Francuski ogrodnik

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V

Kamienny mostek o zacho­dzie słońca. Bursz­ty­nowe świa­tło roz­ja­śnia gładką powierzch­nię rzeki

Gus patrzył za nią chwilę, a potem zawró­cił do domku. Był wście­kły, że Storm odkryła jego tajem­nicę, lecz mimo wszystko nie­po­ko­iła go tro­chę świa­do­mość, że sio­stra prze­szła na drugą stronę rzeki przez mostek, zapusz­cza­jąc się na kom­plet­nie nie­znane tery­to­rium. W Lon­dy­nie matka ni­gdy nie spusz­czała ich z oka. Jeżeli w parku na moment scho­wali się za krza­kiem, natych­miast wołała ich gło­sem peł­nym napię­cia i lęku, tym­cza­sem teraz Storm poszła gdzieś cał­kiem sama i Gus czuł się winny. Gdyby młod­szej sio­strze stało się coś złego, on pono­siłby za to odpo­wie­dzial­ność. Nie­po­kój nie drę­czył go jed­nak zbyt długo, ponie­waż od razu zajął się prze­szu­ki­wa­niem pię­terka, gdzie pod ostro ścię­tym dachem były dwie sypial­nie i łazienka. Słońce wpa­dało do środka przez okna i oświe­tlało poru­szone jego kro­kami dro­biny kurzu, spra­wia­jąc, że lśniły jak płatki złota. Na pię­trze było cicho i cie­pło, powie­trze prze­sy­cone było czymś nie­zwy­kłym, cza­ro­dziej­skim i nie­spo­ty­ka­nym. Gus wszedł do pierw­szego pokoju i wszyst­kie myśli o Storm zupeł­nie wyle­ciały mu z głowy.

W tym samym cza­sie Storm szła brze­giem rzeki, zano­sząc się gło­śnym pła­czem. Nie­na­wi­dziła Gusa, nie­na­wi­dziła wsi, swo­jej nowej szkoły i nowego domu. Z całego serca pra­gnęła wró­cić do Lon­dynu, do swo­jego daw­nego pokoju, do daw­nej szkoły, w któ­rej miała mnó­stwo przy­ja­ciół i do wszyst­kiego, co znała i lubiła. Po paru chwi­lach dotarła do ogro­dze­nia, za któ­rym roz­cią­gało się pastwi­sko, gdzie pasło się stado krów. Dziew­czynce przy­szło do głowy, że na łące może paść się także i byk, więc sta­nęła przy furtce i oparła głowę na zgię­tych ramio­nach, czu­jąc, jak jej łzy wsią­kają w weł­nianą kurtkę.

Nagle uświa­do­miła sobie, że ktoś jej się przy­gląda. Usły­szała, jak błoto mla­ska pod kopy­tami krów i lśniące czarne zwie­rzęta zbli­żyły się do niej ostroż­nie. Gdyby była Gusem, pró­bo­wa­łaby je wystra­szyć, była jed­nak zbyt zmę­czona i nie wie­działa, czy krowy nie są dla niej zagro­że­niem. Pod­nio­sła wzrok, ale nie śmiała się poru­szyć. Krowy utwo­rzyły pół­kole po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia. Nie­które prze­py­chały się do przodu, a ich duże oczy błysz­czały zacie­ka­wie­niem. Storm nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści, że gdyby chciały, mogłyby bez trudu wyrwać furtkę z zawia­sów.

– Wycią­gnij rękę – ode­zwał się ktoś cał­kiem bli­sko.

Dziew­czynka odwró­ciła głowę i ze zdzi­wie­niem zoba­czyła obcego męż­czy­znę, który także opie­rał się o płot. Wycią­gnął rękę w kie­runku krów i uśmiech­nął się do Storm, a jego ogo­rzałą twarz pokryła sieć drob­nych zmarsz­czek, głęb­szych i dłuż­szych wokół oczu. Był to uśmiech, od któ­rego czło­wie­kowi robi się miło i cie­pło w środku, i Storm natych­miast poczuła się lepiej, zupeł­nie jakby ktoś zatkał wielką dziurę w jej sercu, przy­naj­mniej na jakiś czas. Przy­po­mniała sobie, że matka zabro­niła jej roz­ma­wiać z nie­zna­jo­mymi, ale ten czło­wiek był miły, cał­kiem nie­po­dobny do okrop­nych ludzi, przed któ­rymi czę­sto ją ostrze­gano.

