pobielałe końce palców.

– Słabe krążenie – orzekła fachowo.

– Zgadza się – westchnął ciężko, pocierając dłonią o szorstką tkaninę uniformu polowego.

– Z czasem przejdzie – pocieszyła go. Weszła do kabiny i przysiadła na brzeżku kanapy. – Miałam podobne objawy.

– Była pani w kriostazie? – Odwrócił się od konsoli i popatrzył na nią podejrzliwie.

– Niestety – odparła, wzdrygając się lekko. – I to znacznie dłużej niż pan.

– Dłużej?

– Trzydzieści lat standardowych.

– Jak to? – zapytał osłupiały.

– Miało być tylko trzy lata, w kontrolowanych warunkach. Taki eksperyment. Młoda i głupia zgłosiłam się na ochotnika. Przez durną literówkę w dokumentacji z trzech lat zrobiło się trzydzieści – wyjaśniła, patrząc mu prosto w oczy. – Biologicznie jestem niewiele młodsza od pana.

– Matko Ziemio… – Dressler pokręcił z niedowierzaniem głową. – Jak to w ogóle możliwe?

– Takie były czasy. – Wzruszyła ramionami. – Placówki badawcze robiły, co chciały i jak chciały, nikt nie zaprzątał sobie głowy wymysłami biurokratów, a w razie jakichś komplikacji sprawę utajniano, uciszano świadków, a ewentualnym poszkodowanym wypłacano rekompensaty. Do zdrowia dochodziłam przez dwa lata. Terapia regeneracyjna, przeszczepy, wszczepy, bo pomimo tych wszystkich cuda-wianków technologicznych, kriostaza totalnie zdemolowała mi nie tylko organy wewnętrzne, ale też cały układ krwionośny i limfatyczny. To właśnie mój przypadek przyczynił się do wprowadzenia ogólnoukładowego zakazu stosowania tej metody podczas lotów dalekiego zasięgu. Byłam doskonałym materiałem porównawczym.

– Nie dziwię się – stwierdził Dressler.

Przymknął oczy i oparł się o ścianę. Przez kilka sekund stał nieruchomo, drżąc na całym ciele. Widząc to, Sniegowa podeszła do klimatyzatora i podkręciła ogrzewanie kabiny do maksimum.

– To nic nie da – wykrztusił Dressler, szczękając zębami. – Trzęsie mnie od środka.

– Znam to uczucie. – Uśmiechnęła się lekko. – Uszkodzony ośrodek termoregulacji. Za szybko wyszedł pan z komory medkomu, pułkowniku.

– Bez… przesady… Zostało tylko parę procent – wystękał. Obejmował się rękoma tak mocno, że trzeszczały szwy uniformu.

– Iniekcje neuralne to ostatnie stadium klasycznej terapii regeneracyjnej. Chodzi o to, żeby pacjent nie odczuwał zbyt wielu bodźców na jej wcześniejszych etapach. Ból byłby nie do zniesienia. Nikt tego panu nie wyjaśnił?

– Szczerze mówiąc, nie pytałem… – powiedział słabym głosem. Dreszcze chyba powoli ustępowały, bo trząsł się jakby mniej. – Mam się znowu położyć w komorze? – jęknął.

– Za późno. Połączenia synaptyczne zostały już częściowo odtworzone, z pozostałą częścią organizm będzie musiał się uporać samodzielnie. Ataki będzie miał pan jeszcze przez tydzień lub dwa, ale za każdym razem coraz mniej intensywne.

– Skąd pani to wszystko wie?

– Przecież mówię, że przez to przechodziłam. – Otworzyła klapkę wnęki podajnika i wyjęła z niej kubek z parującą zawartością. – Koktajl wzmacniający. Stymulanty i odżywka. Proszę wypić – powiedziała, podając mu naczynie.

Blady jak ściana Dressler wziął kubek i wysiorbał zawartość drobnymi łyczkami. Nim skończył pić, na jego policzki wróciły rumieńce.

