Leksykon światła i mrokuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

B

B jak banda.

B jak budynek.

B jak Bandeklosteret, „klasztor bandy”, słynna willa położona na szczycie wzgórza poza śródmieściem Trondheim, przy Jonsvannsveien czterdzieści sześć. Przez wiele dziesięcioleci po zakończeniu wojny ludzie, mijając ten dom, przechodzili na drugą stronę ulicy, jak gdyby zło z przeszłości budynku mogło jakoś przedostać się do powietrza i ich zarazić. W tych właśnie ścianach Henry Oliver Rinnan i jego gang podczas drugiej wojny światowej snuli plany, przesłuchiwali więźniów, torturowali, zabijali ich, pili i bawili się. Pewien dziennikarz, który odwiedził Bandeklosteret tuż po kapitulacji nazistów, tak pisał o swoich przeżyciach:

W całym domu, jak się zdaje, siali spustoszenie, wiedzeni dziką żądzą zniszczenia. Wszystkie pomieszczenia wyglądają tak, jakby ćwiczono w nich strzelanie – ściany i sufit są podziurawione, a tapety w miejscach, w których ich stan uznano za nieco zbyt dobry, zostały pocięte na strzępy. Nawet w wannie i ścianie łazienki widnieją dziury po nabojach. Należy przypuszczać, że strzelanie było jednym ze sposobów umysłowego znęcania się nad więźniami, zamkniętymi w ciasnych celkach w piwnicy, ciemnych, choć oko wykol.

Okazało się, że willa kryje też inną opowieść, o której po raz pierwszy dowiedziałem się w kuchni twojej wnuczki, a mojej teściowej, Grete Komissar.

Była sobota albo niedziela, leniwe przedpołudnie, kiedy nic nie trzeba robić, kiedy czas staje się bardziej lepki niż zwykle. Jazz sączył się z głośników w salonie, spokojne fortepianowe dźwięki mieszały się z głosami dzieci, które balansowały na niebieskiej piłce treningowej, z krótkimi wybuchami śmiechu, z głuchymi uderzeniami ciał spadających na dywan. Byłem w kuchni z Grete, która zaczęła przyrządzać obiad – kroiła gruszki i układała ich podłużne cząstki w naczyniu żaroodpornym, pomiędzy udkami kurczaka i warzywami. Rozmawialiśmy pewnie na temat dzieciństwa, bo kiedy w drzwiach zjawił się jej mąż, zapytał, czy zdaję sobie sprawę, że Grete dorastała w kwaterze głównej Rinnana. Grete, stojąc z dłońmi tłustymi od kurczaka, uśmiechnęła się niepewnie, zaskoczona, że Steinar powiedział to właśnie w tej chwili. Choć kojarzyłem nazwisko Rinnan, nic o nim nie wiedziałem. Steinar odświeżył mi pamięć, przypominając też imię – Henry – i dodając, że Rinnan był podwójnym agentem na usługach nazistów, a następnie nakreślił obraz okrucieństw, jakich dopuszczano się w tym domu. Tortury. Zabójstwa. Grete odsunęła przedramieniem włosy z czoła, wciąż z nożem kuchennym w jednej ręce i tłuszczem z kurczaka na drugiej. Sytuacja była dziwnie napięta, jak gdyby Grete nie miała ochoty o tym rozmawiać. Jednak zachowałaby się nazbyt ostentacyjnie, gdyby chciała się wymigać, zmieniając temat. Z salonu dobiegło łupnięcie, po czym usłyszałem, jak Rikke pyta dzieci, czy nie mogłyby pobawić się na piętrze; chwilę później zjawiła się w drzwiach i przemknęła koło Steinara.

– Więc to tam dorastałaś? – zapytałem zdumiony, bo chociaż znałem Grete od przeszło piętnastu lat, nigdy dotąd o tym nie wspomniała.

– Tak, mieszkałam tam od urodzenia do siódmego roku życia – odparła.

– Co? – wtrąciła Rikke, zrozumiawszy, że musiało ją coś ominąć.

– Mówiłam tylko, że dorastałam w domu bandy Rinnana – powtórzyła Grete i przepołowiła ostatnią gruszkę, jak gdyby nie było w tym nic wyjątkowego. Z twarzy Rikke wyczytałem, że dla niej to też jest nowość.

– Wystawialiśmy nawet przedstawienia teatralne w piwnicy – powiedziała Grete, akcentując ostatnie słowo i jednocześnie wciskając wierzchem dłoni pompkę dozownika mydła. – W tych samych pomieszczeniach, w których kilka lat wcześniej urzędował Rinnan ze swoją bandą.