Powtó­rzyła gest męż­czy­zny i wycią­gnęła rękę. Z początku krowy nie wyko­nały żad­nego ruchu, patrzyły tylko na wycią­gnięte dło­nie, wypusz­cza­jąc z noz­drzy gorące powie­trze. Storm cze­kała cier­pli­wie, uspo­ko­jona obec­no­ścią dru­giego czło­wieka. Zauwa­żyła, że ręka męż­czy­zny jest szorstka, spra­co­wana i sucha, poorana set­kami linii niczym mapa dro­gowa. Wresz­cie krowy zaczęły prze­su­wać się ku nim, naj­pierw bar­dzo powoli, potem z rosnącą pew­no­ścią sie­bie. Dziew­czynka zadrżała, kiedy jedna wycią­gnęła szyję i zbli­żyła wil­gotny nos do jej pal­ców.

– Nie bój się… – powie­dział męż­czy­zna z dziw­nym, zabaw­nym akcen­tem. – To krowy rasy Aber­deen Angus, bar­dzo łagodne stwo­rze­nia. Boją się cie­bie dużo bar­dziej niż ty ich. – Przy­su­nął swoją dłoń i krowa dmuch­nęła cie­płym odde­chem na ręce ich obojga. – Widzisz, polu­biła cię…

Wierz­chem pal­ców pogła­skał po nosie zwie­rzę, które od razu wysu­nęło język i poli­zało dłoń Storm.

– Ma strasz­nie szorstki język! – zachi­cho­tała dziew­czynka.

– Żeby mogła chwy­tać nim trawę – wyja­śnił. – Gdyby miała gładki język, trawa by się ześli­zgi­wała…

Reszta stada uznała, że dwie ludz­kie istoty zacho­wują się przy­jaź­nie i zwie­rzęta ławą ruszyły naprzód, doma­ga­jąc się piesz­czot.

– Mamy nowych przy­ja­ciół! – Roze­śmiał się męż­czy­zna.

Był zdzi­wiony, że dziecko roz­bu­dziło w jego sercu uczu­cie zado­wo­le­nia. Zale­d­wie chwilę wcze­śniej sie­dział na brzegu rzeki z twa­rzą ukrytą w dło­niach, bar­dziej nie­szczę­śliwy i udrę­czony niż kie­dy­kol­wiek w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu sze­ściu lat.

– Jak masz na imię? – spy­tał.

– Storm.

– Nie­zwy­kłe imię! Ja nazy­wam się Jean-Paul…

Popa­trzył na jej zaczer­wie­nioną buzię, brudną tam, gdzie pal­cami roz­ma­zała łzy i ze współ­czu­ciem pomy­ślał, że taka mała dziew­czynka nie powinna sama cho­dzić po polach.

– Miesz­kasz gdzieś tutaj?

– W Har­ting­ton House – odparła, powta­rza­jąc nazwę, którą wbiła jej do głowy matka.

Jean-Paul pobladł. Na moment zabra­kło mu słów.

– Har­ting­ton House jest po dru­giej stro­nie rzeki – dodała Storm.

Jean-Paul dosko­nale o tym wie­dział. Pod­niósł wzrok, jakby ponad czub­kami drzew mógł zoba­czyć oto­czony zanie­dba­nym ogro­dem dom.

– Chyba powi­nie­nem odpro­wa­dzić cię do domu – zasu­ge­ro­wał łagod­nie.

Storm kiw­nęła głową, nie kry­jąc roz­cza­ro­wa­nia. Nie chciała wra­cać, wolała zostać tutaj, wśród krów. Jean-Paul wyczuł jej nastrój.

– Możesz tu wró­cić – rzekł. – Krowy zawsze ucie­szą się na twój widok, bo teraz już cię znają!

– Mój brat nie chce się ze mną bawić – wyznała dziew­czynka. – Jest okropny!

– Masz jesz­cze jakieś rodzeń­stwo?

Ze smut­kiem pokrę­ciła głową.

– Nie, tylko Gusa.

– Od jak dawna tu miesz­ka­cie?

– Nie­długo. Przed­tem miesz­ka­li­śmy w Lon­dy­nie.

