Zefiryna i księga urokówTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział trzeci,

w którym Zefiryna wstaje późno i odkrywa, że ktoś próbował grzebać w jej snach

Położone wokół Morza Seremackiego księstwa Ligi widziane z lotu ptaka wyglądają jak śpiące szczenięta, wtulone w siebie nawzajem i zwinięte przy matce. Linie granic są łagodne i płynne, jakby narysowało je rozmarzone dziecko, a archipelagi rozrzuconych na szarobłękitnym morzu wysp garną się na wschód niczym ławice ciekawskich rybek. Wąski pas zachodniego wybrzeża należący do Cesarstwa Handaharu wydaje się z tej perspektywy pusty i nieprzyjazny, chociaż w rzeczywistości jest równie piękny jak plaże Siedmiu Księstw. Na północy najbliżej cesarstwa znajduje się górzysta Aramancja, dalej Sarbancja, ściśnięta błękitną wstęgą rzeki Onny jak sznurówką gorsetu; wschodnią część wybrzeża dzielą Koryncja i Hilaris. Zielone równiny Malgrecji, jedynego księstwa pozbawionego bezpośredniego dostępu do morza, wbijają się klinem między Sarbancję i Koryncję, niczym spóźniony biesiadnik próbujący znaleźć miejsce przy stole. Na południu obok maleńkiego Gerdu rozciąga się Oranda – kraina słodkowodnych jezior – granicząca od zachodu z Handaharem.

Dla mieszkańców cesarstwa wszyscy przybywający z Siedmiu Księstw kupcy, dyplomaci czy podróżnicy wydawali się tacy sami, niezależnie od tego, z którego konkretnie państewka pochodzili. Mieli taki sam akcent, podobne imiona, stroje, maniery i uprzedzenia. Dopiero kiedy Handaharczycy sami wyprawiali się w podróż, by zobaczyć państwa Ligi, na miejscu uświadamiali sobie ich różnorodność i barwność. Ci bardziej uczuciowi zachwycali się widokami ośnieżonych szczytów Aramacji lub rzewnymi pieśniami z Hilaris, a ci o chłodnym umyśle zastanawiali się, jak to możliwe, że przy tych różnicach Liga przetrwała tak długo.

Zefiryna zawsze marzyła, by zwiedzić wszystkie księstwa, ale jej rodzice przezornie zezwalali tylko na wyjazdy na oficjalne dworskie uroczystości. Przeczuwali, że jeśli pozwolą jej wypuścić się gdzieś dalej, prawdopodobnie już jej więcej nie zobaczą albo powróci dopiero po wielu latach jako królowa piratów.

*

Pierwszego poranka w nadmorskiej Sarbancji Zefiryna obudziła się późno. Przez chwilę leżała z zamkniętymi oczami, rozkoszując się możliwością spania w obcym łóżku i intrygującym zapachem morskiej bryzy, która wpadała przez okno. Pałac był położony na klifach, nad samym wybrzeżem Morza Seremackiego. Zefiryna, wychowana wśród lasów i łagodnych pagórków Równiny Oppiańskiej, wdychała teraz słone powietrze głębokimi haustami, aż zakręciło jej się w głowie. Poczuła się absolutnie szczęśliwa. Poderwała się sprężyście i usiadła wśród spiętrzonej pościeli, sztywnej od krochmalu i gęsto naszytych falbanek – i przez chwilę miała wrażenie, że siedzi w wannie pełnej piany.

To przypomniało jej mgliście wczorajszy wieczór – po kolacji pokojówki usiłowały namówić ją na kąpiel, ale Zefiryna była już zupełnie nieprzytomna i w końcu wygoniła je z komnaty, używając kilku dosadnych malgreckich zwrotów, które niewątpliwie wzbogaciły ich słownictwo. Teraz, przeciągając się i ziewając szeroko, zaczęła się zastanawiać, czy zrobiła wczoraj jeszcze coś głupiego. Kolację pamiętała w miarę wyraźnie: Linnea z ożywieniem wypytywała o Narretesa, zaś jej macocha, księżna Duszka, wydawała się jakby nieobecna i tylko uśmiechała się z roztargnieniem. Pamiętała też, że przekazała księżnej podarki od swoich rodziców, że pytała o zdrowie małej Marii, córki Duszki, że podano zupę cytrynową i wyśmienite raki – ale zupełnie nie umiała sobie przypomnieć, jak potem dostała się do gościnnej komnaty, którą dla niej wybrano. Pomyślała nad tym jeszcze chwilę, po czym wzruszyła ramionami – tak czy inaczej kwestia kąpieli pozostawała otwarta. Zefiryna sięgnęła do dzwonka wzywającego służbę i kilkakrotnie pociągnęła mocno za ozdobną rączkę, dzwoniąc jak na alarm. Chwilę później do jej komnaty wpadła przestraszona pokojówka.

