Ukraina. Przewodnik historycznyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sławomir Koper

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Redaktor merytoryczny

Bogusław Brodecki

Redaktor prowadzący

Zofia Gawryś

Redaktor techniczny

Elżbieta Bryś

Korekta

Teresa Kępa

Copyright © by Bellona Spółka Akcyjna, Warszawa 2011

Nasz adres: Bellona Spółka Akcyjna

ul. Grzybowska 77, 00-844 Warszawa

e-mail: biuro@bellona.pl

www.bellona.pl

ISBN 9788311123113

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Od autora

Kresy… Magiczne słowo w wymiarze narodowym i osobistym – określenie wzbudzające emocje do dnia dzisiejszego. Odpowiednik nazwy geograficznej obejmującej kilka regionów i kilka obszarów etnicznych, ale uznawany za teren polskości. Synonim jezior Wileńszczyzny, błot Polesia, porohów Dniestru, stepów Podola. Symbol „małej ojczyzny” dla milionów Polaków i ich potomków wysiedlonych po zakończeniu II wojny światowej.

Ze wschodnich prowincji Rzeczypospolitej pochodziło tak wielu wybitnych Polaków, że nie można sobie wyobrazić naszej kultury bez dorobku twórców urodzonych na Kresach. Znaczna ich część urodziła się lub mieszkała na ziemiach dzisiejszej Ukrainy: Juliusz Słowacki, Antoni Malczewski, Artur Grottger, Józef Kraszewski, Gabriela Zapolska, Maria Rodziewiczówna, Stanisław Moniuszko, Karol Szymanowski, Jan Stanisławski, Jan Parandowski, Adam Hanuszkiewicz, Stanisław Lem, Marian Hemar, Władysław Łoziński, Zbigniew Herbert, Jarosław Iwaszkiewicz – listę można by ciągnąć bez końca. Urokowi wschodnich rubieży nie potrafili się oprzeć artyści urodzeni w innych regionach kraju (Sienkiewicz, Wyczółkowski, Noskowski). Kresom poświęcono dziesiątki dzieł plastycznych, literackich i muzycznych, z tych terenów pochodzili również najwybitniejsi polscy politycy z Józefem Piłsudskim na czele.

Kresy do dzisiaj wzbudzają zadumę i nostalgię, to często wspomnienie o utraconych stronach rodzinnych. Repatriacja dotknęła tak wielu Polaków, że trudno znaleźć rodzinę, gdzie nie byłoby kogoś pochodzącego z Kresów. Powikłane losy rzucały przesiedleńców w różne części Polski i świata, nie tylko na tak zwane Ziemie Odzyskane. Przemijały pokolenia, mieszały się losy ludzkie, ale legenda Kresów przetrwała do dzisiaj. Wielu naszych rodaków przez lata tęskniło do kraju lat dziecinnych („świętego i czystego jak pierwsze kochanie”), nie mogąc odwiedzić rodzinnych stron. Dopiero dzisiaj, po kilkudziesięciu latach od zakończenia II wojny światowej, możliwe są podróże na wschód, śladami przodków, obrońców polskości na Kresach.

Zmiany polityczne po II wojnie światowej na zawsze odcięły ziemie ukraińskie od Polski, po przesiedleniach nasz kraj uzyskał kształt zbliżony do granic etnicznych. Nikt nie myśli o rewindykacji Lwowa czy Krzemieńca, ale sentyment pozostał. Nie można zapominać (ani tym bardziej wymazać) dorobku cywilizacyjnego polskich miast i dworów Ukrainy. Tę ziemię nasi rodacy kochali, mieszkali na niej przez setki lat, za jej obronę płacili własną krwią.

Podróż po Ukrainie to wędrówka śladami polskości, po reliktach naszej przeszłości, pozostałościach (często ruinach) kościołów, zamków i dworów. I chociaż miasta, wsie i ulice noszą często już inne nazwy, a władze sowieckie uczyniły wiele, aby zatrzeć ślady naszej kultury, to nie udało się zniszczyć kilkuset lat polskiej tradycji. To nostalgiczna podróż po miejscach, które znaczyły tak wiele dla naszego narodu, po wspomnieniach o ludziach dobrze zasłużonych dla naszej historii i kultury.

