Dziwne małżeństwo lorda Quinna

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sarah Mallory

Dziwne małżeństwo lorda Quinna

Tłumaczenie: Hanna Hessenmüller

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2020

Tytuł oryginału: Beauty and the Brooding Lord

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2018

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2018 by Sarah Mallory

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5211-9

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

L.F., memu kochanemu wydawcy. Twoja cierpliwość, pomoc i wskazówki są bezcenne!

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Londyn – 1816

Serena wyszła na taras. Noc była bardzo ciepła. Przestało padać, na czarnym niebie widać już było tylko kilka niewielkich chmur, a ona w to niebo patrzyła z bijącym sercem. Była przecież w rozterce, doskonale zdając sobie sprawę, że naraża swoją reputację na szwank. Ale z drugiej strony nie ma przecież innego sposobu, by upewnić się, czy sir Timothy ją naprawdę pociąga. Musi ją pocałować i już!

Zbiegła szybko po schodkach i szeleszcząc spódnicami, pomknęła wąską ścieżką do arkady w wysokim żywopłocie, którędy wchodziło się do różanego ogrodu. Była tam już przed paroma dniami, kiedy razem z Henrym, przyrodnim bratem, i jego żoną Dorotheą złożyli wizytę Grindleshamom, ponieważ Henry bardzo chciał obejrzeć obrazy, które pan domu zamierzał sprzedać. Panowie poszli do galerii, a Serena i Dorothea do ogrodu, który Serena miała teraz sposobność zobaczyć nocą. Ścieżki srebrzone księżycową poświatą i róże, teraz czarne albo szaroniebieskie, ale nadal pachnące upojnie. Kiedy minęła zakręt ścieżki, wyczuła jeszcze inny zapach. Zapach tytoniu dolatujący z altany oplecionej pnącymi różami, w której ktoś był. Niewątpliwie mężczyzna, a więc to na pewno sir Timothy. Serce Sereny znów zabiło szybciej. Mężczyzna siedział, do połowy spowity w mrok, natomiast długie nogi w jasnych pantalonach i białych jedwabnych pończochach były doskonale widoczne. I tym, że siedział, Serenę jednak zaskoczył. Można się przecież było spodziewać, że kawaler będzie czekać z wielką niecierpliwością, chodząc nerwowo tam i z powrotem. Była więc trochę rozczarowana, ale naturalnie nie dała tego po sobie poznać i podchodząc do altany, uśmiechała się promiennie.

– Proszę wybaczyć, że się trochę spóźniłam, ale… – zaczęła i nagle urwała. – Och! Przecież pan… pan wcale nie jest sir Timothym!

– Nie. Nie jestem – burknął, podnosząc się i Serena odruchowo cofnęła się o krok, ponieważ ten opryskliwy dżentelmen był naprawdę wyjątkowo rosły i wyraźnie teraz rozdrażniony.

– Proszę wybaczyć… – zaczęła nieśmiało.

– Był tu taki jeden. Ale sobie poszedł.

– Poszedł?

– A tak! Śmiał zasugerować, że powinienem ustąpić mu miejsca. Ja jemu! Zuchwalec! Więc go stąd wykopsałem!

– Do… dosłownie?

– Nie. Trochę go potarmosiłem, ale nosa nie zdążyłem rozkwasić, bo poszedł jednak po rozum do głowy i zniknął.

– Zachował się pan haniebnie, sir! Jak prostak!

– Ach tak? Czyli szanowna pani uważa, że powinienem był zerwać się z krzesła, na którym usiadłem pierwszy? Niby dlaczego? Chciałem sobie tu spokojnie wypalić cygaretkę, a wy moglibyście poszukać sobie innego miejsca na amory.

– Jak pan śmie coś takiego sugerować!

– A dlaczego nie? Chyba się nie mylę?

Owszem, nie mylił się, ale Serena wcale nie zamierzała spuścić z tonu.

– Jest pan bardzo, ale to bardzo nieuprzejmy!

