3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Szkatułka z motylem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Szkatułka z motylem
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Część I Roz­dział pierw­szy Roz­dział drugi Roz­dział trzeci Roz­dział czwarty Roz­dział piąty Roz­dział szó­sty Roz­dział siódmy Roz­dział ósmy Roz­dział dzie­wiąty Roz­dział dzie­siąty Roz­dział jede­na­sty Roz­dział dwu­na­sty Roz­dział trzy­na­sty Roz­dział czter­na­sty Roz­dział pięt­na­sty Roz­dział szes­na­sty Roz­dział sie­dem­na­sty Roz­dział osiem­na­sty Roz­dział dzie­więt­na­sty

2  Część II Roz­dział dwu­dzie­sty Roz­dział dwu­dzie­sty pierw­szy Roz­dział dwu­dzie­sty drugi Roz­dział dwu­dzie­sty trzeci Roz­dział dwu­dzie­sty czwarty Roz­dział dwu­dzie­sty piąty Roz­dział dwu­dzie­sty szó­sty Roz­dział dwu­dzie­sty siódmy

3  Część III Roz­dział dwu­dzie­sty ósmy Roz­dział dwu­dzie­sty dzie­wiąty Roz­dział trzy­dzie­sty Roz­dział trzy­dzie­sty pierw­szy Roz­dział trzy­dzie­sty drugi Roz­dział trzy­dzie­sty trzeci Roz­dział trzy­dzie­sty czwarty Roz­dział trzy­dzie­sty piąty Roz­dział trzy­dzie­sty szó­sty Roz­dział trzy­dzie­sty siódmy Roz­dział trzy­dzie­sty ósmy Roz­dział trzy­dzie­sty dzie­wiąty Roz­dział czter­dzie­sty Roz­dział czter­dzie­sty pierw­szy Roz­dział czter­dzie­sty drugi

Tytuł ory­gi­nału: THE BUT­TER­FLY BOX

Wydawca: Urszula Ruzik-Kuliń­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Beata Koło­dziej­ska Redak­cja: Agnieszka Wol­ska Korekta: Joanna Łazow­ska, Jolanta Spodar, Marzenna Kłos

Copy­ri­ght © Santa Mon­te­fiore, 2002

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Anna Dobrzań­ska-Gadow­ska, 2021

ISBN 978-83-8031-999-8

War­szawa 2021

Wydaw­nic­two Świat Książki

02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2

Księ­gar­nia inter­ne­towa: swiatk­siazki.pl

Dys­try­bu­cja:

Dres­sler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91

e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl

tel. +48 22 733 50 31/32

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Moim rodzi­com

Pra­gnę podzię­ko­wać Naro­do­wemu Komi­te­towi Gibrana za udzie­le­nie mi pozwo­le­nia na przy­to­cze­nie cytatu z Pro­roka Kah­lila Gibrana.

Gibran Natio­nal Com­mit­tee

PO Box 116-5487 Bej­rut

Liban

Fax (961-1)396916

Z całego serca dzię­kuję mojej kuzynce, Anderly Hardy, za rady i pomoc we wszyst­kich kwe­stiach doty­czą­cych Chile, Susan Flet­cher, wydawcy, oraz Jo Frank, agentce lite­rac­kiej za mądre i ser­deczne wspar­cie.

Miłość daje jedy­nie sie­bie i bie­rze wyłącz­nie z sie­bie samej. Miłość nie bie­rze w posia­da­nie i nie daje się posiąść; Bo miłość jest wystar­cza­jąca sama w sobie.

Kah­lil Gibran, Pro­rok

Część I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Roz­dział pierw­szy

Viña del Mar, Chile, lato 1982 roku

Fede­rica otwo­rzyła oczy i ujrzała odmie­niony świat. Było gorąco, ale nie duszno, ponie­waż mor­ska bryza nio­sła chłodny powiew znad fal zim­nego Pacy­fiku. Pokój Fede­riki powoli budził się do życia w bla­dym poran­nym świe­tle, które wle­wało się do środka przez szparę mię­dzy zasło­nami, rzu­ca­jąc jasne, łagodne pasma na pod­łogę i ściany, poże­ra­jąc resztki nocy i wydo­by­wa­jąc z pół­mroku rów­niutki sze­reg pogrą­żo­nych we śnie lalek. Z końca ulicy dobie­gało nie­usta­jące szcze­ka­nie psa señory Baraca, który z tru­dem wydo­by­wał głos z gar­dła, ponie­waż zupeł­nie ochrypł, ale szcze­kał dalej, jak zwy­kle. Pew­nego dnia cał­kiem straci głos, pomy­ślała Fede­rica. Nie byłoby to takie złe – sąsie­dzi mogliby się wresz­cie spo­koj­nie wyspać. Kie­dyś w dro­dze do szkoły Fede­rica pró­bo­wała dać nie­szczę­snemu stwo­rze­niu cia­steczko, lecz matka powie­działa, że na pewno pies jest chory i zaro­ba­czony.

– Naj­le­piej w ogóle go nie doty­kaj – pora­dziła, cią­gnąc sze­ścio­let­nią córkę za rękę. – Nie wia­domo, gdzie łaził.

