Klin

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Możesz potraktować klin i związaną z nim szansę dokonania wyboru jako rodzaj włamania – zaburzenia zwykłego modus operandi układu nerwowego. Klin pozwala nam wybrać sposób reakcji na stres fizyczny i emocjonalny. Na wiele negatywnych bodźców nasze ciała reagują ucieczką od ich źródła. Wrażenie dyskomfortu lub lekkiego bólu jest sygnałem, że może nam grozić niebezpieczeństwo: zimno ostrzega przed odmrożeniem, ciepło przed poparzeniem, uczucie zmęczenia przed chorobą, strach przed paniką, a raptowne łapanie oddechu przed omdleniem. Przestrzeń między bodźcem a reakcją obronną jest jednym z miejsc, w które można wstawić klin. Pamiętaj, że we współczesnym świecie nasze życie nie jest już narażone na nieustanne niebezpieczeństwa. Większość stresów nas nie zabija. Wstawianie klina w ułamku sekundy, jaki mija od wystąpienia zewnętrznej przyczyny bólu a samym bólem, pozwala podejmować działania mające głębszy cel i dokonywać lepszych wyborów. Stajemy się bardziej odporni, fizycznie i psychicznie silniejsi.

Posługiwanie się klinem wymaga wprawy. Z czasem pomaga nam on rozwijać wytrzymałość i odporność. Ale to nie wszystko. Klin odmienia nas w znacznie istotniejszy sposób. Opóźnia destrukcyjne dla ciała procesy, co wyjaśnia, jak udało mi się wspiąć na szczyt Kilimandżaro przy wietrze i temperaturze odczuwalnej –30 stopni Celsjusza. Pozwala przywrócić nasze organizmy i umysły do pierwotnych ustawień, funkcjonujących w epoce jaskiniowej. Nie oznacza to jednak, że uczyni cię niezwyciężonym. Jak mawia Hof: „W walce człowieka z naturą zawsze wygrywa natura”. Chodzi raczej o to, że wielokrotne wystawianie się na trudne warunki środowiskowe odblokowuje biologiczne mechanizmy, które nasi przodkowie rozwijali od niemowlęctwa. Innymi słowy, wciąż będziesz mógł korzystać z dobrodziejstw bycia człowiekiem współczesnym, lecz zyskasz odporność i wytrzymałość, właściwe ludziom sprzed epoki przeklętego wygodnictwa.

Klin nie jest koncepcją zupełnie nową. Nie wyczarowałem jej z niczego. Wzmianki o różnych wariantach takiej samokontroli można znaleźć w najwcześniejszych zapiskach ludzkości. Jogini w Indiach oraz mistrzowie qigong i kung-fu w Chinach opierają się na podobnym zbiorze zasad. Ćwiczący tummo mnisi w starożytnym Tybecie topili śnieg na himalajskich szczytach na wieki przed Wimem Hofem. Czerpałem inspirację od filozofów Europy, Azji i Ameryki Południowej. Sposób, w jaki myślę o sobie, ma związek z sanskrycką koncepcją atman1 i chrześcijańską wiarą w duszę. Począwszy od lat 60. ubiegłego wieku, ideologowie ruchów zgłębiających prawdziwy potencjał człowieka zadawali pytania podobne do tych, które stawiam teraz. Moje podejście do klina ma korzenie w tysiącletniej tradycji, lecz wykorzystuje też dokonania współczesnej nauki.

Nigdy nie wymyśliłbym klina, gdybym w 2011 roku nie spotkał się z Hofem w jego ośrodku szkoleniowym w Polsce, podczas realizacji zlecenia dla „Playboya”. Do badań przystąpiłem z zamiarem zdemaskowania Hofa jako hochsztaplera, który próbuje wciskać łatwowiernym kit o supermocach. Sprawy nie potoczyły się jednak tak, jak oczekiwałem. Hof udowodnił, że potrafi do perfekcji panować nad własnym ciałem, i przekazał mi tajniki swojego treningu. Za każdym razem zderzał zaprogramowane reakcje mojego organizmu ze stresującymi warunkami pogodowymi. Chciał, abym mocą umysłu poszerzył przestrzeń między bodźcem a reakcją. Któregoś razu, gdy brodziliśmy w wodzie u podnóża lodowatego wodospadu, nauczył mnie tłumić naturalne tendencje do dygotania z zimna. Twierdził, że mogę siłą woli zmusić się do zrelaksowania w mroźnej kąpieli. Pokonanie chęci skulenia się i drżenia wymagało skrajnej koncentracji, lecz ostatecznie rozluźniłem się i wpadłem w medytacyjny trans. Po niedługim czasie moje ciało przestawiło się z prób podniesienia ciepłoty za pomocą dreszczy na spalanie zasobów tłuszczu i zacząłem odczuwać ciepło. W tym stanie przekonałem się, że zimno jest tylko wrażeniem i to ode mnie zależy, jak zareaguje mój organizm.