– Paskudztwo. – Skrzywił się i otarł usta. – Ale działa – dodał, wzdrygając się gwałtownie.

– W takim razie chodźmy na mostek – zaproponowała. – I niech pan w końcu aktywuje komunikator, bo komandor się wścieknie. – Spojrzała wymownie na maleńkie urządzenie, przyczepione do klapy uniformu Dresslera.

3.

Księżyc Sigil

Terytorium Autonomii Sigil

Układ planetarny Epsilon Eridani

– I co? Będziemy teraz tak krążyć nad bazą? – spytał Zariba.

Pochylony do przodu na tyle, na ile pozwoliła mu uprząż bezpieczeństwa, zerkał ponad ramieniem Blaumanna na przednią szybę kokpitu transportowca, za którą przesuwała się szybko popielato szara, poznaczona kraterami i dziurami odkrywek powierzchnia Sigila.

– Czekamy na dalsze rozkazy – odpowiedział Blaumann, przesuwając nieznacznie drążek wolantu.

Transportowiec przechylił się i wszedł w łagodny skręt.

– Marnotrawstwo paliwa – skwitował ponuro Larson. Podobnie jak towarzysz siedział z tyłu, próbując dojrzeć coś ponad wysokimi zagłówkami foteli pilotów.

– O to się nie martwcie, szeregowy. Kilka okrążeń dla nabrania prędkości i wyskoczymy na orbitę stacjonarną – wyjaśnił Blaumann.

Wyrównał lot i aktywował automatycznego pilota.

– Popatrzcie na to. – Wskazał kciukiem na boczny wizjer, przez który widać było wiszącą nad horyzontem tarczę AEgira, spowitą pomarańczowo-burymi chmurami. Na tle planety skrzyły się błękitem cienkie, wydłużające się z każdą sekundą pasma zjonizowanego gazu.

– Młoty?! – Zariba wyplątał się z pasów i przysunął twarz bliżej okna. – Tak blisko planety? – zdziwił się. – Przecież one reagują na masę!

– Te są zaprogramowane na widmo energetyczne. To pierwsza linia obrony planetarnej – powiedział Blaumann. – Przemieszczają się na wysoką orbitę, co oznacza, że ich systemy namierzania wykryły już emisje z wrogich okrętów. Uderzą z zaskoczenia na długo przed tym, nim tamci dotrą do właściwych umocnień.

– Jakich, kurwa, umocnień? – prychnął Larson z pogardą. – Kilka przypadkowo rozmieszczonych platform artyleryjskich to żadne umocnienia.

– Nie macie pojęcia, o czym mówicie, szeregowy Larson – odrzekł Blaumann z wyższością.

– Tak się składa, że mam – odciął się wielkolud. – Jakiś czas temu robiliśmy przegląd techniczny tych instalacji. Prawda, Paul? – Spojrzał pytająco na Zaribę.

Brodacz potwierdził skinieniem głowy.

– Ile ich tam było? – indagował Larson. – Osiem?

– Greg, nie wolno nam o tym mówić. Klauzula poufności – ostrzegł Zariba.

– Chrzanić klauzulę, za parę godzin i tak nie będzie po nich śladu – skrzywił się Larson. – Po nas zresztą też – dodał ponuro.

– Umocnienia orbitalne to nie tylko platformy artyleryjskie – powiedział Blaumann. – To także stacje orbitalne, habitaty oraz okręty bliskiego zasięgu – wyrecytował, jakby odczytywał fragment podręcznika.

– Doprawdy? – zdziwił się uprzejmie Larson. – A jakież to habitaty orbitują aktualnie wokół planety? Proszę nas oświecić, poruczniku.

Blaumann nie odpowiedział.

– Ano właśnie… – westchnął olbrzym. – I taka jest ta wasza obrona. Reduta od siedmiu boleści. – Oparł głowę o zagłówek fotela i przymknął oczy.

– Panie poruczniku, wspomniał pan o stacjach… – Zariba wychylił się jeszcze bardziej. – Miał pan na myśli te należące do Korpusu Medycznego?

