Jedyne dziecko

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


PROLOG

Gdybyś tu teraz była, przeprosiłabym cię za wszystko.

Wiem, że cię zawiodłam, rozczarowałam, i to boli. To właśnie mój koniec, prawda? Jestem sama z moimi myślami. Wstyd za to, kim jestem i co zrobiłam, powraca, prześladuje mnie. Ciebie zawiodłam bardziej niż innych. Może pewnego dnia będziesz mi w stanie wybaczyć, ale ja nigdy nie będę w stanie wybaczyć samej sobie.

Tak bardzo mnie to rani. Płaczę, patrząc, jak krew przesiąka przez materiał sukienki. Czerwień rozlewa się na żółtym tle niczym farba. Przenika mnie chłód i zaczynam dygotać. Jestem pewna, że twarz mam bladą jak cienki rogalik księżyca nad moją głową.

Może uda mi się jakoś wydostać z tego wyrobiska, jeśli przypomnę sobie jak. Wiatr świszcze w skalistych głębinach kamieniołomu Stonecliffe, znanego również jako Miejsce Samobójców. Czy nie było tu schodów wyciętych w ścianie klifu? Ta niedokończona próba przemienienia starego kamieniołomu w park obecnie stała się miejscem, w którym umierający rozpaczliwie próbują powrócić do życia. Ponowne narodziny.

Dłonią macam chłodną, śliską powierzchnię wokół mnie. Wylądowałam tu z hukiem i połamałam sobie kości. Żałuję, że cię tu nie ma, żebyś mnie poprowadziła, powiedziała mi, gdzie iść. Żałuję, że nie mogę ci powiedzieć o tym, jak bardzo cię podziwiałam i jak sprawiałaś, że chciałam być lepszą osobą. Zawsze.

Co sobie pomyślisz, kiedy znajdziesz mnie martwą?

Pamiętam mężczyznę, który pięć miesięcy temu skoczył z tego urwiska. Prawdopodobnie czuł się tak samo, jak ja teraz; lądując ciężko i łamiąc kark. Znaleziono go dopiero po tygodniu. Czy ze mną też tak będzie?

W moim gardle rodzi się krzyk, raniąc moje struny głosowe niczym ostrze sztyletu. Pomocy! Jest pełen schrypniętej desperacji, wyciska całe powietrze z płuc, ale z moich ust wydobywa się zaledwie szept. Czuję, jakbym zdarła sobie gardło. Walcz. Zacznij się wspinać. Podciągnij się w górę. Chwyć skałę. Moje palce wbijają się w ziemię i ostry ból lewego nadgarstka sprawia, że kręci mi się w głowie. Kiedy spoglądam ku górze, widzę roztańczone gwiazdy i wiem, że zaczynam tracić przytomność. Jeśli na to pozwolę, to koniec. Umrę i nigdy więcej nie będę mogła cię zobaczyć, powiedzieć ci, że cię kocham. I że cię przepraszam. Moje uda i sukienka są przesiąknięte krwią, mokre od pasa w dół.

Głowa mi ciąży, spuchnięta, obolała, wypełniona mgłą, która utrudnia mi koncentrację. Zaciskam zęby tak mocno, że moja szczęka zaczyna pulsować tępym bólem. W powietrzu wisi zapach słodkiej krwi zmieszanej z wilgotną ziemią. Cuchnie tu śmiercią i spodziewam się, że za chwilę życie zacznie przelatywać mi przed oczami, tak jak na filmach. Wspominam twój uśmiech. I inne osoby, które kocham. W tym momencie wiem, że zaczęłam się poddawać. Ale nie mogę. Muszę walczyć.

Jest tutaj: pierwszy schodek. Dotykam go poranionymi opuszkami palców. Księżyc kryje się na chwilę za chmurą, a ja krzyczę z bólu podczas pierwszej próby podciągnięcia się w górę. Czy mam złamany nadgarstek? Nie mogę utrzymać ciężaru mojego ciała. Walcz! Podczas drugiej próby paznokieć odrywa się od jednego z palców. Zalewa mnie fala pulsującego bólu, od którego niemal tracę przytomność. Dłonie mam śliskie, mokre, zostawiam krwawe ślady na kamiennych ścianach dookoła. Kiedy chwytam brzeg pierwszego schodka, moje palce nie są w stanie mnie utrzymać i znów upadam – tym razem zaledwie metr lub półtora w dół. Moja głowa uderza w chłodną powierzchnię dna kamieniołomu.