– Założę się, że w Lon­dy­nie nie mia­łaś takiego dużego ogrodu, co? – Uśmiech­nął się lekko.

– W ogóle nie mie­li­śmy ogrodu, ale w pobliżu był park.

Wzru­szył ramio­nami.

– Ogród to magiczne miej­sce, a park raczej nie! Ogrody pełne są tajem­ni­czych zakąt­ków.

– Gus ma domek, ale to tajem­nica – zwie­rzyła mu się Storm.

– Powin­naś popro­sić waszego tatę, żeby zbu­do­wał ci twój wła­sny domek.

– Tata jest zajęty. – Spu­ściła oczy i jej rzęsy pra­wie musnęły policzki.

– Więc możesz sama urzą­dzić sobie domek w pustym drze­wie!

– W pustym drze­wie?

– W pustym drze­wie w dzi­kim ogro­dzie.

Dziew­czynka naj­wy­raź­niej nie miała poję­cia, o czym mówił.

– Chodź, pokażę ci!

Gdy zbli­żyli się do kamien­nego mostku, Jean-Paul spoj­rzał na domek i jego twarz posza­rzała.

– To domek Gusa! – Poka­zała pal­cem Storm.

Jean-Paul mil­czał. Serce znowu pękało mu z bólu. Ode­szła… Po co tu wró­cił? Czego się spo­dzie­wał? Powi­nien był pozwo­lić, aby czas zatarł wspo­mnie­nia, tak jak pną­cza zaro­sły ściany domku. Trzeba było iść dalej i nie oglą­dać się za sie­bie, ale prze­cież kochał ją całym ser­cem. Gdyby zdła­wił tę miłość, z całą pew­no­ścią sam umarłby razem z nią.

– Chodźmy, Storm! Pokażę ci puste drzewo.

Wszedł na mostek, nie patrząc już w stronę domku. Dziki ogród, daw­niej pełny fio­le­to­wych i nie­bie­skich kama­sji i jaskrów, pier­wiosn­ków i pie­rza­stych mle­czy, był teraz zupeł­nie zapusz­czony. Nie­sko­szona na zimę trawa rosła wysoko i gęsto. Kie­dyś bar­dzo lubił prze­cho­dzić tędy w łagodne wio­senne wie­czory, zmie­rza­jąc do domku, lecz teraz ogród wyda­wał się drze­mać, uśpiony pra­gnie­niem dawno zapo­mnia­nej miło­ści.

– Widzisz tamto drzewo? – zapy­tał gło­sem ochry­płym ze wzru­sze­nia, wska­zu­jąc potężny dąb, wzno­szący się naj­wy­żej ze wszyst­kich drzew. – Jest pusty.

– Co to zna­czy?

– Jest pusty w środku, spróch­niały, podobny do sko­rupy. Można tam wejść i urzą­dzić sobie domek. – Wziął głę­boki oddech. – Nie była­byś pierw­sza – dodał cicho.

Storm zer­k­nęła na niego z zacie­ka­wie­niem, lecz on odwró­cił się i ruszył w stronę Har­ting­ton House.

– Nie powin­ni­śmy przy­pad­kiem dać znać two­jej mamie, że wró­ci­łaś?

– Mama jest zajęta – oświad­czyła Storm.

Jean-Paul ścią­gnął brwi, prze­cze­sał pal­cami ciemne włosy, teraz siwie­jące już na skro­niach i obrzu­cił dziew­czynkę uważ­nym spoj­rze­niem.

– Na pewno nie jest aż tak zajęta, aby nie zauwa­żyć, że nie ma cię w domu! Ile masz lat?

– Pra­wie sześć – odparła z dumą.

– Ach, więc jesteś cał­kiem doro­sła. Ale nawet doro­śli wolą wie­dzieć, gdzie są ich bli­scy! Lepiej powiedzmy, że już wró­ci­łaś, tak na wszelki wypa­dek, dobrze?

W ostat­niej chwili powstrzy­mał się, aby nie wziąć jej za rękę. Ileż to razy spa­ce­ro­wał po tym ogro­dzie, trzy­ma­jąc za ręce małe dzieci, opo­wia­da­jąc im o cza­ro­dziej­skich tajem­ni­cach przy­rody. Wie­dział jed­nak, że ta dziew­czynka nie zare­ago­wa­łaby tak jak tamte dzieci, wło­żył więc ręce do kie­szeni kurtki i ruszył dalej.