– Tak, jaśnie panienko? – zapytała bez tchu.

– Chciałam wziąć kąpiel.

Służąca zmierzyła wzrokiem sterczące na wszystkie strony loki Zefiryny i uznała, że pośpiech rzeczywiście jest ze wszech miar wskazany.

– Oczywiście, jaśnie panienko. Pójdę po wodę. – Dygnęła wdzięcznie i wyszła.

Zefiryna, nieco dotknięta jej krytycznym spojrzeniem, spróbowała przeczesać włosy palcami, ale natknęła się tam na jeden wielki kołtun zlepiony jakąś dziwną masą. Zaniepokojona obejrzała sobie ręce i nagle wydała lekki okrzyk – bardziej tryumfu niż przerażenia. Spleciona z różnobarwnych sznurków bransoletka na jej lewym nadgarstku była mocno zaciśnięta, jakby ktoś próbował ją siłą zdjąć i niewprawnie pociągnął za końcówki. Ha! Czyli mają tu aislinga! Zefiryna pogratulowała sobie, że chociaż poprzedniego wieczoru szła do łóżka półprzytomna ze zmęczenia, nie zapomniała jednak o węźle Orugga – i dzięki temu aisling nie zdołał wedrzeć się do jej snów. Prawdopodobnie mógł jednak bezkarnie pobuszować w jej rzeczach. Księżniczka wyskoczyła raźno z łóżka i podbiegła do kufra sprawdzić, czy nic nie zginęło.

*

Mistrzów snu, nazywanych też aislingami, można spotkać właściwie wszędzie: zarówno w Siedmiu Księstwach, Dinas Kobe, jak i na Wyspach Deszczowych czy w Cesarskim Mieście. Prawdą jest jednak, że szczególnie upodobali sobie Bryn, stolicę Malgrecji, podobno dla jego wyjątkowo dobrego powietrza, zapewniającego mocny sen. Niesłychanie trudno wytropić, złapać czy zdemaskować aislinga, ale o ich obecności w Bryn dobitnie świadczy to, że wszyscy mieszkańcy przed snem oplatają sobie dłonie skomplikowaną siecią sznurków, tworzących węzeł Orugga, podczas gdy w innych krainach ta praktyka uważana jest za śmieszny zabobon.

Dawna, naturalna magia od zawsze przenikała Siedem Księstw (co czyniło Ligę bardzo pożądanym sojusznikiem dla Cesarstwa Handaharu), jednak istniała w tak wielu różnych odmianach i opowiadało o niej tak wiele legend, że trudno było się zorientować, co jest prawdą, a co wymysłem pieśniarzy i poetów. Mówiono, że właśnie dlatego powstała Rada Magiczna – by badać i kontrolować najniebezpieczniejsze przejawy mocy. Jednak jeśli chodzi o aislingów, wydawało się, że czarodziejom z Rady bardziej na rękę było ukrywanie prawdy o nich, tak jakby samo istnienie mistrzów snu narażało na szwank dobre imię Nenad D’ar, szkoły magii i siedziby Rady. Podobno w dawnych czasach, jeszcze za Pierwszego Cesarstwa, aislingowie również wykładali przez jakiś czas na Nenad D’ar – po czym którejś nocy wszyscy zniknęli, a wraz z nimi najcenniejsze księgi magii z uniwersyteckiej biblioteki. Moc aislingów polegała bowiem na manipulacji granicą między snem a jawą za pomocą własnej wyobraźni; pod osłoną nocy wkradali się do domów, skarbców i trudno dostępnych miejsc – i nigdy nie wychodzili z pustymi rękami.

Co prawda słynny apologeta Aumann z Haringber w swoich pismach wykazywał, w jak wielu dziedzinach mistrzowie snu mogą przyjść zwykłym ludziom z pomocą – od ratowania sierotek uwięzionych na najwyższych piętrach płonących budynków po zwiad wojskowy na terytorium wroga – jednak rzeczywistość obaliła jego szlachetne tezy miażdżącym argumentem: wszyscy najsłynniejsi złodzieje byli aislingami. Należy jednak oddać im sprawiedliwość – jeśli podczas pożaru rabowaliby jakiś dom i akurat było tam dziecko, prawdopodobnie i je również zabraliby ze sobą.

*

Kiedy pokojówka wróciła, Zefiryna siedziała oparta o kufer, pogrążona w posępnych rozmyślaniach: nie udało jej się stwierdzić, czy coś zniknęło, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie pamiętała, co spakowała na wyjazd.