Gdybyś tu teraz była, przeprosiłabym cię za wszystko.

Ale nie tylko – ostrzegłabym cię również.

Bo ty będziesz następna…

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Moja najintensywniejsza emocja to w rzeczywistości kolor. Niebieski. Poodpryskiwany niebieski lakier na jej paznokciach. Sine usta. Błękitnawy odcień szpitalnych lamp i sposób, w jaki białe prześcieradło robi się niebieskie w ich świetle.

Do jej twarzy przylgnął kosmyk jasnych włosów. Odgarniam go i wsuwam za jej ucho, niemal spodziewając się, że wywróci oczami i z krzywym uśmiechem powie „Maaaaaamo”. Ale do tego jej oczy musiałyby być otwarte. A nie są.

Zdumiewa mnie brak łez. Może to zapach szpitala blokuje moje uczucia kwaśnym odorem płynu odkażającego? A może koronerka, stojąca dyskretnie w progu i czekająca cierpliwie, abyśmy dokonali identyfikacji. Chce odhaczyć sprawę z listy, zacząć szykować dokumenty, przejść do kolejnego etapu. Ale my możemy „spędzić z nią czas”. Tyle, ile potrzebujemy. To właśnie robią pogrążeni w żałobie rodzice, prawda? Nie spieszą się. Zmieniają się w żałobne gąbki, nasiąkają rozpaczą, a potem omywają wszystkich innych swoją żałością i bólem. Widzę doskonale, że stojący za mną i cicho szlochający Charles będzie właśnie tego rodzaju żałobnikiem.

Ale ja nie mogę znaleźć w sobie łez. Zamiast tego koncentruję się na palcach Grace, na poodpryskiwanym niebieskim lakierze i zadrapaniach na jej skórze. Na ziemi pod paznokciami. Kiedy Grace spadła z urwiska, nadal żyła, próbowała podnieść się z dna kamieniołomu i wspiąć po kamiennych schodach. Doznała skomplikowanego złamania kości piszczelowej i wykrwawiła się, na próżno drąc palcami ziemię. Na małym palcu jej lewej dłoni nie ma paznokcia i nie mogę oderwać od niego wzroku. Wzbudza we mnie gniew. Czuję tak ogromną wściekłość, że nawet smród środka dezynfekującego, dobrotliwa pani koroner, kosmyk jasnych włosów czy nabrzmiałe martwe usta Grace nie są jej w stanie wyprzeć. Gotuje się we mnie złość, ponieważ moje dziecko, moja siedemnastoletnia piękna córka nie powinna leżeć bez życia na wózku w szpitalu z brakami kadrowymi. Powinna być przytomna, powinna wywracać oczami, poprawiać włosy i ignorować mnie, zajmując się swoim telefonem, z którym nigdy nie potrafiła się rozstać. To właśnie powinna robić moja córka.

– To ona. – Charlesowi załamuje się głos. Z gardła wyrywa mu się zduszone łkanie. Niemal instynktownie kładę dłoń na jego ramieniu, nie odrywając wzroku od palca pozbawionego paznokcia.

– Państwa córka, Grace? – upewnia się koronerka.

– Tak – potwierdzam, gdy Charles zaczyna zginać się wpół.

Rozpaczliwie chwyta dłońmi kołnierz mojej koszuli i wtula twarz w moją szyję. Wkrótce czuję jego gorące łzy, moczące mi skórę, i drganie jego ciała. Wtulam się w niego, gładząc go po włosach, pocieszając. Dlaczego to nie ja jestem osobą, która się załamała? Czy to nie matka powinna rozszlochać się z żałości? Krzyczeć i rwać sobie włosy z głowy? Zawodzić, bijąc się w piersi? Tak naprawdę jestem zbyt wściekła, żeby dopuścić do siebie ból. Jeszcze się we mnie nie obudził, ale wiem, że wkrótce nadejdzie.