– Naprawdę? Postaram się więc być już grzeczny. Proponuję, by pani teraz udała się na poszukiwanie swego kochasia.

– Oczywiście, że się oddalę! Natychmiast! – krzyknęła Serena drżącym z oburzenia głosem. – A pan niech sobie zbyt wiele nie wyobraża. To na pewno nie jest mój kochanek!

Białe zęby zalśniły w świetle księżyca, kiedy nieznajomy i jakże nieprzyjemny dżentelmen uśmiechnął się szeroko.

– Przede mną nie musi pani niczego ukrywać!

– Ach, ty… ! Ty!

Krzyknęła, wcale nie cicho, a on skrzyżował ramiona na rozległej piersi i poczęstował ją kolejnym, nadzwyczaj nieprzychylnym spojrzeniem. Naturalnie z wysoka.

– To znaczy – kto?

Jeszcze przez krótką chwilę mierzyła go płonącym wzrokiem, zaciskając pięści, jednocześnie jednak próbowała poskromić gniew. Przecież gdyby teraz rzuciła się na niego, oznaczałoby to, że straciła resztki godności. Nie wypada nawet tupnąć nogą. Więc nie tupnęła, tylko odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła przed siebie, mamrocząc pod nosem. Naturalnie, słowa bardzo dosadne, które najchętniej cisnęłaby temu indywiduum prosto w twarz.

Gdy Serena weszła z powrotem do sali balowej, nie było tam już tłoczno, ponieważ większość gości udała się na kolację. Ci, którzy jeszcze zostali, zajęci byli rozmową i Serena, kiedy ich mijała, modliła się w duchu, żeby nikt nie zwrócił na nią uwagi. Przecież jeszcze nie ochłonęła i na pewno widać po niej, jak bardzo jest wzburzona. Na szczęście nikt nawet na nią nie spojrzał. Przemknęła przez salę do sąsiedniego pokoju, pokoju dla dam i przede wszystkim podeszła do lustra. Niestety, policzki nadal były prawie szkarłatne, a w oczach gniewne błyski, dlatego przez dłuższą chwilę stała przed lustrem, udając, że poprawia włosy. Nadal jednak zła. Bo to wszystko razem było po prostu irytujące. Chciała mieć za męża kogoś interesującego, a jej starszy brat przez cały zeszły tydzień przedstawiał jej samych nudziarzy, tak zwanych godnych zaufania dżentelmenów. Henry i Dorothea, uznając, że nie muszą jej pilnować, zasiadali do gry w karty i dzięki temu, że byli w innym pokoju, Serena mogła zrobić to, co sobie umyśliła. Podczas krótkiej przerwy między tańcami wymknąć się z sali i udać się na spotkanie się z dżentelmenem okrzykniętym birbantem, a więc na pewno nie nudziarzem.

Niestety, spotkanie nie doszło do skutku. Postała jeszcze chwilę przed lustrem, strzepnęła spódnicę i tak jak wszyscy poszła do pokoju, gdzie podano kolację. I gdzie od razu zauważyła przy jednym z większych stołów brata i bratową, delektujących się wybornymi przekąskami. Spostrzegła też Elizabeth Downing, jej brata i jeszcze kilka innych znajomych osób. Serena, uśmiechając się miło, pomachała i tam skierowała swe kroki. Gdy podeszła, Jack Downing natychmiast zerwał się na równe nogi. Elegancko odsunął dla niej krzesło, po czym dopilnował, by pojawił się przed nią talerz pyszności i kieliszek wina. Był bardzo miły, wręcz nadskakujący i to podziałało jak przysłowiowy balsam na duszę Sereny, nieco jednak obolałą po niemiłym wydarzeniu w altanie. Jadła, włączyła się do rozmowy, a kiedy muzycy zaczęli stroić instrumenty, razem ze wszystkimi wróciła do sali balowej. Rozejrzała się dookoła, wypatrując sir Timothy’ego. Na próżno, czyli być może pojechał już do domu, co wcale jej nie zdziwiło. Po tym, co przytrafiło mu się w tej altanie, miał prawo tak postąpić. Wcale mu nie współczuła. O, nie. Stanowczo wolałaby inny wariant. Sir Timothy, rozjuszony, rzuca się na grubianina i powala go. Niestety, stchórzył, w konsekwencji czego skazana została na bardzo niemiłą potyczkę słowną. Jednak gdyby sir Timothy stanął do walki, to zważywszy imponujące rozmiary owego grubianina, chyba nie mógłby liczyć na zwycięstwo.

