Sztuka uwodzenia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SAMANTHA YOUNG

SZTUKA

UWODZENIA

Przełożyła

Anna Cicha


Tytuł oryginału: Before Jamaica Lane

Copyright © 2014 by Samantha Young

This edition published by arrangement with NAL Signet, a member

of Penguin Group (USA) LCC, a Penguin Random House Company.

All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2014 by Burda Publishing Polska

Sp. z o.o. Spółka Komandytowa

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42

faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta: Maria Talar

Projekt okładki: Panna Cotta

Zdjęcie na okładce: Fotolia

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-778-6

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie

w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie

oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe

– tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

Epilog

Podziękowania

Dla Tammy Blackwell

Dlatego, że gdyby nie ona, Olivia nie byłaby bibliotekarką… a także dlatego, że chciałam koniecznie wpleść w którymkolwiek miejscu tej powieści określenie „klasyfikacja dziesiętna Deweya”…

Drodzy Czytelnicy,

Często otrzymuję wiadomości z dołączonymi zdjęciami, dokumentującymi Waszą obecność na ulicach Edynburga, i nieważne, czy zostaliście uchwyceni na Dublin Street czy London Road – widome świadectwo tego, jak przypadła Wam do gustu seria tych powieści, stworzonych w niej postaci i miejsce akcji – nieodmiennie jestem tym wzruszona.

Jeśli po przeczytaniu historii Nate’a i Olivii zechcecie pojawić się na ulicach Edynburga, aby odszukać Jamaica Street – ułatwię Wam to. Po prostu na potrzeby serii zastosowałam licentia poetica i zmieniłam nazwę ulicy. Jamaica Lane nie istnieje. W rzeczywistości jest to Jamaica Street North Lane i tam możecie odnaleźć malutkie mieszkanko, w którym kolejna para zwykłych-niezwykłych ludzi odkryła, że życie – raczej częściej niż rzadziej – rozwija się w nieprzewidywalny sposób.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Stirling, Szkocja

Luty

Za każdym razem, gdy wychodziliśmy zza rogu, mroźny wiatr walił w nas, jakby żywa złośliwa istota dawała upust wściekłości tylko dlatego, że dotąd osłaniał nas budynek. Lodowate szpiczaste palce kąśliwego kobolda szczypały moje zaczerwienione policzki, skrzyżowałam ramiona na piersi i zgarbiłam się, odpierając atak.

– Po raz piąty i ostatni… dokąd nas ciągniesz? – spytała Joss, wtulając się mocniej w swojego narzeczonego, Bradena. Rozpiął wełniany płaszcz i przytulił ją do siebie, ramieniem opasał ją w talii, przyciągając do siebie jak najbliżej. Joss była w krótkim, eleganckim żakiecie i czerwonej sukience, opinającej ją niczym druga skóra. Jak my wszystkie, włożyła szpilki. Jedynym elementem garderoby, który mógł ją ochronić przed szkockim wiatrem, był szal.

Ellie i Jo wyglądały podobnie – wysokie obcasy, sukienki, lekkie żakiety. Na pozór tylko ja byłam cieplej ubrana w czarne wyjściowe spodnie, ale jedwabny top i lekka smokingowa marynarka w żaden sposób mnie nie chroniły. I na co dzień nie nosiłam szpilek, tak jak moje przyjaciółki. Wlokłam się w ogonie naszej grupki, prowadzonej przez Jo w nieznanym kierunku.

– To już niedaleko – obiecała, oglądając się na nas przez ramię, kiedy zaczęliśmy iść główną ulicą miasteczka.

Jej narzeczony, Cam, objął ją, grzejąc swoim ciałem, tuż za nimi siostra Bradena, Ellie, i jej chłopak Adam tulili się do siebie w poszukiwaniu ciepła. Też od niedawna zaręczeni. Jedynie ja nie miałam pod ręką narzeczonego, który osłaniałby mnie przed dokuczliwym wiatrem.

– Niedaleko? – warknęłam na Jo. Odkąd przyjechałam do Edynburga, ponad dziewięć miesięcy temu, zbliżyłyśmy się do siebie bardzo, praktycznie byłyśmy jak siostry, więc przyznałam sobie prawo do gderania na nią, skoro ciągnęła nasze tyłki przez całe miasto, nie racząc wyjaśnić po co. Przez to też fatalnie dobraliśmy garderobę na taką okazję. – Straciłaś prawo do używania słowa „niedaleko” w momencie, gdy zamówiłaś kurs taksówek do stacji Waverley.