Gdy za pomocą technik oddychania starałem się wyzbyć odruchu drżenia w lodowatej wodzie, nie spodziewałem się, że przy okazji pozbędę się czegoś innego – prześladującej mnie od dzieciństwa choroby autoimmunologicznej. Spotkanie z Hofem zmieniło wszystko. Od tamtej pory poznałem wielu ludzi, którzy korzystając z jego metod, walczą z rozmaitymi schorzeniami, od choroby Parkinsona i reumatoidalnego zapalenia stawów po chorobę Leśniowskiego-Crohna, boreliozę i toczeń. Pewien triatlonista twierdzi, że techniki te pomogły mu podczas rekonwalescencji po złamaniu kości ramieniowej; są też sportowcy wytrzymałościowi, którym po odpowiednim zmodyfikowaniu intensywnych programów treningowych udało się pokonać granice fizycznych możliwości, od 20 lat uznawane przez nich za nieprzekraczalne. Stosowane przez tych zawodników sposoby łączyły ćwiczenia mentalne z wystawianiem się na fizyczny stres.

Tymczasem metoda Hofa, która zawładnęła moim umysłem, zaczęła zyskiwać wiarygodność w kręgach naukowych. Badania opublikowane przez dwóch holenderskich immunologów w recenzowanym czasopiśmie w 2014 roku pokazały, że pozwala ona ludziom świadomie tłumić reakcje układu odpornościowego organizmu. Z kolei eksperyment wykonany w 2018 roku przez Otto Muzika i Vaibhava Diwadkara na Uniwersytecie Stanowym Wayne’a, opisany w czasopiśmie naukowym „Neuroimage”, polegał na skanowaniu ciała i mózgu Hofa – w trakcie ekspozycji na zimno i jego ćwiczeń oddechowych. Badacze doszli do wniosku, że jego techniki „mogą pozwolić ćwiczącym uzyskać wyższy poziom kontroli nad najważniejszymi elementami układu nerwowego, a w konsekwencji wpłynąć na styl życia w sposób pozwalający na złagodzenie wielu zespołów chorobowych”. Podczas późniejszej rozmowy telefonicznej Muzik powiedział mi, że jego zdaniem Hof odkrył tajemnicę pobudzania zdrowotnego potencjału efektu placebo. Klin jest narzędziem umożliwiającym praktyczne zastosowanie tych spostrzeżeń.

Ponad trzy lata po moim zejściu z Kilimandżaro setki tysięcy ludzi podążyło w ślady Wima Hofa. Na jego kursy zapisywali się poszukiwacze przygód. Moją historię przedstawiano w niezliczonych programach telewizyjnych i radiowych, artykułach i podcastach. Powstała cała społeczność miłośników „hakowania” organizmu, która zaangażowała się w sprawę i zaczęła głosić potęgę zimna.

Osobiście zawsze traktowałem nauki Wima Hofa nie tyle jako metodę, co zbiór zasad. Zastosowanie klina nie ogranicza się do lodowych kąpieli i intensywnego oddychania, lecz obejmuje cały świat ludzkich doznań zmysłowych i kontroli nad organizmem. Dysponujemy narzędziami możliwymi do zastosowania w każdym środowisku, pozwalającymi na diametralną zmianę sztywnych poglądów dotyczących naszej odporności. Istnieją inne praktyki bazujące na podobnym do idei klina rozwijaniu odporności psychicznej. Niektóre mają tysiące lat, inne najwyraźniej pojawiły się znikąd zaledwie kilka miesięcy temu. Niezależnie od tego, czy ich autorzy to przyznają, czy nie, wiele rozwiązań czerpie od siebie nawzajem. Korzystając z konglomeratu tych pomysłów, chciałem zrozumieć, jak mogę uzyskać dostęp do głębszych poziomów mojej fizjologii, modyfikując warunki zewnętrzne i wewnętrzne odczucia. W każdej z tych technik, jak w soczewce, skupia się pewien aspekt klina. I właśnie to skłoniło mnie do ponownego sięgnięcia po klawiaturę oraz wyruszenia na nową misję, której celem jest zbadanie zasad działania organizmu. Powiedziano mi, że jestem kimś w rodzaju astronauty eksplorującego nowe światy.