Bal dłużył się Serenie w nieskończoność i dlatego już po kilku tańcach odszukała drogą bratową, oznajmiając, że chce wracać do domu.

– Ty?! Chcesz wyjść, kiedy tańce jeszcze się nie skończyły?! Nie wierzę! – zakrzyknęła Dorothea, wybuchając śmiechem bardzo głośnym, co pozwalało przypuszczać, że zdążyła wypić kilka kieliszków wina. – Niestety, to niemożliwe, ponieważ masz teraz zatańczyć z lordem Aftonem.

Wicehrabia Afton był najlepszą partią w tej sali, ale dla Sereny był przede wszystkim bufonem i nudziarzem, a poza tym, choć kawaler, miał już tyle lat, że mógłby chyba być jej pradziadkiem. Naturalnie nie było sensu spierać się teraz z bratową, tylko przykleić uśmiech do twarzy i ruszyć do kadryla z bufoniastym staruszkiem. A kiedy taniec wreszcie dobiegał końca, nagle zauważyła po drugiej stronie sali znaną już sobie postać. Zaintrygowana nie omieszkała zapytać:

– Lordzie Aftonie, czy zna pan może tego wyjątkowo rosłego dżentelmena, który rozmawia teraz z lordem Grindleshamem?

 

– A… Ten tam? Wielki jak niedźwiedź? To lord Quinn. Rufus Quinn, człowiek bardzo niemiły. Nikt za nim nie przepada.

– Ale został zaproszony.

– Ponieważ jest bardzo bogaty. Prawdziwy krezus. W Londynie pojawia się rzadko. Podejrzewam, że przyjechał, ponieważ Grindlesham sprzedaje swoją kolekcję dzieł sztuki. Quinn uważany jest za prawdziwego konesera sztuki i kolekcjonera. Cóż… Może sobie na to pozwolić.

Ostatnie zdanie wypowiedział z goryczą i nie można się było dziwić, bo wszyscy wiedzieli, że lord Afton bogaty na pewno nie jest. Kiedy po skończonym tańcu odprowadzał ją do Henry’ego i Dorothei, Serena przez cały czas zerkała na lorda Quinna. Granatowy frak leżał na nim bez zarzutu, ale fular zawiązany był byle jak. Brązowe włosy wcale nie były starannie wyszczotkowane i ułożone. Poza tym lorda Quinn ta rozmowa wyraźnie nudziła. Wcale nie starał się tego ukryć, czyli jego maniery istotnie nie były najlepsze. Szybko spojrzała teraz w inną stronę. Przecież takiemu komuś naprawdę nie warto poświęcać uwagi.

Wreszcie bal dobiegł końca. Serena razem z braterstwem przeszła do zatłoczonego teraz holu, gdzie było bardzo głośno i służący oznajmiający, czyj powóz zajechał, musieli krzyczeć prawie na całe gardło.

– Wrzaski jak na targowisku – sarknął Henry, prowadząc swoje damy na bok. – Co skłoniło Grindleshama, by zaprosić aż tylu gości? I to jakich! A właśnie… Sereno, zauważyłem, że rozmawiałaś z Forsbrookiem. Kto ci go przedstawił?

Serena bezradnie rozłożyła ręce.

– Niestety, nie przypominam sobie. Sam dobrze wiesz, jak to jest.