Gdy Jo nagle ze zmarszczonym czołem przystanęła przy skrzyżowaniu, jej przepraszający uśmiech zastąpiła pełna zastanowienia mina.

– To już tutaj.

– Na pewno? – spytałam kwaśnym tonem, szczękając zębami.

– No… – Spojrzała na drugą stronę ulicy, aby odczytać jej nazwę, a potem wyjęła telefon. – Dajcie mi chwilę.

Moi przyjaciele zbili się w gromadkę, a ja stałam nieco z tyłu, patrząc na nich. Żeby nie wiem jak było mi zimno, nie miało to właściwie znaczenia. Liczyło się tylko to, że byłam tu z nimi, chociaż wciąż ogarniało mnie zdziwienie, że tak szybko wrosłam w ich paczkę. Zaakceptowali mnie całkowicie i pozwolili uczestniczyć w swoim życiu. Po części z powodu Jo, ale także Nate’a, przyjaciela Cama, a teraz również mojego.

Odwrócił się do mnie, nie przerywając rozmowy z Adamem i Ellie, i posłał mi promienny uśmiech.

Zamrugałam, zaskoczona przebłyskiem pragnienia, które to we mnie wywołało. Doszłam już do wprawy w ignorowaniu tego typu doznań, tym razem po prostu nie pilnowałam się. Zawsze powstaje taki problem, gdy dziewczyna zaprzyjaźnia się z facetem, który zawłaszcza jej myśli, a w dodatku jest najseksowniejszym ciachem, jakie w życiu spotkała.

Ten niespodziewany przypływ niechcianego uczucia przeniósł mnie myślami do chwili, gdy pierwszy raz zobaczyłam Nate’a. Na serio, moje wysiłki bagatelizowania jego uroku zasługują na medal…

Kilka miesięcy wcześniej

Matka Ellie, Elodie Nichols, i jej mąż Clark powitali mnie i tatę tak serdecznie, jakbyśmy od zawsze należeli do ich rodziny. Miło z ich strony. Pomogło mi to zżyć się z gronem przyjaciół Jo, a przede wszystkim z nią samą. Ponieważ postanowiliśmy z ojcem przenieść się do Szkocji na dobre, zbliżenie się do Jo było rzeczą pożądaną. Była niesamowitą osobą. Ostatnie kilka lat również dla niej były trudne. Zasługiwała na to, żeby ktoś o nią dbał, a ja wiedziałam, że Cam jest człowiekiem, który jej to zapewni.

 

Tamtego dnia poszłam z Cole’em do mieszkania Cama. On i Jo zostali w sklepie, żeby kupić przekąski. Chciałam uwolnić ich od towarzystwa Cole’a i mojego, aby dać im trochę czasu dla siebie. Wieczór mieliśmy spędzić ze znajomymi Cama, Nate’em i Peetiem, których jeszcze nie poznałam, i dlatego doszłam do wniosku, że będzie miło, jeśli dam szansę tym dwojgu na chwilę samotności, zanim wszyscy się zjawią. Ledwie drzwi się za nami zamknęły, Cole pomaszerował prosto do pokoju, gdzie była konsola do gier, a ja skierowałam się w głąb mieszkania, do kuchni. Pobrzękiwałam miseczkami i talerzykami na przekąski, przecierając je ściereczką, gdy nieoczekiwanie rozległ się niski, głęboki głos, bardzo męski i bez wątpienia należący do Szkota:

– O… na pewno nie jesteś Cameronem.

Odwróciłam się, żeby spojrzeć na przybysza, i wszelkie słowa, jakie mogły zrodzić się w moim mózgu, żeby spłynąć na język, gdzieś uwięzły.

Och!

Och, kurczę.

Oparty o framugę drzwi, z ramionami skrzyżowanymi na piersi stał najseksowniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziałam.

Serce zaczęło mi walić w piersi idiotycznie szybko.

On uniósł ironicznie brew.

– Ktoś ci wcisnął mute?

Rozśmieszyło mnie to i zdołałam się zdobyć na półprzytomny uśmiech, podczas gdy moje oczy dalej się nim syciły. Obrzuciłam go spojrzeniem i ten wspaniały widok przyprawił mnie o ucisk w podbrzuszu, a zaraz potem zszokowana poczułam pulsowanie między udami.

Och!

Niech będzie.

Ale to jednak nowość.