Służąca weszła do komnaty tyłem, ciągnąc za sobą niską platformę na kółkach, na której stały dwa duże cebrzyki. Z jednego unosiła się para.

– W tym po lewej jest zimna, a w tym po prawej gorąca woda, jaśnie panienko – wyjaśniła niepotrzebnie, najwyraźniej na wypadek, gdyby Zefiryna była nie tylko rozczochrana, ale i przygłupia. – A tutaj przyniosłam… Och! – Pokojówka wreszcie spojrzała na księżniczkę, a widząc ją w całej okazałości, wytrzeszczyła oczy.

– O co znów chodzi? – zainteresowała się Zefiryna.

– Panienki zwykle noszą… znaczy, inne panienki, jaśnie panienko, noszą koszule nocne. – Pokojówka odsunęła się nieco, jakby się bała, że nowy gość będzie mieć dla niej również jakieś inne niespodzianki.

– Hm? A tak, rzeczywiście. Nie przejmuj się, pod spodem wszystko się zgadza. To piżama mojego brata – wyjaśniła księżniczka, dotykając flanelowych spodni w biało-niebieskie paski. – Bardzo wygodna. Polecam.

– To ja… może napełnię wannę – wybąkała pokojówka.

– Pewnie już dawno po śniadaniu, prawda? – zapytała Zefiryna, kiedy uzgodniły właściwą temperaturę wody i mogła zanurzyć się w różanej, pachnącej pianie.

– Tak, jaśnie panienko, dla księżnej pani nakrywamy bardzo wcześnie.

Pokojówka, która – jak dowiedziała się Zefiryna – miała na imię Hana, stała po drugiej stronie wzorzystego parawanu i usiłowała doprowadzić do porządku suknię księżniczki. Którąkolwiek. „Jak można zapakować stroje w ten sposób?”, biadała. „Trzeba będzie to wszystko od nowa wyprasować na mokro i porządnie rozwiesić, a bieliznę odświeżyć, posortować, ułożyć w szufladach razem z woreczkami suszonej lawendy i…”

– Przepraszam, jaśnie panienko, nie dosłyszałam?

– Mówię – głos Zefiryny dobiegł zza parawanu lekko stłumiony, bo właśnie myła głowę – że mogę przekąsić coś w kuchni, nie ma sprawy.

– Ależ ja przyniosłam tacę ze śniadaniem, jaśnie panienko! – zawołała z wyrzutem Hana. – Wszystko ciepłe i świeże!

– O, to doskonale – mruknęła Zefiryna bez entuzjazmu. Już dawno przekonała się, że przynoszone do łóżka śniadanie ma zwykle tę wadę, że to ktoś inny decyduje, jak duża będzie twoja porcja, natomiast w kuchni dokładka zawsze jest pod ręką.

Wyskoczyła z wanny, rozchlapując wszędzie mydliny, wytarła się ręcznikiem, aż jej wyszorowana skóra zrobiła się jeszcze bardziej różowa i lśniąca, po czym, ubrana tylko w halkę, zasiadła do śniadania.

 

– Księżniczka Linnea oczekuje jaśnie panienki w pałacowych ogrodach – mówiła Hana, strzepując ostatnie pyłki z ciemnozielonej sukni z tafty, która okazała się najmniej wymięta. – Najpewniej znajdzie ją panienka w Słowiczej Altance.

– Aha, dziękuję! – Zefiryna wsadziła sobie do ust ostatni kawałek naleśnika z miodem i z pełnymi ustami zaczęła się ubierać. Pokojówka próbowała jej dyskretnie asystować, ale księżniczka okazała się zaskakująco zręczna przy manewrowaniu wszelkimi zapięciami, szlufkami i haftkami. Na koniec jednak Hana dostrzegła swoją szansę.

– Chwileczkę, jaśnie panienko – powiedziała z satysfakcją. – Jaśnie panienka krzywo zapięła cały ten rząd guzików. O, proszę, tu widać, został jeden na samym końcu. Proszę pozwolić, że…

– Tak? A, rzeczywiście. – Zefiryna oderwała guzik i schowała go do kieszonki, po czym strzepnęła fałdy sukni. – No, teraz jest ślicznie. Dziękuję, Hano. Wybacz, że tak nachlapałam na podłodze. Pomogłabym ci z tym, ale muszę natychmiast lecieć zobaczyć się z Linneą. – Księżniczka przeczesała palcami włosy, wpięła w nie szpilkę z rubinem i wybiegła z komnaty.