– Forsbrook to znany uwodziciel o bardzo nieciekawej reputacji i już wcześniej kładliśmy ci do głowy, żebyś trzymała się od niego z daleka.

– Ach! Większość dżentelmenów w Londynie wcale nie ma nieskazitelnej reputacji. Russ też nie miał, zanim się nie ożenił.

– Nie przesadzaj! Ten Forsbrook to rozpustnik, a Russ nigdy taki nie był!

– I szkoda, wielka szkoda, że tacy właśnie rozpustnicy są dla większości dam bardzo pociągający – zauważyła z niesmakiem Dorothea.

A Serena wypaliła:

– Co nie trudno wytłumaczyć. Przecież tacy właśnie dżentelmeni są z pewnością wyjątkowo biegli w sztuce miłosnej.

Henry cicho prychnął, a Dorothea była wyraźnie zgorszona.

– Sereno! Damie nie wypada mówić takich rzeczy!

Serena zrobiła więc, co wypadało, czyli przeprosiła, przyznając w duchu, że może rzeczywiście lepiej było darować sobie tę uwagę. Jeszcze pomyślą, że marzy właśnie o kimś takim. Wcale nie było jej łatwo wyjść za mąż. Na londyńskich salonach zaczęła bywać przed dwoma laty i niejeden dżentelmen gotów był pojąć ją za żonę, ale ci, którzy zostali zaakceptowani przez jej przyrodnich braci, Henry’ego i Russa, dla niej byli nie do przyjęcia. W rezultacie na balach nudziła się jak mops. Może i nie byłoby tak beznadziejnie, gdyby mieszkała u Russa i Molly, inteligentnych, błyskotliwych, pełnych życia. Jednak oni mieszkali teraz na północy kraju, czekając na przyjście na świat swej drugiej latorośli, dlatego Serena musiała mieszkać przy Bruton Street, u Henry’ego, swego starszego brata, który był jej opiekunem. Henry i Dorothea przed dwoma laty wydali już swą córkę za mąż i teraz szukali małżonka dla Sereny. Przede wszystkim kogoś zacnego, o nieskazitelnej opinii i wiadomo było, dlaczego. Przecież Russingtonowie raz już okryli się niesławą, zatem chcieli uniknąć kolejnego skandalu. I dlatego mąż Sereny miał być człowiekiem bez skazy, oczywiście odpowiednio wysoko urodzonym i najlepiej majętnym. Preferencje Sereny były jednak nieco inne. Jej mąż, oprócz tego, że przystojny, powinien być człowiekiem inteligentnym, wyedukowanym i z poczuciem humoru. Naturalnie chciała też, by wiedział, jak sprawić żonie przyjemność w zaciszu alkowy. Pannom nie wypadało dociekać, co dokładnie dzieje się w łożu małżeńskim, ale Serena coś na ten temat wiedziała. Dorothea na przykład twierdziła, że obowiązkiem żony jest całkowicie poddać się zachciankom męża. Natomiast Molly wyznała jej kiedyś, że jeśli mąż i żona naprawdę się kochają, to w zaciszu alkowy jest po prostu cudownie. Czyli miłość jest najważniejsza. A żaden z podsuniętych Serenie kandydatów na męża nie wydał jej się pociągający, więc nie było co się łudzić, że kiedyś go pokocha. W rezultacie po tych dwóch bezowocnych latach doszła do wniosku, że czas najwyższy samej pokierować swoim losem i znaleźć sobie kogoś wśród birbantów. Czemu nie? Przecież Russ był uważany kiedyś za bon vivanta, a teraz jest dobrym mężem i ojcem.