Desperacko próbując zignorować to odczucie, bez powodzenia zresztą, zmusiłam się do pokonania nieśmiałości i mimo podniecenia nawiązać kontakt z nieznajomym. Jak domyślałam się, z Nate’em. Jo zresztą wspominała mi o superatrakcyjnym przyjacielu Cama. Nie przesadziła ani na jotę.

Miał wygląd gwiazdora filmowego, ciemną cerę, której raczej trudno spodziewać się po Szkocie, i oczy tak ciemne, że wydawały się całkiem czarne – teraz akurat błyskały w nich figlarne iskierki. Odpowiedział mi uśmiechem, pokazując równe białe zęby, w policzkach pojawiły mu się seksowne dołeczki. To wszystko razem plus prosty, kształtny nos, usta, na które zagapiłam się bezwstydnie, bo przywołały w moim umyśle obraz pewnego śniadolicego, ekscentrycznego aktora, i do kompletu jeszcze, sądząc po bicepsie widocznym poniżej rękawa podkoszulka, facet był nieźle umięśniony.

Na szczęście podkoszulek odwrócił moją uwagę od jego muskułów.

Przez pierś biegł nadruk, głoszący: OPÓR JEST DAREMNY.

Paraliżująca mnie zwykle nieśmiałość w obecności atrakcyjnych facetów rozwiała się wraz z wybuchem śmiechu.

– Uważasz się za jednego z Borgów? – Pokazałam dłonią na podkoszulek z zawołaniem fikcyjnej rasy cyborgów ze Star Treka.

Spojrzał na napis, minę miał zaskoczoną. Kiedy znów podniósł na mnie wzrok, ciemne oczy połyskiwały przyjaznym rozbawieniem.

– Rozszyfrowałaś to powiedzenie? Większość kobiet uważa, że coś takiego nosi tylko pewny siebie dupek.

Pobudziło mnie to do głośnego śmiechu, oparłam się o kuchenną ladę.

– No, nie byłabym taka pewna, czy nie ma w tym cienia prawdy. Powinieneś rozumieć powody ich omyłki. Nie wyglądasz na fana Star Treka.

Posłał mi uważne spojrzenie, a potem leniwie zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Dreszcz mnie przeszedł.

– Ani ty – odpowiedział niskim, głębokim głosem.

Odebrałam jego spojrzenie jak pieszczotę. Gdyby nie chodziło o mnie, pomyślałabym, że świadomie chciał osiągnąć taki efekt.

A jednak zabrakło mi tchu. Powietrze nagle jakby się rozrzedziło, powstało między nami dziwne napięcie, nie za bardzo dla mnie zrozumiałe.

– Jesteś znajomą Jo?

Znowu musiałam zmierzyć się z nieśmiałością, która z powrotem zaczęła dawać znać o sobie.

– Cole ci nie powiedział?

– Peetie do niego poszedł. Mnie chciało się pić, więc skręciłem prosto do kuchni. – Znowu pożerał mnie wzrokiem, a moje ciało najwyraźniej pozostawało do tej pory zahibernowane, skoro teraz wystarczyło jego spojrzenie, aby wzbudzić całe to drżenie, pulsowanie, oblewanie się gorącem. – Zdecydowanie dokonałem lepszego

wyboru.

Co on gada? No dobra… niech będzie.

– Aha. Jestem Olivia.

Uniósł brwi, odchrząknął głośno i wyprostował się gwałtownie, odrywając od framugi drzwi. I to wystarczyło, żeby powietrze w kuchni nabrało znamion normalności.

– Ty jesteś Olivia? Oczywiście… twój akcent… oczywiście.

Skinęłam głową, zbita z tropu jego reakcją.

– Ty, jak sadzę, jesteś Nate.

Jego uśmiech stał się przyjacielski. Platoniczny. Sytuacja stała się dla mnie zdecydowanie bardziej zrozumiała.

– Zgadza się, to ja.

– Cam i Jo powinni zaraz nadejść. Trochę tu działam.

– Aha. – Wszedł głębiej do kuchni, a ja z zafascynowaniem obserwowałam, jak nalewa sobie szklankę gazowanej wody. – Ty też chcesz? – Machnął w moim kierunku szklanką.

– Nie, dzięki.

Uśmiechnął się do mnie znowu, a ja zdałam sobie sprawę, że mój chwilowy brak nieśmiałości nie miał żadnego związku z tym kretyńskim podkoszulkiem, ale z wyrazem jego oczu. Niesamowicie życzliwych i przyjaznych. Czułam się… no właśnie. Nie całkiem swobodnie, ale i nie nieswojo. Niezwykłe jak na mnie uczucie w obecności facetów. Zwłaszcza tych, którzy wydali mi się atrakcyjni.