Przytulam mojego męża, a lampy nad naszymi głowami migają dwukrotnie. Jego palce wbijają się w moje barki, ale to dobrze – dzięki temu mogę skoncentrować się na prawdziwym, fizycznym bólu, co pomaga mi kontrolować kotłującą się we mnie wściekłość. Pani koroner stara się nam nie przyglądać, ale widzę jej spojrzenie i martwię się, czy przypadkiem nie sprawiam wrażenia sztywnej, pozbawionej emocji lub dziwnej. Nie zawsze reaguję na daną sytuację tak jak inni, ale przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę. Wiem, kim jestem.

– Przepraszam. – Charles prostuje się i przygładza włosy. Zdejmuje okulary i wyciera oczy chusteczką. Chwilę później na jego mysioszarych rzęsach zawisają świeże łzy. Odsuwa się i spogląda na naszą córkę, przez co ja również z powrotem się na niej koncentruję.

Leży nieruchomo, bez życia. Próbuję wyobrazić sobie, jak będzie wyglądała teraz moja egzystencja; bez szykowania jej śniadań, bez budzenia się z drzemek, słysząc, jak ćwiczy grę na skrzypcach, bez odbierania jej ze szkoły, bez jej gniewnych komentarzy, kiedy mówiłam jej, żeby odłożyła telefon, albo gdy pytałam, czy ma chłopaka. Przez siedemnaście lat ta osoba była centrum mojego wszechświata. Każda godzina mojego życia w jakiś sposób była związana z tą istotą, którą ja stworzyłam, którą wyciągnięto z mojego ciała. A teraz, w ciągu kilku krótkich godzin, owa nić została zerwana, na zawsze.

I oto jest. Nadchodzi ból, a ja witam go z otwartymi ramionami.

Nikt nie poganiał nas z identyfikacją zwłok Grace, a ja nie mam pojęcia, ile czasu tak naprawdę spędziliśmy w tamtym pokoju. Charles trzymał ją przez jakiś czas za rękę. Pod koniec zaczęłam chodzić po pomieszczeniu, rozmyślając o śmierci, o jej gwałtownej, nieoczekiwanej naturze. Nie mogłam wyrzucić z pamięci widoku palca Grace, z oderwanym paznokciem. Z jakiegoś powodu złamana noga córki stała się informacją zepchniętą na ubocze – może ze względu na prześcieradło zakrywające ranę. Grace była infantylnie dziewczęca. Kiedyś popłakała się, bo złamała sobie pieczołowicie wypielęgnowany paznokieć. Sama myśl o oderwaniu jednego z nich od ciała… musiała bardzo cierpieć.

Pogłębia to jedynie niesprawiedliwość tej całej tragedii i sprawia, że zamiast smutku czuję wściekłość. Grace cierpiała do samego końca – bardziej, niż jakakolwiek dobra osoba, taka jak moja córka, powinna. Siedemnastoletnia dziewczyna, utalentowana, piękna i życzliwa, nie powinna zostać zabrana z tego świata w taki sposób. Gdzie jest sprawiedliwość? To nie jest w porządku.

Potem jednak przypominam sobie, że sprawiedliwość nie jest tym, czym chcemy, żeby była. Wszechświat nie jest na każde nasze zawołanie, gotowy naprawić wyrządzone nam zło. Wszechświat się nami nie przejmuje; po prostu jesteśmy zbyt aroganccy, żeby to zauważyć.

 

– I co teraz? – pytam.

Siedzimy z Charlesem w poczekalni, rozmawiając z policjantami zajmującymi się sprawą Grace. Posterunkowy Mullen wydaje mi się zbyt młody i niedoświadczony, żeby prowadzić tego typu dochodzenie. Chcę się dowiedzieć, dlaczego moja mała córeczka umarła, i muszę mieć pewność, że sprawdzono każdą możliwość – i że zrobiła to osoba, która, gdy będzie trzeba, poruszy w tym celu niebo i ziemię. Posterunkowy Mullen wygląda jak dzieciak, który powinien teraz żłopać piwo z cydrem na popijawie w klubie uniwersyteckim. Ten drugi, sierżant Slater, jest starszy i, miejmy nadzieję, że również mądrzejszy. Ma ostro zarysowaną brodę i pozbawiony emocji wyraz twarzy. Wyobrażam sobie, że nie bawi się w owijanie spraw w bawełnę. Sierżant Slater był naszym pierwszym punktem kontaktu po tym, jak Grace nie wróciła wczoraj ze szkoły. Koordynował poszukiwania, które zakończyły się znalezieniem mojej córki w kamieniołomach. Jestem pewna, że nigdy nie zapomnę jego spokojnego głosu, gdy informował nas przez telefon, iż odnaleziono ciało.