Wszystko było tak, jak zapa­mię­tał – ściany z jasno­sza­rego kamie­nia i spa­dzi­sty dach, smu­kłe kominy, w któ­rych miesz­kały słodko gru­cha­jące syno­gar­lice, na pod­da­szu trzy okna z kwa­dra­to­wymi szyb­kami, przez które wyglą­dały dzieci… Syme­tryczna har­mo­nia budynku i łagodny spo­sób, w jaki wta­piał się w ota­cza­jące go drzewa i krzewy spra­wiały wra­że­nie, jakby dom został stwo­rzony razem z ele­men­tami kra­jo­brazu i sta­rzał się razem z nimi.

 

Zadzwo­nił do drzwi. Storm stała obok niego, cze­ka­jąc na poja­wie­nie się matki. Wcze­śniej nie przy­szło jej nawet do głowy, że matka mogłaby się o nią nie­po­koić – była prze­ko­nana, że śpi. Po chwili drzwi się otwo­rzyły i w progu sta­nęła Miranda w brą­zo­wym welu­ro­wym dre­sie, z wło­sami ścią­gnię­tymi w koń­ski ogon i pro­mien­nie zaru­mie­nio­nymi policz­kami. Spoj­rzała na nie­zna­jo­mego męż­czy­znę, potem na Storm i nagle ogar­nęły ją wyrzuty sumie­nia.

– Wszystko w porządku, kocha­nie? – Przy­kuc­nęła szybko, aby z bli­ska popa­trzeć w umo­ru­saną, zapła­kaną buzię dziew­czynki. – Co się stało? – Prze­nio­sła wzrok na obcego.

– Zna­la­złem ją nad rzeką, była sama…

Miranda od razu zwró­ciła uwagę na fran­cu­ski akcent przy­by­sza. Nie mogła też nie zauwa­żyć, jak bar­dzo był atrak­cyjny.

– Jestem Jean-Paul.

– Pro­szę wejść! – powie­działa. – Bar­dzo dzię­kuję, że ją pan przy­pro­wa­dził!

– Nie chcę spra­wiać pani kło­potu.

– Skądże znowu! Pro­szę, chcia­ła­bym panu podzię­ko­wać!

Szcze­rze żało­wała, że nie zadbała o swój wygląd. Pra­wie ni­gdy nie poka­zy­wała się ludziom bez maki­jażu, poza tym była pewna, że spodnie od dresu mają plamę na udzie. – Nie mam poję­cia, co Storm robiła nad rzeką… Boże, moje dzieci zaczy­nają zacho­wy­wać się jak małe dzi­kusy! Dwa dni temu nasz sąsiad Jeremy Fit­zher­bert przy­pro­wa­dził Gusa z lasu! Oboje są przy­zwy­cza­jeni do lon­dyń­skich par­ków i miej­skich ogród­ków.

Jean-Paul poszedł za Mirandą kory­ta­rzem do kuchni. Wewnątrz dom był teraz zupeł­nie inny, Jean-Paul wyczuł też ogromną zmianę wibra­cji i nie mógł oprzeć się wra­że­niu, że mimo pło­ną­cego w kominku ognia tem­pe­ra­turę w holu obni­żał chłodny prze­ciąg. Storm pod­ska­ki­wała wesoło u boku swego nowego przy­ja­ciela.

– Myśla­łam, że oglą­dasz film na wideo – ode­zwała się Miranda do Storm, wyj­mu­jąc dwie fili­żanki z poma­lo­wa­nego kre­mową farbą kre­densu i sta­wia­jąc je na czar­nym gra­ni­to­wym bla­cie. – Her­bata czy kawa, Jean-Paul?

– Popro­szę kawę – odparł, sia­da­jąc na tabo­re­cie.

– Widzie­li­śmy krowy – oznaj­miła Storm. – Jedna poli­zała mnie po ręce!

Z peł­nym dumy uśmie­chem poka­zała matce prawą dłoń.

– Boże, co za okro­pień­stwo! Lepiej od razu umyj ręce! Mam nadzieję, że nie wkła­da­łaś pal­ców do ust. – Popchnęła Storm w stronę zle­wo­zmy­waka, puściła wodę i pod­nio­sła dziew­czynkę.