Sęk w tym, że pies señory Baraca ni­gdy ni­gdzie nie łaził… Fede­rica ode­tchnęła słod­kim zapa­chem drzew poma­rań­czo­wych, napły­wa­ją­cym do pokoju. Miała wra­że­nie, że pra­wie czuje smak owo­ców, ciężko zwi­sa­ją­cych z gałą­zek niczym gwiazd­kowe pre­zenty. Jed­nym wierz­gnię­ciem zrzu­ciła z sie­bie przy­kry­cie i uklę­kła na brzegu łóżka, wyglą­da­jąc na świat cał­kiem inny niż ten, nad któ­rym poprzed­niego wie­czoru zapa­dały ciem­no­ści. Widok wscho­dzą­cego słońca prze­szył jej chu­dziut­kie ciało cudow­nym dresz­czem i przy­wo­łał sze­roki uśmiech na bladą buzię. Dzi­siaj ojciec wraca do domu po wie­lo­mie­sięcz­nej podróży…

Ramon Cam­pione był praw­dzi­wym olbrzy­mem. I nie cho­dzi tu tylko o budowę ciała, cho­ciaż przy wzro­ście ponad metr osiem­dzie­siąt był wysoki jak na Chi­lij­czyka i jak na Wło­cha, bo wła­śnie z Włoch wywo­dziła się jego rodzina, lecz o gigan­tyczną wyobraź­nię, która przy­po­mi­nała galak­tykę, bo nie miała gra­nic i była pełna nie­spo­dzia­nek. Ramon wciąż odby­wał wędrówki do naj­bar­dziej odle­głych zakąt­ków świata, gdzie czer­pał inspi­ra­cje ze wszyst­kiego co inne i piękne. Podró­żo­wał, pisał i znowu podró­żo­wał. Rodzina pra­wie go nie znała, gdyż Ramon ni­gdy nie prze­by­wał z bli­skimi wystar­cza­jąco długo, by zdo­łali odkryć, jaki czło­wiek kryje się za wspa­nia­łymi tek­stami i cudow­nymi, magicz­nymi foto­gra­fiami jego autor­stwa. W oczach córki Ramon był potęż­niej­szy od Boga. Fede­rica powie­działa kie­dyś ojcu Ama­deo, że Jezus to po pro­stu nikt w porów­na­niu z jej tatą, który potrafi robić znacz­nie wię­cej, niż tylko zamie­niać wodę w wino.

– Tatuś umie latać – oświad­czyła z dumą.

Matka Fede­riki rzu­ciła księ­dzu prze­pra­sza­jący uśmiech, prze­wró­ciła oczami i wyja­śniła cicho, że Ramon nie­dawno wypró­bo­wy­wał w Szwaj­ca­rii nowy rodzaj sprzętu, coś w rodzaju lotni z nar­tami. Ojciec Ama­deo ze zro­zu­mie­niem poki­wał głową, lecz jed­no­cze­śnie mocno się zanie­po­koił. Mar­twił się, że biedne dziecko będzie cier­piało, jeśli pew­nego dnia Ramon spad­nie ze wznie­sio­nego przez Fede­ricę pie­de­stału, bo prze­cież było to nie­unik­nione. Fede­rica powinna obda­rzyć takim zaufa­niem Boga, nie czło­wieka, pomy­ślał z poboż­nym wes­tchnie­niem.

Fede­rica chęt­nie by już wstała, ale było jesz­cze wcze­śnie. Niebo wyglą­dało jak blada, wielka i świe­tli­sta laguna, ciszę świtu zakłó­cał jedy­nie świer­got pta­ków i natrętne szcze­ka­nie psa señory Baraca. Ze swo­jego pokoju widziała ocean, który roz­my­wał się w sza­rej mgle na hory­zon­cie, zupeł­nie jakby niebo pochła­niało morze. Matka czę­sto zabie­rała ich na plażę Caleta Abarca, ponie­waż nie mieli wła­snego basenu, lecz zwy­kle woda była zbyt zimna, aby się w niej kąpać. Cza­sami jeź­dzili do małej nad­mor­skiej wio­ski Cacha­gua, odle­głej o godzinę jazdy samo­cho­dem, do dziad­ków, któ­rzy mieli tam śliczny letni dom, oto­czony wyso­kimi pal­mami i aka­cjami. Fede­rica uwiel­biała morze. Ojciec powie­dział kie­dyś, że jej miłość do morza jest zupeł­nie natu­ralna, bo uro­dziła się pod zna­kiem Raka. Fede­rice nie bar­dzo spodo­bało się to wyja­śnie­nie, nie lubiła bowiem raków, kra­bów i innych podob­nych stwo­rzeń.

 

Dopiero po dłuż­szym cza­sie usły­szała kroki na scho­dach, a póź­niej wysoki głos swo­jego młod­szego brata Enri­que, zwa­nego Halem na cześć księ­cia Hen­ryka z Wil­liama Szek­spira. Natu­ral­nie przy­do­mek był pomy­słem Ramona – jego żona, matka Fede­riki i Hala, była Angielką, lecz nie inte­re­so­wała się ani lite­ra­turą, ani histo­rią. Helena inte­re­so­wała się głów­nie sobą.

