Córka piekarzaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Córka piekarza
Córka piekarza
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Córka piekarza
Audio
Córka piekarza
Audiobook
Czyta Oskar Hamerski
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 11

Straż Celna i Graniczna

Stanów Zjednoczonych

Montana Avenue 8935

El Paso, stan Teksas

10 listopada 2007 r.

‒ Usiłowałem cię wezwać przez radio – mówił agent Bert Mosley, czyszcząc zęby drewnianą wykałaczką.

Riki cisnął do kosza resztki śniadania w postaci burrito z Taco Cabana.

‒ Przepraszam, musiałem się rozłączyć, jadąc tutaj. Co się dzieje?

‒ Mieliśmy telefon od tutejszej mieszkanki. Mówi, że na ścieżce za domem widziała parę meksykańskich dzieci. Zupełnie małych. W pobliżu stoją zaparkowane dwa samochody na złom. Ona podejrzewa, że rodzice urządzili sobie w nich obozowisko. Ta dama nie mówi po hiszpańsku, więc prosi, żeby ktoś przyjechał i sprawdził. Pomyślałem, że skoro i tak już jesteś w terenie... ‒ wyjaśniał Bert, wręczając Rikiemu adres.

‒ Ale teraz już nie jestem w terenie. – Riki wziął kartkę i przeczytał. – Zachodnia część?

Bert skinął głową.

‒ Dobrze, ale zaciągasz u mnie dług. – Riki wziął swoje kluczyki do samochodu. – Przez ten czas jak mnie nie będzie, mógłbyś ogarnąć trochę pomieszczenie dla zatrzymanych. Ten koleś z Tolentino wyglądał na nieźle chorego, gdy go przekazywałem policji z Chihuahua.

‒ Staruszek cierpiał na jakąś meksykańską zarazę. Widziałeś strupy na jego rękach? Jest szalony, skoro myśli, że pozwolimy mu wejść do naszego kraju i zainfekować wszystkich wirusem ebola czy czymś takim.

‒ To był półpasiec – sprostował Riki.

‒ Sorry, nie wiedziałem, że rozmawiam z doktorem Chavezem – zadrwił Bert.

‒ Problem w tym, że on był chory. Powinniśmy wywietrzyć pomieszczenie.

‒ Mów mi Martha Stewart. Zapewniam, że uprasuję obrusy i ustawię tulipany.

‒ Nie bądź leniwym Angolem – żartował Riki, by wprowadzić lżejszy nastrój.

Po trzyletniej wspólnej pracy ich cięte riposty ograniczały się do garstki w kółko powtarzanych tych samych frazesów.

‒ Moja działka to tłusty ignorant. Lenistwo to absolutnie twoja. Musimy się trzymać swoich ról, bo inaczej jaki to ma sens? ‒ Bert roześmiał się, Riki też posłał mu uśmiech.

Jadąc, usłyszał w radiu piosenkę Shakiry. To przypomniało mu Rebę. Zawsze mówił, że wygląda jak ciemnowłosa wersja piosenkarki, szczególnie rano, gdy jej jeszcze nieuczesane włosy leżały pofalowane na poduszce. Taką ją zostawiał, w nieładzie i piękną. Czasem musiał się siłą powstrzymywać, żeby nie wejść i nie położyć się obok niej, nie schować twarzy w jej włosach, nie poczuć jej skóry pachnącej snem. Wiedział jednak, że gdyby to zrobił, natychmiast by się obudziła i odsunęła go. Nie mógł mieć jednocześnie tej Reby, którą on widział, i tej, która widziała jego. To były dwie różne kobiety, a jednak wolał mieć tylko jedną z nich, niż nie mieć żadnej.

Wyłączył muzykę i sprawdził adres. Jakby już znał tę okolicę. Nowe osiedle domów w barwach wielkanocnych jajek wypełniało uliczki o tak opatrznościowych nazwach jak Via Del Estrella czy Via Del Oro. Na tyłach osiedla znajdował się kanał nawadniający, a za nim płynęła rzeka o brudnej i rdzawej wodzie. Obok dziwacznym szlakiem wiła się betonowa ścieżka dla biegających, tak rozgrzana upałem, że powietrze nad nią tworzyło miraże. Tablica obwieszczała, iż jest to LUKSUSOWA NIERUCHOMOŚĆ NAD RIO GRANDE. Jeszcze parę lat temu nikt by tu nie zamieszkał, nawet gdyby mu dopłacali. Jak okiem sięgnąć, rozciągał się pustynny step z koloniami świstaków. Teraz słońce odbijało swe promienie w wielkich oknach i zaglądało do wypielęgnowanych podwórek. Wyglą-dały nienaturalnie, lecz pięknie. Podjechał pod dom kobiety – dwupiętrowy różowy pałacyk z koronkowymi żelaznymi balkonami zdobiącymi wyższe kondygnacje. Wyglądał jak piętrowy tort urodzinowy z okazji Quinceañera[2].