Grete i jej starsza siostra Jannicke wraz z przyjaciółmi z sąsiedztwa bawiły się tam w teatr. Przebierały się w ubrania rodziców: wkładały za duże damskie botki, kapelusze, naszyjniki i śpiewały. Na przedstawienia zapraszano dzieci i dorosłych z okolicy. Zadaniem Grete było stać na szczycie schodów i rozdawać publiczności ręcznie robione bilety; dorośli, którzy je otrzymali, schodzili w dół z pochylonymi głowami i rozbieganym wzrokiem.

Wyobrażenie dziecięcych przedstawień w piwnicy tortur oraz dziewczynki na szczycie schodów zrodziło we mnie liczne pytania: jak to się stało, że żydowska rodzina postanowiła zamieszkać w miejscu będącym jednym z największych symboli zła w całym Trondheim? Czy zadecydowała o tym niska cena nieruchomości? A może chęć wymazania historii? W jaki sposób dom wpłynął na tych, którzy się doń wprowadzili?

Zapragnąłem dowiedzieć się więcej o Rinnanbanden – bandzie Rinnana; czytałem wszystko, co tylko mogłem, znalazłem też zdjęcia willi, w której dorastała moja teściowa. Coś pękło tego przedpołudnia, bo później Grete zaczęła częściej opowiadać o swoim dzieciństwie w Bandeklosteret.

Gdy Grete i Steinar mieli sprzedać mieszkanie, które wciąż utrzymywali w Trondheim, pojechaliśmy ostatni raz ich tam odwiedzić. Powoli szliśmy ulicą, przy której kiedyś znajdował się sklep „Paris-Wien”, i ponownie zatrzymaliśmy się przy kamieniu pamięci z twoim nazwiskiem. Później wsiedliśmy do auta i przejechaliśmy z centrum do miejsca, w którym wychowywała się Grete, na Jonsvannsveien czterdzieści sześć. Dom był niski, ale uroczy, biały, o ciemnych oknach i pomalowanych na zielono parapetach. Przed nim stał stary, czerwony samochód z lat pięćdziesiątych, jak gdyby czas zatrzymał się w miejscu.

– Spróbujemy zadzwonić? – zapytała Grete.

Skinąłem głową, a ponieważ nikt inny nie przejął inicjatywy, przeszedłem żwirową ścieżką i nacisnąłem dzwonek. Czekałem, aż drzwi się uchylą, usiłując poskładać w myślach słowa, które wypowiem do tego, kto mi otworzy.

B jak bezruch pocisku. Ołowianego pocisku w kolorze miedzi, wyjętego ze ściany w Bandeklosteret i leżącego nad biurkiem w domu. Pocisk wgiął się do środka po zetknięciu z murem piwnicy, może w wyniku zabawy, którą członkowie bandy ponoć czasami sobie urządzali, by złamać więźniów: przywiązywali człowieka do krzesła w piwnicy i szli w zawody o to, kto strzeli bliżej, ale go nie trafi.

B jak bobasy i buzie o pyzatych policzkach. B jak bose stópki wierzgające na przewijaku, jak berbecie drepczące po salonie z pulchnymi rączkami w górze dla utrzymania równowagi, piszczące radośnie na widok rówieśnika. B jak bieg opowieści o Bandeklosteret, której początek stanowi historia prywatnego przedszkola, prowadzonego przez Else Tambs-Lyche w ostatnich latach przed wybuchem wojny. Jej mąż, Ralph Tambs-Lyche, był profesorem szkoły wyższej, a zarazem botanikiem amatorem, który zbierał rośliny z całego okręgu Trøndelag, zasuszał je i sortował, następnie umieszczał w starannie zorganizowanych archiwach na poddaszu, ona zaś tymczasem w piwnicy zajmowała się dziećmi, w związku z czym radosne okrzyki wypełniały dom na długo przed tym, zanim otoczył go drut kolczasty, zanim obok podjazdu postawiono strażników i zanim w pomieszczeniach zagościła przemoc.

B jak brat i buty ze wspomnienia z dzieciństwa – krainy, z której wszyscy pochodzimy, nieświadomi tego, że zdarzenia i uczucia z pierwszych lat życia nagromadzą się jak osad na dnie morza i osiądą głęboko, tworząc krajobraz, który będzie nam towarzyszył przez resztę dni. Dla Henry’ego Olivera Rinnana takim właśnie wspomnieniem był pewien zimowy dzień, gdy Henry miał dziesięć lat.