– Już się ubra­łaś, kocha­nie? – zdzi­wiła się, gdy Fede­rica prze­bie­gła przez kory­tarz i wpa­dła do pokoju Hala, z któ­rego Helena wła­śnie usi­ło­wała ścią­gnąć piżamę.

– Tata dzi­siaj wraca! – zawo­łała Fede­rica, pod­ska­ku­jąc z pod­nie­ce­nia.

– Tak, wraca – odparła Helena i wzięła głę­boki oddech, aby ukryć żal, jaki czuła do wiecz­nie nie­obec­nego męża. – Stój spo­koj­nie, Hal. Nie mogę wło­żyć ci buci­ków, kiedy tak wierz­gasz!

– Przy­je­dzie przed lun­chem? – zapy­tała Fede­rica.

Szybko roz­su­nęła zasłony, pozwa­la­jąc, by cie­płe słońce zalało ciemny pokój poran­nym bla­skiem.

– Powi­nien zja­wić się przed połu­dniem – odpo­wie­działa cier­pli­wie Helena. – Samo­lot ląduje o dzie­sią­tej – dodała, prze­cze­su­jąc czarne włosy Hala miękką szczotką.

Chło­piec bun­tow­ni­czo potrzą­snął głową, zapisz­czał, zesko­czył z łóżka i wybiegł na kory­tarz.

– Wło­ży­łam naj­lep­szą sukienkę, spe­cjal­nie dla niego – oznaj­miła Fede­rica, lek­kim kro­kiem scho­dząc za matką po scho­dach.

– Wła­śnie widzę.

– Pomogę Lidii przy­go­to­wać lunch. Robimy ulu­bione danie tatu­sia, wiesz, mamo?

– To zna­czy?

Pastel de choclo, a na deser pyszne cia­sto, meren­gon de lúcuma. – Fede­rica strzą­snęła z ramion dłu­gie jasne włosy, które ciężką falą opa­dły na jej wąskie plecy.

Dziew­czynka nosiła opa­skę nad czo­łem i ta fry­zura, przy jej dość niskim wzro­ście i drob­nej budo­wie, spra­wiała, że nie wyglą­dała na sześć lat.

– Tata wraca dziś do domu – obwie­ściła Fede­rica Halowi, poma­ga­jąc matce nakryć do stołu.

– I przy­wie­zie mi jakiś pre­zent? – Hal miał dopiero cztery lata i pamię­tał ojca głów­nie jako dostawcę licz­nych poda­run­ków.

– Oczy­wi­ście, skar­bie. – Helena posta­wiła przed syn­kiem fili­żankę zim­nego mleka. – Tatuś zawsze przy­wozi ci pre­zenty, prawda? Zresztą nie­długo będzie Gwiazdka i dosta­niesz całe mnó­stwo nowych zaba­wek.

Fede­rica czuj­nie pro­wa­dziła rączkę Hala, który zanu­rzył łyżeczkę w puszce z roz­pusz­czalną cze­ko­ladą i prze­niósł cały ładu­nek do swo­jej fili­żanki, a potem wil­gotną ście­reczką starła z obrusa dro­biny ciem­no­brą­zo­wego pyłu.

– Fede, roga­liki są ją gotowe – powie­działa Helena, zapa­la­jąc papie­rosa. – Czuję, że zaczy­nają się przy­pa­lać.

Nie­spo­koj­nie zer­k­nęła na wiszący na ścia­nie zegar i przy­gry­zła dolną wargę. Wie­działa, że powinna poje­chać z dziećmi na lot­ni­sko, bo prze­cież tak zro­bi­łaby każda dobra matka, nie była jed­nak w sta­nie sta­wić czoła temu wyzwa­niu. Nie wytrzy­ma­łaby dłu­giej jazdy z lot­ni­ska w San­tiago na wybrzeże i koniecz­no­ści pro­wa­dze­nia lek­kiej roz­mowy, jakby wszystko było w naj­lep­szym porządku. Nie, znacz­nie lepiej będzie zacze­kać na Ramona w domu, dużym domu, w któ­rym było dość miej­sca, aby nie musieli cią­gle na sie­bie patrzeć. Co za idio­tyczna sytu­acja, pomy­ślała z gory­czą. Oboje już dawno zagu­bili się w ogrom­nych prze­strze­niach, któ­rymi sta­rali się oddzie­lić od sie­bie. Zagu­bili się w odle­głych kra­jach, wśród fik­cyj­nych postaci, które dla Ramona były znacz­nie waż­niej­sze niż praw­dziwi, potrze­bu­jący jego obec­no­ści i bli­sko­ści ludzie… W każ­dym razie tak jej się wyda­wało. A prze­cież sta­rała się, naprawdę się sta­rała… Teraz była pusta w środku i zmę­czona świa­do­mo­ścią, że mąż stale ją zanie­dbuje.

Fede­rica posma­ro­wała roga­lik masłem i pocią­gnęła łyk zim­nej cze­ko­lady. Roz­ma­wiała z bra­tem wyso­kim, pod­nie­co­nym gło­sem, który draż­nił nerwy matki. Helena stała przy oknie, dmu­cha­jąc dymem w szybę. Kie­dyś byli w sobie zako­chani, ale cóż, nawet nie­na­wiść jest wyra­zem miło­ści, cho­ciaż ma zupeł­nie inne obli­cze… Już dawno prze­stała nie­na­wi­dzić męża i może byłby to wystar­cza­jący powód, aby z nim zostać, lecz teraz czuła obo­jęt­ność i była tym prze­ra­żona. Na obo­jęt­no­ści nic nie wyro­śnie, nic. Obo­jęt­ność jest bez­płodna i mar­twa jak twarz księ­życa.