Obecnie, podczas rozmowy z nami, jest równie opanowany.

– Zostanie wykonana autopsja dla ustalenia przyczyny śmierci, ale w tej chwili nie traktujemy śmierci państwa córki jako podejrzanych okoliczności.

Prostuję się na krześle.

– Nie? Naprawdę? Przecież zniknęła na całe godziny. Ktoś mógł ją porwać i… – Moje dłonie, dotychczas ułożone spokojnie na kolanach, zaciskają się teraz na udach; palce wbijają się w ciało.

– Wiem – odpowiada sierżant łagodnie. – Bardzo mi przykro, jednak muszę państwa poinformować o znalezieniu listu w kieszeni ubrania Grace. Sądzimy, że państwa córka popełniła samobójstwo.

– Samobójstwo? – powtarza Charles, a ja wyciągam z wyczekiwaniem rękę w stronę policjanta.

– Chciałabym przeczytać ten list. – Trzymam otwartą dłoń, czekając.

Charles znów zaczyna szlochać i sierżant Slater zerka przelotnie na łzy mojego męża, zanim przenosi uwagę na mnie. Kiwa głową, tylko raz.

– Nie ma problemu. Jesteśmy w posiadaniu kopii.

Obiecuję sobie, że zaraz po autopsji zażądam oddania mi oryginału. Muszę go zobaczyć, dotknąć, przekonać się, że jest prawdziwy.

To posterunkowy Mullen wręcza mi kartkę papieru. Z całej siły powstrzymuję się od wyrwania mu jej z ręki. Jeżeli moja córka rzeczywiście się zabiła, muszę zobaczyć dowód.

Charles nachyla się nad moim ramieniem, gdy wygładzam liścik. Nawet na kserokopii rozpoznaję charakter pisma Grace; sposób, w jaki zmienia ogonek „y” w pętelkę, do końca życia pozostanie wyryty w mojej pamięci. Kropki nad „i” zawsze stawia nieco bardziej po lewej. Jej pismo jest równiutkie, nie wychodzi poza linie. Pomagałam jej w ćwiczeniu pisania, gdy tylko nauczyła się łączyć litery.

– Czy rozpoznaje pani charakter pisma? – pyta sierżant Slater.

– To pismo Grace – potwierdzam.

Wiem, że moja córka napisała ten list, ale mimo to pomiędzy pieczołowicie zakreślonymi pętlami i postawionymi kropkami nie mogę odnaleźć ani śladu mojej córki. Wiadomość jest krótka, pozbawiona emocji, ukazuje tylko cień rozpaczy, która wzbudza we mnie mdłości.

Mamo i tato,

tak bardzo mi przykro. Wszystko zaczyna mnie już przytłaczać. Chyba nie mam siły, żeby tak dalej żyć.

Ucałowania

Grace

Żadnego pożegnania, zapewnień o miłości, żadnego wyjaśnienia, co mogło spowodować tak nagłą potrzebę zakończenia życia. Nie ma tu nic, co przypominałoby moją córkę, jaką znałam. To tylko stek utartych zwrotów. Nie wiem, czego się spodziewałam po liście pożegnalnym, ale na pewno nie tego. Mam wrażenie, że to nierealne.

Jestem w szoku, co oznacza, że moja ocena może być nieco skrzywiona. Straciłam punkt odniesienia. W miejscu, gdzie powinien znajdować się cel mojego życia, zieje teraz czarna dziura i być może nie potrafię zaufać emocjom ogarniającym moje ciało. Mimo to ten list wydaje mi się nieprawdziwy. Po pierwsze, jedna linia tekstu została całkowicie zamazana, nie pozwalając na odczytanie liter pod spodem. Co tam było napisane? I co to oznacza?

Ponieważ list został skopiowany w kolorze, widzę, że długopis użyty do zamazania części słów miał zupełnie inny odcień tuszu, niż ten, którym napisano cały list. Wydaje mi się to dziwne. Dlaczego Grace miałaby zrobić coś takiego? Dlaczego miałaby użyć innego długopisu?