Jest luty 1927 roku. Płatki śniegu wirują w powietrzu przed szkołą w Levanger i tworzą malutkie zaspy na parapecie okna, przy którym siedzi Henry, pochylony nad zeszytem. Oczy ma zasłonięte grzywką i właśnie sięga po gumkę, by wytrzeć nieudany łuk litery „g”, gdy zauważa, że coś się stało, bo nauczycielka nagle milknie w pół zdania, patrzy na jego młodszego brata i pyta go, jak się czuje.

– Coś zbladłeś... Jesteś chory? – mówi i wychodzi zza katedry.

Henry widzi, jak inni wymieniają spojrzenia, ich oczy iskrzą w nadziei, bo oto nauczycielka kroczy między rzędami ławek. Zaraz zobaczy to, co cały ranek próbowali z bratem ukryć – że mały ma na nogach damskie botki, czarne damskie botki, których ktoś nie odebrał z warsztatu szewskiego ich ojca. Henry wiedział, że będzie z tego draka, próbował wyjaśnić matce, że nie może posłać do szkoły syna w damskich butach, ale ona pomachała mu wtedy przed nosem zimowym trzewikiem małego, pokazała dziurę ziejącą między zelówką a skórą i głosem nieznoszącym sprzeciwu odpowiedziała, iż brat nie może iść do szkoły w butach zniszczonych tak bardzo, że przemoczy nogi jeszcze przed pierwszym zakrętem.

Obcas nie był na szczęście zbyt wysoki, ale z daleka dało się poznać, że to damskie botki, a ponieważ w dodatku były o kilka numerów za duże, brat musiał podkurczać palce, by nie spadały, przez co chodził w dziwny, nienaturalny sposób. Bracia spiesznie minęli grupkę chłopców przy wejściu, szczęśliwie zajętą swoimi sprawami, więc nikt nie zdążył zwrócić uwagi na buty. W klasie Henry zauważył, że dwie dziewczynki szturchnęły się łokciami i zaczęły chichotać, ale tuż potem do środka weszła nauczycielka i wszyscy musieli stanąć przy swoich ławkach, aby się z nią przywitać.

Kiedy wrócili na miejsca, pochłonęła go praca; koncentrował się na literach, które miał ze sobą połączyć ładnymi zawijasami, jedną po drugiej, i prawie o wszystkim zapomniał, aż do chwili, gdy nauczycielka nagle przerwała lekcję i ze zmartwioną miną ruszyła między ławkami. Henry czuje ciepło na twarzy, widzi, jak mały próbuje schować stopy, podciągając pod siebie nogi, ale na próżno. Nauczycielka się zatrzymuje i jest tak zdumiona, że słowa padają jej z ust, jak gdyby nie mogła się powstrzymać:

– Ależ... Co to za buty? – pyta, na co pozostali uczniowie zaczynają chichotać.

Henry czuje szybsze bicie serca, czuje wstyd palący policzki, zerka na brata, ale ten siedzi cicho, ma rozbiegane oczy i wyraźnie nie wie, jak zareagować. Nie może powiedzieć prawdy, myśli Henry, nie może przyznać, że ich ojciec, szewc, nie raczył naprawić butów własnych dzieci, tego n i e m o ż e p o w i e d z i e ć, już lepiej, żeby coś zmyślił, na przykład że włożył pierwsze lepsze buty, które znalazł, albo że zrobił to dla żartu, chcąc sprawdzić, czy ktoś zauważy, ale brat nic nie mówi, ani słówka. Musi w końcu coś powiedzieć, myśli Henry, bo cisza tylko pogarsza sprawę i nasila wstyd, więc Henry odchrząkuje, na co nauczycielka i inni przenoszą uwagę z brata na niego. Czuje ich spojrzenia. Od tego zainteresowania serce jeszcze bardziej mu przyspiesza, a i tak nikła pewność siebie maleje, ale nikt nie może tego po nim poznać, musi coś powiedzieć, jakoś wszystko wygładzić. To myśląc, stara się wytrzymać wzrok nauczycielki.

 

– To tylko wygłupy, on się tak bawi w przymierzanie butów z warsztatu ojca – odpowiada Henry z udawanym uśmiechem, chcąc, by uwierzyła, że to tylko dziwny wymysł, ale po jej minie poznaje, że nie osiągnął celu, bo nauczycielka nie odwzajemnia uśmiechu, tylko kuca przed małym, kładzie mu dłoń na ramieniu i stwierdza:

– Oj, ale ty schudłeś!