Zanim jeszcze Riki zdążył wyłączyć silnik, do wejścia podeszła drobnej postury kobieta w odprasowanych spodniach khaki. Wysiadł z auta.

‒ Są tu już ponad tydzień – zaczęła od razu. – Mąż powiedział, żeby ich zostawić w spokoju, i tak bym zrobiła... naprawdę bym tak zrobiła... ale tam są dzieci! To po prostu dla nich niezdrowe, mieszkać w samochodzie i kąpać się w tej błotnistej rzece, jak zwierzęta! Powiedziałam więc mężowi, że was wezwę dla ich własnego dobra... znaczy tych dzieci. One potrzebują właściwej opieki. Ta ich matka powinna się wstydzić. – Przeciągnęła dłonią po ostrzyżonych na boba włosach. Nad jej szyją lśniły diamentowe kolczyki w kształcie kropelek. – Ona też wychodzi. Co rano myje naczynia... naczynia! W tym błocie. Wydawać by się mogło, że skoro już przeskoczyli w ten sposób granicę, to przynajmniej mogłaby się starać nie rzucać tak w oczy. Mówię poważnie. Codziennie wyglądam, a oni tam są i zachowują się, jakby to był dziewiętnasty wiek. – Pokazała Rikiemu, by wszedł za nią do domu. – No a wczoraj ta mała dziewczynka, jeszcze niechodząca, raczkowała po ziemi bez żadnej opieki dorosłych, a ja pomyślałam sobie: a co by było, gdyby pojawił się wąż lub kojot? Nie mogłabym żyć z poczuciem, że na moim placu umarło dziecko, a ja nie zrobiłam nic, żeby temu zapobiec.

Gdy weszli, miniaturowy sznaucer rzucił się z ujadaniem do łydek Rikiego. W domu pachniało świeżą farbą i świecami waniliowymi, takimi, jakie paliła Reba, gdy brała długą kąpiel.

‒ Cicho, Tiny. – Kobieta odsunęła psa stopą. – Mam nadzieję, że nie boi się pan psów.

‒ Nie, proszę pani.

‒ Przy okazji, nazywam się Linda Calhoun. – Wyciągnęła rękę.

‒ Agent Riki Chavez.

Jej palce, delikatne i śliskie od olejków, szybko wysunęły się z jego dłoni.

‒ Jesteśmy z Karoliny Północnej. Mój mąż pracuje w Union Pacific... koleje. Sprowadziliśmy się tu parę miesięcy temu. Wciąż się przyzwyczajam do... wszystkiego. – Machnęła ręką, jakby odganiała muchy, po czym zaprowadziła Rikiego do tylnych drzwi. – Tam są te samochody. – Pokazała na brzeg rzeki, ale sama została w klimatyzowanym wnętrzu.

Nad rzeką w pobliżu betonowej ścieżki stał zaparkowany zniszczony czterodrzwiowy dodge. Drugiego samochodu nie dojrzał.

‒ Czy teraz oni tam są?

‒ Chyba tak – odrzekła Linda. – Nie wiem, czy mogliby być gdzie indziej.

‒ Pójdę pogadać z tymi ludźmi.

Nałożył czapkę i obszedł kamienny płot odgradzający zieleń trawnika Calhounów od piaszczystej pustyni zachodniego Teksasu.

Jakieś pół kilometra dalej nowe osiedle domów mieszkalnych nagle się skończyło. Za nim ciągnęło się może ćwierćhektarowe pastwisko dla koni, które oddzielało osiedle od kilku przyczep ustawionych na betonowych blokach. Dochodząc do samochodu, Riki zauważył ślad dużych kół samochodowych wiodący do przyczepy z drzwiami zamkniętymi na kłódkę i oknami zasłoniętymi płytą gipsową. Wyciągnął radiotelefon.

‒ El Paso, zgłoś się.

Zatrzeszczało i zapiszczało.

‒ 10‒4.

‒ Bert, jestem na miejscu – powiedział Riki.

