Gołąb i wąż

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CEREMONIA

Reid

Przed teatrem wrzało, ale do mnie prawie nie docierały krzyki zgromadzonych. W uszach szumiała mi krew. Tłumiła wszelkie inne dźwięki: żądanie sprawiedliwości i apelowanie do wyrozumiałości arcybiskupa.

Ale nie jej kroki. Słyszałem każdy kolejny.

Lekkie. Lżejsze od moich. Ale bardziej chwiejne. Nierówne.

Skupiłem się na nich, aż szum w uszach stopniowo ucichł. Usłyszałem dyrektora teatru oraz policjantów próbujących uspokoić tłum.

Powstrzymałem chęć wyjęcia balisardy, gdy arcybiskup otworzył drzwi. Nie mogłem się ruszyć, moja skóra była zarazem rozpalona i zimna, zbyt ciasna. Dużo za ciasna. Swędziała i piekła, gdy padły na nas spojrzenia ludzi stojących na ulicy. Mała, ciepła dłoń spoczęła na mojej ręce.

Stwardniała skóra. Szczupłe palce – dwa obandażowane. Zerknąłem w dół. Złamane.

Nie pozwoliłem sobie podążyć wzrokiem w górę tej ręki. Bo ręka prowadziła do ramienia, ramię do jej twarzy. Wiedziałem, co tam znajdę. Podbite oczy i świeżą ranę na policzku. I bliznę nad brwią. I kolejną na gardle. Widać ją było poniżej czarnej wstążki, która miała ją maskować.

Przed oczami stanęła mi twarz Celii. Czysta i nieskalana.

O Boże. Celio.

Arcybiskup wysunął się do przodu i tłum natychmiast ucichł. Jego Ekscelencja zmarszczył brwi i wypchnął mnie przed siebie. Kobieta – ta poganka – nie puściła mojej ręki. A ja nadal na nią nie patrzyłem.

– Bracia! – Głos arcybiskupa przyciągnął uwagę wszystkich. Ludzie odwrócili się w naszą stronę, a ona aż się we mnie wtuliła. Wtedy na nią spojrzałem, marszcząc brwi. Miała rozszerzone źrenice. Bała się.

Odwróciłem się.

Nie możesz dać mi swojego serca, Reid. Nie mogę mieć tego na sumieniu.

Celio, proszę…

Te potwory, które zamordowały Pip, nadal tutaj są. Należy je ukarać. Nie będę odciągała cię od misji. Jeśli musisz komuś oddać serce, oddaj je swojemu bractwu. Proszę, proszę, zapomnij o mnie.

Nigdy o tobie nie zapomnę.

Poczułem taką rozpacz, że ugięły się pode mną kolana. Ona nigdy mi nie wybaczy.

– Wasza troska o tę kobietę została zauważona. Bóg to docenia. – Arcybiskup rozłożył szeroko ręce jak do modlitwy. – Ale nie dajcie się nabrać. Po tym, jak wczoraj w nocy próbowała obrabować arystokratę, jednego z was, miała czelność uciec od swojego męża, gdy rano próbował wymierzyć jej dyscyplinę. Nie żałujcie jej, przyjaciele. Módlcie się za nią.

Dziewczyna stojąca w pierwszym rzędzie patrzyła na arcybiskupa, nie kryjąc obrzydzenia. Była szczupła. Miała wyblakłe włosy. Haczykowaty nos. Spiąłem się, rozpoznając w niej krzykaczkę zza kulis.

Ty obrzydliwa świnio!

Chyba wyczuła moje spojrzenie, bo zerknęła na mnie i zmrużyła oczy. Wpatrywałem się w nią, próbując zapomnieć wyszeptane przez nią słowa potępienia. Miejmy nadzieję, że wsadzą go do więzienia. Kto wie, co mogło się stać?