Technologiczne wygodnictwo ma zbyt duży wpływ na kształtowanie naszych doświadczeń. Usypia zmysły, narzuca sposób myślenia i subtelnie oddziałuje na biologię. Liczę na to, że uda mi się przeciąć węzeł gordyjski, który sobie zasupłaliśmy, i odrzeć nas przynajmniej z części stworzonego przez komfort kokonu. Jeśli staniemy się mniej zależni od technologii i zmienimy nastawienie tak, by przestać widzieć świat przez pryzmat bólu i trudności, to wszędzie będziemy czuli się jak w domu. Klin przenika wszystkie aspekty życia. Uzyskana dzięki niemu odporność obejmuje zdrowie, szczęście i szeroko pojęte zdolności radzenia sobie w obliczu nowych doświadczeń i wrażeń. Klin jest uzupełnieniem nowoczesnej medycyny i pozwala nam uczestniczyć w procesie zdrowienia.

Ta książka jest kontynuacją podróży, w którą wybrałem się w momencie poznania Wima Hofa, aby samemu zrozumieć ideę klina i przekazać ci moje odkrycia. Zacząłem od kilku doświadczeń, lecz wciąż miałem więcej pytań niż odpowiedzi. Informacje podane na kolejnych stronach są mieszaniną mądrości zaczerpniętych od sportowców i badaczy, szaleńców i proroków, szamanów i szarlatanów. W trakcie ich poznawania uczyłem się technik pozwalających zapanować nad własnym ciałem i doskonalić kliny umożliwiające poszerzanie przestrzeni między bodźcem a reakcją. Ostatecznie zaś zamierzam zakończyć tę wędrówkę w miejscu całkowicie obcym, gdzie podejmowane przeze mnie ryzyko będzie równie wielkie, jak potencjał związanych z nim korzyści.

Zanim się pobiegnie, trzeba nauczyć się czołgać. Najpierw postanowiłem więc zgłębić zjawiska fizjologiczne stanowiące podstawowy budulec doświadczenia. Udałem się do laboratorium neurologicznego na Uniwersytecie Stanforda, aby zrozumieć działanie mózgu.

1 Sanskr. oddech; jest to określenie duszy (jaźni) każdej żywej istoty, przenoszonej na kolejne istnienia w ramach reinkarnacji (przyp. tłum.).

Codziennie rób jedną rzecz, która cię przeraża.

— ELEANOR ROOSEVELT

2

Strach i skupienie

ILE RAZY ZADAWAŁEŚ SOBIE PYTANIE: „Co może pójść źle?”, by potem snuć dziesiątki katastroficznych przypuszczeń?

Ja robię to bez przerwy.

Owszem, przez większą część dorosłego życia pracowałem nad sobą – nad umysłem, ciałem i duchem. Ćwiczę. Trenuję oddychanie. Nie jem byle czego. Gdy udaję się na zlecenie do egzotycznego, niebezpiecznego miejsca, odrabiam pracę domową: planuję i minimalizuję ryzyko zaburzenia harmonii yin-yang. Mimo to wciąż zdarza mi się obudzić w środku nocy w obawie, że czegoś nie dopatrzyłem. Że na pewno dało się zrobić więcej.

 

Z każdym ludzkim przedsięwzięciem wiąże się nieuchronna prawda: ryzyko jest… ryzykowne. Nie każdą drogę da się usłać różami. Nic nie jest proste. Doprowadziło mnie to do następującego, ogólnego wniosku: określa nas podejście do powiązania między ryzykiem a nagrodą. Strach zaś jest kierunkowskazem dla metod stosowania klina. Jest w równej mierze mimowolną reakcją na wizję przyszłości, co wrażeniem, które blokuje naszą biologię i powstrzymuje od podejmowania działań. Opanowanie strachu nie oznacza bagatelizowania niebezpieczeństw, lecz raczej znalezienie przyczyny, dla której zmierzenie się z nimi jest warte zachodu – a to oznacza konieczność oddzielenia bodźca od reakcji. Co ważniejsze, zakodowana w mózgu koncepcja strachu daje wgląd we wszystko, co czujemy i na co reagujemy.

Jakieś 10 lat temu relacjonowałem z dżungli w środkowych Indiach historię wojny, która toczyła się między rządem a komunistycznymi powstańcami niemal od chwili odzyskania przez kraj niepodległości. Dzień wcześniej młodociani żołnierze, dysponujący bronią automatyczną, łukami i strzałami, zatrzymali mnie na drogowej blokadzie ‒ teraz zaś siedziałem naprzeciwko indyjskiego pułkownika, który informował mnie, że zamierza przeprowadzić atak na obóz wroga. Odniosłem wrażenie, że powinienem to udokumentować, zapytałem więc, czy mogę się tam udać. Zgodził się, lecz powiedział, że musiałbym podjąć pewne ryzyko.

Po pierwsze, miała to być długa wyprawa w trudnym terenie.

To nie stanowiło dla mnie problemu.

