Leksykon światła i mrokuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Niedługo później wraca wujek. Pyta Henry’ego, jak mu idzie, i udaje się na zaplecze, gdzie pracuje przy zamówieniach, czyta gazetę i pali papierosy.

Do sklepu przychodzi wielu klientów w poszukiwaniu piłek, pompek i obciążeń, więc Henry odkłada jeszcze trochę pieniędzy. Chowa je do kieszeni spodni. Odwiesza fartuch i zamyka drzwi na klucz, żegna się z wujkiem.

Kilka godzin później kupuje swój pierwszy pistolet.

C jak córka, Jannicke, która wciąż leży z zamkniętymi oczami z głową na kolanach matki; ma ciemne loki i duże, miękkie policzki. Gerson skręca z drogi na Trondheim do zajazdu w głębi sosnowego lasu. Właściwie nie czuje głodu, ale już długo są w trasie, więc gdy pojawia się szyld, nagle nachodzą go wątpliwości, czy następna okazja, żeby coś zjeść, nie nadarzy się dopiero za kilka godzin. Podczas hamowania głowa Ellen opada lekko do przodu, kobieta mruga i spogląda na niego. Kto by pomyślał, że będą razem. Że będzie z Ellen. Nigdy by mu to nie przyszło na myśl, gdyby ktoś zapytał go o to przed wojną, ale w końcu jest całkiem ładna, a do tego z porządnej rodziny. Z naprawdę dobrej rodziny, do której należą fabryka wyrobów tytoniowych przy Torggata, wille i samochody, która zatrudnia szoferów i szwaczki. Ellen opowiadała mu o domu pełnym dzieł sztuki, antyków, gdzie poczesne miejsce zajmował wielki fortepian, na którym grała codziennie aż do ucieczki. Choć większość ich majątku przepadła podczas wojny, jest nadzieja, że coś uda się odzyskać. Poza tym nie miałem wyboru, myśli Gerson, podczas gdy żwir chrzęści pod oponami, w obozie dla uchodźców w Szwecji wybór był mocno ograniczony, a dla dziewcząt spoza obozu się nie liczyłem. Która zechciałaby norweskiego uchodźcę, Żyda? Jego matka też musiała dorzucić trzy grosze, zaprosiła rodzinę Ellen na kawę i w ten sposób poznała ich ze sobą; starała się również, żeby wspólnie spędzali czas. Siostra bliźniaczka Ellen, Grete, miała już kawalera, a Ellen nie, ale wtedy odnaleźli siebie i zostali parą.

Matka nie potrafiła ukryć rozczarowania tym, jak nieduża część majątku przypadła rodzinie po zakończeniu wojny, kiedy wreszcie mogli wrócić do kraju. Przez okamgnienie Gerson fantazjuje o innym życiu. Wyobraża sobie, że studiuje na uniwersytecie, właśnie zabiera się do nowych zadań, wyobraża sobie nagrodę, którą zdobył w konkursie matematycznym, ale natychmiast mruga, aby wyprzeć te obrazy, bo to inne życie, które nie może należeć do niego. To również zniszczyła wojna, ale nie ma prawa narzekać, ponieważ żyje. Nie zabrano go na pokładzie Donau do obozu koncentracyjnego ani nie umieszczono w Falstad, jak wielu innych. Żyje, nic mu się nie stało, a życie ma mimo wszystko nie najgorsze.

– Gdzie jesteśmy? – pyta Ellen.

– Pomyślałem, że powinniśmy się zatrzymać i coś zjeść – odpowiada Gerson, odwracając się do niej. Ellen dotyka dłonią policzka Jannicke i odgarnia zeń włosy.

– Słusznie. – Uśmiecha się ciepło; w tej chwili jest całkiem ładna, z tym żarem w oczach, z ufnością, przez którą Gerson czuje ukłucie wyrzutów sumienia. Myśli przez chwilę, że powinien jej powiedzieć, do jakiego domu się wprowadzą.

– Wiesz... – zaczyna.

– Hm? – mówi Ellen, jakby nieobecna, puszcza jego dłoń i unosi z kolan śpiące maleństwo. – Coś się stało?

Gerson kręci głową i patrzy na swoją piękną córeczkę, taką niewinną, czystą.

– Obudź się, skarbie – mówi Ellen. Wtedy córka wciąga powietrze urywanymi haustami, jak gdyby sen był głębiną, z której właśnie wystawiła głowę. W tej samej chwili szansa, by powiedzieć żonie prawdę, przepada.

D

D jak dachy Falstad, a nad nimi gołębie, które czasem tworzą formacje nad polami i falując w locie, tańczą na niebie.

D jak dreszcze biegnące po plecach, gdy każą ci robić pompki na dziedzińcu i w tym czasie okładają cię kijami.