Rozdział czwarty,

w którym Zefiryna poznaje kapitana Scharfa

Kiedy tylko Zefiryna zamknęła z trzaskiem drzwi swojej komnaty, nagle poczuła się dziwnie słabo i wszystko zrobiło się rozmazane, jakby ktoś wpuścił jej po kropli oleju do każdego oka. Zacisnęła mocno powieki i potrząsnęła głową, bo przecież nie zamierzała tu mdleć. „To pewnie z głodu. Za mało zjadłam” – pomyślała i zamiast do pałacowych ogrodów, zeszła do kuchni. Spędziła tam miłą godzinkę, zupełnie zapominając o czekającej na nią Linnei. Spałaszowała kilka naleśników prosto z patelni i pomogła kucharkom przebierać wiśnie na sok, po czym – w doskonałym humorze, bo lubiła zawierać nowe znajomości, zwłaszcza z kucharkami – wbiegła na schody prowadzące na wschodnią galerię.

Kompleks pałacowy w Sarbancji, obejmujący trzykondygnacyjny gmach główny z wewnętrznym czworobocznym dziedzińcem, rozległe ogrody, świątynię Stworzyciela, małą menażerię, ujeżdżalnię i park do przejażdżek konnych, robił o wiele większe wrażenie niż pałac, w którym wychowała się Zefiryna. Siedziba malgreckiego księcia była przede wszystkim twierdzą: trzymała się nisko przy ziemi, rozpłaszczona jak nieufny żółw, a wieże obronne przy bramach powstały nie po to, by nęcić swym pięknem miłośników architektury późnego srebrnowiecza, tylko żeby odstraszać wszystkich jak leci.

Tymczasem pałac w Sarbancji wyglądał jak piętrowy tort. Zefiryna zawsze wyobrażała sobie, że odpowiedzialny za jego odbudowę po wielkim pożarze dwieście lat temu Sulmoniusz Odnowiciel czytał do poduszki leksykon terminów architektonicznych i w końcu – niezdecydowany – postanowił mieć wszystkiego po trochu: „Tu dorzucimy pilastry, trochę fryzów, loggie, wykusze, archiwolty, kwiatony, palmety, taras… albo może dwa, gloriety, ażurowe balkony, rybie ogony, no i oczywiście arkady kolumnowe na krużgankach”. Efekt był niewątpliwie spektakularny, a potomkowie Sulmoniusza lojalnie nazywali pałac „pięknym przykładem wybujałego sarbanckiego eklektyzmu”.

Zefiryna orientowała się nieźle w plątaninie przejść, półpięter, korytarzy łączących poszczególne części pałacu, bo w dzieciństwie bawili się tu z Narretesem i Linneą w chowanego, ale i tak zajęło jej chwilę przypomnienie sobie drogi na taras. Kiedy wyszła na pełne słońce, przystanęła oślepiona, ale osłoniła oczy dłonią i od razu ruszyła przed siebie, bo przypomniało jej się, że przecież się spieszy. I niemal natychmiast potknęła się, natrafiwszy na jakąś przeszkodę.

Klęczał przed nią ciemnowłosy młody mężczyzna w stroju gwardzisty, składając pokłon tak niski, że prawie szorował nosem o mozaikową posadzkę tarasu. Zefiryna odsunęła się nieco, a wtedy nieznajomy podniósł głowę i z szacunkiem sięgnął po jej dłoń, aby złożyć na niej dworski pocałunek. Księżniczka odruchowo wyszarpnęła mu rękę. Nie dlatego, że speszyło ją spojrzenie jego ciemnych oczu – zawstydziła się nagle czarnych obwódek z wiśniowego soku za paznokciami. „Chociaż trzeba przyznać, że oczy ma naprawdę piękne: barwy gorących, pieczonych kasztanów” – pomyślała Zefiryna.

– Jaśnie panienko, jak już wspominałem, chciałbym prosić o chwilę rozmowy…

– To my się znamy? – zdziwiła się Zefiryna.

Mężczyzna wstał i posłał jej długie spojrzenie.

– Wczoraj zostaliśmy sobie przedstawieni. Miałem zaszczyt i przyjemność zanieść jaśnie panienkę do jej sypialni – powiedział tonem sugerującym, że byłoby mu o wiele przyjemniej, gdyby Zefiryna nie miała tak przeraźliwie długich rąk i nóg i ważyła kilka funtów mniej. Księżniczka spostrzegła teraz, że jego przesadnie wręcz zgodne z protokołem zachowanie tak naprawdę nie wyraża uniżoności, tylko pełną dystansu niechęć, a nawet wyższość. To ją zaintrygowało.

– Proszę wybaczyć, jakoś sobie nie przypominam.