Po drugie, wojsko nie brało odpowiedzialności za moje bezpieczeństwo po rozpoczęciu ostrzału.

Tym z kolei trochę mnie wystraszył, uznałem jednak, że powinienem dać radę trzymać się z dala od kul. Może udałoby mi się schować za drzewem.

Po trzecie, obszar prawdopodobnie był zaminowany.

Zdjął mnie blady strach. Zacząłem się pocić. Przywołałem wizję, w której fałszywy krok wywołuje eksplozję, tracę nogi, a odłamki przeszywają mi wnętrzności. Wyobraziłem sobie transport lotniczy, ponury powrót do domu i lata rehabilitacji bez szans na pełną rekonwalescencję. Poczułem się nieswojo. Ba, byłem wręcz przerażony. Dotarło to do mnie dopiero wtedy, gdy usłyszałem jego słowa. Kule i fizyczne zmęczenie to jedno, ale kwestia min mnie przerosła. Uznałem, że chętnie przeczytam raport o szturmie post factum.

Na przestrzeni lat wielokrotnie narażałem się na niebezpieczeństwo. Może miałem szczęście, wychodząc ze wszystkiego cało. Ale jak to możliwe, że na jedną groźną sytuację reaguję wzruszeniem ramion, a gdy okoliczności trochę się zmienią, mam ochotę schować się pod łóżkiem? Na poziomie neurologicznym musi istnieć jakaś alchemia, przekształcająca abstrakcyjne koncepcje w bodźce, które powodują ucisk w żołądku. Chciałem się dowiedzieć, jakie procesy w moim mózgu i układzie nerwowym przekuwają wrażenia na myśli. W którym miejscu neurologia styka się z doświadczaniem? I jak mogę wykorzystać strach w charakterze klina? Zdałem sobie sprawę, że potrzebuję pomocy eksperta.

Kilka lat temu rozmawiałem z Andrew Hubermanem, neuronaukowcem z Uniwersytetu Stanforda, który stworzył laboratorium badające złożoną fizjologię strachu. Huberman odkrywał tajniki kodowania przez mózg odczuć i bodźców wzrokowych w postaci reakcji emocjonalnych. A konkretnie patrzył, jak ludzie reagowali na nieoczekiwane spotkanie z żarłaczami białymi. Cóż może być bardziej przerażającego? Zadzwoniłem do niego ponownie i umówiłem się z nim w laboratorium badawczym w Palo Alto. Podejrzewałem, że mogę się wiele nauczyć o tym, jak w mózgu odruchowo tworzą się założenia dotyczące świata.

Kilka tygodni później spotkaliśmy się w popularnej restauracji, parę przecznic od miejsca, gdzie mieszkał Steve Jobs, kiedy budował imperium Apple. W menu było tyle rodzajów sałatek, że nawet najwybredniejszy miłośnik modnych diet znalazłby coś dla siebie. Chrupiąc zieleninę i popijając mrożoną herbatę, zauważyłem z zaskoczeniem, że Huberman wygląda raczej jak adept mieszanych sztuk walki niż naukowiec: był wytatuowany pod szyję, wysoki, miał ciemne włosy i ostro zarysowany podbródek, a pod czarną kurtką w stylu Henry’ego Rollinsa rysowały się potężne mięśnie. Zacząłem od najprostszego pytania, jakie przyszło mi do głowy: „Czym jest strach?”.

Zamiast odpowiedzieć wprost, przytoczył mi opowieść o wydarzeniu, które miało miejsce kilka tygodni wcześniej, podczas eksperymentu związanego ze strachem. Historia jest o tyle niezwykła, że tym razem to życie Hubermana wisiało na włosku.

Był wówczas jakieś 65 kilometrów od wybrzeża Meksyku, 12 metrów poniżej lazurowej powierzchni oceanu, na której kołysała się łódź, po nadburcia wypełniona najnowocześniejszymi aparatami fotograficznymi i sprzętem nurkowym – jego morskie laboratorium. Zbierał materiał filmowy na temat jednych z największych na świecie drapieżników, by potem móc odtwarzać go w symulatorze wirtualnej rzeczywistości. Coś jednak poszło nie tak i życiu Hubermana zagrażały nie tylko krążące wokół klatki żarłacze. Nie miał czym oddychać.

Z łodzi do ust stanfordzkiego badacza biegła długa, elastyczna rura dostarczająca tlen – hookah która albo zbyt mocno się splątała, albo wskutek awarii pompy przestała doprowadzać powietrze. Tak czy inaczej Huberman wiedział, że ma najwyżej 40 sekund. Postanowił więc wykorzystać swoje umiejętności, oczyścił umysł i podjął próbę opracowania wyjścia z sytuacji, zanim płuca zatoną w odmętach słonej wody.