Zmartwionym głosem pyta, czy sytuacja w domu jest aż t a k trudna; oczywiście rozumie, że może wprawić w zakłopotanie Henry’ego i jego brata, więc mówi jak najciszej, żeby inni nic nie usłyszeli, ale w ten sposób tylko pogarsza sprawę, bo nagle wszyscy pojmują, że j e s t się czego wstydzić, że j e s t coś, o czym inni nie powinni wiedzieć, co jedynie zwiększa ciekawość pozostałych uczniów, bo wszyscy ją słyszą; Henry jest tego pewien, choć nauczycielka prawie szepcze, jej słowa docierają do wszystkich uszu w klasie, zmieniają się w półotwarte usta i wpatrzone w nich oczy.

Teraz brat musi jej odpowiedzieć, myśli Henry, ale nie odpowiada. Siedzi tylko zagubiony i patrzy błagalnie najpierw na nauczycielkę, potem na Henry’ego, a oczy błyszczą mu od łez, więc musi kilka razy zamrugać – nadal nic nie mówi. Pociąga nosem i zbliża do niego przedramię. Jest cicho. Zupełnie cicho.

– Dziękuję, w domu wszystko dobrze – odzywa się Henry jasnym, wyraźnym głosem. – Brat po prostu trochę ostatnio chorował. Proszę dalej prowadzić lekcję – dodaje, po czym patrzy na rozpoczęte zdanie w zeszycie, chwyta gumkę i wyciera zawijas litery „g”, z którego nie był zadowolony. Strzepuje resztki gumki, bierze do ręki ołówek, każdym ruchem demonstruje, że nie ma już o czym rozmawiać i trzeba po prostu kontynuować lekcję.

Wszystkie zmysły ma wyostrzone, bo nagle czuje, jak spojrzenia ześlizgują się z jego pleców, słyszy, jak krzesła nieznacznie szurają po podłodze, gdy pozostali uczniowie prostują się w ławkach. Słyszy skrobanie ołówków po papierze i nauczycielkę, która otwiera usta i nareszcie wraca do tematu lekcji. Jednocześnie zauważa też, jak pozostałych uczniów rozpiera wesołość, jak chce wydostać się z ich piersi niczym para z przykrytego garnka.

Gdy lekcja dobiega końca, nauczycielka podchodzi do brata i mówi mu, że nie musi wychodzić na przerwę, Henry również. Henry dziękuje jej i siedzi przy oknie, patrząc, jak inni bawią się w śniegu. Na kolejnych godzinach jest lepiej. Niedługo lekcje się skończą, będzie mógł spakować książki do tornistra i wziąć ze sobą małego.

Muszą przejść przez cały dziedziniec, przeciskając się obok pozostałych uczniów, którzy zerkają na brata i chichoczą. Grupka starszych chłopaków wybucha śmiechem, pokazując sobie palcami botki.

– Patrzcie na nią! Do zobaczenia, panienko Rinnan! – mówi jeden z chłopaków, na co stojący obok uśmiechają się pogardliwie.

Henry czuje narastającą złość, falę ciemności, która każe mu bez namysłu skoczyć przed siebie, wystawić zaciśniętą pięść i uderzyć nią w twarz idiotę, który ośmieszył jego młodszego brata. Nie ma prawa tak mówić! Nie ma prawa z niego drwić, myśli młody Rinnan, pod kłykciami czując twardą kość policzkową, a w sobie spienioną złość, i patrząc, jak chłopak dotyka twarzy i zwija się z bólu. Po chwili niepewności pozostali rzucają się na Henry’ego. Nagle otacza go chaos wściekłych spojrzeń i krzyczących ust. Rąk, które próbują go dosięgnąć, palców, które szarpią włosy i tornister na plecach, aż nagle leży na ziemi i czuje, że ktoś przytrzymuje mu ręce i nogi, czuje swój oddech i serce, i złość, i śnieg.

– Hej, wy tam! Przestańcie! – woła jakiś nauczyciel, wychylając się przez okno z fajką w dłoni, a wtedy niechętnie go zostawiają, pozwalają mu wstać, ale nie bez ostrzeżenia wyszeptanego do ucha: „Poczekaj no, Henry Oliver. Nie ujdzie ci to płazem!”.