D jak dźwięki wydawane przez obozowych strażników, gdy mają wolne i wtedy piją, a w ich głosach pobrzmiewa lekkość. Śmiech dochodzi często aż do celi, w której leżysz, przywodzi urywki wspomnień z dzieciństwa, kiedy rodzice wydawali przyjęcie, a ty w łóżku nasłuchiwałeś, jak głosy dorosłych się zmieniały, stawały się bardziej piskliwe, weselsze. Podobnie jest z niemieckimi żołnierzami. Czasem udaje ci się dosłyszeć puentę żartu i uśmiechasz się pod nosem, niemal wbrew własnej woli, po czym przewracasz się na drugi bok, by zniknąć w objęciach snu.

D jak Dora, nazwa portu dla okrętów podwodnych, który Hitler planował wybudować niedaleko centrum Trondheim. Nigdy nieukończony betonowy budynek, kilka lat po wojnie zmieniony w archiwum państwowe ze względu na masywne ściany. Czytałem o Dorze, poznawałem historię wojny, jednocześnie zagłębiając się w dzieciństwo Rinnana i nadal szukając rozwiązania rodzinnej zagadki. Bo dlaczego wybrano akurat c i e b i e? Czy tylko na podstawie zarzutu rozprowadzania wiadomości z BBC, czy może było coś więcej? I w ogóle jak cię zdemaskowano?

D jak dansingi w okolicy, w której dorasta Henry, i D jak dziewczyny. Inni okazują w ich towarzystwie oczywistą pewność siebie – nonszalancko podchodzą do grupy koleżanek i zaczynają z nimi rozmawiać, jakby wcale się nie przejmowali, czy zostaną odprawieni, czy nie. Jak im się to udaje, myśli Henry raz za razem, gdy stoi na uboczu takiej grupki, obserwując rozwój wydarzeń. Jak mogą sprawiać wrażenie tak obojętnych, obytych?

Henry’emu brakuje odwagi, by podejść do którejś z dziewczyn. Mimo to trzyma z innymi chłopakami, jest ich kierowcą, bo żaden z nich nie ma prawa jazdy, a już na pewno nie ma samochodu, który mógłby pożyczyć, żeby objechać okolicę w poszukiwaniu zabawy, dlatego to Henry prowadzi, do lokalu i z powrotem, tak jak tej soboty. Jest późno, wieczór się udał. Chłopaki na tylnym siedzeniu gadają jeden przez drugiego o swoich podbojach, ale Henry nie słucha. Wciska pedał gazu i czuje, jak samochód przyspiesza polną drogą, jedzie tak szybko, że żwir tryska spod kół.

W każdy piątek albo sobotę jadą w nowe miejsce. Domy i ludzie płyną za oknami, a w nich szumi radość, nadzieja i zażyłość, aż dojeżdżają tam, gdzie odbywa się dansing. Chociaż co tydzień odwiedzają nowy lokal, atmosfera się nie zmienia. Światło i muzyka sączące się od wejścia wszędzie są podobne, zmieszane z wrzawą młodości i apetytem. Chwiejne ruchy odurzonych mężczyzn w wysokiej trawie są takie same w każdym miasteczku. Podobnie śmiech skupionych w grupki dziewczyn w cieniutkich letnich sukienkach, z wysoko upiętymi włosami, o biodrach i piersiach wypychających materiał. Widoczna żądza i zachłanność mężczyzn, którzy obejmują te kobiety w pasie, przyciągając je do siebie, za każdym razem jest identyczna.

Jak wiele Henry oddałby za to, żeby do niego należała ręka nonszalancko układająca się na plecach w cienkiej sukience, przesuwająca się w dół, by opuszkami palców wyczuć przez tkaninę każdą część ciała! Ileż oddałby za to, żeby do niego należały oczy mężczyzny pod ścianą, do którego ona się odwraca. Jego usta, gdy ona się odchyla i pozwala się pocałować.

Nie da się. Nawet nie ma sensu wchodzić do środka, bo która dziewczyna zechce zatańczyć z chłopakiem tak niskim, że jego twarz znajdzie się na wysokości jej piersi? Tak niskim, że będzie przy nim świecić ze wstydu niczym latarnia morska, o głowę wyższa od partnera. To wzrost go powstrzymuje. Przez wzrost skręca i parkuje koło lokalu, lecz nie wysiada z auta, a kiedy inni pytają, czy do nich dołączy, Henry posyła im zawadiacki uśmiech i mówi, że już umówił się z taką jedną gdzieś niedaleko.

Koledzy idą się bawić, Henry jedzie dalej.

Czasami parkuje przy drodze.

Innym razem kręci się bez celu.

W wyobraźni wszystko wygląda inaczej.