Klatka chroniąca przed rekinami była prostopadłościenną, stalową ramą o szerokości mniej więcej półtora metra i wysokości dwóch i pół. W przeciwległych jej rogach, na wypadek tego rodzaju sytuacji, umieszczono dwa zapasowe zbiorniki, które zawierały powietrze wystarczające do przeżycia 10 minut. Andrew sięgnął do pierwszego z nich i przywarł ustami do wylotu. Bezskutecznie. Spróbował obrócić szare, metalowe pokrętło na kanistrze, ale nie chciało ustąpić, zupełnie jakby mechanizm był zablokowany przez jakiś sworzeń. Z drugim zbiornikiem było podobnie. Nie mając czasu na zastanowienie, co stało się z awaryjnymi zasobnikami, odbił się od metalowej podłogi i podciągnął, by spróbować uwolnić wąż. Nadaremnie. Podjął kolejną próbę zaczerpnięcia powietrza z węża, lecz jedyny skutek był taki, że podciśnienie łagodnie wciągnęło mu język do środka. Sytuacja szybko przybierała dramatyczny obrót.

Wokół klatki pływało co najmniej sześć rekinów o długości od trzech do pięciu metrów; niektóre ważyły pewnie z półtorej tony. Choć zespół badawczy zdawał sobie sprawę z ich obecności, nikt nie wiedział, ile żarłaczy kryje się poza zasięgiem radarów. Huberman wbił wzrok w starego osobnika, o ciele pokrytym bliznami po potyczkach. Wyobrażał sobie ugryzienia innych drapieżników, które znaczyły jego twardą skórę. Wystarczyło jedno machnięcie ogona, by minął nurka dzielnie rejestrującego konfrontację specjalną dookólną kamerą, a potem odwrócił się tyłem do klatki.

Od ostatniego oddechu Hubermana minęło 20 czy 30 sekund. W trzewiach czuł lepką, narastającą panikę, grożącą dekoncentracją i zmarnowaniem ostatnich szans na ucieczkę. Wtedy walczący o życie naukowiec niespodziewanie ujrzał w myślach pomarszczony pysk swojego buldoga, Costello. Wspomnienie pojawiło się znienacka, zupełnie oderwane od rozpaczliwej sytuacji. Andrew pamięta jednak, że bardzo skupił się na swoim psiaku i postanowił zrobić wszystko, by wrócić dla niego do domu.

Między myślami o Costello i o byciu rozszarpanym żywcem przez rekiny, przez chwilę rozważał dostępne wyjścia. Miał dwa: wydostać się z klatki przez górny właz i jak najszybciej wypłynąć na powierzchnię albo zwrócić na siebie uwagę któregoś z pozostałych nurków, skorzystać z jego aparatu tlenowego i w ten sposób kupić sobie trochę czasu. Druga opcja była lepsza, lecz nikt nie patrzył w jego stronę. Zacisnął palce na włazie, próbując skalkulować szanse ucieczki. Samo wynurzenie się mogło być dość proste, lecz zadanie komplikowały rekiny. Nurkowie zachowujący spokój nie wzbudzają takiego zainteresowania, jak ci panikujący. Rwany oddech, gwałtowne ruchy i ukryte sygnały, które wysyłamy w chwilach trwogi, mogą wywołać u drapieżnika odruch ataku i przeistoczyć ciekawostkę, jaką stanowi nurek odziany w nieapetyczny neopren, w potencjalną zdobycz. Szybki powrót na górę oznaczał, że Huberman musiałby nie tylko walczyć z potrzebą zaczerpnięcia powietrza, lecz także uciekać przed stworzeniem, które potrafi rozwinąć prędkość sięgającą 60 kilometrów na godzinę.

Może uda mi się wypłynąć, kiedy nie będą na mnie patrzeć – pomyślał. Manewr był ryzykowny. Gdyby któryś z rekinów go spostrzegł – co było bardzo prawdopodobne, zważywszy na ich panoramiczny wzrok – ostatnim wspomnieniem naukowca mógłby okazać się widok zębów, rozrywających podwodny kombinezon. Z drugiej strony, nie miał wielkiego wyboru.

Przygotował się do szybkiego wynurzenia, wyobrażając sobie ruchy, jakie musi wykonać płetwami i rękami podczas sprintu. Moment później, zupełnym przypadkiem, jego przyjaciel – który od 10 lat organizował ekspedycje badające życie rekinów – podążył w ślad za poharatanym w bojach drapieżnikiem, minął go i ujrzał klatkę Hubermana. W chwili krótkiej komunikacji pechowy nurek przeciągnął palcem po gardle, sygnalizując brak tlenu. Organizator wyprawy wzruszył ramionami, jakby pytał: „Jak to możliwe?”. Naukowiec ponownie zrobił gest dłonią w poprzek krtani. Upewniwszy się, że istotnie jest on w niebezpieczeństwie, drugi nurek podpłynął, wyjął ustnik aparatu tlenowego i podał go koledze. Od tragedii dzieliło badacza najwyżej 10 sekund.