– Zgadza się – potwierdził Blaumann. – Posiadają całkiem niezłe systemy ofensywne, są mobilne i solidnie opancerzone. Można ich z powodzeniem użyć w charakterze stacji bojowych, oczywiście po uprzednim wyczepieniu modułów szpitalnych.

– Zwiewajmy stąd – wymruczał z tyłu Larson. – Do trzeciego sektora albo dalej, na jakiś habitat. Robota znajdzie się dla każdego, nawet dla pana, poruczniku. Tutaj czeka nas śmierć.

– Nie panikujcie, szeregowy! – żachnął się Blaumann. – Zwiążemy Skunów walką, a potem wezmą się za nich krążowniki admirała Krawczenki.

– Widzi pan gdzieś naszą flotę?

– Lada chwila się pojawi.

– O ile mi wiadomo, ani my, ani nawet Skunksy jeszcze nie wymyśliliśmy, w jaki sposób osiągnąć prędkość światła. A mniej więcej tak szybko musiałyby zapieprzać krążowniki, żeby zjawić się na czas – odburknął Larson.

– Dlatego wezwano siły lokalne, szeregowy Larson – wyjaśnił cierpliwie Blaumann.

– Skończ pan już z tym szeregowym! – Zirytowany Larson jednym szarpnięciem oderwał zamocowaną na piersi kombinezonu plakietkę ze swoim nazwiskiem i stopniem, cisnął ją za siebie. – Żaden ze mnie żołnierz! – warknął. – Z Paula tak samo. Nie odsłużyliśmy w wojsku nawet jednego cholernego dnia!

– Greg! – syknął Zariba, szturchając go łokciem. – Przymknij się w końcu, na litość boską!

– Co powiedzieliście? – Blaumann odwrócił się w fotelu i popatrzył na Larsona, mrużąc powieki. – Nie służyliście w wojsku, ale macie status weteranów?

– Koledze chodzi o to, że odkąd przeszliśmy do rezerwy, nie mieliśmy żadnej styczności z armią – powiedział szybko Zariba. – Dorabiamy sobie w służbach technicznych Związku. Zardzewieliśmy doszczętnie. Pan zaś, poruczniku, ni stąd, ni zowąd wsadza nas na pokład jakiejś półcywilnej maszyny i każe atakować krążowniki Skunów. Przecież ta łupina nie jest ani opancerzona, ani uzbrojona. – Klepnął dłonią w ścianę kokpitu.

– Mylicie się, szeregowy – rzekł oficer. Ku niebotycznej uldze Zariby odwrócił się z powrotem do pulpitu sterowniczego i podważył paznokciem znajdującą się między wyświet­laczami przyrządów metalową klapkę. – Przekaźnik neurosensoryczny – wyjaśnił, kładąc dłoń w niewielkim zagłębieniu blatu. – Wiecie, z czym jest sprzężony?

– Nie mam pojęcia – odparł Zariba, po czym ukradkiem przyłożył palec do ust, nakazując towarzyszowi milczenie.

Larson wzruszył tylko potężnymi ramionami i odwrócił głowę w stronę bocznego wizjera, udając, że podziwia widoki.

– Z czym niby?

– Z dwoma zestawami podkalibrowych działek kinetycznych. – W głosie Blaumanna zabrzmiała nutka dumy. – Ta, jak ją nazwaliście, łupina jest w stanie nawiązać równorzędną walkę z dowolnym skuńskim okrętem eskorty.

– Optymista – mruknął pod nosem Larson, krzywiąc się lekko, gdy Zariba uraczył go silnym kuksańcem.

– W jakiej formacji służyliście? – zainteresował się nagle oficer.

Zatrzasnął klapkę przekaźnika i ponownie chwycił za drążek wolantu.