Helena zamiesz­kała w Chile i usi­ło­wała zapu­ścić tam korze­nie, ponie­waż podob­nie jak póź­niej Fede­rica, uwie­rzyła, że Ramon jest Bogiem. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że był naj­bar­dziej fascy­nu­ją­cym i przy­stoj­nym męż­czy­zną, jaki kie­dy­kol­wiek poja­wił się w Polperro. Potem przy­słał Hele­nie egzem­plarz „Natio­nal Geo­gra­phic” ze swoim arty­ku­łem oraz zdję­ciami sta­rych jaskiń prze­myt­ni­ków i roz­sy­pu­ją­cych się zam­ków, które mu poka­zała. Pozor­nie były to zwy­czajne foto­gra­fie, a jed­nak prze­ni­kało je świa­tło jakby spoza tego świata. W zdję­ciach Ramona kryło się coś tajem­ni­czego i mistycz­nego, coś, czego nie potra­fiła nazwać. Każde napi­sane przez niego słowo trwało w jej pamięci długo po zakoń­cze­niu lek­tury. Teraz wie­działa, że ta magia była miło­ścią, miło­ścią, która nie opusz­czała ich przez pierw­sze sześć lat, prze­mie­nia­jąc nawet naj­bar­dziej przy­ziemne zaję­cia, na przy­kład napeł­nia­nie baku samo­chodu ben­zyną, w cza­ro­dziej­skie prze­ży­cia. Kiedy się kochali, działo się to w innym wymia­rze, i mocno wie­rzyła, że tylko Ramon posiada moc two­rze­nia wokół nich odmien­nej rze­czy­wi­sto­ści. Dopiero gdy magia zni­kła, pojęła, że połą­cze­nie zostało po pro­stu zerwane, jak linia pod napię­ciem, które wytwa­rzali oboje, nie tylko jedno z nich. Połącz­nie prze­stało ist­nieć, ponie­waż jedna strona poczuła roz­cza­ro­wa­nie, i już ni­gdy nie udało się go nawią­zać. Ten szcze­gólny rodzaj magii pło­nie wyso­kim, potęż­nym pło­mie­niem, lecz szybko gaśnie. Począt­kowo wszę­dzie podró­żo­wali razem. Odwie­dzali naj­dal­sze zakątki Chin, pusty­nie Egiptu i jeziora Szwe­cji. Kiedy Helena zaszła w ciążę z Fede­ricą, wró­cili do Chile. Magia na­dal im towa­rzy­szyła, a ona była zachwy­cona bia­łymi pia­skami plaż i rusty­kalną pro­stotą. Teraz magii już nie było i Helena czuła się pusta w środku, wypa­lona, ponie­waż prze­peł­nia­jąca ją kie­dyś miłość powoli ode­szła. Ona także powinna odejść, nie chciała dłu­żej tu miesz­kać, zresztą po co… Tęsk­niła za wil­got­nymi, zie­lo­nymi wzgó­rzami swo­jego dzie­ciń­stwa i wcze­snej mło­do­ści. Drżącą dło­nią zapa­liła następ­nego papie­rosa i znowu ner­wowo spoj­rzała na zegar.

Fede­rica sprząt­nęła po śnia­da­niu, pod­śpie­wu­jąc i tań­cząc po kuchni. Hal bawił się pocią­giem w swoim pokoju, Helena na­dal tkwiła przy oknie.

– Mamo! – krzyk­nął Hal. – Pociąg mi się zepsuł! Nie chce jeź­dzić!

Helena wsu­nęła do kie­szeni paczkę papie­ro­sów i wyszła, zosta­wia­jąc upo­rząd­ko­wa­nie kuchni Fede­rice. Dziew­czynka sta­ran­nie wytarła stół, zmyła tale­rze, fili­żanki i naczy­nia, wło­żyła far­tu­szek i posta­no­wiła zacze­kać na Lidię.

Kiedy Lidia otwo­rzyła furtkę, od razu zoba­czyła przy­ci­śniętą do szyby drobną twa­rzyczkę Fede­riki, roz­świe­tloną sze­ro­kim uśmie­chem.

Hola, señorita! – zawo­łała zdy­szana, wcho­dząc do holu. – Wcze­śnie dziś wsta­łaś.

– Sprząt­nę­łam już nawet po śnia­da­niu – odpo­wie­działa Fede­rica po hisz­pań­sku.

Helena dosko­nale znała ten język, ale w domu wszy­scy, nawet Ramon, zawsze roz­ma­wiali po angiel­sku.

– Dobre z cie­bie dziecko… – wysa­pała Lidia, wcho­dząc do kuchni. – Ach, praw­dziwy anio­łek… Wszystko przy­go­to­wa­łaś!

Lidia poto­czyła ciem­nymi oczami po kuchni i uśmiech­nęła się na widok sta­ran­nie usta­wio­nych na bla­cie misek, mise­czek i łyżek.