Dwaj mężczyźni powoli popłynęli w górę, wykonując łagodne, przemyślane ruchy, dopóki ich głowy nie wynurzyły się na powierzchnię.

Huberman wspominał, że gdy był już bezpieczny na pokładzie, inny jego przyjaciel z wyprawy, dawny żołnierz Navy SEALs, posłał mu krzywy uśmiech.

– I czego cię to nauczyło? – zapytał.

Spojrzałem wyczekująco na Hubermana. – Właśnie, czego cię to nauczyło?

Wtedy uzyskałem odpowiedź na swoje wcześniejsze pytanie.

Odparł, że na pewnym poziomie strach jest specyficznym rodzajem pobudzenia pnia mózgu, charakteryzującym się wydzielaniem adrenaliny, a następnie dyskomfortem i ewentualnie szczyptą niepewności. Spostrzegł jednak, że ta próba udzielenia wyjaśnień nie wypadła dostatecznie dobrze, podjął więc kolejną. „To niepokój, który odczuwasz, gdy nie wiesz, jakie zachowanie może stłumić poczucie bezradności w obliczu zagrożenia”.

Najwyraźniej sam ma problem ze zdefiniowaniem tak oczywistej, lecz ulotnej koncepcji. Mimo to wskazuje znane mi punkty oddziaływania klina: wewnętrzny stres, wrażenie odczuwane przez ciało (niepokój) i orientacja na zagrożenie.

W dalszej części rozmowy mówi, że rozważanie wszystkich możliwych przyczyn śmierci do niczego by nie doprowadziło. Był zbyt zajęty, aby analizować różne zakończenia. Musiał zachować spokój i znaleźć wyjście z sytuacji. „Nadal miałem pewne możliwości” – zauważył. Strach oznaczałby brak kontroli. Brak wyboru. Może więc w tamtej chwili nie do końca chodziło o strach. To było coś innego.

Huberman parafrazuje wypowiedź wybitnego autora powieści grozy, Stephena Kinga: strach jest funkcją czasu. Przed określonym wydarzeniem człowiek odczuwa obawy związane z oczekiwaniem; w trakcie pojawia się przerażenie wynikające z bezradności, a kiedy jest po wszystkim, przeżycie wspominane jest jako coś strasznego.

Na dobrą sprawę, jeżeli przypomnisz sobie dowolną z książek Kinga – albo jakikolwiek horror, jeśli już o tym mowa – dojdziesz do wniosku, że lęk odczuwamy przede wszystkim jako oczekiwanie. Wydarzenia poprzedzające pojawienie się ukrytego w kanałach, przerażającego klauna, powodują silniejszą reakcję emocjonalną niż chwila, w której kreatura dopada swoją ofiarę.

Słuchając, wracam myślami do przeżyć na froncie w Indiach i uświadamiam sobie, że był to zupełnie inny rodzaj strachu niż ten, którego doświadczył Huberman. We wspomnianej sekwencji obawa-przerażenie-strach, obawy zaczęły trapić mnie w momencie, gdy wyobraziłem sobie możliwość wdepnięcia na minę. Natomiast w sytuacji Hubermana zagrożenie było tak bezpośrednie, że „właściwy” strach nie miał nawet czasu zaistnieć. Taka przygoda dopiero po fakcie budzi silne emocje: choćby grozę, gdy spoglądamy wstecz i rozpamiętujemy, co mogło pójść nie tak. W obu przypadkach jednak zagrożenie wymagało szczególnego rodzaju stanu psychicznego, pozwalającego uniknąć śmiertelnych następstw – wbicia klina między bodziec a reakcję. Być może właśnie ten stan powoduje, że niektórzy ludzie lubią narastanie atmosfery grozy w horrorach. Znajdują się w bezpiecznym miejscu, a jednocześnie identyfikują się z tym, co widzą na ekranie, w sposób pobudzający wrodzony niepokój. Jeśli o mnie chodzi, nie daję rady obejrzeć nawet zwiastuna.

 

Głównym powodem, dla którego Huberman znalazł się w wodach Gua­dalupe u wybrzeży Meksyku, było filmowanie żarłaczy białych za pomocą kamer dookólnych. Inżynierowie-montażyści z jego laboratorium mieli wykorzystać ten materiał do stworzenia symulacji nurkowania z rekinami. Ponieważ większość ludzi odczuwa instynktowny lęk przed morskimi drapieżnikami, Huberman uznał, że film będzie dobrym bodźcem, na podstawie którego można badać biologiczne podstawy strachu. Okulary do oglądania wirtualnej rzeczywistości, noszone przez uczestników eksperymentu, śledzą ruchy gałek ocznych, rozszerzanie się źrenic i mruganie, co pozwala ujawnić odruchowe reakcje na wyświetlane obrazy.