Technicy wymienili zakłopotane spojrzenia. Informacje potwierdzające ich tożsamość i aktualny status przesłane zostały przez komandora Luposa bezpośrednio do banku danych stacji Korpusu Medycznego dopiero, gdy służby ratunkowe Korpusu podjęły kapsułę, w której dryfowali po ewakuacji z Habitatu Czwartego. Podczas krótkiego pobytu na stacji medycznej i panicznej zeń ucieczki po tym, jak została zaatakowana przez skuńską ultimę, nie mieli ani czasu, ani sposobności, by sprawdzić, co właściwie zawierają pliki z ich nową dokumentacją.

Jako pierwszy odzyskał rezon Zariba.

– Piechota Planetarna – podał nazwę pierwszej z brzegu formacji, jaka przyszła mu do głowy.

– Służyliście na AEgirze? – indagował Blaumann.

– Uhm… jednostka… desantowa – odpowiedział wolno Zariba, spoglądając błagalnie na Larsona. Olbrzym uśmiechnął się złośliwie, po czym znowu zapatrzył w wizjer, za którym przesuwały się teraz wysokie, skaliste wzgórza.

– Który batalion? – Oficer wyłączył autopilota i po raz kolejny położył maszynę w skręt.

– Szósty – skłamał Zariba bez mrugnięcia okiem, dopinając klamry uprzęży. Siła odśrodkowa sprawiła, że zaczął zsuwać się ze swojego fotela. Gdyby nie podłokietnik, zapewne wylądowałby na podłodze.

– Orbitalni? Poważnie? – Blaumann odwrócił się na chwilę i spojrzał na Zaribę. Wyglądał na uradowanego. – Jaki ten wszechświat mały!

– Nie rozumiem… Pan też służył?

– Czy ja wam wyglądam na piechociarza? – roześmiał się oficer. Przeniósł wzrok z powrotem na wyświet­lacze konsoli sterowania. – Chodzi o to, że po dostarczeniu was na miejsce miałem zahaczyć o mobilny dok naprawczy, żeby zostawić do przeglądu okresowego kilka sztuk kombinezonów wspomaganych – wyjaśnił. – Zgadnijcie, szeregowy, na stanie której jednostki figuruje ten sprzęt?

 

– Ja pierdolę… – po raz kolejny mruknął Larson.

Zariba zgromił go spojrzeniem.

– Zamknij się! – syknął.

Blaumann, zajęty wyrównywaniem lotu, chyba nie usłyszał tej krótkiej wymiany zdań, bo wciąż się uśmiechał.

– Szóstej desantowej – oznajmił, nie czekając na odpowiedź. – Naładowane ogniwa, w pełni uzbrojone, z zapasem amunicji i uzupełnionymi pod korek zbiornikami mieszanki. Jako rezerwiści wciąż zapewne figurujcie w bazach ich podsystemów identyfikujących, więc będziecie mogli zainicjować sprzęg.

– Że niby mamy w nich walczyć? – zaniepokoił się Zariba.

– A dlaczego nie? Przecież nie pójdziecie w bój ubrani w cywilne ciuchy i uzbrojeni w tasery!

– W jaki, kurwa, bój? – odezwał się nagle Larson. – Nie, nie zamknę się, wystarczy już tego pierdolenia, Paul! – Łypnął groźnie na Zaribę, gdy ten ostrzegawczo przytknął palec do ust.

Brodacz, przeczuwając, co się zaraz wydarzy, począł dyskretnie rozpinać paski uprzęży bezpieczeństwa.

– Spokojnie, szeregowy – powiedział Blaumann. – To tylko taka przenośnia. Przecież będziecie mieć kombinezony. Ten transportowiec nie jest wyposażony w kapsuły ratunkowe, jest za mały, aby je pomieścić…

– Ale żeby iść nim na krążowniki, to nie jest za mały, tak?

– Nie będziemy walczyć z krążownikami, przed chwilą wam to tłumaczyłem! – zirytował się oficer. Panel łączności nad jego głową rozjarzył się nagle diodami sygnalizatorów transmisji. Blaumann szybko aktywował głośniki, po czym przykleił sobie za uchem przekaźnik rezonansowy, maleńkie urządzenie przypominające kształtem rozpłaszczone ziarnko fasoli.