– To było zaraz po tym, kiedy upadła jaśnie panienka twarzą w tort – przypomniał jej uprzejmie.

– A jaki to był tort?

– Marcepanowy, jak mi się wydaje.

– A to rzeczywiście szkoda – przyznała Zefiryna i pomyślała o słodkiej mazi, którą miała rano sklejone włosy. Westchnęła i skrzywiła się, bo nagle zaczęło ją ćmić w skroniach, coś jakby zapowiedź migreny. Postanowiła wziąć się w garść. – A zatem o czym chciał pan ze mną porozmawiać, kapitanie… eee – zacięła się, zezując na ozdobną opaskę dowódcy pałacowej gwardii, z której nijak nie mogła wyczytać nic więcej.

– Scharf. Przejdźmy się może. – Wskazał ręką na szeroką wstęgę marmurowych schodów, które wiodły z tarasu do pałacowych ogrodów. Zefiryna chętnie na to przystała, bo dotąd musiała patrzyć na niego pod słońce, a chciała mu się lepiej przyjrzeć.

Kapitan Scharf wyglądał na mniej więcej dwadzieścia lat. Był wysoki i poważny; miał myślące czoło i wrażliwe usta, a jego szlachetny profil zdradzał mocny charakter, nieugiętą prawość i żelazną dyscyplinę. Wszystko to sprawiało, że Zefiryna miała ogromną ochotę znienacka uszczypnąć go w tyłek, żeby zobaczyć, jak zareaguje. Splotła mocno ręce za plecami i zajrzała mu w twarz, uśmiechając się zachęcająco. Kapitan Scharf odchrząknął i zaczął mówić ze zmarszczonymi brwiami.

– Kiedy rok temu obejmowałem stanowisko, byłem najmłodszym dowódcą książęcej gwardii w historii. Od tego czasu zginął Jego Wysokość, nie pozostawiając męskiego potomka, a d’ara Romania przepadła bez śladu.

Kapitan Scharf umilkł. Przez chwilę patrzył z ponurą miną na bujny, kipiący życiem krzew karminowych róż, jakby miał mu za złe, że w obliczu tych katastrof nie umie się zachować bardziej powściągliwie.

– Złożyłem uroczystą przysięgę przed Stworzycielem i samym sobą, że na tym ta seria nieszczęść się zakończy. Że więcej nie zawiodę i nie dopuszczę, by…

– Chwila – przerwała mu bezceremonialnie Zefiryna i przystanęła na ogrodowej ścieżce. – Jak niby miałeś zapobiec śmierci księcia Mezuta? Przecież spadł z konia podczas polowania i skręcił kark. A d’ary Romanii nie umiała odnaleźć nawet Linnea, więc co ty niby mógłbyś więcej zdziałać w tej sprawie?

Kapitan Scharf rzucił księżniczce mroczne spojrzenie i, jak jej się wydawało, zmienił temat.

– Dowiadywałem się o jaśnie panienkę. Udało mi się porozmawiać przez chwilę z kapitanem Krothem, zanim wyjechał.

– To miło – ucieszyła się Zefiryna. Sądziła, że kto jak kto, ale Kroth na pewno powiedział o niej dobre słowo.

– Doszły mnie, oczywiście, plotki o ostatnim wyczynie jaśnie panienki – mówił dalej Scharf i ze skrytym zadowoleniem zauważył, że Zefiryna zarumieniła się i przygryzła wargę. – I bardzo mnie to wszystko zaciekawiło. Szczególnie to, że jaśnie panienka narobiła ponoć strasznego huku i wrzasku, przyłapawszy złodzieja, gdy kradł klejnoty księżnej. Wszyscy, jak mi mówiono, od razu się pobudzili. A jednak to jaśnie panienka goniła i w końcu schwytała rabusia. Gdzie byli wtedy strażnicy?, pomyślałem. Dlaczego to nie oni ścigali złodzieja i skakali z danskeru do fosy na – za przeproszeniem – kupę łajna, tylko panienka książęcej krwi, którą mieli chronić? Zapytałem o to kapitana Krotha i cóż mi odpowiedział? – Scharf zawiesił teatralnie głos. Zefiryna tylko się uśmiechnęła, więc spuentował sam: – Otóż odpowiedział mi: „Nie chcieliśmy jej psuć zabawy”. Nie chcieliśmy jej psuć zabawy – powtórzył kapitan powoli i dobitnie, posyłając jej karcące spojrzenie.