Tak postanowiła i od tej chwili i na balach i podczas innych spotkań towarzyskich, kiedy tylko była ku temu sposobność, starała się umknąć czujnym spojrzeniom Henry’ego i Dorothei. Sama sobie wyszukiwała ewentualnych kandydatów na męża i wcale nie stroniła od dżentelmenów o wątpliwej reputacji. Niestety w Londynie niełatwo było spotykać się z dżentelmenem potajemnie. Flirt z czarującym lordem Fyfieldem przebiegał gładko, dopóki jedna z serdecznych przyjaciółek Dorothei nie wypatrzyła ich w Green Parku. Henry natychmiast przystąpił do działania, kładąc kres wspomnianemu flirtowi. Jeszcze zanim lord Fyfield zdążył Serenę pocałować…

Koniec smętnych rozmyślań, ponieważ służący, przekrzykując gwar, oznajmił, że zajeżdża powóz lorda Hambridge’a.

– Wreszcie – mruknął Henry, a potem głośniej: – Wsiadamy, moje drogie. Wracamy do domowych pieleszy.

Pierwszy ruszył do drzwi, ale ktoś zatarasował mu drogę. Ktoś nadzwyczaj rosły, ustawiony plecami do nich. Serena od razu rozpoznała te bary i rozwichrzone włosy.

Lord Quinn. Oczywiście. Henry coś tam powiedział, lord Quinn usunął się na bok, ale wcale nie przeprosił. Twarz kamienna, a przenikliwe spojrzenie przez moment skierowane na Serenę, która miała sposobność zauważyć, że ten wielki, ponury lord ma piękne oczy. Duże i brązowe.

Serena naturalnie uznała, że sir Timothy nie powinien jej już interesować, ale tak się jednak nie stało. Już następnego dnia, gdy spotkali się na przyjęciu u Downingów, gorąco ją przepraszał, że nie było go w ogrodzie Grindleshamów, Spytał też, czy mógłby jakoś naprawić swój błąd. Był bardzo elegancki, miał czarne loki, grecki profil, poza tym chyba też coś z birbanta i Serena postanowiła go jednak wysłuchać. Tym bardziej że propozycja sir Timothy’ego była nadzwyczaj kusząca. Mieli wybrać się razem na uroczyste otwarcie ogrodów Vauxhall z okazji rozpoczęcia nowego sezonu. Włożą czarne peleryny i maski, a potem zwiedzą piękne ogrody. Dla żądnej przygód Sereny ta potajemna eskapada była czymś niezwykle pociągającym. Może tam sir Timothy wreszcie ją pocałuje...

Zdawała sobie sprawę, że co innego potajemny pocałunek w jakimś ciemnym kącie podczas balu, a co innego wypad z dżentelmenem do Vauxhall. Ale Elizabeth Downing powiedziała jej, że też tam się wybiera, a więc gdyby coś poszło nie tak, na przykład pocałunek sir Timothy’ego wcale nie przypadł jej do gustu, albo sir Timothy poczynał sobie zbyt śmiało, znajome osoby pospieszą jej z pomocą. Naturalnie, gdyby do tego doszło, czułaby się jednak upokorzona. A Henry, gdyby się o tym dowiedział, od razu wysłałby ją na głęboką prowincję, do końca sezonu. Trudno. Poszukiwanie męża zawsze wiąże się z ryzykiem. Teraz trzeba obmyślić, jak wyjść z domu, nie wzbudzając żadnych podejrzeń.

Udało się. Wymyśliła, przystąpiła do działania i po dwóch dniach, podczas śniadania, gdy kamerdyner przyniósł listy, jeden z tych listów był do niej.

– A cóż to takiego? – spytała Dorothea, podrywając głowę. – List miłosny od któregoś z wielbicieli?

Dorothea aż się skrzywiła. Przecież pannie nie wypadało otrzymywać listów od dżentelmenów, z którymi nie była spokrewniona.

– Od pani Downing – wyjaśniła Serena. – Zaprasza mnie do Vauxhall, jutro wieczorem.

– Do Vauxhall? – Henry również poderwał głowę znad swoich listów. – To nie jest odpowiednie miejsce dla młodych dam, zwłaszcza dziś, podczas otwarcia, kiedy pojawi się tam mnóstwo ludzi różnego pokroju.