Strzepuje śnieg ze spodni, nadal rozedrgany ze złości, tak bardzo, że trudno mu napełnić płuca powietrzem, jakby brakowało mu tchu, ale chwyta małego za rękę i idzie, szybko, szybko, szybko, musi po prostu się stąd oddalić, od szkoły i innych dzieciaków, nim sytuacja jeszcze bardziej się pogorszy, będzie nie do naprawienia, myśli, przypominając sobie pogardliwe uśmiechy kolegów. Właśnie przyczepiło się do niego coś durnego, śmieszna historia, o której cała szkoła będzie szeptać przez kolejne tygodnie. Na samą myśl wzbiera w nim rozpacz, bo na pewno jeszcze za to zapłacą, chociaż nie wie, gdzie ani kiedy. Przecież właśnie o to chodziło tamtemu chłopakowi, który powiedział mu szeptem na ucho, żeby poczekał, to było ostrzeżenie, obietnica, że pobiją go później, że jeszcze z nim nie skończyli, myśli Henry, zaciskając zęby. A on zawsze tak bardzo uważał, od samego początku szkoły – robił, co trzeba, unikał konfliktów, opanował sztukę wychodzenia obronną ręką z trudnych sytuacji, wystarczało tylko grzecznie się uśmiechać. Pozwalał starszym chłopakom szaleć, trzymał się z dala, gdy oni się wspinali, bili na żarty i kopali piłkę, bo wiedział, że by z nimi nie wygrał, nie dałby rady, więc wolał nie przyciągać uwagi, tylko zachowywać się tak, aby w nic się nie wplątać. Taką przyjął strategię, a teraz legła ona w gruzach.

Gdyby tylko mały nie zaczął wtedy ryczeć, myśli Henry, ściskając go trochę mocniej za nadgarstek, odrobinę zbyt mocno, zdaje sobie z tego sprawę, i przyspieszając kroku na żwirowej drodze. Brat wydaje z siebie jęk, ale musi wytrzymać. Musi zmienić zachowanie, bo inaczej stanie się kozłem ofiarnym, którego będą dręczyć inni uczniowie, a to odbije się także na Henrym, przejdzie na niego jak smród, zupełnie mu to niepotrzebne, wystarczy już, że jest niski. Najniższy ze wszystkich chłopców w jego wieku, na pewno pochodzi też z najbiedniejszej rodziny, myśli. Szybko idą dalej, ciągnie małego za sobą i kątem oka widzi, że brat się krzywi, słyszy, jak prosi go o poluźnienie uścisku, lecz on go ignoruje, chce go ukarać.

– To boli, Henry Oliver – szlocha brat.

Na widok łez kapiących z jego policzków Henry od razu puszcza i jak najostrożniej gładzi palcami miejsce, które ściskał.

– Przepraszam! – mówi. Powtarza to kilka razy.

Brat pociąga nosem i pociera nadgarstek rękawiczką. Idą w stronę domu, a Henry myśli, że musi jakoś pocieszyć małego, wymazać ślady płaczu, zanim dotrą na miejsce, bo jeśli matka zobaczy, że brat płakał, zacznie go wypytywać, co się stało, a on będzie musiał wszystko powiedzieć, i co wtedy? Matka zyska kolejne zmartwienie, zupełnie niepotrzebnie. Henry prosi brata, żeby zdjął rękawiczki, wydmuchał nos w rękę i wytarł ją o śnieg. Mały robi to, co mu każe starszy brat. Ręce ma czerwone z zimna, ale pozbył się smarków. Henry też zdejmuje rękawiczki, rozciera garść śniegu w dłoniach i wilgotnymi palcami ostrożnie gładzi brata pod oczami.

Potem się odzywa:

– Nie powiemy o tym w domu, co?

– Nie.

– Mama i tata mają dość na głowie. Prawda?

– Aha – odpowiada brat i idą dalej.

Po drodze Henry próbuje go rozbawić. Chce wprowadzić go w dobry nastrój, skierować jego myśli na inny tor, więc wędruje palcami po kurtce małego, zakrada się palcami do zgięcia łokcia i widzi, jak brat się rozchmurza, bójka, chłód i płacz znikają, ustępują miejsca innym rzeczom, o których mogą rozmawiać, jak zwykle. Mogą wracać spacerem, kopać bryłkę lodu.

Wkrótce docierają do domu, leżącego naprzeciwko cmentarza. Pomalowany na zielono drewniany dom ma dwie kondygnacje – warsztat ojca znajduje się na parterze, a ich mieszkanie na piętrze.

Matka miga mu w kuchennym oknie, pewnie idzie obrać ziemniaki, wypłukać pranie albo pokroić warzywa, i Henry widzi, jak radość, którą udało mu się wywołać na twarzy małego, powoli znika, jak wracają do niego wydarzenia ze szkoły.

– Będzie dobrze. – Henry kładzie mu rękę na ramieniu i gładzi je z uśmiechem. – Chodź!