Jeszcze raz obejrzał przyczepę, po czym skręcił do stojącego naprzeciwko dodge’a. Samochód miał okna zasłonięte kocami i ciemnymi koszulami zawieszonymi na szybach. Ich końce wystawały na zewnątrz, powiewając na wietrze.

‒ Jakie masz 10‒20? – zapytał Bert.

‒ Przy Doniphan, nad kanałem Rio, jakieś półtora kilometra od torów. Jest tu stadnina koni i kilka przyczep mieszkalnych. Za mną przejazd podziemny.

Riki przykucnął nad zaschniętym błotem i zmierzył palcem ślad samochodu. Był głębszy niż ten zostawiony przez czterodrzwiowego dodge’a. To musiała być ciężarówka.

‒ Hej, Bert, czy są tu gdzieś w krzakach geofony?

‒ Powinny być, a dlaczego?

Pobiegł wzrokiem po śladach kół wzdłuż brzegu, w stronę coraz szerszej i porośniętej krzakami pustyni rozciągającej się aż po horyzont.

‒ Chcę się tylko upewnić, że obserwujemy to miejsce. Wygląda podejrzanie. Może być kryjówką.

‒ Przyjąłem. Potrzebujesz wsparcia?

‒ 10‒23. Przyczepa wygląda na pustą. Jeśli informatorka mówi, że od tygodnia widywała tam dzieciaki, to mam przeczucie, że zostały porzucone. Przyślijcie tylko holownik i zróbcie 10‒29. Może być powiązanie z przemytnikiem.

Radiotelefon zatrzeszczał.

‒ 10‒4. Bądź ostrożny, Rik. Nie próbuj być bohaterem.

‒ Przyjąłem. Zero bohaterstwa.

Riki rozpiął kaburę pistoletu. Bert miał rację. Nie wolno mu ryzykować. W zeszłym miesiącu patrolujący funkcjonariusz doznał poparzeń trzeciego stopnia i wylądował na oddziale intensywnej terapii po tym, jak nielegalny imigrant rzucił w niego zwiniętą koszulą, nasączoną naftą i podpaloną. Obcokrajowiec zostawił go płonącego w zaroślach, a sam uciekł. Teraz pewnie był już w połowie drogi do Nowego Jorku, podczas gdy agent służby granicznej przechodził drugi etap przeszczepów skóry na rękach, klatce piersiowej i twarzy. Jego żona nadrabiała miną, widząc, jak w szpitalu ich pięcioletni synek uciekł, nie poznając ojca. Później samotnie płakała w korytarzu.

Riki zastukał w okno kierowcy, po czym odsunął się od szyby.

‒ Halo, jest tam kto? – Nacisnął klamkę.

Zablokowane. W pobliżu przedniego koła leżała lalka owinięta kolorową chustą rebozo. Na piasku widać było odciśnięte ślady małych stóp.

Linda Calhoun mówiła o matce z dziećmi. Zastukał ponownie.

‒ Señora? – Koc w oknie poruszył się. – Nie przyszedłem sprawiać wam kłopotu. Chcę pomóc. Proszę otworzyć – powiedział stanowczym głosem, a potem powtórzył po hiszpańsku.

Po dłuższej chwili zamek szczęknął i drzwiczki się otworzyły. Opalona Meksykanka wpatrywała się w niego ze łzami w oczach.

‒ Por favor – błagała. – Mis niños. To dla moich dzieci.

Z tylnego siedzenia wyglądały dwie małe główki.

‒ Macie papiery? Obywatelstwo lub wizę?

‒ Nie... nie ma wizy.

‒ Nie możecie tu zostać, jeśli nie jesteście obywatelami Stanów Zjednoczonych Ameryki. Skąd jesteście?

 

‒ Para mis niños – odpowiedziała. To dla moich dzieci.

‒ Jesteście tu nielegalnie. Wiem, że pani to rozumie. Jesteście tu sami czy w grupie... z przewodnikiem?

Zasłoniła twarz i szlochała.

Riki westchnął. Prawdopodobnie kobieta wszystkie peso, jakie miała, oddała organizacji przemytniczej za przewiezienie ich przez granicę. Gdy już ją przekroczyli, opłacony przewodnik albo ich porzucił, albo przywiózł do tego samochodu i kazał czekać w środku. Tak czy inaczej, najprawdopodobniej w ciągu ostatnich paru tygodni przeszła przez piekło, żyjąc w pustynnym upale, głodzie i strachu. A teraz widziała, że jej marzenia o przyszłości swojej i dzieci legły w gruzach. Wolałaby pewnie zostać w tym samochodzie i nawet umrzeć na amerykańskiej ziemi, niż być wysłana z powrotem do ojczyzny. Widział to już sto razy: rozpacz zmusza do robienia rzeczy nieprawdopodobnych.