– Grasz w gry komputerowe, Liv? – spytał uprzejmie.

– Uhm… tak.

– To może skończysz dopieszczać te naczynia – zażartował

– i pograsz z nami?

Zachichotałam.

– Zapraszasz mnie na komputerową randkę? – Od razu pożałowałam tych słów. Nie jestem flirciarą! Nie umiem flirtować. To tylko moje poczucie humoru dało znać o sobie, a facet pomyśli sobie teraz Bóg wie co.

Roześmiał się, co przerwało moje rozmyślania.

– Tylko dlatego, że wpadłaś na trop Star Treka. W przeciwnym razie jako dziewczyna nie byłabyś dopuszczona. Dziewczyny nie grają czysto.

Ze śmiertelnie poważną miną skrzyżowałam ramiona na piersi.

– Cóż, chłopcy też nie.

Oczywiście roześmiał się.

– To nie jest prawda. – Pokazał ruchem głowy na drzwi. – Chodź, Jankesko. Jeśli zdecyduję się zdematerializować cię, przebiegnie to szybko i bezboleśnie. Jestem litościwy.

– Zdematerializować mnie? – zaśmiałam się. – Pomyliłeś mnie z kimś, kto nie potrafi ci skroić tyłka.

– Masz choćby blade pojęcie, w jaką grę się wdajesz?

– A jakie to ma znaczenie w tej chwili? – odpowiedziałam, potrząsając głową. – Jakakolwiek będzie, pobiję cię. Najpierw trochę pogróżek dla rozgrzewki, potem dam ci łupnia.

– O rany! – Roześmiał się, odrzucając głowę do tyłu. – Chodź, zabawna dziewczyno! – Ujął mnie za łokieć, a ja zaczęłam walczyć ze sobą, żeby się nie zaczerwienić. – Przedstawię ci Peetiego.

Wyszłam za nim z kuchni, poruszona tym, jak szybko włączył mnie do ich towarzystwa. Przeczuwałam, że stanę się jego kumpelą. Łatwo mogłam to przewidzieć, bo zawsze tak się działo. Nie miałam z tym problemu. Oznaczało to tylko tyle, że będę musiała zdusić to łaskotanie w żołądku, kiedy patrzę na Nate’a. Zdusić, a właściwie pozbyć się tego pieprzonego uczucia…

– Liv, wszystko w porządku?

Zamrugałam i z powrotem znalazłam się na chodniku w Stirling. Wróciłam do zimna. I do Nate’a, który stał tuż przede mną, ze zmarszczonym czołem, zaniepokojony.

– Gdzie byłaś?

– Przepraszam. – Uśmiechnęłam się. – To zimno mnie zahibernowało.

– No to chodź tutaj – wziął mnie pod ramię i przyciągnął do siebie blisko – zanim zamarzniesz.

Z wdzięcznością odprężyłam się przy jego boku.

– Nie mogłeś zrobić tego wcześniej? Powiedzmy trzy ulice temu?

– I pozbawić się widoku twojej przerażonej miny za każdym razem, gdy wychodziliśmy zza rogu? – drażnił się ze mną, pocierając dłonią moje zmarznięte ramię. Skrzywiłam się, ale przyzwyczajona do jego dokuczania, puściłam to mimo uszu.

– Przepraszam was. – Jo obrzuciła nas szybkim, pełnym poczucia winy spojrzeniem przez ramię. – Powinnam dopilnować, żebyście włożyli płaszcze.

– Je-es-teśmy ze Szkoc-cji – powiedziała Ellie, dzwoniąc zębami, dłonie zwinęła w pięści i wsunęła pod płaszcz Adama. – Dam-my rad-dę.

Ruszyliśmy znowu w drogę, ścisnęłam mocniej ramię Nate’a.

– Ja jestem Amerykanką – przypomniałam im z naciskiem. – Z Arizony.

– Ja też jestem z Ameryki i czuję się dobrze – zapewniła Joss, a ton jej głosu zabrzmiał o wiele bardziej optymistycznie, niż na to wskazywał jej wygląd. Zachwiała się niebezpiecznie, gdy obcas szpilki utkwił w bruku ulicy. Zaklęła, na szczęście Brandon w porę ją podtrzymał.