– Do dowódców jednostek latających, którzy odpowiedzieli na sygnał wywoławczy alfa cztery jeden jeden – rozległo się z systemu nagłaśniającego. – Za sześćdziesiąt sekund zostaną wam przesłane współrzędne punktu zbornego. Proszę aktywować transpondery. Powtarzam, za sześćdziesiąt sekund…

Blaumann wyłączył nagłośnienie, po czym wdusił jeden z przycisków na panelu.

– Panowie, zaczyna się – oznajmił, sięgając do wnęki pod konsoletą, by wyjąć z niej baniasty, nieprzezroczysty hełm z poziomym wizjerem. – Przejdźcie do ładowni i ubierzcie się w kombinezony – polecił. – Ja zrobię jeszcze ze dwa okrążenia, żeby system miał czas określić bezpieczną trajektorię i byśmy nabrali prędkości. Pospieszcie się.

Przy fotelu Larsona kliknęła cicho kolejna klamra uprzęży.

Widząc wyraz twarzy olbrzyma, Zariba natychmiast domyślił się, co nastąpi za chwilę. Pracowali razem od dziesięciu lat standardowych, przyjaźnili od ponad piętnastu. Przez te lata był świadkiem niezliczonej ilości sprzeczek i bójek, w które nieustannie wdawał się krewki mechanik. W wielu z nich, zwłaszcza tych, w których oponentami Larsona byli ponurzy twardziele z planetarnych brygad remontowych, chcąc nie chcąc – najczęściej to drugie – brał udział i on, zwłaszcza wtedy, gdy sprawy przybierały niekorzystny obrót. Wiadomo, że co cztery pięści, to nie dwie, choćby nawet były wielkie jak bufory automatu serwisowego.

– Taser. Na mój znak – powiedział niemal bezgłoś­nie Larson, wskazując podbródkiem kaburę z paralizatorem, którą Blaumann położył na fotelu drugiego pilota.

Zariba skinął głową i ostatecznie uwolnił się z uprzęży. Następnie uniósł podłokietnik i przesunął się na brzeg siedziska, by sięgnąć między oparciami po broń.

W tym czasie Larson ściągnął rękawicę z prawej dłoni i podwinął rękaw. Tchawki termiczne zlokalizowane po wewnętrznej stronie jego muskularnego przedramienia otworzyły się i zamknęły, wypuszczając maleńkie obłoczki przesyconego ładunkami elektrycznymi, zjonizowanego gazu. W kokpicie zapachniało ozonem, z odsłoniętego portu dostępowego wbudowanego w panel znajdujący się w podłokietniku sypnęło iskrami, ostrzegawczo piknął sygnalizator przepięć.

Zaniepokojony Blaumann odłożył hełm na pulpit i rozejrzał się w poszukiwaniu przyczyny alarmu. Kiedy zaczął odwracać się w stronę siedzącego za nim Larsona, ten poderwał się nagle, pochylił do przodu i objął oficera mocarną ręką za szyję, przyciągając go do oparcia. Uścisk był tak potężny, że gwintowany kołnierz w skafandrze oficera trzasnął i rozsypał się w drobny mak, jakby nie był wykonany z mocnego polimeru, tylko z kruchego szkła.

Zariba błyskawicznym ruchem sięgnął po taser i odrzucił go na bok.

Macający na oślep w poszukiwaniu broni Blaumann zacharczał, szarpnął się w uścisku, po czym ucichł i znieruchomiał. Zapach ozonu stał się jeszcze intensywniejszy.

Zariba wygramolił się pospiesznie ze swego miejsca, usiadł w fotelu drugiego pilota i chwycił za wolant.

– Wystarczy, Greg – powiedział drżącym głosem, widząc kątem oka wydobywające się z nozdrzy Blaumanna smużki obrzydliwie zielonkawego oparu. – Zabijesz go.