Książka ogranicza się wyłącznie do polskich wątków na ziemiach Ukrainy. Koncentrowałem się na reliktach polskości, pomijając (na ogół) dorobek materialny innych narodów. Tylko w wyjątkowych sytuacjach postępowałem inaczej, ale nawet wówczas musiały zaistnieć silne związki z naszą kulturą lub dziejami. Ze względów praktycznych musiałem jednak ograniczyć objętość dzieła. Zapewne wielu czytelników nie znajdzie interesujących ich miejscowości, ale o polskiej Ukrainie można napisać tak wiele, że wydawnictwo powinno liczyć kilkanaście tomów. I zapewne nawet wówczas nie wyczerpałoby tematu. Bo czy można opisać dorobek dziesiątków polskich pokoleń na Ukrainie? Kilkuset lat rozwoju cywilizacyjnego tych ziem? Ukraińskie Kresy to miejsce, gdzie Polacy na zawsze pozostawili swoje ślady i które na zawsze pozostało w naszej pamięci.

Rozdział 1 Najbardziej polskie z miast

Rynek we Lwowie

Lwów nie jest miejscem na jeden czy dwa dni pobytu – to miasto należy poznawać powoli, bez pośpiechu i nerwowego przepychania się w tłoku. Spokojnie spacerować po jego ulicach, smakować zabytki i atmosferę, wspominać ludzi, którzy tu żyli. A lista sławnych Polaków ze Lwowa jest nieprawdopodobnie długa – figurują na niej nazwiska pisarzy, malarzy, aktorów, muzyków, dziennikarzy, polityków, sportowców, wojskowych. Nie bez powodu w herbie Lwowa znalazł się krzyż Virtuti Militari i maksyma semper fidelis – zawsze wierny. W ciągu wieków swojego istnienia Lwów uczciwie zapracował na miano najbardziej polskiego z miast Rzeczypospolitej.

I coś z tego pozostało do dziś. Po 1945 roku poza granicami kraju znalazły się dwa duże ośrodki miejskie: Wilno i Lwów, ale chyba nikt, kto przebywał nad Wilią, nie był zachwycony zachowaniem miejscowych Litwinów. I chociaż znaczny procent z nich zna doskonale język polski, to w rachubę wchodzi z reguły rozmowa wyłącznie po angielsku (litewskiego nie biorę pod uwagę, rosyjskiego również). A choć Polacy i Ukraińcy mają za sobą znacznie trudniejszą historię, to nad Pełtwią język polski jest niemal powszechnie znany. I miasto zachowało bardziej polski charakter, w czym nie przeszkadzają napisy cyrylicą. A stosunek mieszkańców do polskich turystów jest wyjątkowo przyjazny, to otwarci ludzie dumni ze swojego miasta i jego historii.


Panorama Lwowa (fot. Frank Dielitz)

Dla przybysza znad Wisły pierwszy kontakt z Lwowem oznacza totalny szok komunikacyjny. Kompletne zamieszanie, przewalające się po ulicach we wszelkich możliwych kierunkach autobusy, tramwaje, trolejbusy, stada różnego rodzaju busów (marszrutek). Ogromny tłok w godzinach szczytu, pojazdy zatrzymujące się w dowolnych miejscach, ich kierowcy nieprzejmujący się lokalizacją przystanków ani zasadami kodeksu drogowego. I w istocie nie wiadomo, gdzie właściwie (zwłaszcza marszrutki) jadą, zamęt powiększają obyczaje kierowców innych pojazdów, a szczególnie taksówkarzy. Ale to jakoś wszystko funkcjonuje, tworząc w miarę sprawny system komunikacyjny. Ale turysta z Polski powinien, szczególnie początkowo, bardziej zaufać własnym nogom (zwłaszcza w centrum) i dobremu miejscowemu planowi miasta. A jeżeli już zmuszeni zostaniemy do skorzystania z komunikacji zbiorowej (taksówki to inna bajka), to obowiązkowo należy sprawdzić u kierowcy, jaką trasą kursuje pojazd, ponieważ opisy na przystankach nie są wiarygodne. A najlepiej niech pokaże na planie miasta (jeżeli będzie miał oczywiście czas i ochotę).

Spotkanie z Lwowem najlepiej rozpocząć na rynku miejskim – prawdziwym sercu dawnego miasta. Plac o niemal kwadratowym kształcie (142 na 129 metrów) zdominowała ciężka bryła ratusza (1827-1835). Siedziba magistratu wygląda na intruza, może w innym mieście, mniej obfitującym w architektoniczne perełki, nie raziłaby swoim koszarowym wyglądem. I mam wrażenie, że jedyną zaletą ratusza jest widok z jego tarasu widokowego. (65 metrów, 350 stopni, wspinaczka nie jest najłatwiejsza). Piękniejsza panorama Lwowa rozciąga się chyba tylko z kopca Unii Lubelskiej, ale już tutaj można zakochać się w mieście od pierwszego wejrzenia. Zabudowania na wzgórzach, wieże kościołów, kopuły cerkwi, ulice i budynki. Niektórym może brakować rzeki przecinającej zabudowę (Pełtew zamurowano u schyłku XIX stulecia), ale może to nawet zaleta, albowiem ktoś słusznie kiedyś zauważył, że gdyby we Lwowie była jeszcze rzeka, to miasto wyglądałoby zupełnie jak Florencja.