– Pewnie dlatego, że prawie dwumetrowe ciało cię osłania – odparowałam kwaśno.

– Może – przyznała ze śmiechem, przytulając się do rzeczonego ciała.

– Nam też jest zimno – wtrącił Nate. – Ale przywykliśmy do tego, więc nie narzekamy.

– Nikt nie narzeka – powiedziała Joss. – Po prostu w ten sposób ostrzegamy Jo, że jeśli nie pospieszy się i nie zaprowadzi nas w miarę szybko na miejsce przeznaczenia, potraktujemy ją jak drewno na opał.

Jo zaśmiała się krótko.

– Jesteśmy prawie na miejscu… tak myślę…

Skręciliśmy w boczną uliczkę i Jo ze zmarszczonym czołem przyglądała się mijanym budynkom. Nic szczególnego nie wyróżniało tej uliczki, na poboczu stały ciasno zaparkowane furgonetki i samochody.

Cam obchodził dziś dwudzieste ósme urodziny i ubraliśmy się stosownie do tej okazji, zakładając, że będziemy świętować w Edynburgu. Tymczasem Jo miała sekretny plan w zanadrzu i w rezultacie wylądowaliśmy w Stirling, uroczym, ale być może najmniejszym miasteczku na świecie, choć co prawda ze wspaniałym zamkiem i uroczymi staroświeckimi, wąskimi uliczkami.

Nie miałam pojęcia, z jakiego powodu Jo zaciągnęła nas tutaj.

Nagle uśmiechnęła się szeroko i przystanęła przed widocznym na rogu barem.

– Jesteśmy na miejscu.

Popatrzyliśmy na bar, a potem wymieniliśmy zdziwione spojrzenia. Nic szczególnego w tym przybytku nie było, ot, zwykły bar.

– Czyli gdzie? – spytał Cam cicho, kąciki ust drgnęły mu w skrywanym uśmiechu.

– No tutaj. – Pokazała ruchem ręki, a my poszliśmy wzrokiem za jej gestem i zobaczyliśmy tabliczkę z nazwą ulicy przyczepioną do cegieł nad wejściem do baru.

CAMERONIAN PLACE

Parsknęłam śmiechem, bo zaczynało to mieć sens.

– Zaciągnęłaś nas do Stirling dla tej tabliczki? – spytał Nate z niedowierzaniem.

Jo potwierdziła niepewnym skinieniem głowy.

– To nie jest jakaś tam sobie tabliczka. Dzisiaj są urodziny Camerona. Zasługuje na to, żeby wypić urodzinowego drinka na swojej własnej ulicy.

Z wyjątkiem Cama wszyscy wyglądali raczej na skonsternowanych. On natomiast przyciągnął Jo do siebie i spojrzał jej w oczy w taki sposób, że wstrzymałam oddech z emocji.

– To cudowne, skarbie. – Pocałował ją delikatnie. – Dziękuję ci.

Na sekundę dosłownie wbiło mnie w ziemię z zadowolenia i zazdrości. Fantastycznie było wiedzieć, że Jo znalazła kogoś, kto uwielbiał ziemię, po której stąpała, ale i gorzko było zastanawiać się, czy nadejdzie kiedyś dzień, gdy jakiś facet popatrzy mi w oczy tak, jakby w żadne inne na świecie nie było warto patrzeć.

Wyrwały mnie z tego nastroju żarciki przyjaciół, dokuczających dobrodusznie Jo, i śmiałam się razem z nimi, wchodząc do ciepłego baru. Byliśmy zbyt elegancko ubrani jak na niezobowiązującą atmosferę tego miejsca, ale podchodziliśmy do tego niefrasobliwie i żadne z nas nie miało Jo za złe tej wyprawy. Prawdę mówiąc, podejrzewałam, że nawet faceci uznali to za czarujące z jej strony, chociaż za nic by się do tego nie przyznali.

Bo było czarujące. A ona była naprawdę kochana, tak że nawet gdy wpadała na nieprawdopodobne pomysły – jak ten, by ciągnąć nas do innego hrabstwa tylko po to, żeby Cam wypił drinka na ulicy nazwanej jego imieniem – mnie to nie dziwiło.