Z kuchni pachnie gotowanymi ziemniakami; przedpokój wypełniają buty.

– Halo?! – woła Henry, starając się używać tego samego tonu jak zwykle, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Matka wychodzi z kuchni, na czole ma kropelki potu, a na fartuchu ślady mąki. Ich młodsza siostra stoi niepewnie tuż za nią, trzyma się jej spódnicy i wspina na palce – chce, żeby ją podnieść.

– Jak tam szkoła? Wspaniale było mieć ciepłe nogi, co? – pyta matka, a na dźwięk jej słów w pokoju gościnnym ożywia się ojciec; Henry słyszy odgłos wydawany przez sprężyny starego fotela i po chwili ojciec staje w drzwiach kuchni. Zadowolony, uśmiechając się, trzyma w ręku zimowe trzewiki małego, aby pokazać, że są już całe.

– Dziękuję, tato. – Mały bierze od niego buty.

– No i? Ktoś zwrócił uwagę? – pyta ojciec żartobliwie, wskazując głową na damskie botki; w tej samej chwili siostrzyczka chwyta za obrus na kuchennym stole i już ma mocno pociągnąć, zrzucić na ziemię wszystkie talerze i szklanki, a Henry się cieszy, bo dzięki temu matka nie usłyszy barwy głosu brata ani nie zobaczy zawstydzonego wyrazu jego twarzy, kiedy nieśmiało odpowie:

– Nie, tato.

B jak budynki składające się na obóz karny Falstad: biały, murowany, dwukondygnacyjny gmach z czworokątnym dziedzińcem pośrodku oraz wiele mniejszych baraków rozrzuconych po przyległym terenie. Proste, nieduże budki strażnicze, szopy dla świń i krów, do tego latryny i warsztat stolarski, a cały teren otoczony płotem z drutu kolczastego.

B jak brzęk sztućców o talerze w sali jadalnej, ich ogłuszający hałas przez kilka sekund, zanim więźniowie chwycą widelec lub łyżkę i zaczną jeść.

B jak brzoza, którą mijasz na spacerniaku w drodze na karne roboty, o brudnobiałym pniu i liściach złotożółtych jak próbki tkanin, które sprowadzałeś do sklepu w Trondheim.

B jak botaniczne zbiory, starannie opisywane w zielnikach przez profesora Ralpha Tambsa-Lychego, pierwszego właściciela willi przy Jonsvannsveien czterdzieści sześć, na długo przed tym, zanim zmieniła się w kwaterę główną bandy Rinnana.

B jak bagaże wstawiane do samochodu po zapadnięciu decyzji o przeprowadzce. B jak brzozowe liście, wyrastające z pączków tego wiosennego dnia w Oslo, w 1948 roku. B jak blask słońca nad dachami i jak błysk kropli kapiących z rynien. Gerson sięga do klamki samochodowego bagażnika, jego ruchy są niepotrzebnie nerwowe, bo nie muszą się spieszyć, a jedynie zdążyć do Trondheim przed nocą. Jannicke kuca na chodniku, podnosi kamień, który chce włożyć do ust, a wtedy Ellen chwyta ją i siłą wyjmuje kamień z rączki, chociaż Jannicke stawia opór, próbuje się wywinąć. Nagle zaczyna zawodzić: „Mój! Mój! Mój!”, podczas gdy Ellen sadza ją z tyłu, a Gerson siada za kierownicą.

Pozostałe meble wyniesiono tego samego ranka i wywieziono już ciężarówką. Decyzja zapadła kilka miesięcy wcześniej. Najpierw pojawiały się drobne sugestie, bo ilekroć Gerson rozmawiał z matką przez telefon, Marie dawała mu do zrozumienia, że przydałaby jej się pomoc w sklepie. Sama nie daje rady. Później wybrała się do nich w odwiedziny. Przyjechała do Oslo pociągiem, a Gerson czekał na nią na peronie, widział, jak wysiada z wagonu w kozaczkach na wysokim obcasie i w kapeluszu tak rozłożystym, że otarł się o framugę drzwi. Zamachała i odsunęła się na bok, by jakiś obcy mężczyzna mógł wynieść jej walizkę. Matka zawsze taka była, niezmiennie dobrze ubrana i elegancka, więc sama myśl, że mogłaby coś nieść, wydawała się absurdalna – byłoby to sprzeczne z jej naturą. Dlatego Gerson patrzył bez zdziwienia, jak nagradza mężczyznę całusem w policzek i odsyła go kiwnięciem ręki. Następnie odwróciła się do syna, nie zdradzając oznak, że ma zamiar podnieść walizkę, więc musiał do niej podejść i przejąć bagaż. Oczywiście i tak bym to zrobił, pomyślał, a jednak poczuł irytację, ponieważ wzięła to za pewnik. Opanował rozdrażnienie. Uśmiechał się i krótko odpowiadał zgodnie z jej oczekiwaniami, bo chociaż zapytała, co u niego, nie interesowała jej inna odpowiedź niż „dobrze”. Nie chciała słuchać o problemach ze znalezieniem pracy, o tym, jak córka Jannicke wywróciła ich życie do góry nogami, ani o tym, że wojna odebrała mu przyszłość, wtedy gdy właśnie wchodził w dorosłość. Matka ma własne sprawy, jak zawsze, myśli Gerson i nagle przypomina sobie śmiech Ellen, gdy pierwszy raz opowiedział jej o swoich wakacjach w dzieciństwie. O tygodniach spędzanych w pensjonacie jedynie z Jacobem, chociaż obaj mieli wtedy nie więcej niż dziesięć-dwanaście lat, ponieważ rodzice byli zajęci sklepem.

