Brzydsza siostraTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Kollina,

niezrównanego cudownego dziecka

Rozdział 1

Moja przyrodnia siostra Ella rujnowała mi życie. Blondynka, drobna, piękna, utalentowana, lubiana i, co najgorsze, miła.

Tata poślubił mamę Elli, Rose, kiedy miałyśmy dwa lata. Rok po tym, jak odeszła moja matka. Kiedy mama Elli rozwiodła się z tatą, Ella wciąż nas odwiedzała i spędzała z nami każde wakacje i co drugie Boże Narodzenie.

Nie chodziłyśmy do tej samej szkoły, aż pod koniec drugiej klasy liceum mama Elli zmarła na raka piersi. Ella natychmiast się do nas wprowadziła. Nikt nie wiedział, gdzie podziewa się jej biologiczny ojciec. Zwiał przed narodzinami Elli. Jej miejsce było u nas.

Z początku cieszyłam się, że z nami mieszka. Fajnie było mieć przyrodnią siostrę – aż do rozpoczęcia trzeciej klasy. Przez wakacje Ella wszystko zmieniła. Fryzurę, makijaż, ubranie. Co dzień ćwiczyła. Jadła marchewki i inne świństwa. Stała się wprost olśniewająca. (Pewnie nie zaszkodziło też, że jej mama należała do Swedish Bikini Team).

No i Ella była nowa. Chłopcy oszaleli.

To stanowiło pierwszy punkt na mojej Liście Zażaleń w sprawie Elli.

Listę Zażaleń zaczęłam spisywać tuż po zakończeniu trzeciej klasy. Był to katalog wszystkich sposobów, w jakie Ella wyrządziła mi krzywdę. I jak już wspominałam…

Zażalenie numer jeden: chłopcy tracili dla niej głowę. Nie było nic gorszego od udawania, że ani trochę mnie nie rusza, jak ślinią się na jej widok, a mnie nie mówią nawet cześć. Zawsze w głębi ducha miałam ochotę krzyknąć: „Ej, widzicie mnie? Ja też jestem dziewczyną!”. Nawet mój najlepszy przyjaciel od czasów gimnazjum, Trent, zdawał się ulegać urokowi Elli.

Zażalenie numer dwa: przy Elli nawet Angelina Jolie sprawiała wrażenie samolubnej. Ella żyła dla wolontariatu. Kiedy wszyscy oswajali się z nowym rokiem szkolnym, Ella planowała już dobroczynny bal maskowy na rzecz ratowania sierot/wielorybów/środowiska. Wspierała tak wiele organizacji charytatywnych, że szczerze mówiąc, nie byłabym ich w stanie zliczyć. Jak tu konkurować z kimś, kto większość wolnego czasu spędza na myśleniu o innych?

Zażalenie numer trzy: jej imię i nazwisko. Ella Christensen. Prześliczne. Pięknie brzmiące. A moje? Mattie Lowe. A właściwie to jeszcze gorzej. Moje prawdziwe imię? Matilda. Obwiniałam o nie matkę (a czasem i tatę za to, że nie zaingerował, kiedy matka je wybierała). Podczas jednej z wymuszonych rozmów online powiedziała, że dostałam imię po jakiejś dawnej królowej, że ma w sobie moc i znaczy „mężna w boju”. Ja miałam przekonanie, że znaczy „moja matka mnie nienawidzi”. Na szczęście w dzieciństwie tata mówił do mnie Tilka. I było dobrze, aż do pierwszego dnia przedszkola. Nawet w tak wczesnym wieku jak lat pięć rozumiałam, że nie mogę na resztę życia zostać Tilką Debilką. Wróciłam do domu i zażądałam, żeby tata zmienił moje imię. Odmówił. W zamian wymyślił dla mnie nowe zdrobnienie, w szkole więc zaczęto mnie nazywać Mattie, w domu byłam Tilką. Ella to Ella. Nie potrzebowała dziesięciu ksywek, żeby móc przetrwać dzień.

Zażalenie numer cztery: całymi godzinami sprzątała dom. Łazienki, swój pokój, salon… Wymieńcie dowolne pomieszczenie – Ella prawdopodobnie niedawno tam sprzątała. Ostatnio przyłapałam ją na szorowaniu na czworaka kuchennej podłogi! Za każdym razem, kiedy tata natykał się na nią sprzątającą, pytał, czemu jestem taka leniwa. Przydzielał mi zadania i musiałam udawać, że je wykonuję, dopóki o nich nie zapomniał i mogłam wrócić do nicnierobienia. W moim odczuciu narażała stanowisko naszej gosposi, czego ja nie zamierzałam robić, bo nie jestem aż tak samolubna.