– Pani Downing nie ma widać żadnych obaw, skoro mnie zaprasza. Jack Downing również tam będzie.

– Jeśli Serena będzie w towarzystwie Downingów, nie widzę przeciwwskazań – oświadczyła Dorothea. – A warto tam się wybrać. Słyszałam, że ma wystąpić madame Saqui, ta słynna linoskoczka. Bardzo chętnie obejrzałabym jej występ. Podobno w zeszłym sezonie kończąc występ, biegła obok liny, a wokół niej wszędzie wybuchały fajerwerki. A wiesz, Henry… Może byśmy też tam się wybrali?

– Innym razem. Jutro jestem umówiony na obiad w klubie White’s.

– Opowiem wam o występie madame Saqui i zadecydujecie, czy rzeczywiście warto ją obejrzeć – zaproponowała Serena.

– O! I to jest dobry pomysł – pochwalił Henry.

– A więc przyjrzę jej się bardzo dokładnie – ciągnęła Serena, uśmiechając się promiennie. – A ty, drogi bracie, czy użyczysz mi jutro swego powozu, bym miała jak dojechać do Downingów? Mieszkają niedaleko ogrodów Vauxhall, nie chcę więc, by nadkładali drogi, podjeżdżając po mnie.

Henry naturalnie obiecał, że spełni jej prośbę i Serena wreszcie mogła odetchnąć z ulgą, skoro wszystko szło po jej myśli. Poprzedniego dnia, gdy widziała się z Elizabeth, wspomniała, że ma wielką ochotę wybrać się do Vauxhall. Elizabeth powiedziała o tym rodzicom i Downingowie przysłali dziś zaproszenie, by wybrała się tam razem z nimi. Teraz trzeba tylko napisać krótki liścik, dziękując za zaproszenie, którego niestety Serena nie może przyjąć, ponieważ nie czuje się dobrze.

Trudno. Posuwa się do kłamstwa, ale taki jest wymóg chwili. Musi to zrobić, jeśli naprawdę chce odnaleźć swoje szczęście. Takie, które będzie trwało do końca życia.

Następnego dnia wieczorem Serena włożyła wieczorową suknię z jasnożółtej satyny, z podwyższonym stanem, na to suknię wierzchnią z białej gazy, a spory dekolt osłoniła białą chustą fichu. Do tego jasnożółte pantofelki, białe rękawiczki i również biały wachlarz. Ramiona okryte kaszmirowym szalem z wyhaftowanymi na brzegach liśćmi akantu. Peleryny i maski nie miała. Mogłoby to przecież wzbudzić pewne podejrzenia i dlatego wszystko miał przywieźć sir Timothy

Zmierzchało już, gdy powóz Hambridge’ów zajeżdżał przed dom Downingów przy Wardour Street. Powiedziała stangretowi, by na nią nie czekał, wysiadła i przystanęła na chodniku, niby czegoś szukając w torebce. Kiedy tylko powóz znikł za rogiem, pobiegła do czekającego kawałek dalej powozu, z którego wyskoczył sir Timothy.

– Przyjechałaś!

– Oczywiście! Nie wierzyłeś, że mi się uda? Dziś rano wysłałam list z przeprosinami do Downingów. Na pewno już z godzinę temu wyruszyli do Vauxhall.

– Czyli nikt nie wie, gdzie teraz jesteś. Jesteś bardzo sprytna, mój aniele! I urocza!

Próbował ją objąć, ale Serena zaprotestowała.

– Nie, proszę, nie! Ktoś jednak może nas zobaczyć.

– Raczej nie. Przecież tu prawie mrok. Nie musimy się spieszyć… – Uśmiechnął się i pocałował ją w rękę. – Mamy przed sobą całą noc!