– Chcia­łam, żeby na przy­jazd taty wszystko wypa­dło wspa­niale – wyznała Fede­rica, któ­rej policzki pło­nęły z eks­cy­ta­cji.

Z tru­dem zacho­wy­wała cier­pli­wość i usi­ło­wała pil­no­wać się, aby nie pod­ska­ki­wać, tylko nor­mal­nie cho­dzić. Było to trudne, bo kiedy pod­ska­ki­wała, uczu­cie łasko­ta­nia w brzu­chu zni­kało, cho­ciaż oczy­wi­ście tylko na moment. Lidia prze­brała się w różowy kom­bi­ne­zon i umyła spuch­nięte brą­zowe ręce. Potem zapro­po­no­wała, by Fede­rica zro­biła to samo.

– Zanim zabie­rzesz się do goto­wa­nia, trzeba zawsze umyć ręce – rze­kła. – Nie wia­domo prze­cież, czego wcze­śniej doty­ka­łaś, prawda?

– To tak jak z psem señory Baraca! – Fede­rica zachi­cho­tała.

Pobre­cito, bie­dac­two – wes­tchnęła Lidia, prze­chy­la­jąc głowę i uśmie­cha­jąc się współ­czu­jąco. – To zwie­rzę cały boży dzień jest uwią­zane w małym ogródku, więc nic dziw­nego, że szczeka od świtu do zmierz­chu.

– Señora Baraca w ogóle go nie wypro­wa­dza? – zdzi­wiła się dziew­czynka, opłu­ku­jąc dło­nie pod kra­nem.

– Cza­sami go wypro­wa­dza, ale jest już stara. A my, sta­rzy ludzie, nie mamy zbyt wiele ener­gii…

– Wcale nie jesteś stara, Lidio!

– Nie jest stara, tylko tłu­sta – powie­działa po angiel­sku Helena, która wła­śnie weszła do kuchni z loko­mo­tywą Hala w ręku. – Lidia mia­łaby dużo wię­cej ener­gii i siły, gdyby tyle nie jadła. Przez cały dzień dźwiga wszę­dzie to cięż­kie ciało, wyobra­żasz sobie? Nic dziw­nego, że sapie i co chwilę dostaje zadyszki.

– Buenos días, señora – przy­wi­tała Helenę Lidia, która nie rozu­miała ani słowa po angiel­sku.

– Dzień dobry, Lidio – odparła Helena po hisz­pań­sku. – Potrzebny mi nóż, żeby napra­wić ten prze­klęty pociąg.

Nie zdo­była się nawet na naj­mniej­szy uśmiech. Była zbyt nie­spo­kojna i zde­ner­wo­wana, aby myśleć o kim­kol­wiek poza sobą.

– Pro­szę się nie mar­twić, don Ramon wkrótce będzie w domu i naprawi zabawkę – zauwa­żyła pogod­nie Lidia. – To zaję­cie dla męż­czy­zny.

– Ser­deczne dzięki, Lidio, to bar­dzo pomocna uwaga, doprawdy – zezło­ściła się Helena. – Podaj mi nóż, Fede.

Fede­rica speł­niła pole­ce­nie i w mil­cze­niu patrzyła, jak matka wycho­dzi z kuchni.

– Och, w domu jest znacz­nie przy­jem­niej, kiedy przy­jeż­dża twój tata! – oświad­czyła Lidia, chwy­ta­jąc dziew­czynkę w obję­cia. – Założę się, że w nocy w ogóle nie mogłaś zasnąć!

– Nie mogłam, to prawda – przy­tak­nęła Fede­rica i spoj­rzała na zegar. – Nie­długo tu będzie…

Lidia zauwa­żyła, że małe ręce dziecka dygocą. Fede­rica kro­iła masło, w sku­pie­niu marsz­cząc brwi.

– Uwa­żaj, żeby się nie ska­le­czyć – łagod­nie powie­działa Lidia. – Nie chcesz chyba, żeby tatuś po powro­cie zastał córeczkę z sied­mioma pal­cami, co?

Lidia roze­śmiała się gło­śno, sap­nęła i zaka­słała.

Helena, która zwy­kle świet­nie radziła sobie z napra­wia­niem róż­nych przed­mio­tów, zepsuła loko­mo­tywę do końca. Hal zalał się łzami. Matka przy­tu­liła go i zdo­łała pocie­szyć, obie­cu­jąc, że kupi mu nową loko­mo­tywę, więk­szą i ład­niej­szą.

– Ta i tak była już stara i znisz­czona – powie­działa. – Po co komu taka loko­mo­tywa? Pociąg wygląda bez niej dużo lepiej.

Nagle przy­szło jej do głowy, że ona też chcia­łaby być pocią­giem bez loko­mo­tywy. Zapa­liła następ­nego papie­rosa. Przez sze­roko otwarte drzwi do ogrodu pły­nęło powie­trze pach­nące morzem, poma­rań­czami i ozo­nem. Jest za gorąco, żeby sie­dzieć w domu, pomy­ślała z iry­ta­cją, powin­ni­śmy poje­chać na plażę. Otarła spo­cone czoło i spoj­rzała na zega­rek. Gar­dło miała ści­śnięte ze zde­ner­wo­wa­nia. Samo­lot Ramona wła­śnie wylą­do­wał.