W wyobraźni żwir chrzęści pod oponami, kiedy Henry zajeżdża na podwórze gospodarstwa i parkuje przed białym domem, obok czerwonej stodoły, przy której rośnie krzak malin. Ze ściany wyrasta schylona głowa lampy, owady wirują w jej złotym świetle. Henry puka do drzwi. Mija kilka sekund; w tym czasie ustami zdejmuje skórzane rękawiczki i z oczywistą wprawą wkłada je do kieszeni płaszcza. Wtedy drzwi otwiera mieszkająca tam kobieta. Prawie zawsze przypomina Gretę Garbo, tylko jest niższa. Henry w kółko ogląda filmy ze szwedzką aktorką, palcem gładzi jej twarz na plakacie, a kiedy nikt nie patrzy: jej piersi i brzuch, aż do podbrzusza schowanego pod obcisłą sukienką. Greta Garbo też pochodziła z ubogiego domu, znikąd, a ile udało jej się osiągnąć! Jest sławna, obyta i dobrze ubrana, zawsze tak samo elegancka i zmysłowa, jak w filmie Mata Hari, gdzie gra szpiega, który uwodzi mężczyzn tańcem i wydobywa od nich informacje, by wreszcie trafić przed pluton egzekucyjny. Końcowa scena jest przejmująca i okrutna, ale na szczęście umiera w niej tylko postać, nie aktorka, więc Greta Garbo może oczywiście występować zarówno w kolejnych filmach, jak i w fantazjach Henry’ego, w osobach kobiet o rysach podobnych do jej rysów. Zjawia się w jego wyobrażeniach, kiedy on odwiezie chłopaków na zabawę.

Samotna kobieta z domu położonego na uboczu uśmiecha się filuternie i podaje mu dłoń. Jest ciepła, miękka i chętna. Czasami robią to od razu w przedpokoju, tuż przy drzwiach – sukienkę ma wtedy zadartą na brzuch, a na nogach buty na wysokim obcasie. Kiedy indziej zaciąga go do sypialni i odpina guziki bluzki. On gładzi jej biustonosz. Patrzy, jak stojąc tuż przed nim, zdejmuje kolejne części garderoby, aż widać jedynie skórę.

Sny na jawie są tak rzeczywiste, że czasem, siedząc samotnie w zagajniku, musi wsunąć rękę w spodnie i zacząć się dotykać – wpierw po omacku, na oślep, później mocniej, szybciej – podczas gdy kolejna kobieta podobna do Grety Garbo kładzie się przed nim na łóżku, długie blond włosy rozsypują się po poduszce, a on na skraju lasu, kawałek od auta, dochodzi w środku, w jej ciepłej wilgoci, której nigdy nie doznał w rzeczywistości, a która zalewa go falami gorąca, aż nasienie wytryskuje w mrok, zwisa nitkami z gałęzi i liści. Wyszarpnięty z fantazji, nagle wraca na skraj drogi, w zarośla, spodnie ma opuszczone do kolan. Musi wytrzeć ręce o trawę. Poszukać strumyka lub stawu, by zmyć ze skóry klejące grudki, zbliżyć dłoń do nosa, aby upewnić się, że zapach zniknął, i wyszorować ręce liśćmi, a w końcu sprawdzić, która jest godzina, i czekać dalej.

 

Inne chłopaki rozdziawiają usta z niedowierzania i zazdrości, gdy Henry mówi im o schadzkach ze starszymi, bardziej doświadczonymi kobietami. Opowiada ze szczegółami, kiedy po ciemku jadą do domu, tak barwnie, że zdaje się, jakby spotkania naprawdę się wydarzyły – tak jest i w ten piątek. Byli w Namsos, a on właśnie powiedział im o swym ostatnim podboju. Widział, jak rozpaliła ich jego historia, jaką wzbudziła zazdrość u tych, którzy najwyżej zatańczyli z jakąś dziewczyną albo się całowali.

Źdźbła na skraju drogi migoczą w blasku samochodowych lamp. Chłopaki z tyłu gadają i się śmieją, podekscytowani swoimi przeżyciami, wymieniają się detalami, cieszą się, wypowiadając imiona dziewczyn; potem wystarczy krótkie stwierdzenie, które wszyscy rozumieją, na przykład komentarz o rozmiarze biustu jakiejś kobiety, i znów wybuchają śmiechem. Tak dobrze się bawią, wręcz wyśmienicie, ale dla niego, który prowadzi samochód, słuchanie o tym w ogóle nie jest zabawne. Wprost przeciwnie! Chłopaki gadają o rzeczach, które przeżyli. Wykluczają go, chociaż to o n sprawił, że w ogóle dotarli na dansing. Tylko o n ma dostęp do auta, lecz oni mimo to siedzą jak stado kakadu i paplają, zupełnie nie biorąc go pod uwagę, nie włączając go do rozmowy, jak gdyby był ich prywatnym szoferem!