Zażalenie numer pięć: Ella potrafiła sprawić, że wszystko wyglądało niesamowicie. Parkiety taneczne, ludzkie twarze, ubrania – wszystko, czym się zajęła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nabierało urody. Lubiła sobie nawet uszyć ubranie, jakby przygotowywała się na przesłuchanie do Project Runway czy coś w tym rodzaju. Ja już wiele lat temu przyznałam się do braku wyczucia stylu i trzymałam się od tamtej pory prostej czerni. Pozwalałam sobie zaszaleć jedynie z kolorem włosów, który w początkach ostatniej klasy był zbliżony do fuksji. Ale nie zaszalałam aż tak, żeby użyć trwałej farby. Tylko zmywalnej lub szamponetki. (Powinnam też pewnie wspomnieć, że Ella była naturalną blondynką. Tak, mnie też robiło się od tego niedobrze).

Zażalenie numer sześć: Ella była cheerleaderką. Chyba nie trzeba dodawać nic więcej.

Zażalenie Najwyższej Wagi: Ella spotykała się ze swoim idealnym odpowiednikiem – był przystojny, wysportowany, zabawny, miły i wysoki. (Był tak wysoki, że aż mnie to wkurzało – metr dziewięćdziesiąt, jeden z najwyższych chłopaków w szkole. Mój metr osiemdziesiąt sprawiał, że gustowałam w wysokich chłopakach i zawsze irytowało mnie, że te wszystkie centymetry marnują się na takie tycie dziewczyny jak Ella). Jeździł nawet sportowym wozem. Nazywał się Jake Kingston.

A ja byłam w nim totalnie, całkowicie, po uszy zakochana.

Rozdział 2

Siedziałam pod gabinetem dyrektorki i rozmyślałam, co mało zaskakujące, o Jake’u.

Ponadprzeciętnie dużo czasu spędzałam na rozmyślaniu o Jake’u. Przypominało to właściwie stan chorobowy. Ciągle się słyszy, że nastolatki nie wiedzą, co to miłość, że mylimy prawdziwe uczucie z pożądaniem, bla, bla, bla. Chciałabym tylko na niego lecieć. Życie byłoby nieporównanie łatwiejsze. Gdyby chodziło tylko o pożądanie, mogłabym sobie z tym poradzić.

Nie zrozumcie mnie źle – Jake był bez wątpienia smakowitym kąskiem. Ciemne włosy, ciemne oczy, profil, jakby sam Michał Anioł wyrzeźbił go w kamieniu. Absolutnie cudowny. Ale w grę wchodziły też uczucia. Zależało mi na nim.

Spędzałam mnóstwo czasu na obserwowaniu go, więc dostrzegałam drobne rzeczy, które na co dzień robił. Jak kiedy pomógł dziewczynie z zajęć specjalnych pozbierać książki, które upuściła, a potem odprowadził ją na następną lekcję. Wszyscy inni po prostu ją mijali. Ale nie Jake.

Stale powstrzymywał swoich głupich kolegów od dokuczania innym. Jego kumpel Scott Martin był najgorszy. Ale Jake’owi udawało się go ujarzmić.

Jake zawsze promieniał tysiącwatowym uśmiechem gwiazdy filmowej/modela i mówił „cześć” wszystkim, którzy się z nim przywitali. Był taki miły. Nigdy nie starał się wzbudzać w innych ludziach uczucia, że są bezwartościowymi frajerami. W odróżnieniu od Scotta i jego dziewczyny Mercedes. Obrażanie i poniżanie wszystkich wkoło zdawało się celem ich życia.

Jake robił to, co robił, po cichu. Nie żeby wstydził się swoich dobrych odruchów, raczej jakby nie czuł potrzeby, by się nimi popisywać. Albo jakby obecność świadków odbierała tym gestom wyjątkowość.

Miałam wrażenie, jakby to była nasza wspólna tajemnica, choć on nie był świadomy, że wiem, jaki jest niesamowity.

Był mądry i ze wszystkim świetnie sobie radził. Kochałam się w nim na zabój.

A nie miałam pewności, czy w ogóle wie o moim istnieniu.

Westchnęłam, bo właśnie do tego skłania nieodwzajemniona miłość. Do użalania się nad sobą.