Krótko mówiąc, z tego właśnie powodu badania Hubermana są tak interesujące. Strach to doskonały punkt przełomowy, pozwalający zademonstrować fizjologię klina. Jest potężny, odruchowy i ma znaczący wpływ na nasze postępowanie, a jednocześnie umożliwia zachowanie zdolności decydowania o działaniach. Doświadczamy go zarówno na poziomie biologicznym, jak i psychologicznym. Równie niezawodnie jak zimno, wyzwala odruch walki i ucieczki, powoduje wyrzut adrenaliny, wydzielanie potu, rozszerzenie źrenic i przyśpieszenie akcji serca. Reakcje ciała bazują na obrazach, dźwiękach i idiosynkratycznej wizji niekorzystnego rozwoju sytuacji, w której się znaleźliśmy. Strach bierze jednak początek w umyśle, nie w ciele. I dlatego miałem nadzieję, że badania Hubermana pomogą mi przeanalizować wszystkie pozostałe interfejsy emocjonalne i środowiskowe, które umożliwiają zastosowanie klina.

Zanim do tego przejdziemy i będziesz mógł „zhakować” swój układ nerwowy, powinieneś się dowiedzieć kilku rzeczy o jego działaniu. Ośrodkowy układ nerwowy to cały mózg wraz z rdzeniem kręgowym, zaś obwodowy układ nerwowy obejmuje wszystkie wiązki nerwów, sięgające najdalszych zakątków ciała. Ten obwodowy dzieli się na dwie części: somatyczną, umożliwiającą świadome kierowanie mięśniami i systemami czuciowymi, oraz autonomiczną, regulującą niewymagające myślenia procesy fizjologiczne, które działają samoistnie – takie jak trawienie czy bicie serca. W autonomicznym układzie nerwowym także można wyróżnić dwie części: współczulną, odpowiadającą między innymi za reakcje walki lub ucieczki oraz przywspółczulną, sterującą procesami snu i trawienia1. Uaktywnienie dowolnej części układu nerwowego jest nazywane pobudzeniem.

Ucieczka przed drapieżnikiem pobudza cały układ współczulny. Sen aktywuje nerwy przywspółczulne. Przestawienie przełącznika między układem współczulnym a przywspółczulnym określa nasz „stan”. Opanowanie techniki klina jest niczym położenie kciuka na tym przełączniku: umożliwia sterowanie stanami układów nerwowych i niemal dowolne przestawianie się między nimi.

Można powiedzieć, że w pewnym sensie wszystkie stany pobudzenia są sobie równe. Rozważmy przykład, o którym wspominałem w poprzednim rozdziale: jeśli na otwartej sawannie znajdą się gazela i lew, który nagle wyskoczy z ukrycia i rozpocznie pogoń, u obu zwierząt dojdzie do pobudzenia tych samych, współczulnych torów nerwowych. Do ich krwiobiegów trafi taki sam hormonalny koktajl, dający zastrzyk energii. Ich źrenice rozszerzą się, a próg bólu wzrośnie. Jedyną różnicę stanowi fakt, że wyłącznie lew będzie zadowolony ze znalezienia się w tej sytuacji.

Jeśli z jakiegoś powodu gazela potknie się i upadnie, tych kilka chwil bezradności, dzielących ją od ataku, będzie przesycone czystym, bezsilnym strachem. Jeśli uda się jej uciec – możemy sobie wyobrazić, że lew chybia celu i spada z niewielkiego urwiska – to wspomnienie odczuwanego strachu zostanie zapisane w jej układzie nerwowym jako groza i naznaczy wszystkie spotkania z lwami w przyszłości. Wizja strachu utrwali się w anatomii zwierzęcia. Takie przeżycie zostanie zarejestrowane w neuronowej pamięci i będzie wpływało na przyszłe doświadczenia. Wyobraź sobie teraz, że człowiek może wybrać, jakiego rodzaju przeżycia zapiszą się w jego obwodach nerwowych, a jakie nie. Na tym polega klin.

Trzy główne składowe ludzkich przeżyć to czas, emocje i wrażenia. Przy kodowaniu informacji ze świata zewnętrznego mózg uwzględnia wszystkie te czynniki.