– O Boże – jęczy Charles. – Nie wiedziałem, że chciała umrzeć. Miała siedemnaście lat. To nie może być prawda. Kat? – Spogląda na mnie, jakby chciał, żebym wszystko naprawiła.

– Czy w ciągu kilku ostatnich dni zauważyli państwo jakieś zmiany w zachowaniu Grace? – pyta Mullen.

– Nie. – Potrząsam głową. – Grace nie popełniłaby samobójstwa.

– Wiem, że to trudne… – zaczyna sierżant Slater.

– To w ogóle nie wygląda na list od Grace. – Stukam dłonią w fotokopię wiadomości. – Grace by się nie zabiła. Miała po co żyć.

– Tak się może wydawać, ale niestety, samobójstwa nastolatków nie są czymś rzadkim. Dzieci w tym wieku żyją pod ogromną presją egzaminów i związków interpersonalnych.

– Wiem o tym – burczę. – Ale znam moją córkę. Niech pan spojrzy. Dlaczego miałaby wykreślić całą linię tekstu zupełnie innym długopisem?

– Istnieje wiele możliwych wytłumaczeń. – Sierżant Slater mówi powoli, jak do kogoś, kto niezbyt dobrze rozumie język angielski. – Pierwszy długopis mógł się wypisać. A może napisała słowa, których pożałowała dopiero później, może takie, które by państwa zraniły.

– W takim razie, dlaczego nie napisała tego listu od początku? – pytam. – O której godzinie umarła?

– Będziemy znali dokładny czas dopiero po autopsji. – Slater marszczy czoło. – Zakładamy jednak, że Grace zmarła około północy.

– Więc co robiła przez cały ten czas? – pytam. – Gdzie poszła? Z kim była?

– Najprostsza odpowiedź jest taka, że nie wiem – mówi Slater. – Biorąc jednak pod uwagę dowody: list, lokalizację… wiemy, że kamieniołomy przyciągają ludzi o skłonnościach samobójczych. – Przerywa i unosi powoli dłonie, jakby starał się uspokoić szaleńca. – Bardzo mi przykro z powodu tej straty. Wiem, że bardzo trudno to zaakceptować, pani Cavanaugh, ale sama zidentyfikowała pani list samobójczy jako napisany przez Grace.

– Nie ma znaczenia, czy Grace go napisała. – Nie zamierzam zrezygnować. – Równie dobrze ktoś mógł ją do tego zmusić. Grace, którą znałam, nie popełniłaby samobójstwa. Była szczęśliwa.

– Kat. – Mój mąż kładzie mi dłoń na kolanie.

– Nie, Charles, posłuchaj. Nie wierzę w to. A ty? Chyba nie wierzysz w te kłamstwa? – Chwytam list i trzymam go w górze drżącymi palcami.

Zaciska rękę.

– Nie chcę, ale to charakter pisma Grace. Stresowała się nauką, a przecież wiesz sama, że czasami cierpiała na zmiany nastrojów.

Potrząsam głową z niedowierzaniem. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego mój mąż tak ochoczo w to wszystko uwierzył. Spoglądam na sierżanta Slatera.

– Sprawdziliście nagrania z kamer wideo? Świadków? Z kim była przez cały ten czas?

Policjant chrząka i zaczyna znów, tym samym kojącym tonem.

– Zaraz po zaginięciu Grace rozpytaliśmy ludzi w szkole. Nikt nie widział, jak wychodziła. Obawiam się, że w małej wiosce, jak Ash Dale, nie ma zbyt wielu punktów monitoringu, ale oczywiście sprawdzimy to mimo wszystko.