No to jeszcze zobaczą. Jeśli mam tylko prowadzić, niech mam z tego chociaż trochę frajdy, myśli Henry i oblizuje usta. Zaciska na kierownicy dłonie w rękawiczkach samochodowych, które kupił za własne pieniądze. W skórzanych rękawiczkach z dziurkami na kłykcie, takich samych, jakie noszą kierowcy rajdowi – są ciasne, mocno opinają mu palce i zmieniają go za każdym razem, kiedy je wkłada. Pochyla się nad kierownicą i wciska pedał gazu. Słyszy, jak zwiększają się obroty silnika, ale tłoki przestają nadążać, więc musi wcisnąć sprzęgło i zmienić bieg. Krzaki migają w świetle przednich reflektorów, czasami uderzają o drzwi. Tamci z tyłu przestają się śmiać. Widzi, jak uśmiechy znikają z ich facjat. Żwirowa droga jest twarda, wypłukane deszczem wyboje i dziury wstrząsają zawieszeniem.

– Spokojnie, Henry! – odzywa się jeden z kumpli, ten, który zwykle przewodzi i pierwszy zabiera głos; oburącz trzyma się zagłówka. – Chyba nam się nie spieszy?!

Henry uśmiecha się do niego w lusterku i widzi lęk w jego oczach.

– Co jest? Boisz się? – Rinnan jeszcze mocniej wciska gaz, czuje, jak samochód przechyla się na zakrętach, jak ciągnie ich siła odśrodkowa, a ciała obijają się o siebie, lecąc na boki.

Jadą coraz szybciej.

Kumpel nie odpowiada. Nie odzywa się też nikt inny. Chłopaki odchylają się tylko do tyłu i kurczowo trzymają oparć. Wskazówka prędkościomierza pnie się w górę, właśnie mają przed sobą długą prostą, możliwość sprawdzenia, jak szybko to auto potrafi jechać, myśli Henry i znów zmienia bieg. Wtedy zauważa coś w świetle lamp. Dwoje lśniących oczu tuż przy jezdni, jak u kota, ale po chwili dostrzega też resztę zwierzęcia. Pośrodku drogi siedzi zając. Kudłaty cel, niespodziewana nagroda, jak miś na loterii.

– Patrzcie, chłopaki! Jutro na obiad będzie stek z zająca! – woła i z całej siły wciska pedał gazu.

– Henry! – krzyczy jeden z kolegów, ten na przednim siedzeniu, który prawie nigdy nic nie mówi, ale Henry nie odpowiada, przez dwie sekundy garbi się tylko nad kierownicą, przez chwilę radości, szybkości, napięcia, podczas gdy auto ryczy na zaskoczone futrzane stworzenie na środku drogi.

Aż nagle...

Zając odskakuje, pędzi prosto w krzaki przy drodze, ale nie może, nie ma prawa, myśli Henry i skręca za nim, nie wolno mu się wymknąć, nie przechytrzy go, do jasnej cholery!, woła w myślach, wykrzywiając kierownicę i celując w zwierzaka, przekonany, że mu się uda.

Wtedy wszystko dzieje się szybko.

Zając znika, nie ma go już w świetle reflektorów.

Kolega z tyłu głośno wykrzykuje imię kierowcy.

Samochód zjeżdża z drogi i się przewraca. Huk, uderzenie w bok i Henry leży z twarzą przyciśniętą do drzwi. Auto stoi po skosie, oparte o kamień. Na kolanach Henry’ego leżą odłamki szkła, a przednia szyba jest wybrzuszona. Ktoś jęczy. Przeklina.

Henry kilka razy mruga; czuje ból w piersi, w którą wbija się kierownica. Dokucza mu ręka, na której leży, dociśnięta do drzwi, ale żyje, żyje, może ruszać kończynami, więc nie stało się nic poważnego, trzeba jedynie zachować spokój. Nie może myśleć o tym, co będzie, gdy zaprezentuje wujkowi wrak, teraz nie może zaprzątać sobie tym głowy, bo wtedy wszystko się rypnie, więc musi udawać, że nic się nie stało. Odwraca głowę, patrzy na kumpla na siedzeniu obok – na jego kolanach i w fałdach rękawów leżą odłamki szkła, chłopak zasłania twarz dłońmi. Są zakrwawione.

– Hej? Żyjecie tam? – pyta, starając się mówić tym samym tonem, równie ostrym jak wcześniej, lecz odpowiadają mu jedynie nieartykułowane jęki.