Przełknąłem ślinę i odwróciłem wzrok. Oczywiście tak właśnie to wyglądało. Ta mała poganka znała różne sztuczki, a ja dałem się nabrać jak dziecko. Wpadłem prosto w jej pułapkę. Przekląłem siebie, miałem ochotę wyszarpnąć rękę z jej objęć. Ale to nie uszłoby mi na sucho. Zbyt wiele osób na nas patrzyło, arcybiskup zresztą wyraził się jasno.

– Musimy wyspowiadać się z kłamstwa, gdy tylko wrócimy do domu – powiedział, marszcząc brwi. – Ludzie powinni uwierzyć, że już jesteście małżeństwem. – Energicznie odwrócił się w jej stronę. – Czy mam rację, zakładając, że twoja dusza nie jest wolna od grzechu pierworodnego? – Kiedy nic nie odpowiedziała, zrobił groźną minę. – Tak sądziłem. Natychmiast zaradzimy obu problemom i od razu pojedziemy nad Doleur, żeby ją ochrzcić. Musisz się zachowywać, jakbyś był jej mężem, dopóki nie sformalizujemy małżeństwa, Reid. Przełóż jej ten pierścionek z prawej ręki na lewą. Idź obok niej. Możesz przestać udawać w chwili, gdy tłum się rozejdzie.

Poganka przekręciła pierścień na palcu. Przestępowała z nogi na nogę. Uniosła rękę, by odgarnąć z twarzy niesforny kosmyk. Resztę włosów związała w niechlujny kok na karku, dziki i nieokiełznany. Jak ona sama. Nienawidziłem go.

– Wzywam was, byście wyciągnęli lekcję z zachowania tej kobiety. – Arcybiskup mówił coraz głośniej. – Wyciągnijcie wnioski z jej bezeceństwa! Żony, bądźcie posłuszne mężom. Walczcie ze swoją grzeszną naturą. Tylko wtedy będziecie mogły naprawdę zjednoczyć się z Bogiem!

Kilka osób potaknęło, mrucząc pod nosem z aprobatą.

To prawda. Zawsze tak twierdziłem.

Cały żeński ród zachowuje się ostatnio jak czarownice.

Jedyne, czego im wszystkim potrzeba, to drewno: pal lub stos.

Dziewczyna z wyblakłymi włosami zza kulis patrzyła takim wzrokiem, jakby chciała rzucić się z pięściami na arcybiskupa. Odsłoniła zęby, zacisnęła pięści, a potem się odwróciła.

Poganka obok mnie spięła się, boleśnie ścisnęła mnie za rękę. Zerknąłem na nią ze złością, ale nie puściła. Wtedy to poczułem – delikatny, subtelny, niemal niewyczuwalny zapach. Był tutaj, unosił się w powietrzu. Magia.

Arcybiskup jęknął.

Odwróciłem się w chwili, gdy zgiął się wpół i chwycił za brzuch.

– Ekscelencjo, co się…

Aż mnie zatkało, gdy duchowny puścił szokująco głośne wiatry. Otworzył szeroko oczy, jego policzki zrobiły się czerwone. Ludzie zaczęli szemrać. Byli wstrząśnięci. Zdegustowani. Błyskawicznie się wyprostował, wygładził szaty, ale już po chwili znowu zgiął się wpół, gdy gazy wstrząsnęły całym jego ciałem. Niepewnie położyłem dłoń na jego plecach.

– Ekscelencjo…

– Daj mi spokój – warknął.

Szybko się odsunąłem i popatrzyłem z wyrzutem na pogankę, która aż trzęsła się od tłumionego śmiechu.

– Przestań.

– Nie mogę, nawet jakbym chciała. – Trzęsła się, trzymając za bok, aż spomiędzy jej ust wydobyło się głośne prychnięcie. Patrzyłem na nią z coraz większym niesmakiem i pochyliłem się, by powąchać, czym pachnie. Cynamonem. Nie magią. Szybko się odsunąłem, a ona zaśmiała się jeszcze głośniej. – Dla czegoś takiego naprawdę warto zostać twoją żoną, Chass. Ta chwila na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Arcybiskup nalegał, żebym wraz z poganką udał się nad Doleur pieszo. On sam miał tam dotrzeć swoim powozem.