‒ Señora. ‒ Riki starał się brzmieć optymistycznie. – To – przekonywał, wskazując na samochód – nie jest dobre miejsce dla pani dzieci. Jest inne rozwiązanie, ale nie to. – Otworzył drzwi szeroko. – Wyjdźcie.

Chwyciła jego dłoń oburącz.

‒ No deportación. Por favor, señor. – Nie deportacja, proszę.

Przełknął ślinę, czując rosnącą gulę w gardle. Miał tak za każdym razem.

‒ Przykro mi, ale takie jest prawo, a pani je łamie.

Riki urodził się w El Paso i z tego tytułu od razu został Amerykaninem. Jego ojciec i matka, urodzeni niecałą milę stąd, w Juárez w Meksyku, czekali dwa lata na wizę i kolejne siedem na obywatelstwo. Ten chory system wynagradzał jedynie bardzo bogatych i bardzo cierpliwych. Jego rodzice należeli do tych drugich. Rozumiał tragedię tej kobiety, ale także znał sprawiedliwość i obowiązek. Jego rodzina przestrzegała prawa swego nowego kraju i, czy się to komuś podoba, czy nie, uważał, że wszyscy powinni tak postępować. Riki był przekonany, że docenić to, co nam daje życie, można jedynie wówczas, gdy szanuje się i honoruje rządzące nim reguły. Ich łamanie może doprowadzić nawet do okradania sąsiadów czy oddawania moczu na Biblię. A jednak wyższe, moralne prawo współczucia wywoływało w nim niepokój, że traktuje tę kobietę i jej dzieci jak przestępców.

Z oddali Linda Calhoun obserwowała ich, stojąc w drzwiach i trzymając psa. Jej diamentowe kolczyki błyskały w słońcu jak iskierki ognia.

Riki skontaktował się przez radio z Bertem na posterunku, a tymczasem kobieta zbierała swój dobytek.

‒ Przywiozę kobietę z dwojgiem dzieci. Z całą pew-nością są obywatelami Meksyku. Nikogo więcej tu nie widzę.

‒ 10‒4.

Na podwórku pobliskiego domu obok przyczepy, małe dziecko w szortach i klapkach siedziało na starym, rdzewiejącym trzykołowym rowerku. Nie patrzyło na nich. Wpatrzone było w stojącą nieopodal przyczepę zamkniętą na kłódkę.

‒ Wracam do bazy – powiedział Riki i schował radio-telefon z powrotem do przedniej kieszeni. Strząsnął z buta grudkę błota.

Meksykanka kazała dzieciom zebrać swoje rzeczy. Starszy chłopiec zgarnął zniszczoną koszulę i dżinsy do sportowej torby. Dziewczynka przecisnęła się między przednie fotele i po kolanach matki zeszła na ziemię. Usiadła przy przednim kole, przyciskając do siebie lalkę i ssąc kciuk. Piękne czarne oczy wlepione w Rikiego ani razu nie zamrugały. Czy tak będzie wyglądała jego córka, pomyślał, tylko z mocnym nosem i gładką cerą Reby?

Chłopiec na rowerku odwrócił się do nich.

‒ Pa! – zawołał i pomachał. – Pa, pa!

Z otwartych drzwi przyczepy, w której mieszkał, wychyliła się jego matka.

‒ ¡Vete aquí! Obiad.

Chłopiec roześmiał się, położył rower na ziemi i posłusznie poszedł. Meksykanka posłała Rikiemu gniewne spojrzenie i zamknęła drzwi samochodu. Dziewczynka u jego stóp przytuliła się do nóg matki. W jej ciemnych oczach odbijała się czapka z emblematem Straży Celnej i Granicznej.

Rozdział 12

Piekarnia Schmidtów

Ludwigstrasse 56

Garmisch, Niemcy

25 grudnia 1944 r.

Wesołych Świąt, Hazel. Piszę do Ciebie, mając zimne stopy i piersi natarte gorczycą. Ostatniej nocy mało spałam. Po północy do naszego domu przyszło gestapo, które przeczesywało miasto w poszukiwaniu jakiegoś żydowskiego uciekiniera. Przez nich Mutti i Papa musieli stać w kuchni w samych nocnych koszulach... w Wigilię! Żyjemy w okropnych czasach.