Kiedy Rufus Quinn wyjeżdżał z Londynu, było już ciemno. Spotkanie w Towarzystwie Królewskim trwało dłużej, niż się spodziewał, a poza tym koniecznie chciał jeszcze porozmawiać z panną Caroline Herschel, słynną astronomką, która rzadko bywała w Londynie. Potem zadecydował, że ma już dość Londynu i wraca do domu. Noc była pogodna, księżyc w pełni. Wcale nie miał ochoty być tu dłużej, wśród socjety, gdzie każdy zadzierał nosa, każdy chciał być najważniejszy i gonił za pieniędzmi. Quinn unikał socjety, był tylko na jednym balu, u Grindelshamów, i to tylko dlatego, że chciał kupić od Grindleshama obraz Tycjana. Wystarczyło, że podał swoją cenę i obraz już zmienił właściciela. A potem tracił czas na przyglądanie się balującym dandysom, kiedy najchętniej siedziałby w domu nad jakąś dobrą książka, popijając wyśmienite bordo.

Nawet kiedy wyszedł do ogrodu, by wypalić cygaretkę, też było nie tak. Bo raptem pojawił się ten nieznośny fircyk, który wyraźnie chciał, by ustąpić mu miejsca. Naturalnie kazał mu iść do diabła. Chwilę potem okazało się, że ten chłystek miał mieć w tej altanie schadzkę, ponieważ pojawiła się jego luba.

Mimo woli się uśmiechnął. Trzeba przyznać, bardzo dzielne dziewczę. Nie płakała, nie histeryzowała. Tak… Podobna do Barbary…

Uśmiech znikł z twarzy Quinna, w sercu zakłuło. Dobry nastrój znikł, ale to zapewne tylko zmęczenie. Jak zawsze po pobycie w przeklętym Londynie. Był naprawdę bardzo znużony i chociaż zwykle drogę z Londynu do Hertfordshire pokonywał za jednym zamachem, tym razem postanowił zrobić sobie przerwę w podróży. Dojeżdżał do Hitchin, już było widać gospodę Pod Łabędziem. Skierował konie w tamtą stronę i niebawem wjeżdżał na oświetlone wybrukowane podwórze. Natychmiast pojawiło się kilku chłopców stajennych, także Jennings, oberżysta, wycierający ręce w fartuch.

 

– Witam milorda. Jakiś kłopot? Coś z końmi?

– Nie, nic się nie dzieje. Wracam z Londynu i zadecydowałem, że muszę jednak trochę odpocząć.

– Zapraszamy w nasze skromne progi. Milord coś przegryzie, opróżni kufelek i od razu poczuje się silniejszy.

– Macie rację, Jennings. Jeśli znajdziecie dla mnie wolny stolik…

– Dziś wszystkie wolne, sir. Mamy przecież pierwszego maja i wszyscy świętują. Będzie przejeżdżał nocny dyliżans, ale zatrzymuje się tylko na chwilę i podróżni nie mają czasu zajrzeć do gospody. Dziś spodziewam się tylko pewnej młodej pary z Londynu, która spędza miesiąc miodowy. Ich służący był tu już, przekazał, że przyjadą późnym wieczorem i chcą, by podać im do pokoju kolację na zimno.

Było już po północy, gdy Quinn wyszedł z gospody. Zadowolony, bo odpoczął, podjadł i był gotowy znów ruszać w drogę. Na podwórzu było pusto i cicho, stała tylko jego kariolka, której pilnował chłopiec stajenny, ale kiedy przemierzał podwórze, nagle usłyszał cichy krzyk gdzieś w górze.

– Milord słyszał? – zawołał chłopiec stajenny, wpatrując się w balkonik na pierwszym piętrze. – Ktoś tam się nieźle zabawia.