– No tak. Niech to szlag. Nie będzie steku z zająca – mamrocze Henry i opuszcza szybę. Na szczęście drzwi się nie wygięły, więc udaje mu się całkiem otworzyć okno i wypełznąć na zewnątrz. Kolega z siedzenia obok wychodzi za nim, krew z nosa kapie na drzwi.

Henry wstaje i strzepuje ze spodni kawałki szkła. Tamci dwaj, którzy siedzieli z tyłu, zgarbieni wydostają się z auta. Jeden mocno zaciska zęby i podtrzymuje przedramię, jakby było złamane.

– Pieprzony zając! – woła Henry. – Dlaczego musiał zeskoczyć z drogi? Akurat w momencie, gdy miałem go trafić?!

Chłopaki spoglądają na niego niepewnie.

– Nie gapcie się tak! – karci ich Henry. – Pomóżcie mi wepchnąć wóz z powrotem na drogę!

Zbliża się do drzwi od strony kierowcy i je chwyta. Tamci podchodzą zdezorientowani do bagażnika i ustawiają się za nim w rzędzie. W spojrzeniach mają jakąś uległość, jakby nie mieli odwagi nic zrobić, zanim Henry ich nie poprosi. Pchają, kiedy mówi, żeby pchali, czekają, kiedy im każe, i wysilają się jeszcze bardziej, gdy Henry na nich krzyczy, samochód zaś toczy się pod górkę i wreszcie wjeżdżają na drogę.

Wszyscy wsiadają do środka. Panuje cisza. Silnik odpala. Henry odwraca się i skupia na sobie ich uwagę. Jeżeli któryś powie Sverremu Hvedingowi o przyczynie stłuczki, Rinnan straci pracę i już nigdy nie będzie mógł pożyczyć auta, a co za tym idzie – znów znajdzie się poza nawiasem.

– Słuchajcie. Powiem wam, co się stało – odzywa się Henry cicho i upewnia się, że wszyscy słuchają. – Nie ma żadnego zająca. N i g d y nie było żadnego zająca. Prawda?

– Jak to...? – pyta jeden z kolegów, a Henry rzuca mu surowe spojrzenie, tak jak zawsze robią bohaterowie filmów, kiedy przejmują kontrolę nad sytuacją.

– Słuchajcie uważnie – mówi. – Z przeciwnej strony nadjechał samochód. Zbyt szybko. Tak prędko, że nie zdążyliśmy zobaczyć nic poza oślepiającymi światłami. Jakiś dureń zepchnął nas z drogi i nie zatrzymał się, chociaż musiał widzieć, że wylądowaliśmy w rowie. To właśnie się stało... Zrozumiano?! – pyta.

Spoglądają na niego niepewnie, jak gdyby trudno było to pojąć. – Zrozumiano, pytam!? – powtarza Henry, tym razem głośniej, na co wszyscy kiwają głowami i wydobywają z siebie: – Tak, Henry Oliverze.

Żaden nie śmie się sprzeciwić. Niesamowite, myśli Rinnan. Na ich twarzach nie ma już śladu wyszczerzonych uśmiechów i męskości, nagle to tylko przerażone dzieciaki, stojące przed ojcem.

D jak dłonie. Dłonie, które wiążą sznurówkę. Dłonie, które unoszą dziecko do kwiatów na drzewie owocowym. Dłonie, które strzepują okruszki ze stołu szybkimi, gwałtownymi ruchami. Dłonie, które wbijają gwoździe w podeszwę buta. Dłonie, które chwytają bicz. Dłonie, które zaciskają się w pięść i uderzają kogoś w policzek. Dłonie związane liną. Dłonie, które trzymają szklankę. Dłonie, które głaszczą policzek. Dłonie wsuwane w rękawiczki. Dłonie, które przesuwają się po beli tweedu. Dziecięce rączki na oknie, na klamce. Palec wskazujący dziewczynki, który zasłania usta. To Jannicke Komissar. Jej buzia lśni w blasku świecy trzymanej w dłoni, a płomień nieznacznie kołysze się od jej oddechu, kiedy odwraca się do siostrzyczki i szepcze: „Chodź, Grete. Tam na górze jest tajemne przejście!”.

D jak drżenie rosy rankiem na trawie, od czego ziemia koło obozu migocze w świetle słońca.

D jak droga przez Niemcy przed wojną. Kiedy jechałeś obejrzeć nowe kolekcje sukienek lub spotkać się z hurtownikami, z okien pociągu zdarzało ci się widywać winnice.

D jak data i jak dramatyzm w głosie Marie Komissar, gdy dwunastego stycznia 1942 roku dzwoni do Gersona, by z rozdygotaną powagą wypowiedzieć słowa, które zmienią wszystko: „Zabrali twojego ojca!”.