Gdy tylko zniknął za zakrętem, zaczęła z niego drwić, kopiąc kamień:

– Ten facet mógłby zamienić swoją głowę z dupą i nosić na niej kapelusz.

Zacisnąłem zęby. Nie unoś się. Zachowaj spokój.

– Nie będziesz go obrażała.

Wyszczerzyła zęby, przechyliła głowę i uważnie na mnie spojrzała. A potem – niewiarygodne – stanęła na palcach i pstryknęła mnie prosto w nos. Odskoczyłem, zszokowany. Zaczerwieniłem się. Uśmiechnęła się szerzej i ruszyła przed siebie.

– Będę robiła, co mi się podoba, Chass.

– Masz zostać moją żoną. – Dogoniłem ją, wyciągnąłem rękę, żeby ją złapać, ale zaraz się opamiętałem. Nie chciałem jej dotykać. – To oznacza, że będziesz mi posłuszna.

– Czyżby? – Uniosła brwi, wciąż uśmiechając się ironicznie. – Wydawało mi się, że to oznacza twój szacunek do mnie i protekcję. Czyż nie powinniśmy poddać się tradycyjnym rolom patriarchatu?

Stawiałem krótsze kroki, żeby się z nią zrównać.

– Istotnie.

Złożyła dłonie.

– Doskonale. Przynajmniej będzie zabawnie. Mam wielu wrogów.

Nie mogłem się powstrzymać. Zerknąłem na ciemne siniaki pod jej oczami.

– Wyobrażam sobie.

– Nie robiłabym tego na twoim miejscu – mówiła swobodnie, lekko. Jakbyśmy rozmawiali o pogodzie. – Będziesz miał koszmary przez długi czas.

W gardło paliły mnie pytania, ale zmilczałem. Wydawało się, że dziewczyna nie ma nic przeciwko ciszy. Cały czasu czujnie się rozglądała. Patrzyła na suknie i kapelusze leżące na witrynach sklepowych. Na morele i orzechy laskowe na wózkach handlarzy. Na brudne okna małego pubu, uwalana sadzą twarze dzieci ganiających gołębie po ulicy. Jej twarz za każdym razem wyrażała inną emocję. Uznanie. Tęsknotę. Zachwyt.

Po kilku minutach nie byłem w stanie dłużej tego znieść. Odchrząknąłem.

– Czy te siniaki zrobił ci któryś z nich?

– Czyli kto?

– Twój wróg.

– Och – sapnęła radośnie. – Tak. Właściwie było ich dwóch.

Dwóch? Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Próbowałem sobie wyobrazić, jak ta drobna istota bije się z dwoma facetami, a potem pomyślałem o pułapce, jaką na mnie zastawiła za sceną, przez co cała publiczność uwierzyła, że to ja na nią napadłem. Zrobiłem kwaśną minę. Zdecydowanie miała talent.

Ulice zrobiły się szersze, gdy dotarliśmy na peryferie East Endu. Doleur wkrótce zalśniła przed nami w popołudniowym słońcu. Arcybiskup już czekał koło swojego powozu. Ku mojemu zaskoczeniu towarzyszył mu Jean Luc.

Oczywiście. Będzie świadkiem.

Dopiero teraz, gdy zobaczyłem przyjaciela, poczułem, że to wszystko dzieje się naprawdę. Miałem poślubić tę kobietę. Tę… kreaturę. Tę pogankę, która biegała po dachach i okradała arystokratów, awanturowała się i ubierała jak mężczyzna, a do tego miała męskie imię.