„Rynek wygląda w tym czasie – opisywał Witold Szolginia w powieści Dom pod żelaznym lwem – i o tej porze trochę baśniowo, trochę teatralnie. Jest staroświecko, sennie, marząco i bardzo pięknie. Pośrodku wysłanej śniegiem rynkowej kotliny szeroko rozsiadł się zwalisty, milczący ratusz, polśniewając tajemniczo setką ciemnych okien. Jego wysoka czworogranna wieża wspina się ku ciemnemu niebu, topiąc w nim swój szczyt. Płynie z niego głos bijącego właśnie zegara; strącona przez niewidoczne wskazówki godzina spada z wysokości dźwiękami krągłymi i dzwoniącymi jak miedziane kule” [1].


Na lwowskim rynku

Z powstaniem Lwowa nie wiążą się żadne legendy. Nie było syrenki pluskającej się w wodzie, po Pełtwi nie pływał kosz z bliźniętami, nie znaleziono żadnego gniazda na drzewie. Po prostu książę halicki Daniel w połowie XIII stulecia założył gród, który nazwał na cześć swojego syna (Lwa). Lokalizacja okazała się doskonała i niebawem Lwów stał się najważniejszym grodem księstwa. Wygaśnięcie panującej dynastii (1340 rok) wywołało dwudziestoletni okres wojen pomiędzy Polską, Litwą i Tatarami. Ostatecznie Lwów przyłączono do państwa Kazimierza Wielkiego, a w 1356 roku przeprowadzono jego lokację na prawie magdeburskim. Efekty decyzji króla możemy oglądać do dnia dzisiejszego. Chociaż centrum życia miasta przeniosło się na pobliski prospekt Swobody, to rynek pozostał najważniejszym miejscem na historycznej mapie Lwowa.

 

Przez stulecia był też miejscem, gdzie odbywały się sądy, koncentrowało się lwowskie życie handlowe i towarzyskie, a czasami rozgrywały się wydarzenia rangi ogólnopaństwowej. W 1387 roku hospodar Mołdawii, Piotr, uznał się za lennika władców Polski i na lwowskim rynku złożył hołd Jadwidze i Jagielle. Książąt mołdawskich spotykały jednak we Lwowie również znacznie gorsze przygody niż hołdy lenne. Na miejscowym rynku ścięto Stefana VII Tomşę, Iwana Pidkowę i Jana V Sasa. Władza nad Mołdawią, obiektem rywalizacji pomiędzy Polską, Węgrami i Turcją, była niebezpiecznym profitem.

Chociaż na rynku tracono z reguły najwyżej urodzonych skazańców, to czasami – ze względu na specyfikę występku – odbywały się tam również inne egzekucje. W 1774 roku miastem wstrząsnęła makabryczna historia kryminalna. Honorata Makowska z Nowej Soli współżyła seksualnie z własnym ojcem, czego skutkiem była ciąża dziewczyny. Pod wpływem ojca zabiła ona swoje nowo narodzone dziecko, po czym wyszła za mąż za Pawła Djakowskiego. Małżeństwo nie należało do udanych, a ojciec-kochanek namawiał córkę do otrucia męża. Kiedy dwie próby nie powiodły się, występna para udusiła szlachcica.

Oboje stanęli przed sądem lwowskim, a wyrok mógł być tylko jeden – śmierć w okrutnych mękach. Honoracie Djakowskiej (miała wówczas 21 lat) publicznie odrąbano ręce, następnie głowę, a jej poćwiartowane ciało zawisło na słupach ku przestrodze. Większy problem był z uśmierceniem jej ojca. Lwowscy ławnicy skazali Piotra Makowskiego na darcie pasów, czyli obdzieranie ze skóry, a także łamanie kości za pomocą pały! I wówczas zaczęły się problemy. Miejski kat bez problemów zdarł z ciała szlachcica trzy zasądzone pasy, natomiast wykazał się wyjątkową nieudolnością przy łamaniu kości. Tłukąc pałą, połamał zbrodniarzowi ręce i nogi, powybijał zęby, ale nie potrafił go uśmiercić. Wrzaski skazańca rozlegały się po całym rynku, widzowie uciekali w popłochu, a i sam oprawca zemdlał w końcu z wrażenia.