Storm chwy­ciła mydło i pode­tknęła ręce pod stru­mień wody.

– Krowa ma szorstki język, żeby łatwiej jeść trawę – cią­gnęła mała.

– Tak jest, porząd­nie je wyszo­ruj! – Pole­ciła Miranda, bar­dziej zain­te­re­so­wana znisz­cze­niem bak­te­rii i zaraz­ków niż naturą kro­wiego języka.

Po zakoń­cze­niu zabie­gów higie­nicz­nych posta­wiła córkę na ziemi i zabrała się do robie­nia kawy. Zauwa­żyła, że na twa­rzy Jean-Paula malo­wał się wyraz zamy­śle­nia. Jego zmy­słowe, nieco krzywe wargi uło­żyły się w lekki uśmiech, oczy miał cie­płe, brą­zowe jak toffi i głę­boko osa­dzone, oto­czone dłu­gimi ciem­nymi rzę­sami. Naj­bar­dziej ude­rzył ją jed­nak nie tyle dość nie­zwy­kły kolor jego oczu, ile ich wyraz, pełen współ­czu­cia i głę­bo­kiego zro­zu­mie­nia dla świata.

– Nie­dawno się tu prze­pro­wa­dzi­li­śmy – powie­działa, wsy­pu­jąc zmie­loną kawę do eks­presu. – I dopiero przy­sto­so­wu­jemy się do nowych warun­ków.

– Każda zmiana wymaga czasu, ale dobrze, że tra­fi­li­ście w takie piękne miej­sce. Będzie­cie tu bar­dzo szczę­śliwi.

Słowa Jean-Paula zabrzmiały jak pro­roc­two.

– Co spro­wa­dza Fran­cuza do Har­ting­ton? – zagad­nęła Miranda.

– Dobre pyta­nie! Tak naprawdę sam nie wiem.

– Nie wygląda pan na tury­stę.

– I nie jestem nim.

Storm przy­su­nęła sobie tabo­ret bli­żej gościa i usia­dła.

– Jean-Paul zbu­duje mi domek na drze­wie – powie­działa z uśmie­chem.

– Było jej smutno, że nie ma sekret­nego domku tak jak jej brat – wyja­śnił Jean-Paul.

– Gus nie chce się z nią bawić, na tym polega pro­blem. Skoń­czył już osiem lat i Storm jest dla niego za mała. Ma pan dzieci?

– Nie, ni­gdy się nie oże­ni­łem.

Szkoda, taki atrak­cyjny facet, pomy­ślała Miranda.

– W przy­szłym roku Gus idzie do szkoły z inter­na­tem – dorzu­ciła.

– Do szkoły z inter­na­tem? Prze­cież to jesz­cze małe dziecko!

– Jeżeli komuś potrzebna jest szkoła z inter­na­tem, to wła­śnie Gusowi, pro­szę mi wie­rzyć! – roze­śmiała się, otwo­rzyła lodówkę i wyjęła kar­ton mleka. – Poza tym, ja pra­cuję… Im szyb­ciej wyśle się tych dwoje do szkół z inter­na­tem, tym lepiej!

– Czym się pani zaj­muje?

– Jestem dzien­ni­karką, a wła­ści­wie to nie­speł­nioną pisarką. Lubię powta­rzać sobie, że kiedy dzieci wyjadą do szkół, będę miała czas, żeby napi­sać książkę.

Jean-Paul popa­trzył na Storm.

– Mała też poje­dzie?

– Kiedy skoń­czy osiem i pół roku. Cie­bie będę miała w domu troszkę dłu­żej, prawda, skar­bie? – Miranda uśmiech­nęła się do córeczki, lecz ta widziała tylko przy­stoj­nego Fran­cuza. – A czym pan się zaj­muje? – Napeł­niła fili­żankę kawą i podała mu ją.

Zawa­hał się przez chwilę, potem pocią­gnął łyk kawy i spoj­rzał na Mirandę.

– Ogro­dem – odpo­wie­dział spo­koj­nie.

Miranda drgnęła, zasko­czona zbie­giem oko­licz­no­ści.

– Jest pan ogrod­ni­kiem?

Uśmiech­nął się nieco drwiąco.