Nie była Celią. Różniła się od niej tak, jak to tylko możliwe. Celia była delikatna i dobrze wychowana. Grzeczna. Ułożona. Miła. Nigdy by mnie nie zawstydziła, nigdy nie zrobiłaby z siebie takiego widowiska.

Ze złością patrzyłem na kobietę, która miała zostać moją żoną. Podarta sukienka, zakrwawiony płaszcz. Posiniaczona twarz i połamane palce. Blizna na gardle. Oraz złośliwy uśmieszek, który nie pozostawiał wątpliwości co do tego, skąd wzięło się każde z tych obrażeń.

Uniosła brew.

– Coś ci się spodobało?

Odwróciłem wzrok. Celia będzie zrozpaczona, kiedy dowie się, co zrobiłem. Zasłużyła na coś lepszego. Lepszego ode mnie.

 

– Chodźcie już. – Arcybiskup gestem wskazał pusty brzeg rzeki. Naszą jedyną widownię stanowiła zdechła ryba oraz stado gołębi, które się nią pożywiały. Przez gnijące mięso widać było szkielet, a pojedyncze oko wpatrywało się w bezchmurne listopadowe niebo. – Miejmy to już za sobą. Wedle nakazów naszego Pana należy ochrzcić pogankę. „Nie sprzęgajcie się z niewierzącymi do jednego jarzma”. Światło nie brata się z ciemnością.

Miałem nogi jak z ołowiu, każdy krok przez piasek i błoto kosztował mnie mnóstwo wysiłku. Jean Luc szedł tuż za mną. Czułem jego ironiczne spojrzenie na karku. Nie chciałem nawet sobie wyobrażać, co teraz o mnie – i o tym wszystkim – myślał.

Arcybiskup zawahał się, zanim wszedł do brudnej wody. Zerknął przez ramię na pogankę i po raz pierwszy dostrzegłem jego wahanie. Jakby nie miał pewności, czy ona też wejdzie. Proszę, zmień zdanie, modliłem się. Proszę, zapomnij o tym szaleństwie i poślij ją do więzienia, gdzie jest jej miejsce.

Wtedy jednak straciłbym swoją balisardę. Życie. Przysięgi. Cel istnienia.

Gdzieś w tyle głowy usłyszałem drwiący głos: Gdyby chciał, mógłby cię ułaskawić. Nikt by nie kwestionował jego decyzji. Mógłbyś pozostać chasseurem, nie żeniąc się z kryminalistką.

Więc dlaczego tego nie zrobił?

Na samą myśl poczułem ogromne rozgoryczenie. Oczywiście, że nie mógłby mnie ułaskawić. Ludzie uważali, że ją napastowałem. Nieważne, że było inaczej. Sądzili, że była nagabywana. Nawet gdyby arcybiskup wyjaśnił – nawet gdyby ona się przyznała – ludzie wciąż by szeptali. Wątpiliby. Kwestionowaliby prawość chasseurów. Co gorsza, mogliby kwestionować prawość samego arcybiskupa. I jego motywacje.

Poza tym już zabrnęliśmy w to kłamstwo. Ludzie uwierzyli, że jest moją żoną. Gdyby rozeszła się wieść, że jest inaczej, arcybiskup zostałby uznany za krętacza. Nie mogliśmy do tego dopuścić.

Czy mi się to podoba, czy nie, poganka zostanie moją żoną.

Z impetem weszła do rzeki za arcybiskupem, jakby chciała przypieczętować ten fakt. Warknął na nią, ocierając z twarzy wodę, którą go opryskała.

– Ciekawy zwrot akcji. – Jean Luc patrzył na nią z rozbawieniem. Wyglądało na to, że dziewczyna sprzecza się o coś z arcybiskupem. Już mnie to nie dziwiło.

– Ona… mnie oszukała. – To wyznanie zabolało.

Nie rozwinąłem myśli, więc odwrócił się i spojrzał na mnie. Zniknęła jego wesołość.

– Co z Celią?