Potrzebowałam skupić się na czymś innym. Oprócz rozmyślania o Jake’u siedziałam od dłuższej chwili pod gabinetem, martwiąc się i zastanawiając, kiedy dyrektorka mnie wezwie. Byłam prawie pewna, że pani Rathbone celowo każe nam siedzieć i czekać tak długo. Żebyśmy zdążyli wkręcić się w histerię na temat możliwych kar. Pewnie nauczyła się tego na jednym ze swoich kursów doktoranckich. Była najlepsza, jak wszystko w szkole Malibu Prep. Za jej biurkiem wisiało mnóstwo oprawionych dyplomów. Podejrzewałam, że część z nich to fałszywki.

Wstałam i zaczęłam przeglądać tablicę ogłoszeń, która wisiała przed głównym gabinetem. Znajdowały się na niej stałe informacje, lista zgłoszeń do orkiestry dętej (pusta), druga na popołudniowy kurs gotowania ze znanym z telewizji szefem kuchni, który na wszystkich klął (w połowie zapełniona), i trzecia, dla kandydatów do samorządu uczniowskiego. Przyszło mi na myśl, że moja obsesja na punkcie Jake’a przyprawia mnie o omamy, ale nie, na liście widniało jego nazwisko. Był jedynym kandydatem na przewodniczącego najstarszego rocznika. No jasne. Parsknęłam cicho z rozbawienia. Kto byłby na tyle głupi, żeby z nim konkurować?

Zobaczyłam, że Scott Martin zamierzał startować na stanowisko zastępcy przewodniczącego. Posłałam w kierunku jego nazwiska nienawistne spojrzenie, które chętnie zaserwowałabym jemu samemu. Głośny, obleśny, prostacki, był niczym anty-Jake. Nie mogłam pojąć, czemu się przyjaźnią. Większość dzieciaków pośmiała się pierwszego dnia szkoły, kiedy nauczyciele przy sprawdzaniu obecności czytali moje imię, ale potem dawała sobie spokój. Nie Scott Martin. Nazywał mnie Matildą od balu na zakończenie podstawówki. Poprosił mnie do tańca przy wolnej piosence, a ja wyjąkałam „nie”. Scott był ładny, ale niewystarczająco dla mnie wysoki, a w dodatku nie umiałam tańczyć. Wyglądalibyśmy idiotycznie. Zrobił się czerwony jak burak i od tamtej pory mnie nienawidził. Pewnie dlatego, że publicznie go upokorzyłam (choć nie miałam takiego zamiaru), ale Ella stwierdziła, że to dlatego, że mu się podobałam i go odrzuciłam. Usiłowałam jej wyjaśnić, że musi przestać patrzeć na świat przez pryzmat własnej urody. To wykrzywiało jej perspektywę.

Przeniosłam wzrok w górę i dostrzegłam ogłoszenie dotyczące nadchodzących wydarzeń charytatywnych. Inne szkoły miały dyskoteki i bale. My mieliśmy gale, bale maskowe i eleganckie przyjęcia.

 

Powinnam pewnie zaznaczyć, że Malibu Prep to naprawdę niezła (czyli: kosztowna i ekskluzywna) szkoła. Tata uczył w niej nawet przez semestr jako gościnny wykładowca na rozszerzonym kursie sztuki.

Chwila. Zapomniałam opowiedzieć wam o moim tacie. Jest nim ni mniej, ni więcej, tylko wysoce ceniony, światowej sławy artysta William Lowe. Większość twórców nie dożywa sławy (głównie dlatego, że kiedy umierają, nie mogą już niczego stworzyć, więc ich prace nabierają wartości). Wikipedia twierdzi, że tata był cudownym dzieckiem (tata nie potwierdza tego faktu ani mu nie zaprzecza) i że od tamtej pory jego sława tylko rosła. Ja nieszczególnie rozumiałam jego twórczość. Dla mnie przypominała duże plamy kolorów, ale krytycy określali ją mianem „niesamowitej”, „wybitnej”, „śmiałej” i „wartej więcej niż twój dom”.

Dlatego jak wszyscy w okolicy mieliśmy mnóstwo kasy. Oprócz uzależnienia od mangi nie należałam jednak do miłośników zakupów. Ella była rodzinną zakupoholiczką, ale korzystała z własnych pieniędzy, które zarabiała w dorywczej pracy, a nie z karty kredytowej taty, którą wręczył nam zamiast kieszonkowego. (To powinno się pewnie znaleźć na mojej Liście Zażaleń, bo prawił mi kazania, jaka to Ella jest pracowita i ambitna, podczas gdy ja jestem leniwym obibokiem).