Kaźń Makowskiego znalazła swój epilog przed sądem miejskim. Kat usprawiedliwiał się, że nigdy wcześniej nie wykonywał podobnej egzekucji, a tylko widział ją raz w życiu, gdy był jeszcze dzieckiem (!). Prosił magistrat o wyrozumiałość, wyjaśniając, że przez lata sumiennie wykonywał swoje rzemiosło, a ma przecież na utrzymaniu rodzinę. Ostatecznie został uniewinniony, a miasto uchwaliło fundusze na etat dla drugiego kata. Nowy oprawca miał zapewnić mieszkańcom profesjonalne egzekucje, a przy okazji nauczać młodych adeptów zawodu. I rzeczywiście – do Lwowa przybył niejaki Wacław Medulin, którego skusiło wyjątkowo wysokie uposażenie. Podobno szybko zaskarbił sobie sympatię mieszkańców miasta, wielokrotnie potwierdzając swój nieprzeciętny talent i kwalifikacje…


Rynek we Lwowie

Dzisiejszy rynek przecina linia tramwajowa, a nad głowami plątanina kabli – cecha charakterystyczna tego miasta i Ukrainy. Pod stopami stary lwowski bruk, ale lepiej uważać na nogi. Dziury w chodnikach (o jezdni nie wspominając) to normalny krajobraz u naszych sąsiadów. I nikt specjalnie się tym nie przejmuje, wychodząc z założenia, że każdy powinien patrzeć, gdzie idzie, a jak złamie nogę w niezabezpieczonej studzience kanalizacyjnej, to wyłącznie z powodu własnej nieuwagi. Na Ukrainie zresztą niemal wszystko „jest prawie zrobione” lub „prawie gotowe”. A chociaż podobno to nasz kraj kojarzy się Niemcom z fatalnym bałaganem, to dla Ukraińców możemy być wzorem porządku i sumienności. Przybysza znad Wisły wszystko oszałamia: metody załatwiania spraw w urzędach (szczególnie stosunek urzędników do petentów), informacja turystyczna, wspomniane dziury w chodnikach czy też zachowanie w sklepach. Prawie wszyscy usiłują załatwić coś poza kolejnością, agresywnie wpychając się do kolejki (nawet jeżeli przed kasą stoją dwie osoby). A do tego ogromne zdziwienie, gdy ktoś protestuje… Teoretycznie polscy turyści w średnim wieku powinni dobrze pamiętać czasy PRL i być uodpornieni na podobne zachowania, ale dwadzieścia lat od upadku komunizmu zrobiło swoje. I dlatego przed wyjazdem na Ukrainę warto pooglądać filmy Stanisława Barei – to dobry wstęp do podróży po tym kraju!!!

W rogach lwowskiego rynku zlokalizowano cztery przepiękne studnie – fontanny z rzeźbami: Neptuna, Amfitryty, Adonisa i Diany, a całość otaczają czterdzieści cztery kamienice, z których niemal każda ma swoją historię.

„Tłum stareńkich mieszczańskich domów – kontynuował Szolginia – otacza ratusz ze wszystkich czterech stron. Jedne rozsiadły się poważnie i statecznie w poczuciu własnej godności i znaczenia, inne rozpychają się zuchwale, dufne w swą zasobną okazałość, a jeszcze inne przycupnęły skromnie wśród możniejszych sąsiadów, jakby onieśmielone swym chudopacholstwem. Wszystkim im przewodzą domy w Rynku najgodniejsze – wyniosłe, szlachetne, bogate swymi cudnie rzeźbionymi portalami, wykwintną rustyką ścian i strojnymi grzebieniami attyk kamienice Królewska i Czarna.

Rozbłyskujące w miękkim mroku setki złotych od światła okien wyglądają jak opadły na Rynek rój gwiazd, których zabrakło dziś na zasnutym chmurami niebie. Partery rynkowych kamienic to jedna ciągła, czterokrotnie załamana, barwna świetlista smuga. Rzęsiste złoto, czerwień i błękit biją od sklepowych wystaw, przez które triumfalnie kroczy święty Mikołaj” [2].

W 1593 roku pod numerem drugim we wschodniej pierzei rynku powstała kamienica Bandinellich – piękna renesansowa budowla, utrzymana w stylu lwowskiego manieryzmu. Jej najsłynniejszy właściciel, Roberto Bandinelli, otrzymał królewski przywilej organizacji poczty pomiędzy Italią a Polską. Usługi kurierskie były wówczas (podobnie jak i dzisiaj) intratną profesją, toteż kupiec błyskawicznie powiększał swój majątek. Dowodem jego powodzenia stała się zbudowana przy lwowskim rynku kamienica, przypominająca swoją kompozycją i wystrojem pałace rodów Pandolfini we Florencji oraz Farnese w Rzymie. Portal głównej fasady z kolumnami rzeźbionymi w tzw. rybią łuskę i ozdobiony delfinami, bogato dekorowana fasada boczna z diamentową rustyką narożników. Nie zapomniano nawet o piwnicach ze wspaniałymi gotyckimi sklepieniami.