Mutti powiedziała, że mam gorączkę. Może powinnam więcej jeść na przyjęciu. Podawali pieczone prosię, piure ziemniaczane, białą kiełbasę, a na deser pudding ryżowy, ale nic z tego mi nie smakowało. Szampan też nie za bardzo. Przez te jego bąbelki jedzenie nie miało dobrego smaku. Tak jakby już było przeżute. W żołądku czułam kwas. Co do sukienki, o której Ci pisałam w ostatnim liście, szyfon może ślicznie wygląda, ale nie chroni przed zimnem. Zresztą zniszczyłam ją. Dół jest poplamiony, a kamyczki wiszą na nitkach.

Staraliśmy się cieszyć Bożym Narodzeniem najlepiej, jak umieliśmy, ale wszyscy byli w marnym nastroju. Mutti ugotowała małego karpia. Papa upiekł trochę Christstollen. Jadłam przy kominku, dopóki od żaru nie zaczęły fruwać babcine drewniane ptaszki. Potem wróciłam do łóżka. Nos mam spuchnięty i obolały, oczy zaczerwienione, a policzki blade jak gotowana ryba. Wyglądam i czuję się jak chora. Kilka minut temu przyszedł Josef. Kazałam mamie go odprawić. Muszę Ci wyznać, że dużo się wydarzyło... Josef podarował mi pierścionek zaręczynowy. Na razie włożyłam go pod materac. Jeszcze się nie zdecydowałam, Hazel, co zrobię. Nie kocham go, ale jest lepszy niż którykolwiek ze znanych mi mężczyzn. Opiekuje się nami i jest dobry dla Mutti i Papy. Oni mówią, że to wspaniała partia dla naszej rodziny. Mutti uważa, że nie trzeba kochać, żeby być żoną, wystarczy dobry przepis na bułeczki i silne plecy. Ale Ty przecież kochałaś Petera, prawda?

Och, Hazel, chciałabym Ci jeszcze tyle napisać, ale nie mam siły ani odwagi. Czy Ty jeszcze kiedyś wrócisz do domu? Tęsknię za Tobą. Ty zawsze wiesz, jak zrobić wszystko najlepiej. Chciałabym być bardziej podobna do Ciebie. Odpisz, proszę, szybko i przekaż Juliusowi moje życzenia świąteczne. Heil Hitler.

Twoja kochająca siostra

Elsie

P.S. Czy w Ośrodku kontrolują przychodzące listy?

*

Ośrodek Lebensborn

Steinhöring, Niemcy

27 grudnia 1944 r.

Kochana Elsie!

Dziś otrzymałam Twój list z 21 grudnia i śmiałam się w głos z historii Frau Rattelmüller. Ona zawsze była dziwaczna. Ale trzeba pamiętać jej historię. Gdyby mój mąż i dzieci zginęli w pożarze domu, też bym straciła rozum. Byłam wtedy małym dzieckiem, wciąż jednak pamiętam, jak zawodziła nad ich grobem. Podobno w każdej trumnie była tylko garść popiołu, wyobrażasz to sobie? Żałuję, że Mutti i Papa zabrali mnie na ten pogrzeb. Nienawidzę o tym myśleć. Czasem chciałabym móc wymazać coś z pamięci, wymazać przeszłość.

Przykro mi, że w tym roku znów nie mogliśmy z Juliusem przyjechać do domu. W związku z walkami w Ardenach Ośrodek zakazał wszystkim kobietom i dzieciom podróżować. Jakże tęsknię za Tobą, Mutti i Papą. Masz rację, już za długo nie byliśmy z wizytą u Was. Garmisch jest dla mnie pełne upiorów przeszłości, ale jeśli działania wojenne nie staną na przeszkodzie, obiecuję przywieźć Juliusa wiosną, na moje urodziny.

Tak jak pisałam w ostatnim liście, przesilenie zimowe uczciliśmy wczoraj cudownym świątecznym przyjęciem. Przybyło na nie o wiele więcej oficerów, niż się spodziewano, co sprawiło nam wielką przyjemność! Jeden z nich, o imieniu Günther, pytał szczególnie o mnie. Wywołało to poruszenie wśród dziewcząt, ponieważ był on dotąd partnerem tylko dla wybranek. Szczyci się najlepszymi aryjskimi przodkami w całych Niemczech. Co zresztą widać. Jego matka pochodzi z rodziny Sternów, tej od piwa. Bardzo go interesowała piekarnia naszej rodziny i zadawał przeróżne pytania. Jest dużo podobieństw między fermentacją pszenicy a tą w chlebie. Spędziliśmy urocze chwile. Mam nadzieję, że jeszcze tu wróci.