− Panno Lowe?

Podskoczyłam na dźwięk swojego nazwiska. Często mnie coś zaskakiwało, bo większość czasu spędzałam zatopiona w myślach. O Jake’u. Rzeczywistość nie była nawet w połowie tak przyjemna.

− Zapraszam do mnie.

Szczerze mówiąc, trochę się bałam pani Rathbone. Przypominała skrzyżowanie musztrującego sierżanta i damy z Południa.

− Siadaj.

Przez moment rozważałam zadanie pytania, czy chciałaby również, żebym przewróciła się na plecy i podała łapę, ale nie ośmieliłam się tego zrobić. Pospiesznie zajęłam miejsce na jednym z krzeseł stojących przed jej biurkiem. Gabinet dyrektorki nie przypominał tych stereotypowych, ze starymi kanapami czy przepełnionymi półkami na książki. Wyglądał raczej jak wyjęty z katalogu IKEA. Wszystkie meble były lśniące i nowoczesne i podobnie jak krzesła pod gabinetem ogromnie niewygodne.

Otworzyła teczkę leżącą na biurku i zaczęła czytać. To pewnie skargi nauczycielki angielskiego na mój temat. Postanowiłam przyznać się do niewłaściwego zachowania. Już od rana byłam wkurzona, bo mój najlepszy przyjaciel Trent musiał stanąć w połowie parkingu, przez co spóźniłam się na matematykę. Technicznie rzecz biorąc, nie z własnej winy. Uczniowie najstarszego rocznika powinni mieć pierwszeństwo parkowania pod samą szkołą. Uważałam, że jak człowiek męczy się w szkole czwarty rok, to należy przynajmniej pozwolić mu parkować bliżej. Ani Trent, ani Ella nie przejęliby się spóźnieniem. Trent dlatego, że był anarchistą, a Ella dlatego, że nauczyciele zapewne uważali, że to urocze, że zjawia się po rozpoczęciu zajęć.

Oczywiście można by temu zaradzić, gdyby tata kupił nam własny samochód, żebyśmy mogły z Ellą dotrzeć na czas, ale on tylko wymamrotał coś na temat „budowania charakteru” i odmówił.

Byłam więc już w złym humorze, kiedy pani Aprils się do mnie przyczepiła. W zasadzie to nie do mnie, tylko do tego, jaki świetny był Mark Twain. Powinnam była sobie odpuścić. Ale tego nie zrobiłam.

Pani Rathbone czytała dalej w milczeniu, marszcząc czoło, na ile to możliwe po zastrzykach z botoksu. Włosy miała w naprawdę fajnym odcieniu srebra, a wielkie piwne oczy pozostawały skryte za okularami. Korciło mnie, żeby narysować ją jako postać z mangi. Jeszcze powiększyłabym jej oczy, zrobiła długiego srebrnego irokeza i strój wojowniczki. Czarny ze srebrnymi klamrami, stwierdziłam. Zobaczyłam opartą w kącie długą linijkę i wyobraziłam sobie, jak przerabiam ją na miecz samurajski. Wsunęłam dłonie pod nogi, żeby nie sięgnąć po kartkę i ołówki stojące na krawędzi biurka dyrektorki. Doszłam do wniosku, że nie doceniłaby mojej wyobraźni.

Zamiast coś narysować, zaczęłam wodzić językiem po zębach. Stało się to moim nowym ulubionym hobby. Nie mogłam się powstrzymać. Zaledwie parę dni wcześniej zostałam uwolniona z więzienia aparatu nazębnego i dotyk gładkich zębów stanowił objawienie. Tak długo nosiłam aparat, że miałam wrażenie, jakbym musiała od nowa poznać własne usta.

− Powiedziałaś, że Mark Twain był… chwileczkę, niech no się upewnię, że właściwie to odczytuję. – Pani Rathbone umieściła palec pod tekstem i przeczytała powoli każde słowo. – Rasistowską, seksistowską świnią.

Prawda. Powiedziałam też, że wcale nie sądzę, by był zabawny, ale ponieważ nie znalazło się to w dzienniczku uwag, nie miałam zamiaru się przyznawać.