– Tak, czemu nie? – Wzru­szył ramio­nami w cha­rak­te­ry­styczny dla Fran­cu­zów spo­sób, uno­sząc ramiona i lekko roz­kła­da­jąc dło­nie. – Zaj­muję się ogro­dem.

– Prze­pra­szam, że tak się dopy­tuję, ale dość roz­pacz­li­wie szu­kam kogoś do pracy w naszym ogro­dzie! Wszy­scy sąsie­dzi powta­rzają mi, że poprzedni wła­ści­ciele domu byli zna­ko­mi­tymi ogrod­ni­kami i że mieli tu naj­pięk­niej­szy ogród w całej Anglii, więc teraz mam poczu­cie winy, że o niego nie dbam! Zupeł­nie jakby była to wielka zbrod­nia czy coś w tym rodzaju!

Jean-Paul utkwił wzrok w fili­żance.

– Zna­li­ście ludzi, któ­rzy miesz­kali tu przed wami?

Miranda potrzą­snęła głową.

– Nie. To byli jacyś starsi pań­stwo, w każ­dym razie tak mi się wydaje. Nazy­wali się chyba Ligh­tly, czy jakoś tak… Wypro­wa­dzili się stąd.

– Rozu­miem.

– Nie jest pan… cho­dzi mi o to, że może byłby pan zain­te­re­so­wany… Nie chciałby pan przy­pad­kiem…

– Oży­wię ten ogród – powie­dział Jean-Paul.

Twarz Mirandy roz­ja­śnił uśmiech.

– Mój mąż pomy­śli, że kom­plet­nie zwa­rio­wa­łam! Prze­cież ja nawet pana nie znam…

Nie mogła wie­dzieć, dla­czego nagle zaofe­ro­wał jej pomoc. Nie był to cudowny zbieg oko­licz­no­ści, ale zło­żona ponad dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej obiet­nica.

– Posia­dam odpo­wied­nie kwa­li­fi­ka­cje, a nawet wię­cej, pro­szę mi zaufać – rzekł. – To nie jest zwy­czajny ogród!

– Nad rzeką mamy mały domek, który, co prawda, wymaga napraw i pew­nie remontu, ale to nie powinno potrwać długo. Będziemy bar­dzo zado­wo­leni, jeżeli zechce pan tam zamiesz­kać, oczy­wi­ście bez żad­nych opłat.

Jean-Paul odwró­cił się do Storm.

– Domek Gusa, tak?

– Jest bar­dzo brudny! – pisnęła Storm. – W środku wszystko jest zaku­rzone, zaglą­da­łam przez okno.

– Wysprzą­tamy go, natu­ral­nie – włą­czyła się Miranda. – To uro­cze miej­sce, latem pew­nie wręcz idyl­liczne.

– Dla mnie wystar­cza­jące. – Jean-Paul wstał i pod­szedł do okna. – Szkoda byłoby zosta­wić je na łasce losu – dodał poważ­nie. – Wło­żono w nie prze­cież tyle pracy.

I tyle miło­ści, pomy­ślał. Dopił kawę.

– Muszę już iść – powie­dział. – Mam parę spraw do zała­twie­nia we Fran­cji. Wrócę pod koniec mie­siąca i dam pani rok…

– Och, świet­nie, będziemy mieli dość czasu, żeby przy­go­to­wać domek!

– Nie powie­działa mi pani jesz­cze, jak się pani nazywa.

Jean-Paul był już w kory­ta­rzu.

– Miranda Clay­bo­urne.

– Pro­szę panią o jedną rzecz. – Jego spoj­rze­nie było tak inten­sywne, że Miran­dzie żołą­dek skur­czył się ze zde­ner­wo­wa­nia.

– Tak?

– Żeby przy­jęła pani moje rady i nie wąt­piła w moją szcze­rość. Obie­cuję, że będzie pani wię­cej niż zado­wo­lona.

– Oczy­wi­ście. – Znowu się zaru­mie­niła, pora­żona cha­ry­zmą Fran­cuza.

– Na razie nie ufa mi pani, ale to się zmieni. – Jean-Paul odwró­cił się do Storm, która wyszła za nimi do holu. – W tym ogro­dzie mieszka magia – powie­dział, przy­ku­ca­jąc, aby jego twarz zna­la­zła się na pozio­mie jej buzi.