Kolejna dobra wiadomość. Dostałam w końcu kartę członkowską! Całkiem niepotrzebnie tak się obawiałam o bliźniaki. Ośrodek daje te karty tylko najlepszym dziewczętom, a więc muszą być zadowoleni z rozwoju dzieci. Dziewczynka jest dość silna i odważna. Przez całą ceremonię chrztu SS płakała, a gdy trzymali nad nią sztylet, sięgała do ostrza! Wszyscy mówią, że posiada prawdziwego ducha wikingów. Chłopiec jest trochę niedoskonały, ale ja też taka byłam na początku.

Jeśli chodzi o tę moją kartę: mogę płacić niższy czynsz i mam specjalne przywileje w robieniu zakupów. Od roku nie mogłam sobie kupić dodatkowych akcesoriów do mojej dirndl: satynowej wstążki, koronki czy metalowych guzików. Wszystko robi się oczywiście w imię wyższego dobra naszego narodu. Ale muszę przyznać, że aż przebieram nogami z podniecenia na myśl, że będę mogła kupić najlepszy materiał, nici i haftki, jakie zechcę. To jak nieustanne Boże Narodzenie.

Z Juliusem widziałam się w Wigilię. Dzieci śpiewały Weihnachtslieder. To było piękne. Mogłabym przysiąc, że słyszałam głos Juliusa, wysoki i czysty, ponad innymi. Wiem, że to karygodna matczyna duma. Chór naszych chłopców jest dużo lepszy niż wiedeńskich, tak mówią. Mamy nadzieję, że wypuścimy w świat najlepszych śpiewaków, choć wszyscy przyznajemy, że czeka nas jeszcze dużo pracy. Jest wrodzony talent, lecz brak iskry. Może Hans Hotter będzie mógł przyjechać i dawać im lekcje.

Po występie pozwolono nam być przez godzinę z dziećmi. Święty Mikołaj częstował grubymi kawałkami Weihnachtstollen, a maluchy biegały ze struclą w buziach i rękach, stemplując na biało nasze ręce, twarze i spódnice. Od wielu miesięcy nie czułam się tak pijana ze szczęścia. Julius najwyraźniej ma się dobrze. Mówił, że lubi zajęcia szkolne, i nauczył się stukać obcasami jak należy. Robi to naprawdę fachowo, a trzaśnięcie skórzanych butów go rozśmiesza. Potem wyciąga rękę i krzyczy: Heil Hitler! Jestem zdumiona, jak szybko stał się małym żołnierzem.

Ponownie zapytał o swego ojca. Wciąż jeszcze nie mam serca mu tego powiedzieć, więc odparłam, że kieruje ciężarówką Luftwaffe gdzieś w Jugosławii i nie może znaleźć poczty polowej, żeby wysłać listy. Był zadowolony z takiej odpowiedzi i zaraz poprosił o ciężarówkę do zabawy. Zamiast tego dałam mu drugi kawałek ciasta, a sama nie zjadłam. Próbuję schudnąć po urodzeniu bliźniaków.

A więc byłaś pierwszy raz na przyjęciu? Moja mała siostra już dorosła. Na pewno Ci się bardzo podobało. Mój pierwszy bal z Peterem w Hitlerjugend był jak sen. A tak przy okazji, czy Josef jest wolny? Nie pamiętam, czy pisałaś, że jest żonaty, czy nie. Ze względu na Ciebie, mam nadzieję, że nie. Ale jeśli jest, nie bądź rozczarowana. Może zaproszą Cię do Ośrodka Lebensborn. Ogromnie bym się cieszyła z Twojego towarzystwa. Tutaj bywam bardzo samotna. Tak, wiem dobrze, że to sentymentalne mrzonki. Jednak tęsknię za odgłosem czyjegoś snu, za rytmem oddechu drugiego człowieka. Chyba zbyt wiele lat spędziłam z Tobą w jednym pokoju.

Ostatnio nie sypiam zbyt dużo. Próbuję sobie wyobrazić Juliusa w drugiej części kompleksu, jak leży w czystym łóżeczku i równo oddycha. To pomaga. Wierzę, że dzięki mojemu poświęceniu on będzie lepszym człowiekiem, lepszym Niemcem. Niedługo także i Ty będziesz pewnie żoną i matką. Zobaczysz.

Często o Tobie myślę, Elsie, serdeczności.

Heil Hitler.

Hazel

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?