Zefiryna wzruszyła ramionami. Coraz trudniej było jej się skupić na tym, co mówił Scharf, bo znowu wszystko zaczynało jej się rozmazywać i wirować przed oczami. Udała, że się potknęła o kamyk, i chwyciła mocno kapitana pod rękę. On jednak delikatnie wyzwolił ramię, zatrzymał się i z bliska spojrzał jej prosto w oczy.

– Chciałbym, żebyśmy mieli jasność w jednej kwestii, jaśnie panienko. Nie życzę tu sobie żadnych kłopotów. Żadnych nocnych gonitw po korytarzach. Żadnego skakania przez okna, biegania po dachach i tak dalej. Rozumie jaśnie panienka? – zapytał z naciskiem, bo Zefiryna wpatrywała się w niego błędnym, lekko nieprzytomnym wzrokiem.

– Tak, tak, oczywiście.

– No to dobrze – mruknął z powątpiewaniem. – W takim razie życzę miłego dnia.

Stał i patrzył, jak Zefiryna oddala się niepewnym krokiem. Kiedy zniknęła za kwietnym klombem, powoli pokręcił głową i ruszył w stronę pałacu. Dziwne, ta cała Księżniczka, Która Wskoczyła Do Wychodka, wcale nie wydawała mu się aż tak bystra, jak wszyscy mówili.

*

Zefiryna zatoczyła się i znów na kogoś wpadła.

– Bardzo panią przepraszam… – bąknęła, odskakując, by odzyskać równowagę. Zawstydzona, uniosła głowę i napotkała łagodne, wyrozumiałe spojrzenie księżniczki Flawioli Pogromczyni Szarańczy.

– Och, to tylko ty… – wymamrotała, a potem parsknęła śmiechem. W tej chwili obawy kapitana Scharfa wydawały jej się całkowicie niedorzeczne: jak ktoś, kto potyka się o własne stopy i rozmawia z posągami, mógłby skakać po dachach lub poważnie zagrozić bezpieczeństwu księstwa? Osunęła się na wypielęgnowany trawnik u kamiennych stóp Flawioli i pomasowała sobie palcami skronie. Przynajmniej tyle dobrze, że się nie zgubiła – pamiętała, że posągi dawnych sarbanckich księżniczek i książąt stały na drodze do Słowiczej Altany.

Wszystkie magiczne książęce dzieci z Sarbancji zostały uwiecznione w dniu swoich osiemnastych urodzin, kiedy ich los się dopełniał i traciły swoje moce. Księżniczki przedstawiono w nienaturalnych, wystylizowanych pozach, jakby zamiast kręgosłupa miały wiotką gałązkę; włosy i kiecki fruwały im na wszystkie strony, rozwiane zapewne magicznym wichrem, wszystkie miały talię osy i idiotyczne, przesłodzone uśmiechy. Książęta też byli nie lepsi – wielkoocy, długowłosi i niezdrowo chudzi, jakby w każdej chwili mogli się przełamać w pół pod ciężarem własnych cnót.

Zefiryna już w dzieciństwie uważała te posągi za okropne, ale Linnea była z nich strasznie dumna, tym bardziej że i jej podobizna miała kiedyś stanąć na końcu tego szpaleru. Zefiryna, powodowana nieco złośliwą ciekawością, podniosła się i mijając kolejno Flawiolę, Gregorię Odganiającą Chmury, Delianę Uzdrowicielkę, Harada Od Pożarów, Tylwiusza Postrach Piratów, Celsję, Annę Alwę, Taissę, Sylwana… – doszła do miejsca, gdzie już niedługo miał się znaleźć pomnik Linnei. Spodziewała się, że poczyniono jakieś przygotowania, że zobaczy przystrzyżoną do ziemi trawę albo marmurowy cokół, ale nie. No tak, to pewnie byłoby w złym guście. Zefiryna wiele by dała, by otrzymać magiczną moc, jaką posiadała Linnea – i to choćby na jeden dzień, nie całe osiemnaście lat, ale perspektywa stania się ozdobą ogrodową pociągała ją o wiele mniej.

„Ciekawe, czy bortom w mieście też stawiają posągi?” – zastanowiła się przelotnie Zefiryna, a później znów wróciła myślami do Linnei. „Jak ją nazwą? Linnea Patronka Tam i Zapór Rzecznych? Linnea Pogromczyni Powodzi?” Każdemu magicznemu dziecku z sarbanckiego dworu wyznaczano jakieś wielkie, zaszczytne zadanie – czasem czarodziej-opiekun wybierał je od razu, czasami czekał, aż pojawi się odpowiednie wyzwanie: atak piratów z Wysp Deszczowych albo jakaś porządna katastrofa naturalna. Tych zaś w Sarbancji nigdy nie brakowało. Nikt jednak dotąd nie próbował samodzielnie zmierzyć się z problemem magicznej rzeki Onny, której bystre i zdradliwe wody wzbierały niebezpiecznie w czasie wiosennych roztopów i przy każdej większej ulewie, zatapiając liczne miasta i wioski.