Mój ojciec mówił o niej od pierwszego dnia, kiedy go wreszcie zobaczyłam. Z początku czułam urazę do tego dziecka, które miało mojego ojca przez pierwszych trzynaście lat życia, podczas gdy ja dorastałam z mglistym wyobrażeniem, że w ogóle istniał. Matka nigdy się o nim źle nie wyrażała, co mnie, przedwcześnie dojrzałej dziewczynce, przebywającej w gronie rówieśników, których rozwiedzeni rodzice skakali sobie do oczu, wydawało się co najmniej dziwne. Dlaczego nie złościła się na faceta, który z nią nie został, gdy ja przyszłam na świat? Zaczęłam uporczywie drążyć temat i w końcu tak zmęczyłam matkę, że puściła parę z ust.

 

Nigdy nie zapomnę, jak potwornie wściekałam się na nią, że nie powiedziała o mnie mojemu ojcu.

Poznała go, gdy studiowała na uniwersytecie w Glasgow. Spotykali się często, ale ich gorący związek zakończył się raptownie, gdy moja matka wróciła do Phoenix. Dopiero po powrocie do Stanów zorientowała się, że jest w ciąży. Po latach wyznała mi, że nie skontaktowała się z nim, bo za bardzo go kochała. Nie chciała, aby pojawił się w jej życiu wyłącznie z poczucia obowiązku. Kochałam oczywiście matkę, ale nie była nieomylna. Cóż, była wtedy młoda i podjęła egoistyczną decyzję. W wieku trzynastu lat kompletnie nie potrafiłam się z tym pogodzić i naprawienie stosunków między nami zajęło trochę czasu.

Potem żałowałam tego straconego czasu.

To, że tata porzucił swoje życie w Szkocji i przyjechał do Stanów, aby zostać rodzicem nastolatki, o której istnieniu dotąd nie miał pojęcia, świadczy o tym, jakim był człowiekiem. Zrezygnował ze wszystkiego, aby być dla mnie ojcem. Ale żeby nim zostać, porzucił inną dziewczynkę.

Kiedy Cam skontaktował się z moim ojcem i poprosił, aby odezwał się do Jo, zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo moja osoba zmieniła jej życie. Ojciec Jo siedział w więzieniu, matka była alkoholiczką. Mój tata, długoletni przyjaciel jej ojca, był jedynym dorosłym w życiu jej i Cole’a, na którym mogli polegać. Oczywiście mój tata nie wiedział, że matka Jo, Fiona, jest tak poważnie uzależniona od alkoholu i że zrzuciła na Jo opiekę i wychowanie młodszego brata. Przekonał się o tym poniewczasie, dopiero kiedy wrócił do Edynburga. Musiał żyć z poczuciem winy z tego powodu, ja zresztą też.

Na szczęście poczucie winy osłabło nieco, gdy spędziłam więcej czasu z Jo i Cameronem. Po tym wszystkim, co przeszła, spotkała wreszcie faceta, który dostrzegł, jak jest wyjątkowa, i obdarzył ją miłością i szacunkiem, na jakie zasługiwała.

Popijając małymi łykami duże piwo, które Nate mi postawił, patrzyłam na twarze moich przyjaciół. Siedziałam wśród ludzi, którzy przeszli piekło, a jednak powrócili na jasną stronę życia i zdołali znaleźć kogoś, kto chciał być z nimi do starości.

Oprócz Jo i Cama była tu Joss, moja przyjaciółka, pół Amerykanka, pół Szkotka, która uciekła do Edynburga przed jałowym życiem, jakie prowadziła w Wirginii. Kiedy myślę o tym, co straciła, naprawdę nie wiem, jak zdołała przez to przejść. Pamiętam, jak się czułam, gdy odeszła moja matka, a przecież miałam wtedy dwadzieścia jeden lat. To, co czuła Joss, gdy jako czternastolatka utraciła całą rodzinę. Z tego, co wiem, była mocno niestabilną emocjonalnie osobą, gdy zamieszkała z Ellie i poznała jej brata, Bradena. Ich związek cechowały wzloty i upadki, czego przyczyną w dużej mierze była pogmatwana psychika Joss, ale w końcu wyszli na prostą i za trzy tygodnie miał się odbyć ich ślub.