– Magia? – powtó­rzyła dziew­czynka bez tchu, wpa­tru­jąc się w niego roz­sze­rzo­nymi oczami.

– Magia – odszep­nął. – I tylko ja wiem, jak się nią posłu­żyć!

– Mogę ci pomóc? – wyszep­tała.

– Bez cie­bie na pewno sobie nie pora­dzę! – Uśmiech­nął się.

Miranda wstrzy­mała oddech na widok tego uśmie­chu, który w jed­nej sekun­dzie prze­isto­czył całą twarz Jean-Paula, nada­jąc jej wyraz łobu­zer­skiej bez­tro­ski.

– Zoba­czysz, co sta­nie się z ogro­dem, kiedy o niego zadbamy! Im wię­cej miło­ści w niego wło­żymy, tym wię­cej nam jej odda.

– Mamo, mamo, chcę pomóc Jean-Pau­lowi zna­leźć magię!

Miranda roze­śmiała się gło­śno.

– Ja też chcę pomóc zna­leźć magię – powie­działa, ści­ska­jąc jego rękę na poże­gna­nie.

Pod­niósł jej dłoń do ust, a jej żołą­dek znowu się skur­czył, tym razem z pod­nie­ce­nia. Długo wpa­try­wała się w ciem­ność za odcho­dzą­cym Fran­cu­zem. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że przed chwilą prze­pro­wa­dziła naj­dziw­niej­szą roz­mowę w spra­wie pracy, jaką można było sobie wyobra­zić. Prze­cież nie omó­wili nawet kwe­stii jego pen­sji… Przy­gry­zła dolną wargę, pod­eks­cy­to­wana, ale i dziw­nie zanie­po­ko­jona. To nie ona zna­la­zła Jean-Paula, lecz on ją.

Lek­kim kro­kiem wró­ciła do kuchni, żeby przy­go­to­wać pod­wie­czo­rek dla dzieci.

– Jest taki miły! – Storm rado­śnie pod­ska­ki­wała za jej ple­cami.

– Tak. – Miranda się­gnęła po pustą fili­żankę po kawie. – Bar­dzo miły. Tylko że Bóg jeden wie, jak ja to powiem waszemu ojcu. Nie mam poję­cia, skąd wziął się ten czło­wiek, nie popro­si­łam go o żadne refe­ren­cje. Rów­nie dobrze mógłby być… – Pokrę­ciła głową. – Nie, mam dobry instynkt! To uczciwy facet. Przy­pro­wa­dził cię prze­cież do domu, prawda?

– Bałam się krów – powie­działa Storm.

– Naprawdę, kocha­nie? I to dla­tego pła­ka­łaś?

– Nauczył mnie, jak pod­su­wać im rękę.

– Gdzie go zna­la­złaś?

– Nad rzeką.

– Co tam robił? – Wsta­wiła fili­żanki do zmy­warki.

– Nie wiem.

– A co ty tam robi­łaś? – Spoj­rzała na córkę z uśmie­chem.

– Gus nie chciał się ze mną bawić.

– Nie wolno ci bie­gać samej po oko­licy!

– Kiedy znowu zoba­czę Jean-Paula?

– Jean-Paul będzie naszym ogrod­ni­kiem. – Lekko ścią­gnęła brwi. – Musimy wysprzą­tać ten mały domek. Dla­czego on powie­dział, że to domek Gusa?

– Bo Gus mówi, że domek należy do niego.

– Ach, więc to tam ostat­nio ucie­kał.

– Gus nie chce się ze mną bawić!

– To dla­tego, że jesteś młod­sza od niego, no i jesteś dziew­czynką. Mali chłopcy nie lubią bawić się z dziew­czyn­kami.

– Z chłop­cami Gus też się nie bawi!

– Ale powi­nien…

– Nikt go nie lubi!

Miranda wyjęła boche­nek chleba z pojem­nika na pie­czywo.

– Zro­bię kanapki na pod­wie­czo­rek – powie­działa, igno­ru­jąc uwagę Storm.

Nie lubiła myśleć o tym, że inne dzieci nie lubią Gusa, nie tylko dla­tego, że bar­dzo ją to bolało, ale i z tego powodu, że pod­kre­ślało to trudny cha­rak­ter syna. Miranda wie­działa, że z Gusem będą poważne pro­blemy, lecz bała się tej sytu­acji i naj­chęt­niej wyrzu­ci­łaby ją ze świa­do­mo­ści.