– Celia wie, że się nie pobierzemy – wyrzuciłem, nienawidząc się za te słowa.

Nie powiedziałem mu, że mnie odrzuciła. Nie byłbym w stanie znieść jego kpin. A co gorsza współczucia. Po śmierci Filippy zapytał mnie tylko raz o moje zamiary wobec niej. Palił mnie wstyd. Skłamałem, że zbyt wiele dla mnie znaczy złożona przysięga. Powiedziałem też, że nigdy się nie ożenię.

No i proszę.

Zacisnął usta i patrzył na mnie uważnie.

– Mimo wszystko… przykro mi. – Zerknął na pogankę, która machała arcybiskupowi przed nosem złamanym palcem. – Małżeństwo z taką kreaturą nie będzie łatwe.

– A czy małżeństwo kiedykolwiek jest łatwe?

– Może nie, ale to wydaje się szczególnie nie do przyjęcia. – Posłał mi pocieszający uśmiech. – Podejrzewam, że musi się przeprowadzić do Wieży?

Nie byłem w stanie odpowiedzieć uśmiechem.

– Tak.

– Szkoda – westchnął.

W milczeniu patrzyliśmy, jak zmienia się wyraz twarzy arcybiskupa. W końcu stracił cierpliwość i przyciągnął ją do siebie, chwyciwszy za kark. Wepchnął ją pod wodę i przytrzymał o sekundę zbyt długo.

Nie winiłem go. Aby oczyścić jej duszę, trzeba było więcej czasu niż w przypadku normalnego człowieka.

Dwie sekundy za długo.

Arcybiskup wyglądał, jakby walczył z samym sobą. Jego ciało drżało z wysiłku wkładanego w trzymanie jej pod wodą; miał oczy szaleńca. Chyba nie zamierzał…

Trzy sekundy za długo.

Wskoczyłem do wody. Jean Luc tuż za mną. Rzuciliśmy się na ratunek, ale panikowaliśmy na próżno. Arcybiskup puścił ją, gdy tylko do nich dotarliśmy, a ona wynurzyła się niczym zła, sycząca kocica. Z jej włosów spływały po twarzy kaskady wody. Wyciągnąłem rękę, żeby ją uspokoić, ale odepchnęła mnie. Cofnąłem się o krok, a ona odwróciła się na pięcie i rzuciła na arcybiskupa.

– Fils de pute!

Zanim zdołałem zareagować, natarła na niego. Zrobił przerażoną minę, stracił równowagę i wpadł do wody z szeroko rozłożonymi ramionami. Jean Luc pospieszył mu na pomoc. Ja natomiast unieruchomiłem jej ręce. Chyba nawet tego nie zauważyła.

– Connard! Salaud! – Rzucała się w moim uścisku, chlapiąc wodą. – Zabiję cię! Zerwę z ciebie te szaty i uduszę cię nimi, ty pokurczu, śmierdząca kupo gówna…

Gapiliśmy się na nią w osłupieniu – wielkie oczy, otwarte usta. Pierwszy doszedł do siebie arcybiskup. Jego twarz spąsowiała, a z ust wydobył się wściekły krzyk:

– Jak śmiesz tak do mnie mówić?! – Odskoczył od Jean Luca i zaczął wymachiwać jej palcem przed twarzą. Zrozumiałem jego błąd ułamek sekundy przed tym, jak ponownie zaatakowała. Chwyciłem mocnej, udało mi się ją odciągnąć, zanim zatopiła zęby w jego palcu.

Miałem poślubić dzikie zwierzę.

– Puść mnie. – Wbiła mi łokieć w brzuch.

– Nie – bardziej stęknięcie niż słowo. Ale nadal ją trzymałem.

Z jej ust wydobył się pełen frustracji dźwięk – coś pomiędzy warknięciem a krzykiem – a potem wreszcie znieruchomiała. Posłałem do nieba cichą modlitwę dziękczynną i wyciągnąłem ją na brzeg.