No i byli Ellie i Adam. Jestem z Ellie blisko, dlatego że łączy nas ten sam romantyczny idealizm, i dlatego że opowiedziała mi wszystko o związku z Adamem. Od lat kochała się w najlepszym przyjacielu brata, ale on zwrócił na nią uwagę dopiero podczas jej osiemnastych urodzin. Nie uczynił jednak żadnego ruchu przez kilka następnych lat, a kiedy wreszcie do tego doszło, powiedział, że popełnił pomyłkę. Uznał, że ich związek zepsuje jego przyjaźń z Bradenem. Ellie szarpała się między nadzieją a rezygnacją jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu uznała, że jest gotowa na dobre się od niego uwolnić. I wtedy u mojej pięknej i silnej przyjaciółki zdiagnozowano guza mózgu, a Adam wreszcie przejrzał na oczy. Na szczęście dla nas wszystkich guz okazał się łagodny, a na szczęście dla Adama w porę wróciła mu zdolność jasnego oceniania sytuacji, tak żeby nie stracić Ellie na zawsze. Zaręczyli się, ale nam powiedzieli o tym dopiero, kiedy na palcu Ellie pojawił się pierścionek zaręczynowy.

Wokół mnie królowała miłość, nie w tandetnej, roszczeniowej, fałszywej postaci, ale prawdziwa, pełna bliskości, zrozumienia dla słabostek i dziwactw drugiej osoby.

– Joss, w poniedziałek masz ostatnią przymiarkę sukni

– powiedziała nieoczekiwanie Ellie, pociągając łyk mojito.

Siedziała obok Adama, wciśniętego między Jo i Cama w jedynym wolnym boksie, jaki znaleźliśmy na końcu baru. Joss, Braden, Nate i ja staliśmy stłoczeni wokół stolika. W myślach przeklinałam samą siebie za to, że dałam się namówić Jo na włożenie dziesięciocentymetrowych szpilek.

– Dzięki za przypomnienie – odpowiedziała Joss, przytulając się do Bradena. – Muszę się przygotować na kąśliwe uwagi Pauline.

– W takim razie dlaczego zamówiłaś suknię u takiej małpy? – spytał Cam.

– Z powodu sukni – wyjaśniłyśmy mu ja, Ellie i Jo niemal unisono.

Poczułam się na serio zaszczycona, gdy zaledwie po trzymiesięcznej znajomości Joss zaproponowała mi, abym została jej druhną. Na weekend przyjechała z Londynu Rhian, jej przyjaciółka z uniwersytetu, i wszystkie wypuściłyśmy się na poszukiwanie kreacji dla panny młodej i druhen. Po krótkiej sprzeczce z Ellie, która dotyczyła koloru sukienek dla nas, Joss zdecydowała, że będzie to słomkowy. W końcu wylądowałyśmy w sklepie z sukniami ślubnymi w New Town, którego właścicielka, Pauline, zazwyczaj nie szczędziła uwag na temat nadmiaru lub braku wdzięków klientek. Dowiedziałyśmy się, że mamy: za duży biust, za mały, ta jest za chuda, wręcz koścista, ta za gruba…

Byłyśmy bliskie ucieczki ze sklepu, gdy z przymierzalni wyszła Joss w sukni, którą ta małpa dla niej wybrała. Szczęki nam opadły z wrażenia, a Ellie się popłakała.

Joss wyglądała przepięknie. Pauline zdecydowanie wiedziała, jak ubierać panny młode – ale za cholerę nie miała pojęcia, jak się powinno z nimi rozmawiać. Zresztą w ogóle z ludźmi, jeśli o to chodzi. Nie należę do szczególnie pewnych siebie osób i mam wiele kompleksów na punkcie swojego ciała, więc kiedy wreszcie wyszłyśmy, czułam się jak monstrualna słonica.

Wielkie dzięki, Pauline.

Joss roześmiała się i spojrzała Bradenowi w oczy.

– Najwyraźniej jest to niezła suknia.

– Tyle zrozumiałem – odparł. – Ale i tak o niczym innym nie będę myślał tego dnia, jak tylko o tym, żeby ją z ciebie zdjąć.

– Braden – odezwała się Ellie przesadnie zgorszonym tonem – nie tak publicznie.

– Przestań obcałowywać Adama na widoku publicznym, to ja przestanę robić seksualne aluzje do mojej żony – odparował.

– Nie jest jeszcze twoją żoną – przypomniał mu Nate.

– Nie ma powodu tak się do tego spieszyć.

– Nate! – prychnęłam pogardliwie. – Znowu dopadła cię fobia przed łączeniem się ludzi w związki.

Odwrócił się do mnie z przerażoną miną.

– Gdzie? – Przesunął nerwowo dłonią po policzku.

– Zdejmij to ze mnie.

Przesunęłam kciukiem po jego twarzy, jakbym ścierała coś brudnego.

– Już. Znikło – zapewniłam go.

Upił łyk jasnego piwa i rozejrzał się po barze.