E

E jak egzekucja.

E jak emblemat.

E jak Elektrisk Bureau – logo firmy wytłoczone w plastikowej obudowie telefonu, nad którym pochyla się Gerson w domku wakacyjnym niedaleko Trondheim dwunastego stycznia 1942 roku.

Ma na sobie pumpy i wełnianą koszulkę, a w pokoju dziennym obok siedzi grupa jego przyjaciół. Wszyscy są studentami, nikt nie ma sympatii, powietrze wypełniają śmiech, papierosowy dym, unoszący się nad przepoconymi anorakami, oraz pożądliwe spojrzenia – czy raczej wszystko to w y p e ł n i a ł o powietrze, do chwili gdy w przedpokoju zaczął dzwonić telefon, a kumpel, do którego należy domek, nagle zawołał Gersona, dodając, że to do niego. Wszystko to zakrawało na absurd. To, że w ogóle rodzina kolegi kazała założyć linię telefoniczną w domku wakacyjnym, to, że telefon właśnie zadzwonił, wdzierając się do ich rozmowy, a co gorsza: że ktoś dzwonił do niego. Gwar ucichł, bo dlaczego ktoś miałby kontaktować się z Gersonem akurat tutaj?

– Zabrali ojca – szepcze matka.

Słowa nie docierają do niego, wprowadzają zamęt, sprawiają, że gapi się w milczeniu na telefon. Na podłodze nieopodal stoi rząd butów narciarskich z czarnymi, płaskimi czubkami, przypominają dziobaki. Na sznurówkach niektórych wciąż widać bryłki lodu, gotowe za chwilę się roztopić.

– Gerson, jesteś tam?

– Tak, jestem... Kiedy?

– Dziś przed południem! Zadzwonili i powiedzieli, że ma zgłosić się na przesłuchanie do Hotelu Misyjnego...

– O co jest oskarżony?

– Nie wiem... Nie powinniśmy byli wracać ze Szwecji! – mówi matka. Chłopak słyszy, że zbiera jej się na płacz.

Drzwi wejściowe do domku się otwierają, do środka wchodzi jeden z przyjaciół Gersona z wiadrem pełnym śniegu i z szerokim uśmiechem, który niknie, gdy zdaje sobie sprawę z ciszy panującej w pokoju.

– Nie może uciec? – pyta Gerson półgłosem.

– Nie, nie chce. Ja w szpitalu... I ze względu na was – odpowiada Marie, a Gerson słyszy wzbierający w niej płacz.

– Czy Jacob wie?

– Tak, jest zdenerwowany. Ojciec z nim rozmawiał.

Słyszy, jak matka odsuwa słuchawkę od ust, by stłumić szloch.

– Przyjeżdżam natychmiast! – mówi Gerson. Rozłącza się i patrzy na twarze kolegów, pełne powagi i niemych pytań.

– Co się stało? – chce wiedzieć jeden z nich.

Gerson nadal stoi z ręką na telefonie. Zalewa go ciepło, kłuje w policzki.

– Niemcy zabrali ojca.

– Dlaczego? – pyta jasnowłosa dziewczyna.

– Nie wiem... Muszę wracać do domu. Przepraszam.

Gerson w pośpiechu wpycha ubrania do plecaka. Zauważa, że radość i śmiech w spojrzeniach przyjaciół zostają zastąpione przez współczucie, wstyd i zakłopotanie. Czuje, że tylko czekają, aż sobie pójdzie, bo chociaż na pewno jest im go szkoda, częścią siebie chcą się go pozbyć, gdyż jego obecność nagle wniosła w ich życie ciemność oraz powagę, od której pragnęli uciec. Powinienem był wiedzieć, myśli Gerson, wciskając ostatni sweter do plecaka i sznurując buty. Wszyscy powinni byli wiedzieć, że do tego dojdzie, prędzej czy później, myśli, po czym wstaje, obejmuje dziewczyny, podaje rękę kolegom i dziękuje za wspólnie spędzony czas. Kumpel, do którego rodziny należy domek, odwiezie go i wróci do pozostałych.

Gerson zanosi plecak i narty do auta, stojącego przy szosie. W drodze do Trondheim milczy, opiera czoło o chłodną szybę i rozmyśla o tragicznej decyzji o powrocie do Norwegii w 1940 roku. A przecież w dniu inwazji na Norwegię udało im się uciec do Szwecji. Spakowali się, pośpiesznie pojechali na stację kolejową i zostawili na niej samochód. Przedostali się przez granicę ostatnim pociągiem przed wprowadzeniem kontroli. Mijał czas, aż wreszcie rodzina się dowiedziała, że powrót do domu będzie bezpieczny. Że sytuacja Żydów się unormowała, że można już żyć jak wcześniej, wystarczy się nie wychylać. Dlatego wrócili do Trondheim, do swojego mieszkania i starego życia. Wszyscy oprócz siostry, Lillemor. Gdyby tylko zostali z nią w Szwecji!