Roberto Bandinelli był wnukiem znanego rzeźbiarza Bartolomeo Bandinellego – autora kompozycji rzeźbiarskiej Herkules i Kakus na placu Signorii we Florencji. Zgodnie z dekretem króla polskiego Zygmunta III, ów przybysz z Italii został w roku 1629 przyjęty w poczet dworzan królewskich, otrzymując przywilej organizowania poczty monarszej między Polską i Włochami. Jednocześnie wojewoda ruski, książę Stanisław Lubomirski, a także hetman polny koronny, Stanisław Koniecpolski, wydali uniwersały, w których brali pocztę pod swą opiekę i protekcję.

W porozumieniu z magistratem lwowskim Bandinelli ułożył plan założenia poczty – tak zwany Ordinatio Postale. Dokument ten wpisany został do ksiąg miejskich 12 maja 1629 roku, a jego oryginał przechowywany jest w Centralnym Archiwum Historycznym we Lwowie.

Korespondencję ze Lwowa odsyłano raz w tygodniu – w sobotę. Pocztę obsługiwało siedemnastu kurierów, z których dwaj specjalizowali się wyłącznie w obsłudze klientów wyznania mojżeszowego. Kurierzy mieli drobiazgowo wyznaczone zadania: czas trwania podróży, opiekę nad korespondencją, zakaz samowolnego zabierania przesyłek. Klienci płacili pewną, z góry umówioną kwotę. Opłatę ustalano indywidualnie, w zależności od odległości i wielkości przesyłki.

Jeżeli kontrahent chciał wysłać korespondencję, nie czekając do soboty, wówczas poczmistrz zobowiązany był zapewnić kuriera. Nadawca powinien jednak wyprowadzić kuriera za miasto, a ten nie miał prawa dodatkowo zabierać innej korespondencji. Oczywiście usługa tego typu była wyceniana znacznie drożej niż normalna.

Niestety, wspaniała kamienica Bandinellich z upływem lat popadła w zaniedbanie i jeszcze kilka lat temu przypominała prawdziwą ruinę. Po remoncie władze Lwowa zorganizowały tutaj muzeum poczty. I trzeba pochwalić miejscowych rajców za doskonały pomysł. Lepszego miejsca na placówkę tego rodzaju nie można przecież znaleźć w całym Lwowie.

Z kamienicą Bandinellich sąsiaduje kamienica Wilczków (numer trzeci), która tę nazwę zawdzięcza swoim pierwszym właścicielom. W dziejach Lwowa rodzina ta zasłynęła krwawym pojedynkiem o rękę Anny Wilczkówny (1580). W latach 1771-1772 kamienicę przebudowano w stylu późnego baroku. W pierwszej połowie XIX stulecia zamieszkał w niej hrabia Stanisław Skarbek – osoba wielce zasłużona dla Lwowa. Mieszkanie przy rynku wiązało się z pewnymi uciążliwościami, ponieważ narażało hrabiego na pokusy hazardu uprawianego w pobliskiej kamienicy Królewskiej. W ciągu jednej, szczególnie gorącej nocy zdołał on przegrać do hrabiego Józefa Kalinowskiego kilka majątków ziemskich. Skarbek był człowiekiem honoru – wywiązał się z długu, ale przyrzekł więcej nie brać kart do ręki. Obietnicy nie dotrzymał, co nie przeszkodziło mu zostać fundatorem pierwszego lwowskiego teatru z prawdziwego zdarzenia.

Pod numerem czwartym znajduje się słynna Czarna Kamienica – najbardziej chyba znany budynek lwowskiego rynku. Gmach uzyskał charakterystyczną elewację (boniowanie w kształcie diamentu), ale dzisiaj jego fasada jest bardziej brudnoszara niż czarna. Budynek powstał w latach 1588-1589 na miejscu poprzedniego, zniszczonego w słynnym pożarze z 1571 roku. Jego autorami byli dwaj znakomici architekci: Paweł Rzymianin i Piotr Barbon. Ciekawostką jest fakt, że początkowo budynek miał tylko jedno piętro. Trzecia kondygnacja powstała pod koniec XVI stulecia, a czwarta pojawiła się dopiero w 1884 roku w efekcie adaptacji strychu. Najsłynniejszym mieszkańcem Czarnej Kamienicy był znany lekarz Marcin Anczowski, na którego polecenie wykonano słynne boniowanie fasady (1675-1677). Kamienicę zajmuje obecnie Lwowskie Muzeum Historyczne, którego bogate zbiory dokumentują nowożytną i współczesną historię Lwowa.