Fede­rica i Lidia krę­ciły się po kuchni jak dwie psz­czoły nad kwia­tem pach­ną­cym nek­ta­rem. Fede­rica uwiel­biała uczest­ni­czyć we wszel­kich domo­wych zaję­ciach i z ogrom­nym entu­zja­zmem speł­niała pole­ce­nia Lidii. Czuła się doro­sła, bo Lidia wła­śnie tak ją trak­to­wała. Gawę­dziły o nęka­ją­cych Lidię bólach krę­go­słupa oraz kolce, a także o kurzaj­kach, które poja­wiły się na sto­pach jej męża.

 

– Boję się opie­rać nogi tam, gdzie on – powie­działa Lidia. – Dla­tego cią­gle noszę skar­petki, nie zdej­muję ich nawet pod prysz­ni­cem.

– Ja też bym tak robiła – przy­tak­nęła Fede­rica, nie do końca pewna, co to są kurzajki.

– Jesteś roz­sądna tak jak ja. – Lidia uśmiech­nęła się do chu­dego dziecka, jej zda­niem zde­cy­do­wa­nie za poważ­nego jak na sześć, no, pra­wie sie­dem lat.

Uwa­żała, że winę za zbyt­nią doj­rza­łość Fede­riki ponosi Helena. Matka po pro­stu zasy­pała małą obo­wiąz­kami. W rezul­ta­cie Fede­rica potra­fiła zająć się domem, i to cał­kiem nie­źle, zupeł­nie bez pomocy.

Kiedy Helena znowu zaj­rzała do kuchni, aro­mat pastel de choclo uświa­do­mił jej, że jest potwor­nie głodna. Fede­rica wycie­rała wła­śnie naczy­nia, a Lidia koń­czyła zmy­wać. Hele­nie udało się chwy­cić miseczkę z reszt­kami kremu, zanim pulchne dło­nie kucharki zanu­rzyły ją w pie­ni­stej wodzie. Nabrała na palec odro­binę śmie­tany, spró­bo­wała i łako­mie obli­zała wargi.

– Pyszne, kocha­nie – powie­działa ze szcze­rym podzi­wem. Uśmiech­nęła się do córeczki i pogła­skała jej lśniące, jasne włosy. – Świetna z cie­bie kucharka, naprawdę.

Fede­rica odpo­wie­działa uśmie­chem. Dosko­nale znała zmienną naturę matki. Helena w jed­nej chwili była ziry­to­wana i roz­draż­niona, a zaraz potem łagodna i miła. Sta­no­wiła cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo Ramona, który zawsze był pogodny i bez­tro­ski. Pochwała matki jak zwy­kle bar­dzo ucie­szyła dziew­czynkę. Wypro­sto­wała się dum­nie i o mało nie pękła z rado­ści.

– Jest nie tylko świetną kucharką, ale i dosko­nałą gospo­sią, señora – ode­zwała się cie­pło Lidia. Duże czarne zna­mię na jej pod­bródku zady­go­tało pod wpły­wem sze­ro­kiego uśmie­chu. – Posprzą­tała po śnia­da­niu, cał­kiem sama – dorzu­ciła lekko kar­cą­cym tonem, ponie­waż nie podo­bało jej się, że señora Helena zrzuca wszystko na barki dziecka.

– Wiem. – Helena poki­wała głową. – Nie mam poję­cia, co bym bez niej zro­biła…

Słowa były jak naj­bar­dziej na miej­scu, lecz w gło­sie Heleny brzmiała obo­jęt­ność. Strzą­snęła popiół z papie­rosa do popiel­niczki i opu­ściła kuch­nię. Poszła na górę. Czuła się zmę­czona, serce cią­żyło jej tak bar­dzo, że nawet wygodne schody wyda­wały się zbyt trudne do poko­na­nia. Szła chłod­nym bia­łym kory­ta­rzem, lekko sta­wia­jąc stopy na drew­nia­nych deskach. W donicz­kach sto­ją­cych na pięk­nych pod­staw­kach kwi­tły jasne stor­czyki. Nie­które kwiaty nale­ża­łoby obe­rwać i wyrzu­cić, ale Hele­nie nie chciało się tym zająć. W sypialni zasłony z bia­łego lnu falo­wały na wie­trze, jakby same pró­bo­wały roz­su­nąć się na boki i wpu­ścić słońce do wnę­trza. Helena szarp­nęła nimi z roz­draż­nie­niem i spoj­rzała na morze. Roz­cią­gało się przed nią, świe­tli­ste i drżące, zapra­szało, żeby popły­nęła gdzieś daleko, jak naj­da­lej stąd. Hory­zont obie­cy­wał wol­ność i nowe życie.

– Pomóc ci sprząt­nąć pokój, mamo? – zapy­tała cicho Fede­rica. Helena odwró­ciła się i spoj­rzała w małą, poważną buzię córki. – Chcia­ła­byś zro­bić tu porzą­dek na przy­jazd taty, tak? – Pod­nio­sła popiel­niczkę i zga­siła w niej papie­rosa.