Jestem w pełni świadoma, że wszyscy przemawiają do mnie jak do dziecka, i nie mogę tego ścierpieć. Nie jestem w stanie dłużej przebywać z nimi w tym samym pomieszczeniu. Odpycham dłoń Charlesa z mojego kolana, wstaję z krzesła i zaczynam nerwowo spacerować od ściany do ściany. Obietnica sierżanta Slatera jest oczywiście bez pokrycia, wypowiedziana wyłącznie z myślą o tym, aby mnie uspokoić, ale zawsze to jakiś początek. Nikt nie będzie mnie teraz słuchał – nie w tak krótkim czasie po identyfikacji zwłok. Uważają, że kierują mną emocje, że cierpię, że jestem pogrążoną w rozpaczy matką, którą trzeba oszczędzać. Kochałam moją córkę bardziej niż kogokolwiek. Była jedyną nicią wiążącą mnie z tym światem – jedyną częścią mnie, która łączyła mnie z resztą ludzi. Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie nikt poza nią i zawsze tak było. Slater, Mullen, anielsko cierpliwa pani koroner, a nawet mój mąż są nieważnymi postaciami, orbitującymi wokół mojego życia. Grace była jedyną osobą, na której mi naprawdę zależało, a teraz odeszła.

Jeżeli sierżant Slater nie potrafi albo nie chce się dowiedzieć, co zdarzyło się mojej córce, to ja to zrobię.

ROZDZIAŁ DRUGI

Poród nie przebiegł zbyt dobrze. Grace ułożona była pośladkowo, z pępowiną owiniętą wokół szyi. Położna pociła się nade mną pod fartuchem. Podczas pośpiesznych prób wyciągnięcia małej z kanału rodnego pępowina została pociągnięta zbyt mocno i uległa przerwaniu. Straciłam tyle krwi, że gdy położna oglądała i czyściła Grace, poczułam się zdezorientowana, zamroczona. Po krwawym chaosie porodu zrobiono mi transfuzję krwi, podłączając mnie do maszyny, a Charles ułożył sobie Grace na piersi i gładził jej mięciutką głowę opuszkami palców. Przyglądałam mu się zmęczonym wzrokiem i w tamtej chwili czułam zazdrość o niego, o łatwość, z jaką ukoił nasze dziecko, o oczywistą miłość, jaką obdarzał tego małego człowieczka, którego wyhodowałam we własnym ciele i wydałam potem na świat, niemal przypłacając to życiem. To ja chciałam trzymać Grace w ramionach, oprzeć jej główkę na mojej piersi i obserwować, jak zapada w szczęśliwy sen. Pragnęłam przeżyć tę idealną chwilę, której, jak wierzyłam, doświadczają wszystkie matki.

Przez kilka dni po porodzie w głębi duszy nienawidziłam tego drobnego dzieciaczka za ból, jakiego z jego powodu zaznałam. Na domiar złego, nie było sekundy, żeby mała twarzyczka Grace nie była czerwona i pomarszczona od płaczu. Odmawiała ssania piersi, a przy bardzo rzadkich okazjach, kiedy to jednak robiła, czułam potworne skurcze, które wstrząsały całym moim ciałem. Nigdy nie chciała spać i byłam całkowicie wyczerpana. Ledwie dawałam radę dowlec się do łazienki, aby przeżyć kilka sekund potwornego bólu. Grace uspokajała się tylko wtedy, gdy Charles spacerował z nią po szpitalnym korytarzu. Nie chciała mnie, a paranoidalny głos w mojej głowie przekonywał mnie, że to uraza osobista i że Grace widziała wszystkie moje wady. Wiedziała, kim jestem, i odtrąciła moje uczucia, ponieważ nie byłam jej godna.

Ten początkowy brak akceptacji sprawił jednak, że z jeszcze większą determinacją starałam się zdobyć jej uczucia. Gdy doszłam do siebie po krwotoku i odzyskałam nieco sił, zaczęłam układać ją na mojej piersi i pozwalałam jej spać. Wsuwałam palec w jej malutką piąstkę i pozwalałam jej go ściskać tak mocno, jak chciała. Kiedy płakała, gładziłam ją po głowie, dotykając miękkich włosów pokrywających jej elastyczną czaszkę. Kiedy ziewała, odsłaniając różowe wnętrze ust, przyglądałam się jej z zafascynowaniem. Zaczęły mnie nawet cieszyć śmieszne odgłosy, jakie z siebie wydawała, i przyglądałam się, jak z jej ust wydobywają się bąbelki spienionej śliny. To właśnie w czasie tych stopniowych zmian okoliczności odkryłam, że zakochuję się w mojej córce – nie dlatego, że powinnam, tylko dlatego, że lubiłam przebywać w jej obecności. Była częścią mnie. Dobrą częścią. Chciałam zapewnić jej bezpieczeństwo i najbardziej na świecie chciałam stać się lepszą osobą, dla niej.