– Nic mu nie będzie – odparł Larson, ale posłusznie zwolnił uścisk. Nieprzytomny oficer osunął się w fotelu. Z pokaleczonego krawędziami połamanego kołnierza podbródka ciekła mu krew, kapiąc na śnieżnobiałą powłokę kombinezonu, na żuchwie pod uchem czerwieniły się dwa owalne odgniecenia z punktowymi osmaleniami pośrodku. – Dostał minimalną dawkę.

– Czasami mnie przerażasz – westchnął Zariba, moszcząc się w fotelu drugiego pilota, aby rozmieszczone w stelażu czujniki mogły pobrać dane o budowie ciała użytkownika.

– Nie zesraj się – skwitował Larson.

Zariba nie odpowiedział.

Coraz powszechniejsza wśród personelu kosmicznego moda na wszczepianie sobie zmodyfikowanych genetycznie skuńskich wakuoli komórkowych, poza oczywistymi walorami praktycznymi w postaci zwiększonej odporności na promieniowanie kosmiczne oraz lepszego gospodarowania zasobami, niosła ze sobą również skutki uboczne. Jednym z nich były subtelne, ale dla wyczulonego, wrażliwego na pewne rzeczy umysłu łatwo zauważalne zmiany w sferze psychicznej, przejawiające się czymś na kształt przytępienia wrażliwości, jakby wraz z wpuszczanymi do krwiobiegu molekułami tchawki aplikowały blokery neuronalne, za których sprawą człowiek nie tylko przestawał dostrzegać piękno, ale również nie czuł potrzeby jego kreacji.

– Trzeba będzie go zamknąć w ładowni. – Larson wstał i szorując plecami po ścianie, przecisnął się do przodu. – Nie pękaj. Obudzi się za jakieś dwie godziny – dodał, widząc ponurą minę towarzysza.

– Zwiąż go.

– Po co?

– Żeby nam nie wywinął jakiegoś numeru. Nie przeciął kabli czy coś – wzruszył ramionami Zariba. – To niezły cwaniak.

– Fakt – zgodził się olbrzym. Chwycił Blaumanna pod pachy, ściągnął z fotela i sapiąc z wysiłku, przeciągnął bezwładne ciało pod gródź oddzielającą kokpit od przedziału transportowego. – Ciężki, skubaniec – skonstatował z pewnym zdziwieniem.

– Musiałem zwiększyć wiązkę grawitonową – wyjaśnił Zariba. – Mają tutaj czynny modyfikator pola, cholernie mocny. – Wskazał na przednią szybę.

Transportowiec mknął teraz kilkanaście metrów nad równiną, pokrytą gęsto odłamkami skalnymi, zagrzebanymi częściowo w warstwie regolitu. Na horyzoncie przed dziobem srebrzyła się złożona z masywnych kratownic, metalowa sześcienna konstrukcja, wokół której unosiły się widoczne nawet z tej odległości fragmenty skały macierzystej.

– Zerowa grawitacja? – zdziwił się Larson.

– Ewidentnie. Co rusz ściąga nas z kursu. Gdybym nie wzmocnił wiązki, przy następnym nawrocie wyrzuciłoby nas w przestrzeń.

– I bardzo dobrze, nic tu po nas.

– Za duża różnica potencjału. Albo transportowiec by się rozpadł, albo rozsmarowałoby nas po ścianach, Greg.

– Po kiego czorta on tu latał? – wzdrygnął się Larson, po czym szturchnął stopą Blaumanna.

– Oszczędność paliwa – wyjaśnił Zariba. – Jeden ślizg w zredukowanym polu wystarczy na całe okrążenie. Paliwa zużyje się tylko tyle, ile potrzeba na skorygowanie toru lotu. Czyli bardzo mało.

– Co w takim razie robimy?

– To samo, co zaplanował Blaumann. Dla nabrania prędkości ze dwa okrążenia, a potem skok na orbitę i dalej, do sektora trzeciego.