Okiełznanie czarodziejskiej rzeki było niewątpliwie imponującym zadaniem, któremu, jak dotychczas sądzono, żadne magiczne dziecko nie byłoby w stanie podołać, nawet z pomocą doświadczonego czarodzieja z Rady Magicznej, jednak wyjątkowy talent Linnei sprawił, że jej opiekunka, d’ara Romania, zdecydowała się powierzyć jej zbudowanie trwałych tam na Onnie. Wspierała ją w tym dziele przez kilkanaście lat, po czym niespodziewanie, na rok przed osiemnastymi urodzinami Linnei, zniknęła bez śladu. Znając osobliwe zwyczaje czarodziejów, mógł to być zarówno rodzaj testu, jak i objaw roztargnienia czy celowej złej woli. Albo mogło przydarzyć się jej jakieś nieszczęście. Zefiryna potrząsnęła głową, jakby chciała odpędzić od siebie niewesołe myśli. Była pewna, że – z pomocą d’ary Romanii czy bez – Linnea jest jedyną osobą, która potrafi na dobre ujarzmić Onnę. A Linnea nie miała w zwyczaju się poddawać.

 

*

Zasiadająca przy oplecionej pnącymi różami i bugenwillą ażurowej pergoli księżniczka Linnea sama wyglądała jak wesoły kwiatek. Jasna, kwiecista suknia obejmowała jej drobną postać jak kielich powojnika, a wpięte w rozpuszczone rdzawozłociste włosy drobne kwiatki hortensji nęciły motyle i pszczoły. Zefiryna zatrzymała się kilka kroków od niej, żeby nacieszyć się jej widokiem, i nagle poczuła, że ból głowy i dziwne otępienie mijają.

W tym momencie Linnea spostrzegła, że nie jest sama, i zwróciła się ku Zefirynie, odkładając czytaną książkę na ławkę obok siebie. Musiała to być księga magiczna, bo od razu sama wsunęła sobie cienką różową wstążeczkę między kartki, zaznaczając miejsce, gdzie księżniczka skończyła czytać.

– O, już wstałaś! – zawołała Linnea, unosząc się, żeby pocałować ją lekko w oba policzki. Pachniała wygrzanymi w słońcu ziołami. – Siadaj, siadaj. Wyspałaś się porządnie po podróży?

– Eee, tak, dziękuję – wymamrotała Zefiryna, zajmując miejsce na ławce obok Linnei. Wczoraj rozmawiało im się tak swobodnie, a teraz zupełnie nie miała pojęcia, co powiedzieć. „Jak ci się układa po śmierci ojca z twoją młodą i piękną macochą?”, „Nie jest ci przykro, że za rok stracisz magiczne moce?”, „Czy borta się już ujawnił i czy jest potężniejszy niż ty?” Nie, nie, nie.

– Pewnie ciężko było ci się rozstać z Narretesem? – zapytała Linnea, owijając sobie pasmo włosów na palcu i mrużąc oczy w słońcu.

– Ekhem, nooo tak – Zefiryna zerknęła na nią zdziwiona. Wydawało jej się, że akurat ten temat wyczerpały dokumentnie poprzedniego dnia.

– Zawsze wam zazdrościłam, że macie siebie nawzajem. Ja ciągle jestem sama. To znaczy… oczywiście, teraz mam małą Marię i jest absolutnie urocza – Linnea zarumieniła się lekko – ale rozumiesz, czasem wolałabym porozmawiać o czymś innym niż „agu” i „bim-bim”.

Zefiryna prychnęła śmiechem.

Zawsze nie tylko lubiła, ale i podziwiała Linneę – zazdrościła jej towarzyskiej ogłady i uroku, który sprawiał, że za każdym razem, kiedy sarbancka księżniczka postanawiała zrobić coś wbrew przyjętym zasadom, jakoś nikt nie protestował. Linnea potrafiła zarówno umiejętnie skomplementować na balu suknię żony Wielkiego Wodza z Dinas Kobe, jak i wtrącić się niespodziewanie do rozmów swojego ojca z posłami z Hagessy i wytargować lepsze prawa handlowe. Poza tym Linnea doskonale jeździła konno, pływała i tańczyła… W dzieciństwie Zefiryna i Narretes bez przerwy prosili, żeby zatańczyła dla nich taro-taro, w swoim ludowym sarbanckim stroju ze srebrnymi dzwoneczkami.