W tym momen­cie do kuchni wpadł Gus. Na widok sio­stry, całej i zdro­wej, poczuł ulgę.

– Mama wysprząta domek! – oznaj­miła trium­fal­nie Storm.

– Jaki domek? – Gus rzu­cił sio­strze wście­kłe spoj­rze­nie.

– Twój domek – wyja­śniła Storm.

– Ten mały domek nad rzeką – ode­zwała się Miranda. – Musimy porząd­nie go wysprzą­tać, bo nie­długo zamieszka tam nowy ogrod­nik.

– To mój przy­ja­ciel! – dorzu­ciła Storm.

– Jaki znowu ogrod­nik? – spy­tał Gus z uczu­ciem, że matka i sio­stra sta­wiają go pod ścianą.

 

One obie wie­działy, o kogo cho­dzi, tylko on nie…

– Bar­dzo miły Fran­cuz, który zaj­mie się naszym ogro­dem. Będzie miesz­kał w domku nad rzeką.

– Ale to mój domek, ja go odkry­łem! – zapro­te­sto­wał Gus.

– Będziesz musiał zna­leźć sobie inne miej­sce – oświad­czyła Miranda.

Storm wykrzy­wiła się do brata, myśląc o pustym drze­wie, swoim wła­snym miej­scu, któ­rym by­naj­mniej nie zamie­rzała się dzie­lić z Gusem.

Wie­czo­rem Miranda zadzwo­niła do Davida na komórkę, żeby powie­dzieć mu o Jean-Paulu. Zdzi­wiła się nieco, gdy mąż natych­miast przy­jął jej decy­zję do wia­do­mo­ści. Roz­ma­wiał z nią krótko i spra­wiał wra­że­nie roz­tar­gnio­nego, co wcale jej nie prze­szka­dzało. Pomy­ślała, że gdyby prze­ka­zała mu nowinę kiedy indziej, mógłby się nią bar­dziej zain­te­re­so­wać.

David z wes­tchnie­niem odwró­cił się do kochanki.

– Dzwo­niła Miranda – rzekł, rzu­ca­jąc apa­rat na łóżko. – Zna­la­zła ogrod­nika.

Bly­the deli­kat­nie zabęb­niła pal­cami o jego pierś.

– Pamię­taj o Lady Chat­ter­ley! – zachi­cho­tała. – Uwa­żaj, mój drogi, uwa­żaj!

– Nie wydaje mi się, aby moja żona miała takie skłon­no­ści!

– Och, moim zda­niem, każda z nas ma w sobie tro­chę z lady Chat­ter­ley…

– Miranda jest zbyt wielką snobką – mruk­nął David.

– A widzia­łeś go?

– Nie sądzę, żeby sta­no­wił kon­ku­ren­cję dla mnie! Osta­tecz­nie to tylko ogrod­nik, na miłość boską!

– Nie­wy­klu­czone, że Miranda lubi szorst­kich face­tów.

– Miranda? – zdu­miał się.

– Tylko żar­to­wa­łam! – Bly­the poca­ło­wała go. – Ach, mój Romeo, naprawdę cię roz­grza­łam, prawda?

– Zaraz wymie­rzę ci za to odpo­wied­nią karę!

Uło­żył się na niej i roz­su­nął jej nogi kola­nami. Po lun­chu zaznał przy­jem­no­ści z żoną, a teraz delek­to­wał się kochanką. Im czę­ściej upra­wiał seks, tym bar­dziej go pra­gnął, tak to już z nim było. Przy­warł ustami do jej warg i wci­snął mię­dzy nie język, także i po to, aby ją uci­szyć. Leżała pod nim jak roz­gwiazda, otwarta na niego, a on mógł brać ją tak, jak miał ochotę. Mąż Bly­the ni­gdy nie zacho­wy­wał się w tak zde­cy­do­wany spo­sób. David, pod­nie­cony myślą o dwóch kobie­tach w swoim życiu, obu pięk­nych i kuszą­cych, trium­fal­nie wszedł w Bly­the, już drugi raz w ciągu tego wie­czoru. Był kró­lem świata.