Do tej samej placówki należy również pochodząca z 1580 roku kamienica Królewska (nr 6), której ozdobą jest przepiękny renesansowy dziedziniec z trzema rzędami arkad. W kamienicy mieści się obecnie ciekawa i warta obejrzenia ekspozycja rzemiosła artystycznego. Obiekt powstał na zamówienie kupca Konstantego Korniakta, ale swoją nazwę zawdzięcza temu, że nabyła go później rodzina Sobieskich. W tym właśnie budynku na czas swoich pobytów we Lwowie zatrzymywał się król Jan III; tutaj też w roku 1686 odbywały się polsko-rosyjskie rokowania zakończone podpisaniem tzw. pokoju grzymułtowskiego.


Czarna Kamienica (fot. Maciej Szczepańczyk)

Rodzina Korniaktów pochodziła z Krety, a pierwszym członkiem rodu, który zamieszkał we Lwowie, był specjalizujący się w handlu winem Michał Korniakt. Po jego bezpotomnej śmierci w 1563 roku interesy rodziny przejął młodszy brat, Konstanty. Karierę handlową rozpoczynał w Stambule, na Wołoszczyźnie pełnił funkcję wyższego urzędnika skarbowego, a dobre kontakty z hospodarami podtrzymywał aż do śmierci (udzielał im wysokich pożyczek). Od 1560 roku Konstanty Korniakt coraz częściej mieszkał we Lwowie, chociaż nie cieszył się specjalną przychylnością władz miejskich. Jako człowiek niezwykle bogaty (miał trzy domy w mieście), nie zwracał uwagi na humory samorządowców, rozwijając kontakty z władcami Polski. Umiejętnie pomnażał majątek – zajmował się na wielką skalę handlem winami greckimi, bawełną, miodem mołdawskim, skórami i futrami oraz zachodnimi suknami. Dodatkowym źródłem dochodu były pożyczki na procent, udzielane polskiej i litewskiej szlachcie. Z finansów Korniakta korzystał nawet król Zygmunt August, od którego przedsiębiorca otrzymał w zamian dzierżawę lwowskich opłat celnych.

Majątek i pozycja społeczna kupca widoczna jest w architekturze kamienicy Królewskiej. Większość kamienic budowano na szerokość trzech okien, natomiast kamienica pod numerem szóstym jest dwa razy szersza i mieści sześć okien. Korniakt nie musiał liczyć się z wydatkami, a dodatkowy podatek od liczby otworów okiennych również nie stanowił dla niego problemu. Nie żałował również środków na podniesienie obronności Lwowa – z jego funduszy powstała wieża Korniaktowa, która odgrywała ważną rolę w systemie obronnym Lwowa.

 

Handel uważany był jednak za zajęcie niegodne szlachetnie urodzonych, a Korniakt miał wielkie ambicje. Nabywał majątki ziemskie – stał się właścicielem ponad 40 wsi w ziemi przemyskiej i lwowskiej, miasteczek Hussakowa i Kulikowa, a dodatkowo otrzymał jeszcze w dzierżawę Szczerzec pod Lwowem. W 1575 roku ożenił się z Anną Dzieduszycką, po czym przestał osobiście angażować się w handel, powierzając swoje interesy odpowiednim specjalistom. Tym sposobem jego dzieci mogły się już zaliczać w poczet magnaterii polskiej i zawierać związki małżeńskie z Chodkiewiczami, Tarnowskimi i Ossolińskimi. Jednocześnie rodzina Korniaktów przeszła z prawosławia na katolicyzm.

Wnuk Konstantego, Karol Franciszek, prowadził już życie godne polskiego magnata. Studiował w Krakowie, Grazu i Padwie, podróżował po zachodniej Europie, bywał w Niemczech, Włoszech, Francji, Hiszpanii, Anglii, Belgii i Holandii. Był dworzaninem Władysława IV, towarzyszył swojemu wujowi, Jerzemu Ossolińskiemu, w jego słynnym wjeździe do Rzymu w 1633 roku.

Podczas pokoju utrzymywał przeszło 60 żołnierzy dworskich, brał udział w wojnach z Kozakami, Szwedami, Węgrami i Rosjanami, wystawiając wówczas na własny koszt chorągiew jazdy. Odznaczył się podczas obrony Lwowa przed Chmielnickim, a także w bitwach pod Zborowem i Beresteczkiem. Na jego synach wygasła męska linia rodu.