Na szczęście pod tymi wszystkimi cnotami, zaletami i uzdolnieniami dawało się zawsze wyczuć dość wybuchowy charakterek, doskonale pasujący do ognistych włosów Linnei. Zefiryna od zawsze uważała ją za pokrewną duszę – i żałowała, że w miarę jak dorastały, widywały się coraz rzadziej. Linnea ze względu na swoje obowiązki nie mogła już tak często wyjeżdżać z Sarbancji, a dworska etykieta zabraniała nawet dzieciom ponawiania nieodwzajemnionych wizyt. Przez jakiś czas Zefiryna i Narretes wysyłali do niej listy, w których między wielkimi kleksami atramentu donosili o tak ważkich sprawach jak odkrycie nowego źródełka z żabami lub przechwalali się złamanymi rękami i nosami. Listy od Linnei były zawsze starannie wykaligrafowane i pachniały wodą fiołkową – Zefiryna i Narretes uwielbiali je czytać, chociaż traktowały głównie o tamach. Później również listy przestały przychodzić.

– Żałuję, że tym razem nie mogłam zaprosić was obojga. Szczerze mówiąc, planowałam nawet coś takiego, zanim jeszcze ogłoszono zaręczyny Narretesa. – Linnea uśmiechnęła się szelmowsko. – Wyobrażasz to sobie?

Zefiryna westchnęła w zachwycie na myśl o takim pogwałceniu etykiety.

– Moja matka dostałaby szału. Nie miałaby pojęcia, jak odmówić, żebyś nie poczuła się urażona.

Bo, oczywiście, czym innym było zaproszenie na dziecięcy bal z okazji piątych urodzin Linnei, a czym innym wizyta najbardziej kochliwego księcia w Siedmiu Księstwach u siedemnastoletniej panny na wydaniu.

– Teraz żałuję, że tego nie zrobiłam, ale ciągle byłam zajęta i…

– Wiem – wtrąciła pospiesznie Zefiryna. – Ostatnio pewnie w ogóle nie wychodziłaś z pracowni. Nie mam pojęcia, jak sobie radzisz bez d’ary Romanii.

Linnea wzruszyła ramionami i z uśmiechem przewróciła oczami, jakby panowanie nad magiczną rzeką nie było niczym specjalnym.

– W każdym razie te zaręczyny z Hiacyntą wypadły bardzo nie w porę – powiedziała żartobliwie. – Gdzie oni się w ogóle poznali?

– Ymm, nie jestem pewna – skłamała Zefiryna, ponieważ prawda była taka, że poznali się na pogrzebie ojca Linnei.

Ciągle pamiętała, jak zrozpaczona była wtedy Linnea – stała przy wejściu do katakumb blada, ze ściągniętą twarzą, zmieniona niemal nie do poznania. Wydawało się, że nawet nie usłyszała wydukanych przez Zefirynę kondolencji, a chłodną, bezwładną rękę podała jej mechanicznym gestem. Teraz, pośród powodzi kwiatów i ogrodowej, rozmigotanej od słońca zieleni, wyglądała już dużo lepiej. Zefiryna pochyliła się, żeby delikatnie zdjąć z jej włosów biedronkę, i zamarła, kiedy zamiast niebieskich oczu księżniczki Linnei spojrzały na nią oszalałe ze strachu ślepia zaszczutego na polowaniu lisa, płaczącego krwawymi łzami. W nos uderzył ją ostry zapach zwierzęcego potu.

Odsunęła się gwałtownie, przyciskając dłoń do ust.

– Co się stało? – zapytała Linnea zaniepokojona. – Słabo ci od upału?

– Nie, nie. Wszystko dobrze – wyszeptała Zefiryna i zacisnęła palce na krawędzi ławki. Ból głowy wrócił, o wiele silniejszy niż wcześniej, a szum, który – jak sobie teraz uświadomiła – szemrał jej w uszach od jakiegoś czasu, zaczął się układać w coraz wyraźniejszą melodię.

– Zbladłaś. – Linnea wciąż przyglądała jej się z troską. Jej oczy były znów takie jak zwykle: błękitne jak niezapominajki. – Lepiej zejdźmy ze słońca. Już prawie pora na obiad i może Maria się obudziła. Zobaczysz, jak urosła!

– Dobrze. Dobrze – powiedziała z trudem Zefiryna i dała się poprowadzić ogrodową ścieżką z powrotem do pałacu. W głowie słyszała słowa prostej ludowej piosenki śpiewanej na melodię taro-taro.

Siwa pliszka, zięba, sroka,

Strzeż się, córko, złego oka.

Inne książki tego autora