Quinn tylko coś mruknął. W końcu to nie jego sprawa, a poza teraz chciał jak najszybciej znaleźć się w domu, w swoim łóżku. Włożył szybko rękawiczki i kiedy zamierzał wsiąść do powoziku, znów usłyszał krzyk. Niewątpliwie kobiecy i teraz już rozdzierający. Potem cisza, dlatego Quinn bez chwili wahania wbiegł z powrotem do środka, w sekundę pokonał schody i stanął przed drzwiami do pierwszego pokoju. Bo ten ktoś krzyczał niewątpliwie za tymi drzwiami, zamkniętymi na klucz, ale dla Quinna nie było to żadną przeszkodą. Naparł na nie, chwilę potem otwarły się gwałtownie. Płomyki świec na stole zamigotały, a Quinn jednym szybkim spojrzeniem omiótł cały pokój. Na stole jedzenie, prawie nietknięte, dwa przewrócone krzesła, na podłodze coś białego, chyba kawałek gazy.

Z łóżka poderwał się jakiś mężczyzna, który rzucił się na niego z pięściami, ale wystarczył jeden cios w szczękę, by runął na podłogę. Quinn, zaciskając pięści, stał nad nim, gotów ponownie użyć pięści, ale jego przeciwnik się nie ruszał. Ktoś zsunął się z łóżka, przemknął do ciemnego kąta i tam przycupnął. Kobieta, z burzą jasnych loków i w jasnej sukni. Twarzy w tym mroku nie mógł dojrzeć, ale widział, że kobieta cała drży, że suknię z przodu ma rozerwaną i gorączkowo usiłuje się teraz zasłonić.

Szybko sięgnął po kaszmirowy szal przerzucony przez oparcie krzesła.

– Pani pozwoli, że ją okryję.

Nie odpowiedziała, ale też i nie opierała się, gdy zarzucił jej szal na ramiona i wyprowadził z kąta.

– Czy pani coś dolega? Czy on panią skrzywdził?

– Nie, nie… Ja… On…

– On na pewno już pani niczego złego nie zrobi. Pani pozwoli, że ją stąd wyprowadzę.

Objął ją ramieniem i wyprowadził z pokoju.

Na dole, przed schodami, stał zaniepokojony oberżysta.

– Powiedziano mi, że dzieje się coś niedobrego, milordzie!

– Pani… ma spory kłopot.

– A… Rozumiem. – Jennings pokiwał ze zrozumieniem głową. – Posprzeczała się z mężem.

I nagle słaniająca się na nogach istota przemówiła.

– Mężem? Tak wam powiedział? To nieprawda.

Oberżysta spojrzał na nią teraz z dezaprobatą, a ramię Quinna odruchowo objęło mocniej szczupłe plecy nieznanej kobiety.

– Zastałem panią, kiedy broniła swego honoru – powiedział tonem wykluczającym jakiekolwiek dywagacje na ten temat.

Jennigs pomilczał chwilkę, niewątpliwie nad czymś się zastanawiając, po czym potrząsnął głową.

– O milady powinna zatroszczyć się teraz jakaś kobieta. A tu żadnej nie ma. Moja żona nie żyje, a pokojówki mają dziś wolne.

Quinn spojrzał w dół, na skuloną kobietę u swego boku. Już nie rozdygotana, ale niewątpliwie nadal w takim stanie, że podróż do Londynu byłaby dla niej koszmarem.

– W takim razie zabieram panią do siebie, do Melham Court, gdzie zaopiekuje się nią moja gospodyni. - Podprowadził nieznajomą do swej kariolki. Nie opierała się, kiedy wziął ją na ręce i usadził w środku. Potem sam usiadł i zwrócił się do Jenningsa: – Człowiek, który towarzyszył tej pani, jest nieprzytomny, ale kiedy się ocknie…

– Proszę się nie kłopotać, milordzie. Już my się z nim porachujemy. W mojej gospodzie nie ma miejsca na tego rodzaju ekscesy.

– Dobrze. I jeszcze coś. Pamiętajcie, że tej damy nigdy w waszej gospodzie nie było.

– Oczywiście, milordzie. Powiem o tym wszystkim chłopcom stajennym.

Quinn zebrał lejce, cmoknął i konie ruszyły w ciemną noc.