Kamienica na rynku nie należała już wówczas do rodziny Korniaktów. W 1623 roku zakupił ją zakon karmelitów, po czym jej właścicielami zostali Sobiescy. Ojciec przyszłego króla, kasztelan krakowski Jakub Sobieski, uważał, że ród powinien posiadać odpowiednią rezydencję we Lwowie, a w mieście nie było lepszego gmachu niż kamienica Korniakta. Została ona przebudowana na polecenie Jana III w roku 1678. Otrzymała wówczas attykę i włoski dziedziniec z trzema rzędami krużganków.

Jan III Sobieski nie był jedynym polskim monarchą mieszkającym na lwowskim rynku pod numerem szóstym. W 1634 roku kamienicę tę przez miesiąc zajmował Władysław IV, ale zapewne nie wspominał najlepiej tego pobytu. Chorował wówczas na ospę i nie mógł korzystać z uroków życia, a przecież był ich wielbicielem, jak mało który z naszych władców. Nie wiadomo, czy Władysława odwiedzała wówczas jego faworyta, Jadwiga Łuszczewska, mieszkająca na co dzień w kamienicy Jakuba Reguły pod numerem trzydziestym.

W drugiej połowie XVIII wieku kamienica Królewska zyskała wątpliwą sławę jaskini hazardu. Wraz z francuskimi żonami władców Polski – Władysława IV, Jana Kazimierza i Jana III Sobieskiego – do kraju przywędrowała moda na grę w karty. Przy stoliku w kamienicy Królewskiej zasiadali nawet posłowie polscy i rosyjscy podczas rokowań zakończonych podpisaniem pokoju grzymułtowskiego. Ale prawdziwe szaleństwo rozpętało się wraz z pojawieniem się faraona – gry typowo hazardowej. W kamienicy mieszkał wówczas Kazimierz Rzewuski – wielki wielbiciel karcianego stolika. W jego mieszkaniu oraz w domostwach Ponińskich, Szumańskich i Korytkowskich wygrywano i tracono ogromne kwoty. Książę Poniński, chcąc mieć lepszą kontrolę nad sytuacją, założył nawet oddzielny fundusz. Gromadził na nim wygrane i z niego też spłacał karciane długi. W 1795 roku zgromadził niebotyczną kwotę 94 000 florenów i zapowiedział, że po przekroczeniu 100 000 przestanie oddawać się ulubionej rozrywce. Fortuna jednak się odwróciła i niebawem zyski skurczyły się, ale nie stracił na hazardzie, podobnie jak Jan Ochocki, który po miesiącu intensywnej gry zakupił karetę z parą koni krwi angielskiej, konia do jazdy wierzchem, meble do mieszkania i wynajął trzech służących. Hazard stał się tak popularny, że władze centralne postanowiły interweniować. Cesarz Józef II specjalnym edyktem zakazał gier hazardowych swoim galicyjskim poddanym. Cesarski zakaz przyniósł jednak skutki odwrotne do zamierzonych – dopiero wtedy zaczęto grać na całego, tym bardziej że kara za złamanie prawa wynosiła zaledwie 300 florenów, a przy stoliku można było wygrać znacznie więcej. W ciągu nocy jeden z Branickich stracił 10 000 florenów, a Kacper Lubomirski wygrał dokładnie cztery razy więcej!

Jak zawsze w takich przypadkach, pojawiły się wyspecjalizowane szajki szulerów. Ich najłatwiejszymi ofiarami byli zamożni ziemianie, którzy podczas zimowych kontraktów często zostawiali przy stolikach zyski ze swoich zbiorów. Ale dla oszustów przyłapanych na gorącym uczynku nie było litości – tłuczenie po głowie masywnymi świecznikami należało do jednego z najniższych wymiarów kary.

Ale jak się tutaj dziwić ziemianom, skoro w obliczu hazardu tracili rozsądek nawet duchowni. Biskup wileński Massalski specjalnie przyjeżdżał do Lwowa na zimowe kontrakty, a przemyskiemu sufraganowi Sierakowskiemu (późniejszemu arcybiskupowi) podczas pewnej podniosłej uroczystości kościelnej wypadła z rękawa talia kart! Lwowskie noce karciane zyskały taką sławę, że z całej Europy ściągali tu wielbiciele hazardu.