Gdy nerwy identyfikują coś po raz pierwszy, czy jest to bodziec wizualny (rekin nadpływający z granatowych głębin oceanu), czy też inny (temperatura otoczenia, ciśnienie wody na skórze, dźwięk sygnalizujący nieoczekiwane uszkodzenie aparatury tlenowej), mózg musi ocenić sytuację i opracować plan działania.

Ludzie odbierają otoczenie za pośrednictwem dwóch procesów: percepcji, czyli sygnałów dochodzących z zewnątrz oraz koncepcji, czyli pojmowania, definiującego świat niejako od wewnątrz. Neurologowie nazywają te dwa rodzaje procesów oddolnym (percepcja) i odgórnym (koncepcja).

Możesz myśleć o układzie nerwowym jako o zbiorze rozgałęziających się obwodów, w których każda odnoga uruchamia kolejne elementy sieci. Czyste wrażenia są odbierane przez nerwy w obwodowym układzie nerwowym i rozdzielają się na dwa typy kanałów: wewnętrzne i zewnętrzne. Te pierwsze dostarczają informacji o stanie ciała – głód, ból, przegrzanie itp. – drugie zaś przekazują dane na temat stanu otoczenia.

Każdy z procesów pobudzania kolejnych torów nerwowych i analizowania otoczenia trwa zaledwie ułamek sekundy, lecz w tym niewiarygodnie krótkim czasie dzieje się bardzo wiele. Tempo przetwarzania informacji sensorycznych i przetwarzania kognitywnego nieznacznie się różni, a mózg porządkujący różne strumienie danych tworzy filtr między doświadczeniem a rzeczywistością. Taki cykl organizacyjny oznacza, że ludzie zawsze żyją w przeszłości, a ze względu na naszą szczególną anatomię przeszłość ta jest czasem bardziej odległa, niż nam się wydaje.

Bodźce z kanału wewnętrznego wywołują dwie reakcje, począwszy od dolnych obszarów pnia mózgu. Pierwsza dotyczy bieżących procesów fizjologicznych – trawienia, akcji serca, przepływu krwi – i nie angażuje wyższych obszarów mózgu. Procesy te zachodzą automatycznie i nie mamy na nie bezpośredniego wpływu. Druga reakcja następuje na poziomie instynktownym. Są to wrażenia takie jak głód, ból albo zimno, które skłaniają do podjęcia działań. Wrażenia te mogą być silne lub słabe – wszystko zależy od ustawienia pokrętła naszego wewnętrznego wzmacniacza – nie mają jednak jeszcze cech, które organizm mógłby pojąć na poziomie wyższym od pierwotnego. Zasadniczo są bez znaczenia. Sytuacja staje się bardziej interesująca w chwili, gdy sygnały te trafią do kolejnego, wyższego poziomu mózgu, bo choć nie mamy wpływu na to, jak je odbierzemy, możemy zadecydować, czy chcemy na nie zareagować.

Układ limbiczny łączy nieprzetworzone doznania z funkcjami kognitywnymi wyższego rzędu. Niektóre struktury limbiczne, o jakich być może słyszałeś – w tym ciało migdałowate, hipokamp, a może nawet kora wyspowa – pełnią funkcję centrów przekazywania informacji sensorycznych i przetwarzania ich na doświadczenia. Ja traktuję układ limbiczny jak bibliotekę, której główną rolą jest łączenie wartości emocjonalnych z wrażeniami, a następnie przechowywanie takich par do późniejszego wykorzystania.

Po odebraniu informacji o wrażeniu bibliotekarz limbiczny zagląda do swojego katalogu, aby sprawdzić, czy nerwy przekazały mu już wcześniej coś podobnego. Jeśli nic takiego nie znajdzie, przesyła tę informację do kory paralimbicznej – ośrodka emocji – aby się dowiedzieć, jak ją skatalogować. Kora paralimbiczna łączy nowe wrażenie z bieżącym stanem emocjonalnym mózgu i tworzy coś, co Muzik i Diwadkar nazwali symbolem. Symbole są książkami w bibliotece limbicznej. Po utworzeniu symbolu bibliotekarz zapisuje go w pniu mózgu. Gdy następnym razem spotka się z tym samym wrażeniem, nie będzie już musiał zwracać się do kory paralimbicznej: po prostu wyciągnie z półki skatalogowane notatki (symbol) i przekaże je do wyższych ośrodków mózgu. W rezultacie zachowana wartość emocjonalna zostanie wykorzystana bez względu na to, czy pasuje do bieżącej sytuacji. To oznacza, że ilekroć czujesz coś, co czułeś już wcześniej, w istocie ponownie przeżywasz jakąś część emocjonalnej przeszłości. Mamy tu do czynienia z neuronalnym słownictwem, które pod względem emocji, czasu i wrażeń jest wspólne dla wszystkich zwierząt.

Inne książki tego autora