 

Gerson otwiera oczy i wygląda przez okno. Świeży śnieg leży na polach, kryształki migoczą w słońcu. Zając, który przebiegł po białej ziemi, zostawił na niej prosty pas kropek, podobnych do szwów na tkaninie w ich butiku.

Wysiada tuż koło sklepu rodziców, przez szybę widzi niemieckich żołnierzy. Matka, wypisana ze szpitala, chociaż nie może stać o własnych siłach, długo go przytula. Jeden z umundurowanych mężczyzn mówi, że stancja Gersona została przeszukana i że chłopak musi z nim iść na przesłuchanie. Następnie wpychają go do samochodu; matka krzyczy coś za nim, lecz on nie słyszy jej słów. Dokąd jadą? Wyobraża sobie więzienie lub obóz karny, tymczasem auto sunie przez śródmieście i zatrzymuje się przed budynkiem przerobionym na siedzibę Gestapo. Przed Hotelem Misyjnym.

Popychają go w stronę drzwi. Prosto w gmatwaninę żołnierzy, norweskich więźniów i prowizorycznych łóżek.

Zza grupy więźniów wychodzi młody mężczyzna w spodniach jeździeckich i oficerkach, niski facet, który szybko mija funkcjonariuszy, kierując się bezpośrednio do dowódcy. Z początku Gerson zwraca na niego uwagę z powodu wzrostu, przenikliwego spojrzenia i głowy, za dużej w stosunku do ciała, później jednak zapamięta go ze względu na akcent. Mężczyzna mówi po niemiecku z dużą ilością błędów gramatycznych i z wyraźnym lokalnym akcentem. To Norweg.

E jak ekipa, która idzie kraść jabłka na obrzeżach Levanger, mijając ładne sztachetowe płoty, żółte, połyskujące okna i powykrzywiane drzewa, uginające się pod ciężarem owoców. Rinnan prowadzi.

– Tutaj – szepcze jeden z chłopaków, wskazując głową ogród, w którym stoi ogromna jabłoń, obsypana owocami.

– Idealnie, ja mogę stać na straży – odpowiada Henry, wyjmuje z wewnętrznej kieszeni pistolet i nonszalancko nim wymachuje. Pozostali pochylają się, żeby lepiej się przyjrzeć.

– Pistolet? – szepcze jeden. – Masz ze sobą pistolet? – Chłopaki spoglądają po sobie niepewnie.

– A na co wygląda? – Henry szczerzy zęby w uśmiechu. – Przełaźcie na drugą stronę! – Koledzy robią, jak im każe, niezdarnie wdrapują się na płot, starając się nie zahaczyć o niego spodniami, po czym znikają w mroku pod koronami drzew.

Jest spokojnie, ciemna sierpniowa noc, ani żywego ducha. Sytuacja przypomina scenę z filmu. Gdyby tylko nie kradli pospolitych j a b ł e k, myśli Henry, a napięcie burzy mu krew i pulsuje w ciele. A gdyby to wcale nie była podrzędna willowa dzielnica w Levanger, tylko amerykańska metropolia? Nowy Jork albo Chicago? Napadliby nie na stary o g r ó d, tylko na F e d e r a l B a n k. Mieliby maski karnawałowe albo kominiarki zasłaniające całe twarze oprócz oczu i cicho poprosiliby pracowników w okienku o wydanie pieniędzy i trzymanie rąk z dala od przycisku alarmowego.

Henry widzi sylwetki kolegów pod koronami drzew. Widzi, jak zrywają jabłka, uparte ogonki owoców nie chcą puścić gałęzi, które trzepoczą. Któreś okno się otwiera i wygląda przez nie mężczyzna.

– Hej, co wy robicie?! – krzyczy, na co Henry odruchowo unosi pistolet i pociąga za spust.

Czuje nagły odrzut, jakby w ramię ugryzła go żmija. Dwa strzały padają z hukiem tak głośnym, że odbija się echem po ulicach. Pozostali chłopcy aż podskakują, tak bardzo wystraszeni, że upuszczają jabłka, które toczą się po drodze. Henry podnosi jedno z nich, czuje, jak wali mu serce, i biegiem mija wraz z innymi kolejne domy, aż wreszcie są już bezpieczni. Zatrzymują się, z trudem łapiąc oddech.

– Skąd to masz? – pyta nerwowo jeden z kolegów, spoglądając na broń.

– A skąd przypuszczenie, że odpowiem na to pytanie? – rzuca Henry i odgryza kawałek jabłka. Wytrzymuje spojrzenie tamtego, jednocześnie miażdżąc zębami miąższ.