 

Ledwie Marie zdążyła wejść do mieszkania Ellen i Gersona, zaczęła narzekać na ciasnotę. Gerson widział, jak Ellen spochmurniała, jak uśmiech zastygł na jej twarzy, bo oczywiście jej również to doskwierało jako osobie z zamożnej rodziny, córce fabrykanta.

– Przeprowadzimy się, mamo. Kupiliśmy działkę w Holmen i gdy tylko skończą budowę szeregowca, przeniesiemy się tam – powiedział Gerson, odbierając od niej płaszcz.

– Właśnie o tym chciałam z wami porozmawiać – odparła Marie, kierując się w stronę jadalni. – Znalazłam dla was dom. W Trondheim, niedaleko śródmieścia. Z ogrodem i toaletą w środku, a nie na klatce schodowej jak tutaj. Willę, Gersonie, i pracę dla ciebie w naszym butiku.

Matka zwróciła się do Ellen, która siedziała z Jannicke na kolanach. Zaczęła opowiadać o sklepie, o sukienkach, tkaninach, kapeluszach i płaszczach, które Ellen oczywiście mogłaby pożyczać, jeśliby chciała.

Marie nawet nie napomknęła o historii tego domu. Dopiero kilka tygodni później zadzwoniła do Gersona i wspomniała o tym pod koniec rozmowy, tuż przed odłożeniem słuchawki, jak gdyby było to coś najzwyklejszego na świecie.

– A, właśnie. Przez kilka lat podczas wojny w tym domu przebywała banda Rinnana.

Gerson odwrócił się plecami do salonu i zacisnął powieki.

– Halo? – rzuciła matka. – Jesteś tam?

– Ale... Mamo... Dlaczego nie wspomniałaś o tym wcześniej?

– Bo obawiałam się, że Ellen mogłaby to rozdmuchać do ogromnych rozmiarów – odpowiedziała w jidysz.

– Ale... Nie sądzisz, że my powinni o tym wiedzieć? – zapytał Gerson, także w jidysz, słuchając, jak za jego plecami Jannicke paple do Ellen.

– P o w i n n i ś m y albo p o w i n n i ś m y b y l i – poprawiła go matka. – I co z tego, Gersonie? Wojna się skończyła, Rinnan i jego ludzie już dawno wynieśli się z tego domu. To piękna willa z ogrodem w ładnej dzielnicy. Tylko tak mogę zapewnić wam coś porządnego, a poza tym potrzebuję cię tutaj, Gersonie.

Gerson umilkł, a Marie przeszła z powrotem na norweski.

– Więc miałam odmówić? Powiedzieć, że mój syn nie weźmie domu i nie przeprowadzi się do Trondheim, bo on i jego żona boją się duchów?

– Nie, mamo – odparł Gerson i usłyszał, jak Ellen przynosi Jannicke z salonu.