Chociaż jednak bardzo się starałam, nie jestem pewna, czy kiedykolwiek tak naprawdę stałam się lepsza.

Kiedy po długim, bolesnym procesie identyfikacji wracamy do naszego pustego domu, Charles rusza prosto do kuchni i wlewa whisky do szklanki. Georgie i Porgie, nasze zawsze entuzjastyczne czarne labradory, łaszą mi się do nóg, liżą mnie po rękach, a potem przenoszą swoją uwagę na Charlesa, prawdopodobnie wyczuwając jego rozpacz. Jak przez mgłę słyszę, jak jeden z nich zaczyna skomleć. Nie mogę na to patrzeć.

Wokół mnie unosi się gęsta chmura trującego gazu, wysysając energię z mojego ciała, izolując mnie od Charlesa, psów i naszego pięknego domu: przestronnej wiktoriańskiej rezydencji. Zamiast zająć się pocieszaniem mojego męża, ruszam ciężko po schodach na górę, zrzucając po drodze kurtkę i buty. Zostawiam je tam, gdzie spadły. Obrazy olejne trzęsą się w ramach, gdy obcas szpilki uderza w ścianę. Stare deski podłogowe jęczą pod moimi stopami. Chwytam dłonią dębową poręcz tak mocno, że bieleją mi knykcie.

Jej pokój znajduje się na końcu długiego, pełnego drzwi korytarza. W Farleigh Hall mamy siedem sypialni. W zasadzie Grace miała całe pierwsze piętro dla siebie, ponieważ sypialnia małżeńska – przerobiona z sali balowej – znajduje się piętro wyżej. Teraz, kiedy przemierzam korytarz w kierunku pokoju mojej córki, uderza mnie myśl o tym, jak pusty stanie się ten dom bez niej. Marzyłam o Farleigh, pragnęłam tu zamieszkać. Po pierwszej wizycie w tej rozległej rezydencji wróciłam do mojego malutkiego mieszkanka i zaczęłam trenować zapisywanie adresu, jakby był mój własny: Kat Cavanaugh, Farleigh Hall, Ash Dale, Derbyshire. Żadnego numeru domu. Żadnego „mieszkania numer 3B”, żadnych robaków w kuchni. Charles dał mi przepustkę do lepszego życia, a ja chciwie wyrwałam mu ją z jego pulchnych palców. Nie spodziewałam się jednak, że podaruje mi skarb dużo lepszy niż pieniądze: Grace.

 

Teraz jednak, po tęsknocie do luksusu, jaki mógł mi zapewnić Farleigh Hall, przesuwam palcami po ścianach wybitych mahoniową boazerią i nie czuję nic poza chłodem desek. Bez głosu Grace, bez dźwięków muzyki dobiegającej z jej pokoju ten dom jest jedynie skorupą. Zamykam oczy i nadal słyszę, jak melodia, którą grała, ćwicząc na skrzypcach, roznosi się po przestronnych korytarzach. Rozpacz wzbiera we mnie niczym tornado, grożąc rzuceniem mnie na kolana.

Kiedy docieram do pokoju Grace, wstrzymuję oddech i otwieram drzwi. Jestem pewna, że powinnam wyczuć zmianę w atmosferze. Pokój Grace powinien być nie do poznania. Chaos apokalipsy. Wypalona ziemia. Nigdy więcej taki sam. Ale nic się tu nie zmieniło od czasu, gdy wczoraj rano wyszła do szkoły. Sprzątaczki nie zaglądały tu jeszcze od czasu jej zaginięcia, a to oznacza, że pomieszczenie nadal nią pachnie. Jej ubrania leżą na skrzyni u nóg łóżka. Jej pościel jest skotłowana, jak zwykle, a skrzypce spoczywają na stojaku w rogu pokoju. Grace powinna teraz wychynąć z łazienki, z białym ręcznikiem owiniętym wokół głowy i maseczką nałożoną na twarz. Stoję w progu, czekając na nią z uśmiechem na twarzy, z wyczekiwaniem. Czego dziś próbujemy, Grace? Relaksującej maseczki miodowej? Chłodzącej z ogórka? A może pedicure w miasteczku?