Sprawy nie poprawiało zapewne, że pani Aprils pisała pracę magisterską na temat twórczości Twaina i że połowa sali do angielskiego była udekorowana niczym ołtarzyk tego pisarza.

Pani Rathbone popatrzyła na mnie sponad okularów do czytania w oczekiwaniu na moją odpowiedź. Przyglądała mi się bacznie, a ja rozpoznawałam to spojrzenie. Próbowała mnie poruszyć, odczytać wyraz mojej twarzy, żeby się zorientować, czy czegoś przed nią nie ukrywam.

Na jej nieszczęście nie była świadoma mojej tajnej supermocy. Mam bezbłędną twarz pokerzysty. Tata mówi, że gdyby ze sztuką mu nie wypaliło, to zostałby zawodowym pokerzystą, a dzięki jego szkoleniu sama jestem niezłym szulerem i w pełni panuję nad zewnętrznymi reakcjami. Nie daję niczego po sobie poznać.

Utrzymałam nieporuszony wyraz twarzy. Nie była w stanie wyciągnąć ze mnie niczego, do czego nie chciałam się przyznać.

− Owszem, tak powiedziałam.

Pani Rathbone zdjęła okulary i potarła oczy. Wyglądała na zmęczoną.

− Mattie, mamy dopiero drugi dzień szkoły.

To było nie fair. Nie moja wina, że pani Aprils usilnie trzymała się przekonania, że Mark Twain to literacki superbohater, który nigdy się nie mylił. Nie mogła pojąć, że inni go nie wielbią. Nie lubiłam go za to, co powiedział o wykopaniu Jane Austen z grobu i stłuczeniu jej na kwaśne jabłko za pomocą jej własnej goleni. Bo Jane Austen była po prostu odjechana.

− Przepraszam.

Otworzyłam usta, żeby dodać, że to się więcej nie powtórzy, ale nie mogłam tego z siebie wydusić. Czasem komentarze wyrywały się z moich ust, mimo że wcale tego nie chciałam. Miałam niską tolerancję na głupotę.

− Odbędziesz dziś karę za agresywną postawę w trakcie lekcji. Oczekuję też, że przeprosisz panią Aprils.

Skrzywiłam się na myśl o przepraszaniu pani Aprils. Malibu Prep nie tolerowała braku szacunku wobec personelu. Miałam większą swobodę niż inni uczniowie dzięki mojemu statusowi quasi-mniejszości, ale wiedziałam, że przeprosiny nie miną mnie w najbliższej przyszłości. Moje kary były dotąd dość lekkie.

Chciałam powiedzieć, że więcej tego nie zrobię, ale obie wiedziałyśmy, że to byłoby kłamstwo.

− Postarasz się następnym razem pohamować?

− Zrobię, co w mojej mocy – obiecałam. Proszę, to było szczere. – Jeśli to wszystko… − Podniosłam plecak.

Pani Rathbone uniosła lewą dłoń, nie odrywając wzroku od mojej teczki.

− Jeszcze nie.

Co znowu? Nic więcej nie odstawiłam. Jak raczyła uprzejmie zauważyć, miałyśmy dopiero drugi dzień szkoły. Nie zdążyłam niczego schrzanić.

− Widzę, że w ubiegłym semestrze nie dopełniłaś obowiązku wolontariatu.

Chciało mi się jęczeć. Szkoła zobowiązywała nas do odbycia w każdym semestrze czterech godzin prac społecznych miesięcznie. W ostatnim semestrze miałam lekką chandrę. To wtedy Ella i Jake zaczęli ze sobą chodzić. Jak mogłam się koncentrować na robieniu czegoś dla innych, kiedy serce mi pękało?

Nie mówiąc już o tym, że nigdy nie pojmowałam tej idei. Jaki to akt dobrej woli, skoro mnie do niego zmuszają? To raczej akt ubezwłasnowolnienia. Albo bezpłatna nieletnia siła robocza. Skoro już nas do tego zmuszali, to mogli przynajmniej dać za to jakieś punkty.

− Z twoich papierów wynika, że chcesz iść do Wellesley.

Nie poprawiłam jej. Nie było sensu wyjaśniać w ciągu kilku minut całego skomplikowanego rodzinnego bałaganu.

Nie chciałam iść do Wellesley. Matka chciała, żebym poszła do Wellesley. Bo sama tam chodziła.

Tata chciał, żebym poszła na Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles. Bo sam tam chodził.

Matka chciała, żebym studiowała rzeźbę. Ojciec chciał, żebym studiowała malarstwo.