Królowie polscy rezydowali również w pałacu Arcybiskupim pod numerem dziewiątym. Mieszkali tam Zygmunt III i Władysław IV, natomiast w listopadzie 1673 roku w jednej z komnat tej kamienicy zmarł Michał Korybut Wiśniowiecki. Syn słynnego Jeremiego Wiśniowieckiego był wyjątkowo nieudolnym władcą (podobno znał pięć języków, ale w żadnym nie miał nic ciekawego do powiedzenia), a poza tym nie dopisywało mu szczęście. Wszyscy pamiętają mu utratę Kamieńca Podolskiego na rzecz Turków, natomiast nikt nie chce pamiętać o wiktorii hetmana Sobieskiego pod Chocimiem. Może dlatego, że słynna bitwa rozegrała się dzień po śmierci pechowego króla…

Pałac Arcybiskupi, który w roku 1832 przestał pełnić funkcję siedziby metropolitów, zawdzięcza swój dzisiejszy wygląd przebudowie z 1634 roku. W późniejszych latach dobudowano jeszcze trzecie piętro, co zmieniło charakter budynku. Obecnie jest najwyższą kamienicą we wschodniej pierzei rynku i ma dwa oddzielne wejścia od strony placu.

W sierpniu 1724 roku w pałacu odbyło się wesele córki hetmana Adama Sieniawskiego. Była to typowa sarmacka biesiada, doskonale ilustrująca przysłowie „za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”. W kulminacyjnym momencie imprezy do budynku przymocowano cztery nowe rynny, przez które zaczęto wylewać wino na ulice. Przechodnie nabierali trunek do naczyń, pili prosto z czapek, ale zdarzali się i tacy, którzy po prostu kładli się pod rynnami. Czegoś podobnego we Lwowie więcej już nie oglądano.

Ciekawa anegdota wiąże się z kamienicą Mieszkowskiego pod numerem trzynastym w południowej pierzei rynku. W II połowie XVIII stulecia budynek należał do braci Signio, którzy organizowali popularne bale i zabawy. Z czasem imprezy miały coraz mniej wspólnego z przyjęciami tanecznymi, zamieniając się w burdy chuligańskie. W języku ówczesnego Lwowa pojawił się nawet eufemizm „dostać signio”, określający cios taboretem w głowę. Na koniec policja zakazała organizowania balów, a właściciele kamienicy odwołali się do Wiednia. Apelacja okazała się skuteczna, nakazano tylko braciom zadbać o porządek podczas imprez.

W kamienicy Gutterierowskiej (Rynek 18), przebudowanej w 1785 roku, do dzisiaj działa apteka, chlubiąca się pochodzeniem od placówki Macieja Ziętkiewicza (Pod złotym jeleniem ), powstałej w 1574 roku. Odległą o kilka numerów barokową kamienicę (pod numerem 21) zbudowano na polecenie Ripa Ubaldiniego, przeciwnika władców Florencji – Medyceuszy. Wygnany z rodzinnego miasta osiadł we Lwowie i dzięki udanym transakcjom skutecznie powiększał swój majątek. W okresie międzywojennym na parterze kamienicy mieściła się cukiernia prowadzona przez Feliksa Michotka – znana z fantastycznych wypieków. Lokal był największym rywalem słynnej cukierni Zaleskiego (na dzisiejszej ulicy Szewczenki 10 – obecnie cukiernia Switocz ), wspominanej z łezką w oku przez niemal wszystkich lwowiaków.

Synem właściciela cukierni był Jerzy Michotek – piosenkarz i aktor, autor wspomnień Tylko we Lwowie. W 1939 roku podzielił los wielu krajanów – zesłany do kopalń Workuty, powrócił dopiero po siedmiu latach. Osiadł we Wrocławiu, tam ukończył studia uniwersyteckie (specjalność – historyk literatury polskiej), następnie zdał eksternistyczny egzamin aktorski i reżyserski. Gdy w latach pięćdziesiątych grał w warszawskim teatrze Syrena, dyrektor Jerzy Jurandot nieustannie upominał go podczas prób: „Bez akcentu, panie Jerzy, bez akcentu”. Pomimo ograniczeń cenzury, trzykrotnie udało mu się posłużyć lwowską gwarą w filmie. Chociaż pierwsza próba została niemal w całości wycięta (Akcja V ), to dwie następne na zawsze zostały w pamięci widzów. Adaśko Horoszewski – przyjaciel Kurasia i Niwińskiego w serialu Polskie drogi Janusza Morgensterna, i Tolek Pocięgło – powracający do kraju o kulach zesłaniec z serialu Jana Łomnickiego Dom. W obu przypadkach były to kreacje ludzi pogodnych, pełnych radości życia, o ciepłym sercu, takich, jakimi wyobrażamy sobie lwowiaków. I taki też pozostał Michotek w naszej pamięci. U schyłku życia występował z recitalami piosenek lwowskich, budząc ogromne wzruszenie rozsianych po Polsce repatriantów znad Pełtwi.