Ale Grace nigdy już się nie wychyli zza drzwi tej łazienki.

Nie mogę pozbyć się myśli o kolorze niebieskim.

Układam się, przytulając skotłowaną pościel, i zamykam oczy, wdychając resztki zapachu Grace.

Trzeba to zrobić i muszę to zrobić sama. Jest ktoś, komu należy powiedzieć o Grace. Charles zaoferował, że mnie zawiezie, ale zanim zdołałam zejść na dół, z zapuchniętymi z niewyspania oczami, znów się całkiem rozsypał. Poza tym nigdy nie jeżdżę tam naszym wozem. Zamawiam taksówkę albo korzystam z autobusu. Dzisiaj decyduję się na to pierwsze. Charles zawsze uważa, że to zachowanie jest urocze, ponieważ pochodzę z biedoty, a on z tradycyjnej bogatej rodziny, ale nie chcę, żeby ci ludzie wiedzieli o zmianie w moim życiu. Nie chcę, żeby wiedzieli o mnie cokolwiek. Gdybym mogła, nigdy w życiu nie wróciłabym do tamtego miejsca, ale osoba, z którą zamierzam się spotkać, jest uparta. Bardzo się napracowałam, żeby wydostać się z miejsca naszego pochodzenia, ale ona nie zamierzała zrobić tego samego.

Zanim pojawia się taksówka, wypijam sporą porcję whisky Charlesa. Wprowadza to mój umysł w przyjemne otępienie, co z pewnością pozwoli mi przetrwać podróż. Potem, ponieważ Charles zaczyna znów płakać, odnajduję buty, chwytam torebkę i wychodzę przed dom, żeby tam poczekać na przyjazd samochodu. Nie jestem już w stanie dłużej znosić mojego zapłakanego, żądnego pocieszenia męża. To nie w porządku z jego strony szukać we mnie otuchy, kiedy jestem całkowicie pusta. Jak mogę go pokrzepić?

Kiedy wsiadam do hybrydowego wozu, słyszę ciche gwizdnięcie kierowcy.

– Niezły dom.

– Tak, wiem. – Podaję adres i taksówkarz programuje system nawigacyjny. Whisky ciąży mi kwaśno na żołądku i za każdym razem, gdy zamykam oczy, widzę pozdzierane paznokcie Grace oraz rany na jej ciele.

– Nie ma pani ochoty na przejażdżkę własnym samochodem? – pyta kierowca. – Na pani miejscu wziąłbym tego jaguara na mały spacerek. Zwłaszcza w tak przepiękny dzień jak dziś. Z odsłoniętym dachem. – Potrząsa głową, jakby uważał, że jestem głupia, nie ciesząc się bez przerwy swoim własnym bogactwem.

– Nie – odpowiadam. – Wczoraj umarła moja córka.

Obserwuję w lusterku wstecznym, jak jego twarz blednie, a potem odchylam się na oparcie. Czuję tępe pulsowanie bólu pod czaszką i w żołądku, promieniujące na resztę ciała. Dobrze. Chcę bólu. Zamykam oczy i wspominam Grace leżącą na szpitalnych noszach. Gdybym wypiła więcej whisky, może udałoby mi się zablokować to wspomnienie. Charles miał dobry pomysł, płacząc i pijąc, wyciągając ramiona jak małe dziecko, które chce na rączki. Dlaczego ja nie zaczęłam się tak zachowywać? Dlaczego się nie załamałam, zmuszając wszystkich w moim otoczeniu do pocieszania mnie?

Nie. Matka ma zobowiązania. Dlatego robię to, co należy zrobić, i to we właściwy sposób. Chociaż muszę się przyznać przed samą sobą, iż nie wynika to z altruizmu. Prawda jest taka, że kieruję się ukrytym motywem. Wiem, że moja córka się nie zabiła, a w moim życiu istnieją pewne osoby, co do których muszę się upewnić, iż nie skrzywdziły mojego dziecka. Za chwilę odbędę rozmowę z jedną z nich. Chcę zobaczyć jej minę, kiedy oznajmię jej, że Grace umarła. Może dowiem się, co naprawdę przydarzyło się jej tamtego dnia.