– W życiu nikogo bym nie przeleciał, gdyby to nie znikło – wymamrotał.

– Rozkoszne – rzuciłam.

Z bezczelnym uśmiechem pokazał głową na bar.

– Obowiązek wzywa.

Niedbałym krokiem przeszedł do baru i stanął przy dziewczynie rozmawiającej ze znajomymi. Posunęli się, żeby zrobić mu miejsce, kiedy zaczął z nią ostro flirtować. Oczywiście wyglądała fantastycznie: regularne rysy twarzy, długie czarne włosy, mleczna cera, wszystkie krągłości na swoim miejscu. Może zbyt pulchna, tak jak ja, ale w przeciwieństwie do mnie wyraźnie się tym nie przejmowała. Co do Nate’a, trzeba to wyraźnie powiedzieć: nie miał jakiegoś określonego typu kobiety, który by mu się podobał. Szczupła czy pulchna, z wielkim biustem albo atletyczna – było mu wszystko jedno, pod warunkiem że ładna i kobieca.

Ledwie się do niej uśmiechnął, brunetka była ugotowana.

Nie zdziwiło mnie to ani trochę. Przy stu siedemdziesięciu siedmiu centymetrach wzrostu Nate nie zaliczał się do szczególnie wysokich mężczyzn, ale był dobrze zbudowany; sztuki walki, które uprawiał, jeszcze udoskonaliły jego sylwetkę, a pięknej twarzy i charyzmie trudno było się oprzeć. Większość kobiet nie przejmowała się, czy górują nad nim na wysokich obcasach, obchodziło je tylko to, czy wylądują w jego łóżku.

Ja do nich nie należałam. Nate nigdy nie traktował mnie jak obiektu seksualnego pożądania, nie rozważałam więc takiej możliwości. Poza tym wiedziałam więcej o nim niż większość ludzi, znałam go naprawdę, i było naturalne, że zaliczyłam go do przyjaciół. Łatwo mi przyszło zwalczyć wszelkie drgnienia pożądania, jakie mogłam odczuwać na jego widok, bo wiedziałam, że to prowadzi donikąd. Stanowczo wolałam, żeby Nate był obecny w moim życiu jako przyjaciel, niż nie był obecny w ogóle. Przy całej niechęci do zobowiązań i okazywanego bez skrępowania playboyowatego stosunku do kobiet, był dobrym człowiekiem, a na pewno wspaniałym przyjacielem.

– Trafiona, zatopiona – skomentowała Joss cicho.

Odwróciłam się do niej i uniosłam znacząco brew, gdy zobaczyłam, że uśmiecha się do Nate’a i dziewczyny.

– Nigdy niczego im nie obiecuje.

– Nie musisz go bronić. – Roześmiała się. – Wiem, że on zawsze stawia sprawę jasno, ale spójrzmy na to z punktu widzenia tych kobiet. Czasami słyszą to, co chciałyby usłyszeć.

– No tak. Ale on doszedł w tym do perfekcji. Wyrobił w sobie jakiś szósty zmysł czy coś w tym rodzaju. Ledwie wyczuje najdrobniejszą zmianę w stosunku do siebie, zwija żagle.

– Nie mogę się doczekać, kiedy któraś mu odpłaci pięknym za nadobne – włączyła się Ellie, posyłając Nate’owi złośliwy uśmiech.

– Ani ja. – Jo spojrzała na mnie znacząco.

Udałam, że nie jestem na tyle bystra, aby pojąć aluzję, i szybko zmieniłam temat.

– Widzieliście nowy tatuaż Cama? Cole go wymyślił

– powiedziałam z dumą.

Cole Walker jest najmilszym chłopakiem na świecie. Jo dokonała niesamowitego wyczynu, wychowując go tak dobrze, a najlepsze, co im się w życiu przydarzyło, oprócz nich samych, to Cameron MacCabe. On i Cole byli do siebie zdumiewająco podobni – obaj z artystyczną żyłką, obaj pozytywnie zakręceni. Cam zamówił u Cole’a projekt nowego tatuażu dla siebie i wyszło bajecznie.

Stylizowane J. i C. ukryte w splątanych liściach winorośli i ostrych zakrętasach wziętych z herbu klanu Cole’a.

– Och, daj popatrzeć – poprosiła Ellie z uśmiechem, a on potrząsnął przecząco głową.

– Mam go na żebrach.

– Nie przejmuj się, nie będziemy zapuszczać żurawia na twój brzuch – przekomarzała się z nim Joss.