Za nami z wody wyszli arcybiskup i Jean Luc.

– Dziękuję, Reid. – Arcybiskup prychnął, poprawiając mokre szaty i krzyż na piersi. Gdy zwrócił się do piekielnej bestii, jego głos przesycony był pogardą: – Czy powinniśmy zakuć cię na czas ceremonii? A może założyć kaganiec?

– Próbowałeś mnie zabić.

Spojrzał na nią z wyższością.

– Uwierz mi, dziecko, że gdybym próbował cię zabić, już byłabyś martwa.

Jej oczy rozbłysły.

– I nawzajem.

Jean Luc stłumił śmiech.

Arcybiskup postąpił krok w naszą stronę, zmrużył oczy.

– Puść ją, Reid. Chciałbym mieć to już za sobą.

Ja również.

Ku mojemu zaskoczeniu i rozczarowaniu nie uciekła, gdy ją puściłem. Skrzyżowała tylko ręce na piersi i zaparła się stopami. Uparcie się w nas wpatrywała. Miała obrażoną minę. Rzuciła nam wyzwanie.

Trzymaliśmy się z dala od niej.

– No to się pospieszcie – zagderała.

Arcybiskup skłonił głowę.

– Podejdźcie do mnie oboje i złączcie dłonie.

Popatrzyliśmy na siebie. Żadne z nas się nie ruszyło.

– No dalej. – Jean Luc popchnął mnie od tyłu, więc zrobiłem krok. Patrzyłem na nią, nie kryjąc wściekłości. Nie podeszła, zachowywała dystans. Czekała.

Po kilku długich sekundach przewróciła oczami i dołączyła do mnie. Kiedy wyciągnąłem ręce, patrzyła na nie tak, jakby były zarażone trądem.

Raz.

Zmusiłem się do oddychania. Wciągałem powietrze nosem. Wypuszczałem ustami.

Dwa.

Zmarszczyła brwi. Patrzyła na mnie z rozbawieniem, jakby zastanawiała się, czy mam nierówno pod sufitem.

Trzy.

Cztery.

Ujęła moje dłonie. Skrzywiła się, jakby coś ją zabolało.

Pięć.

Sekundę za późno uświadomiłem sobie, że rzeczywiście poczuła ból. Natychmiast zmniejszyłem nacisk na jej połamane palce.

Sześć.

Arcybiskup odchrząknął.

– Zaczynajmy. – Zwrócił się do mnie: – Czy ty, Reidzie Florinie Diggory, bierzesz tę kobietę za żonę, by żyć, jak Bóg nakazał, w świętym związku małżeńskim? Czy będziesz ją kochał, służył jej pociechą, otaczał szacunkiem i pozostaniesz z nią w zdrowiu i w chorobie oraz wyrzekniesz się wszystkich innych kobiet, oddając się jej aż do końca waszego życia?

Zogniskowałem wzrok na białej gołębicy. Kręciło mi się w głowie. Wszyscy patrzyli na mnie, czekali, aż się odezwę, ale miałem ściśnięte gardło. Dusiłem się.

Nie mogłem poślubić tej kobiety. Nie mogłem. Gdy to sobie uświadomiłem, poczułem, jak ta myśl mnie przenika, zatapia pazury w każdej cząstce mojego ciała. Musiał być jakiś inny sposób – jakikolwiek sposób…

Drobne, ciepłe palce zacisnęły się na moich. Zreflektowałem się i spojrzałem w przeszywające niebiesko-zielone oczy. Nie, teraz były bardziej niebieskie niż zielone. Stalowe. Odbijały się w nich wody Doleur. Przełknęła ślinę i potaknęła niemal niezauważalnie.

I wtedy zrozumiałem, że ona też miała wątpliwości, wahała się, przeżywała żałobę za przyszłością, której nie doczeka. Zniknął prychający kot. Teraz przede mną stała tylko kobieta. I była mała. Przestraszona. A mimo to silna.