Nic nie powiedział. Za każdym razem, gdy myślał o tym, że powinien wyjawić Ellen historię domu, coś stawało mu na przeszkodzie. Poza tym towarzyszyło mu pragnienie wymazania historii, odzyskania władzy. Nastała wiosna, decyzja zapadła – wsiadają do samochodu. Gerson przekręca kluczyk w stacyjce i odjeżdżają, a dwuletnia Jannicke stopniowo zapomina, dlaczego się rozzłościła. Zmartwienie wkrótce przemija, zaczynają gadać o wszystkim i o niczym. Patrzą na gospodarstwa i pola. Traktory wypełnione sianem. Jannicke maże paluszkami po szybie i przytyka do niej język. Gerson uśmiecha się do siebie w lusterku. Zaczyna wyobrażać sobie życie w Trondheim, w sklepie „Paris-Wien”. Wciąga głęboko powietrze i czuje dłoń Ellen na swojej, spoczywającej na kierownicy. Następnie szybko odwraca głowę, by posłać jej uśmiech, zmienia bieg, ręką dotyka jej uda, czuje ciepłą skórę tuż pod sukienką i przywołuje w myślach obraz szczęśliwej rodziny w ogrodzie nowego domu. Musi się udać.

B jak baryton więźnia w Falstad: czasami podczas pracy któremuś z żołnierzy zdarza się poprosić go, żeby im zaśpiewał. Piłowanie ustaje, podobnie jak dudnienie młotków w warsztacie stolarskim i nieustanny szmer nóg i rąk, i w każdym jakby się coś budzi. Mężczyzna śpiewa czystym, pięknym głosem, odchylając głowę, jakby żalił się niebu, a otoczenie mięknie od fraz jego pieśni. W kilka sekund znika ból mięśni, ciągłe pieczenie ranek i odcisków. Twarze strażników łagodnieją, rozluźniają się, do czasu gdy jakiś głos w środku rozkazuje im wziąć się w garść i wrócić do odgrywanych ról.

W chwilach takich jak ta rozważasz możliwość, że niektórych z tych młodych mężczyzn widziałeś dziesięć lat wcześniej w niemieckich miastach. Gdy jako dziesięcio- czy dwunastoletni chłopcy biegali ulicami na cienkich, kościstych nogach, ręce mieli chude, oczy zaś lśniące ciekawością i szczęściem. Może uśmiechnąłeś się kiedyś do któregoś z dzisiejszych strażników, a z innym, gdy był jeszcze mały, uciąłeś sobie krótką pogawędkę w parku. A teraz? Teraz wojna wtłoczyła ich w inny kształt.

B jak błogosławieństwa, jak bar micwa i bożnica w Trondheim, do której kiedyś pomagałeś wnosić ławki. Na tych samych ławkach siedziały twoje dzieci i wymachiwały nogami, słuchając zawodzącego głosu i czując powagę miejsca.

B jak Bandeklosteret na fotografiach zrobionych tuż po zakończeniu wojny. Jest popołudnie, a ja siedzę w gabinecie w swoim domu w Oslo i przeszukuję internetowe archiwa. Na pierwszym zdjęciu willę widać jedynie z zewnątrz. Dom z łukowym oknem mansardowym i z otwartymi okiennicami na parterze. Drut kolczasty wokół posesji został już usunięty, zniknęli także strażnicy, którzy zwykli tam stać. Drugie zdjęcie pokazuje jedną z sypialni bandy – szuflady, ubrania, śmieci i papiery leżą porozrzucane na podłodze, tapeta wisi w strzępach.

Na trzeciej fotografii słońce wpada przez piwniczne okna, oświetlając bar pełen butelek. Na podłodze przed nim stoją dwie wielkie beczki, a na nich leży gruby żelazny pręt. Drąg wygiął się pośrodku, zapewne od ciężaru ludzi, których zmuszano do kucania ze związanymi rękami, a następnie wieszano na pręcie, żeby członkowie bandy mogli na zmianę ich chłostać, bić lub przypalać.

Na ekranie przede mną pojawia się czarno-biały tył nagiego męskiego uda ze swastyką wypaloną poniżej pośladka. Za moimi plecami rozlega się odgłos kroków; studiowanie tych materiałów musiało mnie tak bardzo pochłonąć, że nie usłyszałem, gdy ktoś wszedł, aż nagle obok stanęła moja córka. Szybko zamykam okienko, ale pod nim widnieje zdjęcie trzech różnych biczy.

– Co to takiego, tato? – pyta córka, zanim udaje mi się zamknąć przeglądarkę.

– Czytam o wojnie – odpowiadam i przytykam policzek do jej policzka. Podnoszę małe, ciepłe ciałko i zabieram od komputera.

B jak beton w piwnicy Bandeklosteret, na który kapie krew z siekiery trzymanej w ręku przez jednego z członków bandy. Jest koniec kwietnia 1945 roku, Rinnan wchodzi do pralni. Widzi skrzynki pośrodku podłogi i krew ściekającą do odpływu. Kiwa z uznaniem głową w stronę mężczyzny, który stoi bez tchu, z siekierą luźno wiszącą wzdłuż uda.