Ja nie byłam zainteresowana żadnym z powyższych.

Pani Rathbone wciąż coś mówiła. Zmusiłam się do skupienia uwagi.

− Te uczelnie biorą pod uwagę całokształt, nie same oceny. Nie masz żadnych zajęć nadobowiązkowych. Masz jakieś hobby?

Nie mogłam powiedzieć jej o mandze. Niemal słyszałam własne wyjaśnienia. „Manga, proszę pani, to japońskie określenie komiksu. Anime to animowana wersja mangi…” To byłaby długa rozmowa. Poza tym ryzykowałabym nie tylko potencjalne zanudzenie jej na śmierć (nigdy nie spotkałam nikogo, kto lubiłby mangę w takim stopniu jak ja, a trochę mnie ponosiło), ale też to, że mogłaby powiedzieć o tym tacie. Wiedziałam, że tata mnie kocha i powiedziałby mi, że moje prace są dobre (nawet gdyby nie były), ale był poważnym artystą – czułabym się zażenowana, gdyby się dowiedział. No i mógłby czuć się w obowiązku, żeby poinformować matkę, a wtedy sprawy bardzo szybko przybrałyby bardzo zły obrót.

Zamiast tego więc pokręciłam głową.

− Zalecałabym w takim razie, żebyś bardziej zaangażowała się w życie szkoły. To będzie wyglądało dobrze na twoim podaniu, a dodatkowo musisz nadrobić godziny wolontariatu. Czy masz w najbliższym czasie jakieś plany, by bardziej zaangażować się zarówno w życie szkoły, jak i lokalnej społeczności?

Wiedziałam, że niestety ma rację. Nie zamierzałam studiować na żadnej uczelni z Ligi Bluszczowej, ale ta, na którą się wybierałam – Uniwersytet Kalifornijski w Irvine – wymagała więcej niż tylko dobre wyniki egzaminów, przyzwoite oceny i odjazdowe portfolio. Musiałam im pokazać, że jestem zdolna do poświęceń, i znaleźć w szkole jakiś klub, który zechciałby mnie przyjąć.

Wpatrywała się we mnie, a ja się zastanawiałam, jak długo wytrzyma bez mrugania. Aha, chciała, żebym jej odpowiedziała. Plany wolontariatu w najbliższym czasie. No tak.

− Będę, hmm, pomagała Elli przy balu charytatywnym.

Białe kłamstwo, rzecz jasna, ale wiedziałam, że muszę jedynie spytać Ellę, co mogę zrobić, żeby się przyłączyć, a ona natychmiast mnie zaangażuje.

− Aa. Ella. – Pani Rathbone wypowiedziała jej imię tak, jak robili to wszyscy dorośli: z mieszanką podziwu i aprobaty. Irytujące. – To załatwi sprawę godzin wolontariatu, ale myślę, że powinnaś mimo wszystko znaleźć sposób, by uczestniczyć aktywniej w życiu szkoły.

Ze stojącego za jej plecami stolika wzięła garść ulotek i mi je wręczyła.

− Tu masz kilka klubów i grup, do których mogłabyś się ewentualnie przyłączyć. – A kiedy odbierałam od niej ulotki, dodała: − Miałabyś też okazję poznać trochę nowych osób.

Rzuciła to lekko, ale zrozumiałam aluzję. Zarumieniłam się. To naprawdę obciachowe, że nawet dyrektorka wiedziała o mojej towarzyskiej alienacji.

Zaczęłam przeglądać ulotki. Klub szachowy. No nie. Nie zamierzałam popełnić towarzyskiego samobójstwa, dziękuję.

Kibicowanie drużynie piłkarskiej? Raz jeszcze: nie. Banda niedoszłych cheerleaderek, którym nie udało się dostać do zespołu.

Samorząd uczniowski. Hmm. Nigdy nie byłam szczególną fanką społecznych aktywności, ale to miało jakiś sens. Jake startował w wyborach na przewodniczącego. Nagle przyszedł mi do głowy fantastyczny pomysł, żeby kandydować na jakąś mniej ważną posadę. Skarbnika czy sekretarza, czy na coś równie zakulisowego. Mielibyśmy wtedy jeszcze jedne wspólne zajęcia, a on musiałby ze mną rozmawiać i spędzać czas, bo razem prowadzilibyśmy samorząd.

Genialne.

Musiałam tylko zostać wybrana.

Inne książki tego autora