– No, tak… – odparła Fede­rica nie­śmiało. – Przy­nio­słam tro­chę kwia­tów i…

Serce Heleny bole­śnie ści­snęło się ze współ­czu­cia. Rozu­miała, że córeczka kocha ojca mimo jego dłu­gich, powta­rza­ją­cych się wyjaz­dów. Fede­rica kochała Ramona, cho­ciaż mogła go nie­na­wi­dzić. Obda­rzyła go bez­wa­run­kową miło­ścią. Im czę­ściej wyjeż­dżał, tym rado­śniej go witała, bie­gnąc pro­sto w jego ramiona jak wdzięczna kochanka. Helena miała ochotę powie­dzieć Fede­rice prawdę i znisz­czyć jej ilu­zje, pra­gnęła tego z czy­stej zło­śli­wo­ści, ponie­waż w głębi serca żało­wała, że nie podziela wyobra­żeń córeczki. Zawsze uwa­żała, że świat dzieci jest cudo­wa­nie pro­sty i zazdro­ściła Fede­rice jej uczu­cia.

– W porządku, Fede – rze­kła z napię­ciem. – Sprząt­nij, tacie na pewno bar­dzo spodo­bają się te kwiaty. Nie będę ci prze­szka­dzać…

Weszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi. Fede­rica usły­szała, jak matka włą­cza prysz­nic i stru­mień wody ude­rza o meta­lowe ścianki wanny. Wes­tchnęła cicho. Posłała łóżko, wkła­da­jąc pod poduszkę i narzutę świeżą lawendę, dokład­nie tak, jak nauczyła ją bab­cia, i posta­wiła wazo­nik z kwiat­kami na sto­liku noc­nym po stro­nie ojca. Potem poskła­dała rze­czy matki i zanio­sła je do sta­rej dębo­wej szafy, wcze­śniej jed­nak pie­czo­ło­wi­cie uło­żyła na pół­kach nie­dbale poroz­rzu­cane czę­ści ubra­nia, aż w końcu wnę­trze przy­wo­dziło na myśl dobrze zor­ga­ni­zo­wany sklep. Otwo­rzyła na oścież okna, żeby zapa­chy ogrodu i morza wygo­niły z pokoju brudny papie­ro­sowy dym. Wresz­cie usia­dła przy toa­letce i się­gnęła po foto­gra­fię ojca, który uśmie­chał się do niej tro­chę łobu­zer­sko zza szkła ozdob­nej srebr­nej ramki. Ramon był bar­dzo przy­stojny – miał błysz­czące czarne włosy, oliw­kową skórę, lśniące orze­chowe oczy o szcze­rym, inte­li­gent­nym spoj­rze­niu i duże usta, zdra­dza­jące poczu­cie humoru i natu­ralny urok. Fede­rica prze­su­nęła kciu­kiem po szkle i uchwy­ciła w nim odbi­cie zamy­ślo­nej buzi. W obra­zie swo­jej twa­rzy widziała tylko matkę, jej bar­dzo jasne włosy, jasno­nie­bie­skie oczy, jasno­ró­żowe wargi, jasną skórę… Bar­dzo żało­wała, że nie odzie­dzi­czyła ciem­nej, wło­skiej urody ojca… Szkoda, że wziął ją po nim tylko Hal, który na pewno będzie rów­nie przy­stojny. Wszyst­kie dziew­czynki w jej kla­sie były ciemne, tak jak Hal. Kiedy matka zabie­rała ją do Val­pa­ra­iso, ludzie gapili się na nią z zacie­ka­wie­niem, a señora Esco­bar, wła­ści­cielka baru kanap­ko­wego za rogiem, nazy­wała ją La Ange­lita (Anio­łek) i za żadne skarby świata nie chciała uwie­rzyć, że ludzka istota może mieć tak jasne włosy. Naj­lep­sza przy­ja­ciółka Heleny, Lola Migu­enes, posta­no­wiła utle­nić swoje czarne jak noc włosy, ale w poło­wie eks­pe­ry­mentu zabra­kło jej odwagi i teraz cho­dziła z lokami koloru rdza­wej dachówki, co zda­niem Fede­riki wyglą­dało wyjąt­kowo paskud­nie. Helena nie dbała o swój wygląd tak jak Chi­lijki, które zawsze miały sta­ranny mani­kiur, błysz­czący lakier na dłu­gich paznok­ciach, per­fek­cyj­nie nało­żoną szminkę i ele­ganc­kie stroje. Helena krzą­tała się po domu z wło­sami byle jak upię­tymi na czubku głowy i z papie­ro­sem zwi­sa­ją­cym z kącika ust. Fede­rica uwa­żała, że matka umie być śliczna, kiedy się postara. Sądząc po sta­rych foto­gra­fiach, kie­dyś musiała być bar­dzo piękna, lecz ostat­nio zupeł­nie się zanie­dbała. Fede­rica nie tra­ciła jed­nak nadziei, że matka zmo­bi­li­zuje się teraz ze względu na powrót ojca.