I prosiła mnie o to samo.

Nie wiedziałem, dlaczego to zrobiłem. Była złodziejką, kryminalistką i nic jej nie byłem winien. Zrujnowała mi życie, kiedy wciągnęła mnie na scenę. Jeśli powiem „tak”, z pewnością nadal będzie doprowadzać mnie do rozpaczy. Ale odwzajemniłem jej uścisk. Moje usta wypowiedziały nieproszone jedno krótkie słowo:

– Tak.

Arcybiskup zwrócił się do niej. Nadal ściskałem jej dłonie, uważając na połamane palce.

– Jak się nazywasz? – zapytał szorstko. – Imię i nazwisko.

– Louise Margaux Larue.

Skrzywiłem się. Larue. To było powszechne nazwisko pośród kryminalistów z East Endu, ale zazwyczaj używane jako pseudonim. Dosłownie oznaczało ulicę.

– Larue? – Arcybiskup przyjrzał jej się podejrzliwie, wyrażając na głos moje wątpliwości: – Powinnaś wiedzieć, że jeśli twoje nazwisko okaże się fałszywe, małżeństwo z kapitanem Diggorym zostanie anulowane. Nie muszę ci chyba przypominać, jaki los cię wtedy czeka.

– Znam prawo.

– Dobrze. – Machnął ręką. – Czy ty, Louise Margaux Larue, bierzesz tego mężczyznę za męża, by żyć, jak Bóg nakazał, w świętym związku małżeńskim? Czy będziesz mu posłuszna, będziesz mu służyć, kochać i otaczać go szacunkiem i pozostaniesz z nim w zdrowiu i w chorobie oraz wyrzekniesz się wszystkich innych mężczyzn, oddając się jemu aż do końca waszego życia?

Widziałem, że miała ochotę prychnąć, ale powstrzymała się i tylko kopnęła kupkę piasku w stronę ptaków. Rozpierzchły się, robiąc zamieszanie. Poczułem, że ściska mnie w gardle, gdy w powietrze wzbiła się biała gołębica.

– Tak.

Arcybiskup ciągnął bez dalszej zwłoki:

– Ogłaszam was mężem i żoną w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. – Zamilkł, a ja, w oczekiwaniu na następne zdanie, poczułem, jak napina się każdy mięsień mojego ciała. Jakby czytając w myślach, posłał mi zjadliwe spojrzenie. Zaczerwieniłem się jeszcze bardziej. – Jak mówi Pan Bóg – złożył ręce i pochylił głowę – „lepiej jest dwom niż jednemu… Bo gdy upadną, jeden podniesie drugiego. Lecz samotnemu biada, gdy upadnie, a nie ma drugiego, który by go podniósł… A jeśli napadnie ich jeden, to dwóch przeciw niemu stanie; a powróz potrójny niełatwo się zerwie”. – Wyprostował się z ponurym uśmiechem. – Gotowe. Co Bóg połączył, człowiek niech nie rozdziela. Po powrocie podpiszemy akt małżeństwa i sprawa będzie załatwiona.

Ruszył w stronę powozu, lecz po chwili zatrzymał się i groźnie na mnie spojrzał.

– Oczywiście małżeństwo musi zostać skonsumowane, żeby było zgodne z prawem.

Cała się spięła, zacisnęła usta i spojrzała z determinacją na arcybiskupa. Zrobiło mi się gorąco. Goręcej niż wcześniej.

– Tak, ekscelencjo.

Potaknął zadowolony i wsiadł do powozu. Jean Luc podążył za nim, puściwszy do mnie oko. Moje poniżenie nie mogłoby być większe.

– Dobrze. – Arcybiskup zatrzasnął drzwi. – Dopilnuj, by stało się to szybko. Później przyjdzie do twojego pokoju świadek, żeby potwierdzić.

Gdy zniknął za zakrętem, mój żołądek fiknął koziołka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora