Skandaliczna propozycja

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Przecież wiem. A więc wszystko uzgodnione. We wtorek wybierzesz się ze mną do Newlands. – Był zadowolony, że zgodziła się z nim jechać.

A ona nie mogła postąpić inaczej. Nie miałaby serca odmówić drogiemu bratu, który tyle jej pomógł, tyle dla niej zrobił.

ROZDZIAŁ DRUGI

Molly jeszcze nigdy nie była w Newlands, więc gdy zajeżdżali powozem, rozglądała się ciekawie. Kamienny dom niegdyś był dworkiem myśliwskim, do którego poprzedni właściciel, starszy już dżentelmen, nie zaglądał od lat. Wreszcie w posiadłości pojawili się robotnicy, a po okolicy rozeszła się wieść, że Newlands nabył sir Gerald Kilburn, majętny kawaler, który pod koniec lata zamierza przyjechać tu w licznym towarzystwie. Louisa, siostra Molly, przekazała jej w liście nowe wieści, a mianowicie że sir Gerald jest znaną osobą w Londynie i ma szerokie znajomości wśród birbantów ściągających do stolicy podczas każdego sezonu.

I z tą właśnie kompanią przebywał zaledwie kilka mil od miasta, czyli zdecydowanie zbyt blisko Domu Nadziei, by Molly nie była tym zaniepokojona.

– Czyżbyś czuła się rozczarowana? – spytał Edwin, którego bawiło, że siostra wlepia oczy we wszystko. – Miałaś nadzieję, że Newlands będzie tak zapuszczone, że sir Gerald i jego kompania już po miesiącu stąd uciekną?

– Miałam nadzieję, że tak się stanie!

– Molly, proszę, nie przesadzaj z obawami. Sir Gerard mówił, że on i jego znajomi przyjechali tu po to, by zażyć rozrywek na świeżym powietrzu, a przede wszystkim polować. Przecież po to kupuje się dom myśliwski.

– Ale może się zdarzyć, że sir Gerard i jego kompani o podejrzanej reputacji znudzą się polowaniem czy łowieniem ryb i zaczną szukać innych rozrywek, a Dom Nadziei jest pełen młodych kobiet, które powszechnie się uważa za kobiety upadłe, co na pewno ich skusi.

– Co ci do głowy przyszło, Molly! Są tu już cały tydzień i zachowują się nienagannie.

– Tydzień to tylko siedem dni. A ja swoje wiem z listów od Louisy.

– Doprawdy, Louisa już chyba nie ma co robić, skoro tak bardzo pasjonuje się głupimi plotkami, które albo mijają się z prawdą, albo są wyolbrzymione. A ty, Molly, jesteś niesprawiedliwa wobec sir Geralda i jego znajomych. Kiedy ludzie opowiadają niestworzone rzeczy o Domu Nadziei, zawsze się zżymasz i mówisz, że pochopnie nie wolno osądzać bliźnich, ale sama to robisz. Jestem pewien, że będą się trzymać od Domu Nadziei z daleka. A gdyby, nie daj Boże… – Bezradnie rozłożył ręce. – Nic na to nie poradzisz, bo nie możesz podczas ich pobytu trzymać swoich podopiecznych pod kluczem.

– Przecież wiem. I jakoś mnie to nie cieszy – skwitowała Molly. – Bo nawet jeśli ci dżentelmeni będą zachowywać się jak należy, to wśród moich podopiecznych znajdą się takie, których uwadze nie umknie fakt, że w okolicy pojawili się przystojni i wytworni dżentelmeni.

– Moja droga, jeśli twoje dziewczęta chcą dalej iść przez życie, to muszą się nauczyć, jak oprzeć się przystojnemu i wytwornemu dżentelmenowi.

– Oczywiście, ale sam wiesz, jak jest. Na wieczorku tanecznym wszystkie damy pożerały wzrokiem tych dandysów!

– Naprawdę, Molly? – spytał rozbawiony Edwin.

– Tak. Przecież widziałam. – A także pożerała wzrokiem tego wysokiego, z ciemnymi lokami. Beau Russingtona. Była nim zauroczona. I niestety nadal tak jest, bo gdy tylko o nim pomyśli, jej serce bije szybciej.

Sir Gerald wraz z gośćmi czekał na nich w salonie. Molly już ich poznała w gospodzie Pod Głową Króla poza panną Molyneux, leciwą damą do towarzystwa panny Kilburn. Wiedziała już więc, że pani Sykes i lady Claydon to miłe, spokojne matrony, a Agnes Kilburn i panny Claydon też są sympatyczne, a także inteligentne oraz pełne życia i na szczęście nie mają w sobie nic z niebezpiecznych uwodzicielek. Natomiast jeśli chodzi o dżentelmenów, to najsympatyczniejszą i najweselszą osobą w tym gronie był niewątpliwie sir Gerald. Wszyscy dżentelmeni ubrani byli według najnowszej mody, o czym świadczył nie tylko krój fraka, ale również zegarki z dewizką i kunsztowne węzły fularów. Sir Joseph i pan Flemington z tą modą nawet przesadzali, natomiast Beau Russington reprezentował inny styl. Na tańcach w gospodzie Molly miała w głowie co innego niż zastanawianie się, dlaczego właśnie on w kwestii mody uważany jest za wyrocznię. Jednak w eleganckim salonie w Newlands mogła przyjrzeć mu się dokładniej i doszła do wniosku, że choć nosi się o wiele skromniej niż jego przyjaciele, to w kwestii elegancji bije ich na głowę. Wszystko, co miał na sobie, było stonowane, niewyzywające, ale w najlepszym gatunku i leżało na nim jak ulał. Na fraku, który okrywał szerokie plecy, nie było ani jednej zmarszczki. Spod fraka wyglądała jasna kamizelka, a niżej obcisłe spodnie okrywające wąskie biodra i długie umięśnione nogi. Na te rejony Molly naturalnie tylko zerknęła, po czym spojrzała na śnieżnobiały i kunsztownie zawiązany fular z połyskującą spinką z brylantem. A nad fularem profil szczupłej, pociągłej twarzy. Rysy raczej ostre, ale usta pełne i pięknie wykrojone…

Właśnie gdy zerkała na usta, Beau Russington, choć stał po drugiej stronie salonu, musiał wyczuć jej wzrok i zwrócił się ku niej twarzą. Spojrzenie jego prawie czarnych oczu było niezwykle wyraziste i miało wielką moc, bo z Molly zaczęło się dziać coś niepojętego. Zamarła niezdolna zrobić ani kroku, jakby nogi przykleiły się do podłogi. Puls przyśpieszył, a w środku niej rozgorzał płomień. Był żarłoczny i wygłodniały, bo od tak dawna nie płonął.

Mocno ją to poruszyło, bo okazało się, że mężczyzna nadal może budzić w niej to coś, co absolutnie nie powinno dochodzić do głosu.

Na szczęście podszedł do niej sir Gerald i zagadnął, więc skupiła się na wymianie uprzejmości z panem domu oraz z jego siostrą, a potem na pogawędce z panią Sykes i lady Claydon.

Przy stole Molly przydzielono miejsce między sir Geraldem a sir Josephem Aikersem. Pan Russington usiadł po drugiej stronie, daleko od niej. I dobrze, bo gdyby siedział blisko, spożywanie posiłku nie byłoby takie proste, lecz obyło się bez kłopotów. Sir Joseph, na oko wypacykowany goguś, był uprzejmy i potrafił zadbać o damę. Prowadził miłą konwersację, a także pilnował, by kieliszek damy był pełny, a na talerzu znalazło się to, na co miała ochotę. Wszystko, co podano, było smaczne, a rozmowa zajmująca. Nie poruszano żadnych niezręcznych tematów i Molly zaczęła się odprężać wśród wyedukowanych i mających dobre maniery ludzi. Nic dziwnego więc, że przez głowę przemknęła jej myśl, czy jednak nie przesadza z zagrożeniem z ich strony. Zaraz potem usłyszała śmiech Edwina, więc spojrzała w jego stronę. Polowanie zbliżyło jej brata do dżentelmenów z Newlands, dobrze się czuł w ich gronie. A ona znów miała kłopot, bo gdy zerknęła w tamtą stronę, pan Russington przechwycił jej spojrzenie, i znów te ciemne oczy były wlepione w nią, a jej serce znów zabiło jak szalone. Poczuła się jak dzikie zwierzę schwytane przez drapieżcę.

Jednak zdołała odwrócić wzrok, ale straciła apetyt i ucieszyła się, gdy panna Kilburn zaproponowała damom, by przeszły do salonu. Molly zamierzała usiąść koło lady Claydon oraz pani Sykes i porozmawiać, ale okazało się, że nie będzie plotkować, tylko ma grać.

– Pani brat powiedział, że powinnyśmy posłuchać pani muzyki. – Panna Claydon podniosła klapę fortepianu i skinęła na Molly. – Wielebny twierdzi, że gra pani znakomicie i pięknie śpiewa.

– Jak zwykle przesadził – odparła Molly, przysięgając sobie w duchu, że drogiemu bratu porządnie zmyje głowę. – Obawiam się, że rozczaruję państwa.

– Och, to niemożliwe! – wesoło rzuciła Harriet Claydon. – Nie słyszała pani mnie i Judith. My to dopiero jesteśmy rozczarowaniem! Po prostu beznadziejnym, choć miałyśmy najlepszych nauczycieli.

– Niestety to prawda – przytaknęła lady Claydon. – Na lekcje muzyki wydaliśmy fortunę, a one potrafią zagrać zaledwie kilka prościutkich kawałków. Natomiast panna Kilburn jest niezwykle utalentowana.

Molly natychmiast zaproponowała, by do fortepianu zasiadła rzeczona panna, ale odmówiła, nalegając przy tym:

– Bardzo chcemy posłuchać pani, pani Morgan.

Molly bez dalszego ociągania zasiadła do fortepianu, bo skoro ma już grać, to lepiej wykorzystać moment, gdy dżentelmenów jeszcze nie ma w salonie. Zagrała kilka krótkich utworów, a ponieważ domagano się, by także zaśpiewała, więc najpierw wykonała skoczną ludową piosenkę, a potem włoską pieśń miłosną. Damy ją chwaliły i prosiły o jeszcze, ale nie dała się namówić, więc do fortepianu zasiadła Agnes Kilburn, a Molly usiadła koło starszych pań, zadowolona, że już nie jest w centrum uwagi.

Po jakimś czasie do salonu wkroczyli dżentelmeni i zrobiło się głośno, a rozmawiano głównie o Newlands.

– Wielu moich znajomych próbowało mnie odwieść od nabycia posiadłości położonej tak daleko od Londynu – powiedział sir Gerald. – Także nasz Piękniś. Prawda, Russ?

– A tak. – Pan Russington podszedł bliżej. – Jest dużo dobrych terenów łowieckich położonych bliżej Londynu.

– Oczywiście! – przytaknął pan Flemington. – A w prowincjonalnych miasteczkach po prostu wieje nudą. Z tym że… – skłonił się w stronę Edwina i Molly – nie mam na myśli Compton Parva. W gospodzie Pod Głową Króla byliśmy na miłym wieczorku tanecznym.

– A ja nie żałuję mojego wyboru – oświadczył sir Gerald. – Owszem, z Londynu droga daleka, ale warto odbyć taką podróż, by potem mieć tyle wrażeń, co my dzisiaj. A mój myśliwski dworek bardzo mi się podoba i cieszę się, że nie dałem go sobie wyperswadować.

– Kiedy postanowiłem tu osiąść, moi znajomi też mi to odradzali – wyznał Edwin. – Ale nie żałuję tej decyzji. Czuję się tu wspaniale, jak w domu, a na koniu człowiek nigdzie się tak nie wyszaleje jak tutaj.

– Jeśli lubi się jazdę po błocie i wykrotach – wtrącił sir Joseph Aikers. – O tym, że w tych stronach pogoda jest o wiele mniej łaskawa niż na południu kraju, nie wspominając. – Skrzywił się zabawnie ku uciesze wszystkich.

 

– Ale tak ogólnie mamy jak najlepsze wrażenia – oznajmiła pani Sykes. – Naturalnie podróż była trochę męcząca, ale dom jest piękny, są wszystkie wygody, a mieszkańcy Compton Parva są mili.

– To dobrze, że w Newlands wreszcie ktoś zamieszkał – powiedział Edwin. – Nie tylko dlatego, że powiększy nam się parafia, ale też dlatego, że ludzie z miasteczka zyskają szansę na pracę, a w sklepach pojawią się nowi klienci.

– Jest jednak coś, co mnie zaskoczyło – powiedziała lady Claydon, zerkając w stronę fortepianu, jakby chciała się upewnić, czy jej córki i panna Kilburn nadal tam stoją i śpiewają, a więc nie mogą jej słyszeć. – Nie spodziewałam się, że będzie tu taki dom dla kobiet… takich innych.

– Moja żona uważa, że to coś w stylu zakładu sióstr magdalenek – dodał lord Claydon. – Też byłem zdumiony, gdy się dowiedziałem, że coś takiego tutaj istnieje. Zakłady sióstr magdalenek zwykle są w większych miastach, ale z tego wynika, że i w mniejszych są podobne kłopoty, a dzięki takim schroniskom kobiety nie kończą na ulicy.

Molly cała się nastroszyła, ale Edwin, nieznacznie pokręcił głową, prosząc w ten sposób, żeby się nie odzywała.

– Chodzi panu o Dom Nadziei? – spytał spokojnym głosem. – To schronisko dla kobiet, które zostały skrzywdzone przez mężczyzn, a nie zakład poprawczy dla kobiet upadłych moralnie.

– Tak czy owak, chyba można zrozumieć nasze zaskoczenie, gdy się dowiadujemy, że również w Compton Parva pojawiają się tego rodzaju problemy – wtrąciła pani Sykes.

– Niestety taka jest smutna prawda, a tego typu placówek powinno być o wiele więcej. Od chwili otwarcia Dom Nadziei jest przepełniony, a przyjmuje się kobiety z najdalszych zakątków hrabstwa.

– Więc i w tych stronach nie brakuje bezlitosnych uwodzicieli, jak dobrze nam znany Lothario!* – wykrzyknął pan Flemington i wywrócił oczami, udając przerażonego, a potem wielce rozbawiony przemknął spojrzeniem po pozostałych dżentelmenach. – Teraz to już jest ich tu pod dostatkiem!

Naturalnie dżentelmeni gremialnie zaprotestowali, a pani Sykes udzieliła mu reprymendy:

– To nie jest powód do żartów, panie Flemington. A pana, wielebny Frayne, zapewniam, że wspieramy domy sióstr magdalenek. Ktoś powinien pomóc tym biednym kobietom także i w tym, by uzmysłowiły sobie, że zbłądziły.

– Nasze podopieczne to nie są kobiety, które zeszły na manowce – oświadczyła Molly, uznając, że najwyższy czas, by ona też powiedziała parę słów. – To nie są kobiety upadłe, chociaż kto wie, czy w wielu przypadkach tak by się nie stało, gdyby nie pomocna dłoń. Z tym że nasze schronisko powstało na podobnych zasadach jak schroniska sióstr magdalenek. Ich celem jest zapewnienie bezpiecznego azylu kobietom ze wszystkich sfer.

Wiedziała, że jej przemowa zwróci uwagę wszystkich obecnych, ale musiała to zrobić, i to zdecydowanym tonem z wysoko uniesioną głową. Kilku dżentelmenów spojrzało na nią przez lorgnon, Beau Russington też skierował na nią wzrok, ale nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia.

– Czyli nie próbuje się wpłynąć na ich moralność? – spytała zaskoczona lady Claydon.

– Kobiety z Domu Nadziei to ofiary, proszę pani, a nie osoby niemoralne – odparła Molly. – Niektóre z nich zostały uwiedzione, innym udało się tego uniknąć, ale mężczyźni, którzy nie zdołali ich wykorzystać, z zemsty zniszczyli im reputację. A w Domu Nadziei te kobiety uczą się i nabywają różnych umiejętności, dzięki którym będą mogły same się utrzymać.

– Dużo pani wie o tym domu, pani Morgan – zauważył pan Russington.

– Owszem. – Uniosła głowę jeszcze wyżej. – Bo to ja ten dom założyłam.

To oświadczenie poruszyło towarzystwo. Ktoś cicho krzyknął, a pani Sykes, wachlując się zawzięcie, mruknęła:

– Wielki Boże…

Natomiast Molly była gotowa odeprzeć każdy atak, jednak nikt nie spoglądał na nią z pogardą czy dezaprobatą. Dżentelmeni w większości byli rozbawieni, a damy zaskoczone, z tym że sytuacja mogła się rozwinąć w różny sposób. Szczęśliwie ku wielkiej uldze Molly głos zabrał Edwin:

– Tak, to dzieło mojej siostry, a ja jestem z niej dumny. Kupiła posiadłość, biorąc kredyt spłacany w ratach annuitetowych, poza tym, świadoma, że Dom Nadziei nie przetrwa, jeśli mieszkańcy Compton Parva będą mu nieprzychylni, zwerbowała miejscowych, którzy utworzyli radę opiekuńczą. Dom ten istnieje już pięć lat. Jest tam również niewielkie gospodarstwo rolne, dzięki któremu mieszkanki mogą same się wyżywić, a nadwyżki sprzedają na targu.

– Czyli to prawdziwa firma – z podziwem podsumował sir Gerald. – Pani Morgan, chciałbym wesprzeć was finansowo. Porozmawiamy o tym, dobrze?

– Bardzo panu dziękuję. – Molly uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, ale uśmiech zgasł i stała się czujna, gdy sir Gerald zaproponował swym gościom, by wybrali się do Domu Nadziei i zobaczyli wszystko na własne oczy. – Niestety, to niemożliwe – powiedziała szybko. – Do Domu Nadziei, oprócz doktora, mogą wchodzić tylko kobiety. Natomiast odwiedzający i dostawcy są kierowani do dawnego domu farmerskiego.

– Nic dziwnego! – Pan Flemington zaśmiał się. – Przecież tam jest pełno kobiet, a to kusi!

– Staramy się, by jego mieszkanki były bezpieczne. W Domu Nadziei jest tylko jeden służący, ale za to prawdziwy olbrzym słusznie budzący strach. I tak właśnie ma być. Ma odstraszać nieproszonych gości.

Jej spojrzenie mimo woli przemknęło po twarzach dżentelmenów i na moment zapadła niezręczna cisza, którą przerwał sir Gerald:

– Co powiecie państwo na trochę muzyki i pląsów?

Panowie natychmiast się ożywili. Poprzesuwano meble pod ścianę, by środek salonu był pusty, i zwinięto dywan. Skruszona Molly, której było przykro, że doprowadziła do niemiłej chwili ciszy, zaproponowała, że siądzie do fortepianu, ale pani Sykes i lady Claydon zaprotestowały. To one będą grać, natomiast Molly ma tańczyć.

– Zagram z przyjemnością – oznajmiła lady Claydon, kierując się do fortepianu. – I mam nadzieję, że nie powie pani, że tego wieczoru nie tańczy. Natomiast ja naprawdę nie mogę, bo mój mąż miał wypadek, więc już nie szaleje na parkiecie.

– A ponieważ pani Morgan jest naszym gościem, a ja panem domu, pierwszy taniec z panią należy do mnie – oznajmił sir Gerald z uśmiechem, podchodząc do Molly, która wcale nie czuła się komfortowo.

Nie spodziewała się, że będą tańce, i o nich nie marzyła, ale wiedziała, że nie wypada odmówić, bo w innym wypadku jeden z dżentelmenów nie będzie miał partnerki. A nie może wymówić się nieodpowiednim strojem, ponieważ jej suknia z zielonego muślinu, ze spódnicą obszytą na dole wąską falbaną, była jak najbardziej odpowiednia. Dlatego z uśmiechem dała się poprowadzić na środek salonu.

Dobry humor sir Geralda udzielał się innym, w tym równie i Molly. Uwielbiała tańczyć, a rzadko miała ku temu okazję, dała się więc ponieść chwili, wdzięcznie podskakując i robiąc obroty w rytm skocznej melodii. Po jakimś czasie damy zaczęły zmieniać partnerów, to znaczy przesuwały się do przodu, zatrzymując na moment przed kolejnymi dżentelmenami. Było więc nieuniknione, że Molly zatrzyma się także przy panu Russingtonie, ale nie był to żaden kłopot. Zachwycona tańcem uśmiechnęła się promiennie, a Beau wziął ją za rękę i zaczęli wykonywać figurę taneczną, czyli owe podskoki. W pewnym momencie Molly uniosła głowę, pan Russington przechwycił jej spojrzenie i nagle zrobiło się całkiem inaczej. Jakby ją zaczarował. Owszem, słyszała dźwięki fortepianu, słyszała, jak wszyscy klaszczą zgodnie z rytmem, ale jednocześnie miała wrażenie, jakby ona i jej partner byli sami, zamknięci w gigantycznej bańce mydlanej, a on przyciąga ją do siebie, obejmuje, całuje i zaczyna zdejmować z niej suknię z zielonego muślinu…

Te jakże niebezpieczne i ekscytujące obrazy miała przed oczami. Na szczęście ten taniec wykonywała już tyle razy, że obyło się bez kompromitacji. Nie myliła kroku, przechodząc od jednego dansera do drugiego, do przodu i z powrotem, wracając do sir Geralda, z którym zaczęła, a więc i kończyła ten taniec. Potem jak wszyscy klaskała i uśmiechała się, choć w środku cała była roztrzęsiona.

Gdy szykowano się do następnego tańca, dostrzegła, że Beau Russington popatruje na nią, ale przecież nie może z nim tańczyć. Za nic w świecie!

Podeszła do Edwina i chwyciła go za rękę.

– Braciszku, proszę, zatańcz ze mną. Całe wieki razem nie tańczyliśmy.

– Ja? Z tobą? – Edwin spojrzał ponad jej głową. – Właśnie chciałem prosić pannę Kilburn, by dalej tańczyła ze mną.

– Edwinie, naprawdę bardzo proszę! – Miała nadzieję, że nie zabrzmiało to błagalnie, choć się myliła, do tego z całej siły chwyciła go za rękę, więc ustąpił.

W kolejnym tańcu sytuacja była o tyle korzystniejsza, że to panowie przemieszczali się od jednej partnerki do drugiej i robili to szybko. Partner tylko na moment pojawiał się przed damą, dotykał palcami jej dłoni i się oddalał ku następnej. Poza tym Molly już wiedziała, że nie wolno jej spoglądać na Beau Russingtona, dlatego patrzyła gdzieś w bok, niestety już sam fakt, że ów dżentelmen był tak blisko, wpływał na nią fatalnie, ponieważ tę bliskość odbierała każdą cząsteczką swego ciała. Znów czuła niesamowitą więź z tym mężczyzną, co było zatrważające.

Kiedy muzyka ucichła, Molly podeszła do fortepianu, przy którym nadal siedziała lady Claydon.

– Milady, może zastąpię panią? – zaproponowała. – Radość żołnierza gram z pamięci, wiele innych utworów też.

– Ależ nie trzeba, droga pani – zaoponowała lady Claydon. – Na pewno woli pani tańczyć, a nieczęsto ma pani ku temu okazję.

– Niestety, w ostatnim tańcu źle stanęłam i powinnam trochę odpocząć, by kostka przestała boleć. Gdyby uraz się powiększył, któryś z dżentelmenów zostanie bez partnerki, i mój brat będzie na mnie zły.

Gdy Lady Claydon spojrzała na nią ze współczuciem, Molly poczuła wyrzuty sumienia, że robi z brata tyrana. Ale jeszcze bardziej cieszyła się z odniesionego sukcesu, bo lady Claydon wstała i nie kryjąc zadowolenia, dołączyła do tańczących.

Zagrała z pamięci dwa tańce ludowe, ale kiedy panna Claydon zaproponowała Roztańczone serca, musiała wyszukać nuty. Znalazła je w chwili, gdy do fortepianu podszedł Beau Russington. I od razu znów poczuła te niepokojące sensacje.

– Może ma pani ochotę zatańczyć, pani Morgan? Z pewnością znajdzie się dama, która zastąpi panią przy fortepianie.

– Nie, dziękuję. – Nie patrząc na niego, wskazała na nuty. – Gram z wielką przyjemnością, ale nie znam kroków do tego tańca.

– Mogę panią nauczyć – zaproponował uwodzicielskim tonem.

A ona, ku swej rozpaczy, poczuła, że w gardle ma już sucho, a w głowie zaczęły się kotłować te okropne wizje, które nie miały nic wspólnego z tańcem.

– Nie, dziękuję. Skręciłam nogę w kostce podczas pierwszego tańca i tego wieczoru nie będę już tańczyć.

– A… Rozumiem. Nie wierzy pani w swoje siły. – Powiedział to takim tonem, jakby miał ją za kłamczuchę.

Czuła, że jej policzki płoną, więc zaczęła wygładzać nuty na stojaczku, starając się skupić na melodii, którą miała zagrać.

Po chwili usłyszała kroki. Beau Russington odszedł.

A co tam, pomyślała, przebiegając palcami po klawiszach. Jeśli zorientował się, że nie chcę z nim tańczyć, to tym lepiej. Obraził się i da mi spokój.

Zagrała dwa tańce, a wszyscy ją chwalili, po czym sir Gerald ogłosił, że w pokoju stołowym czekają przekąski. Ruszono do drzwi, a kiedy wstała od fortepianu, Beau Russington znów znalazł się obok niej.

– Pani pozwoli, że podam jej ramię. – Kiedy to usłyszała, odruchowo cofnęła się o krok, a on dodał: – Powinna pani oszczędzać tę feralną nogę.

– A… Tak, tak. – Podał jej ramię, a kiedy wsunęła rękę, gdzie należało, chwycił jej palce i ułożył jej dłoń na swoim przedramieniu. – Mogę sama iść – dodała spanikowana, bo zrobił to wprost bezceremonialnie.

– Ale ma pani przecież kłopot z kostką, prawda?

– Już jest o wiele lepiej.

– Szczerze mówiąc, odnoszę wrażenie, że pani mnie się boi.

– A ja mam wrażenie, że pan się ze mną droczy.

– Może i tak, ponieważ pani niechęć do mojej skromnej osoby jest intrygująca.

– A nie powinna intrygować. Prawdziwy dżentelmen od razu zrozumie przesłanie.

– O proszę! – Sapnął. – Czyżby nie uważała mnie pani za dżentelmena?

 

– Niestety nie. Wiem przecież, że jest pan hulaką i nade wszystko lubi się dobrze zabawić. – Nie powiedziała tego napastliwym tonem, miała jednak nadzieję, że samymi słowami ostatecznie zrazi go do siebie.

A jednak pomyliła się.

– Naprawdę uważa pani, że taka opinia o mnie jest sprawiedliwa?

– Owszem. Wiem, jaką pan ma reputację, a także pańscy przyjaciele. A wiem to nie z plotek, tylko z wiarygodnych źródeł. – Powiedziała mu to prosto w twarz i dziwne, ale była tym zachwycona, bo jeszcze nigdy nie rozmawiała z żadnym mężczyzną aż tak otwarcie.

– Do diabła… – mruknął, a Molly zaśmiała się, wyczuwając przez cienkie sukno, jak mięśnie na jego przedramieniu napinają się. Czyli był zły, a kiedy się odezwał, to choć ton głosu był niby uprzejmy i łagodny, to tak naprawdę lodowaty: – Niemniej, szanowna pani, wie pani to tylko ze słyszenia, nie znając mnie osobiście. – Podczas tej rozmowy przeprowadził ją przez salę, potem przez hol i znaleźli się w ciemnym kącie pod schodami. – Bo co tak naprawdę pani o mnie wie? – spytał, ustawiając ją tak, by znalazła się twarzą do niego.

A także oparł dłonie na jej ramionach. Owszem, zrobił to delikatnie, ale i tak nie była w stanie się poruszyć, skoro w tym mrocznym miejscu jego ciemne oczy jaśniały wręcz diabolicznym blaskiem. A jednocześnie znów narastało w niej to przedziwne poczucie więzi między nimi.

Był tak blisko niej, że czuła jego zapach, tak bardzo pociągający, że zaczęło jej się robić gorąco. Znów ten żar, to przemożne pragnienie tego właśnie mężczyzny. Oczywiście starała się za wszelką cenę je poskromić, zaciskając pięści tak mocno, by paznokcie wbiły się w ciało i ból pomógł jej wyzwolić się z niepożądanych uczuć, które wzbudzał w niej ten dżentelmen, podobnych do tych, jakie rozpalił w niej już kiedyś inny mężczyzna. Łajdak, który wziął wszystko, co sobie zamarzył, i bez skrupułów ją porzucił.

Dlatego czuła już tylko strach, paniczny strach.

– Posuwa się pan za daleko, sir – powiedziała, starając się, aby jej głos nie zadrżał ze strachu. – Proszę mnie puścić.

Ale nie zabrał rąk, tylko jeszcze mocniej zacisnął palce na jej ramionach.

– Boi się pani, że ją pocałuję?

Nie! – wykrzyczała w duchu. Boję się tego, że nie będę w stanie panu się oprzeć!

– Nie ośmieli się pan!

Russ czuł, że Molly cała drży, ale też widział w jej oczach wahanie i miał wrażenie, że z każdą sekundę jej opór słabnie.

– Sama pani powiedziała, że jestem hulaką – oznajmił łagodnym tonem. – A hulaka ma to do siebie, że odwagi mu nie brakuje i lubi wyzwania.

Kiedy różowy czubek języka Molly nerwowo przemknął po wardze, przez jedną krótką chwilę gotów był spełnić swoją groźbę, czyli przyciągnąć ją do siebie i posmakować pełnych warg. Ale nie zrobił tego, bo w szarych oczach dostrzegł strach, i z pewnością nie tylko przed pocałunkiem. Niemożliwe, żeby wdówka aż tak się bała jednego cmoknięcia.

Co ty sobie w ogóle wyobrażasz, Charlesie Russingtonie? – nadal piekliła się w duchu. Że żadna kobieta ci się nie oprze? I niech do ciebie wreszcie dotrze, że nie wypada zachowywać się tak wobec damy!

Szybko cofnął ręce i zrobił krok w tył.

– Ma pani rację. Proszę mi wybaczyć, że droczyłem się z panią.

Przerażenie znikło z szarych oczu, za to rozświetlił je gniew.

– A czegoż innego można spodziewać się po rozpustniku? – wyrzuciła z siebie z jawną złością. – Pańskie skandaliczne zachowanie tylko potwierdza to, co o panu usłyszałam. Im szybciej wraz z całą kompanią wyjedzie pan z Compton Parva, tym lepiej! – Odmaszerowała, wysoko unosząc głowę.

Zniesmaczony sobą Russ odprowadził ją wzrokiem. Co go podkusiło, by się z nią drażnić? Och, to proste. Rozzłościła go, a wielki Beau Russington, znany z tego, że zawsze zachowuje zimną krew i jak najlepsze maniery, tym razem dał się ponieść emocjom!

Przeklęty babsztyl! Dziwne, że tak na nią zareagował, skoro w takich nie gustuje. Za niska, prawie chuda, świętoszkowata, no i filantropka! Chwała Bogu, że instynkt doszedł do głosu i uratował go przed wielką głupotą. Przecież od Molly Morgan należy trzymać się jak najdalej!

Przez kolejne dwa dni padało, co cieszyło Molly, bo w taką pogodę nikt się nie kwapi do składania wizyt. Nie tęskniła za gośćmi, bo ktoś mógł zauważyć, jak z Beau Russingtonem stała pod schodami, a nie chciała o tym rozmawiać. Oczywiście mogłaby zmyślić jakieś niewinne wytłumaczenie, ale sama z tym incydentem wciąż nie doszła do ładu i czuła się nieswojo.

W czwartek pojechała powozem do Domu Nadziei, nadal wdzięczna naturze, że serwuje okropną aurę. Schronisko i sąsiadująca z nim farma leżały po drugiej stronie doliny, naprzeciwko Newlands, a wiedziała, że sir Gerald i jego kompani często wyjeżdżają poza granice posiadłości. Lecz w taką pogodę na pewno nie chce im się wyściubiać nosa na zewnątrz.

Okazały kamienny dom, w którym mieścił się Dom Nadziei, kupiony został od zamożnego ziemianina, który zadbał, by była to siedziba odpowiednia dla człowieka z jego pozycją. Stąd między innymi wzięły się przesadnie wielkie przesuwne okna i stylowy portyk zdobiący drzwi wejściowe. A także to, że dom stał w odpowiedniej odległości od dawnej siedziby farmera za stajniami i ogrodem warzywnym.

Teraz był to azyl dla dziesięciu kobiet w różnym wieku i po różnych bolesnych przeżyciach. Zajmowały się domem i ogrodem, w czym pomagał im jedyny zatrudniony tu mężczyzna, Moses, który prowadził też farmę. Molly miała za sobą kilka pracowitych lat, ale cel został osiągnięty. Dom Nadziei był bezpiecznym schronieniem dla kobiet w potrzebie, a także, co bardzo ważne, sam się utrzymał. Dlatego Molly, przyjeżdżając tu, czuła się dumna, że udało się to wszystko osiągnąć.

Drzwi otworzył Moses, zwaliste chłopisko na oko może i z tępą twarzą, ale tak naprawdę był nadzwyczaj bystry. W tej posiadłości pracował od małego, a gdy okazało się, że na prowadzeniu farmy zna się jak mało kto, Molly zaproponowała mu, żeby nadal tu pracował. Moses przyjął to z wdzięcznością i był absolutnie lojalny wobec nowej chlebodawczyni, a domu i jego mieszkanek strzegł jak oka w głowie. Molly miło się z nim przywitała i poszła do biura na tyłach domu, gdzie za biurkiem siedziała piękna blondynka i ślęczała nad rachunkami. Na widok Molly zerwała się z krzesła i podbiegła, by ją uściskać.

– Kto by się spodziewał, że przyjedziesz w taką ulewę! – zawołała.

– Przecież opiekuję się wami, a więc powinnam tu bywać przynajmniej raz w tygodniu. Chociaż nie zawsze muszę tu drałować na piechotę – z uśmiechem odparła Molly. – Nie przeszkadzam, Fleur? Widzę, że jesteś zajęta.

– Ależ skąd. Właśnie skończyłam liczyć, ile zarobiłyśmy wczoraj na rynku. A chociaż lało bez przerwy, sprzedałyśmy wszystko.

– Bardzo się cieszę. I przepraszam, że nie było mnie z wami. Powinnam wam pomóc.

– Molly, za co przepraszasz? Tyle razy już ci mówiłyśmy, że damy sobie radę. – Fleur wzięła ją pod ramię. – Zapraszam do salonu na herbatę.

Wyszły na korytarz. Molly cieszyła się, że ta młoda i radosna kobieta w niczym nie przypomina przerażonej istoty, która przed kilkoma laty przybyła do tego domu. Molly znała ją od dziecka. Fleur Dellafield wyrosła na prawdziwą piękność, ale jej życie zmieniło się w koszmar, gdy owdowiała matka powtórnie wyszła za mąż. Ojczym kilkakrotnie próbował wziąć Fleur siłą, a gdy mu to się nie udało, wyrzucił ją z domu. Bezdomną, wygłodzoną i odzianą w łachmany Fleur znalazła na ulicy Molly i przywiozła do nowo otwartego Domu Nadziei. Szybko się tu zadomowiła, a ponieważ była osobą pojętną i świetnie zorganizowaną, Molly mianowała ją gospodynią. Poza tym Fleur była śliczna i Molly nieraz narzekała, że z tą swoją urodą marnuje się w Domu Nadziei. Ale pani Dellafield jakoś nie wyrywała się na wolność.

– Kiedy jeździłam do Bath, przedstawiano mi wielu dżentelmenów, ale żaden z nich nie przypadł mi do gustu – zwierzyła się kiedyś Molly. – A po tym, co zrobił mój ojczym, mężczyźni przestali dla mnie istnieć. Chcę tylko mieć dach nad głową i czuć się potrzebna.