Helena wyszła z łazienki, spo­wita obło­kiem pary. Jej twarz była zaró­żo­wiona, oczy lśniły. Fede­rica wycią­gnęła się na narzu­cie z bia­łego ada­maszku i patrzyła, jak matka przy­go­to­wuje się na powrót męża. Helena czuła zapach lawendy i doj­rza­łych poma­rań­czy, i posta­no­wiła, że na razie nie zapali następ­nego papie­rosa, żeby nie zepsuć wypra­co­wa­nego przez Fede­ricę efektu. Miała wyrzuty sumie­nia. Fede­rica była tak pod­nie­cona jak koń w bramce star­to­wej tuż przed wyści­giem, gdy tym­cza­sem ona ocze­ki­wała przy­jazdu Ramona z nie­po­ko­jem, nie­chę­cią i skry­waną świa­do­mo­ścią, że jest tylko kwe­stią czasu, kiedy zmo­bi­li­zuje się i odej­dzie od niego. Nakła­da­jąc maki­jaż, obser­wo­wała w lustrze Fede­ricę, która wcale nie podej­rze­wała, że na parę chwil stała się obiek­tem zain­te­re­so­wa­nia matki. Dziew­czynka wpa­try­wała się w okno, jakby sądziła, że ojciec przy­bę­dzie stat­kiem, nie samo­cho­dem. Miała dzie­cinny, miękki pro­fil, lecz wyraz twa­rzy doro­słej kobiety. Pełne napię­cia ocze­ki­wa­nie, co pod­kre­ślała pio­nowa zmarszczka mię­dzy brwiami i drżące wargi, świad­czyło o świa­do­mo­ści cał­ko­wi­cie nie­przy­sta­ją­cej do jej wieku. Fede­rica uwiel­biała ojca, kochała go miło­ścią wier­nego psa, nato­miast Hal kochał matkę, która w głębi duszy uwa­żała, że dużo bar­dziej zasłu­guje na to uczu­cie.

Kiedy Helena była już gotowa, deli­kat­nie uma­lo­wana i ubrana w obci­słe białe spodnie i baweł­nianą koszulkę, z jesz­cze wil­got­nymi wło­sami sple­cio­nymi w wężowy war­kocz, usia­dła na łóżku obok córki i pogła­skała jej poli­czek.

– Ślicz­nie wyglą­dasz, kocha­nie – powie­działa i z czu­ło­ścią poca­ło­wała nie­winne czoło dziecka. – Po pro­stu prze­ślicz­nie, możesz mi wie­rzyć.

– Nie­długo tu będzie, prawda? – zapy­tała cicho Fede­rica.

– Tak, lada chwila – odparła, masku­jąc drże­nie głosu ze sku­tecz­no­ścią nabytą w wyniku wie­lo­let­niej prak­tyki.

Pod­nio­sła się i szybko zbie­gła po scho­dach. Nie mogła zapa­lić w sypialni, bo Fede­rica wło­żyła w jej upo­rząd­ko­wa­nie zbyt wiele wysiłku i miło­ści, ale musiała się zacią­gnąć, i to już, natych­miast. W chwili, gdy pode­szwy jej espa­dryli dotknęły kafli posadzki w holu, drzwi wej­ściowe otwo­rzyły się i sta­nął w nich Ramon podobny do wiel­kiego czar­nego wilka. Helena gwał­tow­nie wcią­gnęła powie­trze i poczuła, jak jej żołą­dek kur­czy się bole­śnie. Patrzyli na sie­bie, w mil­cze­niu oce­nia­jąc chłodną obcość, która nie­uchron­nie nara­stała mię­dzy nimi, gdy tylko zna­leźli się w jed­nym pomiesz­cze­niu.

– Fede, tatuś przy­je­chał! – zawo­łała Helena.

Jej twarz nie zmie­niła wyrazu, lecz głos wibro­wał skry­wa­nymi emo­cjami. Ramon ode­rwał ciem­no­brą­zowe oczy od kamien­nych rysów żony i rozej­rzał się w poszu­ki­wa­niu córki. Fede­rica zbie­gała po scho­dach, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie i pisz­cząc z rado­ści. Prze­mknęła obok matki i sko­czyła pro­sto w obję­cia ojca, obej­mu­jąc cien­kimi ramion­kami zaro­śniętą szyję, przy­wie­ra­jąc policz­kiem do oboj­czyka i wdy­cha­jąc ciężki, korzenny zapach, który wyróż­niał go spo­śród wszyst­kich innych ludzi.

Ramon poca­ło­wał cie­pły poli­czek córki i pod­niósł ją wysoko, śmie­jąc się tak gło­śno, że poczuła wibra­cje, prze­bie­ga­jące przez jej ciało.

– Ach, więc tęsk­ni­łaś za mną! – wykrzyk­nął, okrę­ca­jąc ją dookoła sie­bie.

Fede­rica oto­czyła go nogami w pasie, aby nie spaść na zie­mię.

– Tak, tatu­siu! – Roze­śmiała się.

Ogar­nęła ją fala wiel­kiego szczę­ścia i rado­ści, chciało jej się śmiać i pła­kać jed­no­cze­śnie. Wła­śnie wtedy do holu wbiegł Hal, spoj­rzał na ojca i wybuch­nął pła­czem. Helena pod­bie­gła do synka, w grun­cie rze­czy bar­dzo zado­wo­lona z jego poja­wie­nia się, które nieco roz­ła­do­wało nie­przy­jemną dla niej atmos­ferę, wzięła go na ręce i poca­ło­wała w mokry poli­czek.