Mija sekunda. Mija kolejna, ale kolega nie odpowiada, najwyraźniej nie ma odwagi, a Henry czuje, jak radość buzuje w nim na widok niepewności i lęku na twarzy chłopaka, bo w jego oczach kryje się też coś innego.

Swego rodzaju podziw albo szacunek.

W kolejnych tygodniach narasta w nim pewność siebie i zmienia jego zachowanie, sprawia, że Rinnan patrzy inaczej niż kiedyś. Musi to być widoczne – musi tym promieniować, być atrakcyjniejszy, bo niedługo po epizodzie z pistoletem spotyka Klarę.

Kobietę, dzięki której wszystko na krótko się zmienia.

E jak Ellen Komissar, w chwili gdy wreszcie wjeżdżają w wąskie uliczki Trondheim. Jannicke po raz kolejny zasnęła na jej kolanach. Samochód jest niczym mechaniczna kołyska, myśli Ellen, wraz z uruchomieniem silnika drgania i szum lulają dwulatkę do snu. Przechyla głowę i patrzy na niskie drewniane domy, krzywe, dziwne, czarujące budyneczki, niemal jak teatralne kulisy albo domki dla lalek, i zaczyna się cieszyć na nowy start. W Oslo nie ułożyli sobie życia, ale mogą zacząć tutaj, już się cieszy, że znowu zobaczy sklep, że będzie mogła przymierzać ubrania, które Marie importuje z kontynentu. Będzie mogła się zmienić, stać się kobietą pewną siebie. Jedną z tych, które noszą kreacje z Francji, Niemiec, Włoch. Rozpoznaje ulice i opiera się o przednie siedzenie, żeby zobaczyć, dokąd jadą, brzuchem dotykając głowy córeczki; wskazuje boczną uliczkę.

– To chyba tam, co? – pyta.

Gerson czuje się wyraźnie nieswojo, zbyt mocno ściska kierownicę i siedzi sztywno, pochylony do przodu, z rozbieganym wzrokiem.

– To tam? – pyta podenerwowany; byłby przeoczył skręt.

Cały on, myśli Ellen. Cały on, sądzi, że ona nic nie wie, że w żaden sposób nie może mu pomóc.

– Tak, popatrz! Nordregate jest tam! – mówi mu.

Gerson przeklina, a Ellen widzi, że jest spocony, próbuje zmienić bieg, ale każdy ruch wykonuje za szybko – tuż za nimi pojawia się jakieś auto – więc dźwignia trafia w próżnię. Skrzynia biegów wydaje głośny, przenikliwy dźwięk, Jannicke otwiera oczy i natychmiast zaczyna marudzić, jak gdyby wyczuła napiętą atmosferę w kabinie.

Gerson znów chwyta dźwignię zmiany biegów, zbyt mocno nią szarpie i z wysiłkiem wrzuca wsteczny. Odwraca się i patrzy w punkt tuż koło głowy Ellen, zaczyna cofać, ale za szybko, bo przecież z tyłu stoi jakiś samochód, myśli ona i się odwraca.

– Gerson! – krzyczy, patrząc, jak auto się do nich zbliża, jak mężczyzna za kierownicą wpatruje się w nich ze zdumieniem, aż wreszcie Gerson zmienia bieg i wjeżdża w boczną uliczkę. W kabinie zapada cisza, Ellen zauważa spojrzenie Jannicke i ujmuje jej rączkę. Próbuje uspokoić ją uśmiechem.

Gerson parkuje tuż koło sklepu „Paris-Wien”, który znajduje się na rogu, a jego duże, panoramiczne okna wychodzą na drogę. Ellen sadza sobie Jannicke na kolanach i pokazuje palcem przez szybę.

– Patrz – mówi. – To sklep babci! Pójdziemy tam teraz pooglądać sukienki. – Jannicke spogląda na nią dużymi, błyszczącymi oczami. Ellen czuje jej rączki na szyi.

Otwiera drzwi auta. Patrzy, jak Gerson wyjmuje zapalniczkę i zapala papierosa. Potem podchodzą do sklepu. Nagle drzwi się otwierają i wychodzi przez nie Marie w kapeluszu z szerokim rondem, przewiązanym jedwabną wstążką, i w luźnej koronkowej bluzce, wpuszczonej w czarną spódnicę przyklejoną do bioder. Unosi dłoń w eleganckim pozdrowieniu. Ma w sobie coś z arystokratki, jakąś perfekcję, myśli Ellen i strzepuje paproch z bluzki.

– Witamy w mieście! – mówi Marie, ściskając Ellen, a następnie zwraca się do Jannicke: – Tu jesteś, moja mała.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?