Blef

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Blef
Blef
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,50  58,80 
Blef
Blef
Audiobook
Czyta Laura Breszka
39,90  28,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

SAFE

Copyright © 2020 by Jamememes Sis Sies Sieegggeelell

All rights reserved

Projekt okładki

Emma Grey Gelder

Zdjęcie na okładce

© Karina Vegas/Arcangel Images

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Maciej Korbasiński

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-689-3

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Laury,

z którą kiedyś uniosłem się

na diabelskim młynie do gwiazd

i już stamtąd nie wróciłem.

PROLOG

Pierwsze ogłoszenie pojawiło się nazajutrz po zaginięciu. Ostatecznie wywieszono ich ponad półtora tysiąca, oklejono nimi prawie każdą wolną powierzchnię w miasteczku. Wszystkie wyprodukował właściciel miejscowej drukarni, który prawie nie znał przerażonych rodziców, ale doszedł do wniosku, że może zrobić przynajmniej tyle.

Ogłoszenie zostało przybite do słupa telefonicznego przed Słynną Pizzerią Freda, której nazwa mogła służyć za przykład podwójnie fałszywej reklamy, bo serwowana w niej pizza nie była słynna ani nawet znana, a lokal nie należał do żadnego Freda. Właścicielem był Serb, niejaki Milche, który uznał, że włoskie imię przyciągnie więcej klientów. Jako wielbiciel Ojca chrzestnego wybrał Freda, bo doszedł do wniosku, że Michael ma zbyt angielskie brzmienie. Jak wiele pizzerii na Long Island, lokal stał się ulubionym punktem spotkań miejscowego towarzystwa w wieku przedalkoholowym i gdy Milche przed zamknięciem wyganiał ostatnich młodocianych klientów, ich czternastoletni przemądrzały herszt odwracał się i cytował, choć odrobinę niedokładnie, słynną kwestię: „Złamałeś mi serce, Fredo, złamałeś mi serce”.

Serce mogła z pewnością złamać treść ogłoszenia umieszczonego na słupie przed pizzerią Freda 10 lipca 2007 roku. Pod czarnym napisem ZAGINIONA, wydrukowanym pogrubioną czcionką Helvetica, widniało zdjęcie sześcioletniej Jennifer Kristal. Szkolna fotografia z pierwszej klasy, na której wystrojona mała dziewczynka uśmiechała się do obiektywu.

Ten dziwny rozdźwięk trudno było pojąć zwłaszcza rodzicom, którzy tędy przechodzili – co robi ta niewinna buzia na słupie? Słupy telefoniczne to było odpowiedniejsze miejsce na ogłoszenia o wyprzedaży używanych rzeczy, ulotki wyborcze miejscowych polityków i reklamy usług fachowców ozdobione szeregiem pasków z numerem telefonu, przypominających frędzle striptizerki. Na żadnej z nich nigdy nie było twarzy sześcioletniej dziewczynki o promiennym, ujmującym uśmiechu, która pewnego dnia poszła do swojej najlepszej przyjaciółki mieszkającej na tej samej ulicy – owszem, miała zaledwie sześć lat, ale zamierzała iść tylko dwa domy dalej, było lato i nie działo się to na żadnym szemranym osiedlu. Na litość boską, to było przedmieście zamieszkiwane przez zamożną klasę średnią; jej mama, Laurie, odprowadziła dziewczynkę do drzwi i nawet stała przez chwilę, patrząc, jak córka zeskakuje ze schodków przed domem – a potem Jenny zniknęła. Nigdy nie dotarła do swojej najlepszej przyjaciółki Toni, nigdy nie wróciła do domu.

Kamień w wodę.

Ludziom nie mieściło się to w głowie. Żeby dziecko tak po prostu zniknęło – jak jakaś ubrana w cekiny asystentka magika w trakcie występu. Zdarzenie uświadomiło im ulotność istnienia, kazało kwestionować dotychczasowe podejście do życia. Bo skoro małe dziewczynki mogą rozpłynąć się w powietrzu, to co jeszcze może się stać?

Nie bardzo też wiedzieli, co powiedzieć Laurie i Jake’owi – to Jake powiesił pierwsze ogłoszenie. Ludzie na ogół ich unikali, jeśli tylko zdążyli w porę ich zauważyć. Sąsiedzi skręcali do sklepu albo odgrywali pantomimę, że zostawili coś w samochodzie – aby mieć pretekst do zrobienia w tył zwrot, by pójść po zapomnianą rzecz. Zachowywali się, jakby rozpacz była zaraźliwa. Ale co można powiedzieć rodzicom, którym ukradziono dziecko, których jedyną córkę uprowadzono Bóg wie gdzie – może wywieziono już cztery stany dalej, a może siedziała gdzieś w wilgotnej piwnicy albo w miejscu, którego nikt nie miał ochoty nawet sobie wyobrażać.

Początkowo z zapałem podejmowano godne podziwu solidarne wysiłki, by pomóc zrozpaczonym rodzicom. Do poszukiwań włączył się nie tylko właściciel drukarni, ale także grono bliższych znajomych Laurie i Jake’a: rodzice Toni Kelly, najlepszej przyjaciółki, do której Jennifer szła tamtego popołudnia, a prócz nich Shapirowie, Kleinowie i Moo­neyowie – stali bywalcy przyjęć przy grillu, które w Dzień Niepodległości urządzali Laurie i Jake. Nieodłącznym elementem tych hucznych imprez zawsze były niesamowite pokazy fajerwerków urządzane dzięki przyrodniemu bratu Jake’a, Brentowi, który przywoził z Karoliny Północnej cały samochód petard i rakiet. Krążyły nawet plotki, że oddaje je w komis nastolatkom z dzielnicy.

Mało tego, włączyli się też ludzie, którzy nigdy nie poznali Kristalów, mieszkańcy przedmieścia mający dzieci w tej samej klasie albo w tej samej drużynie piłki nożnej co Jennifer. Ludzie, którzy w ogóle nie znali zaginionej dziewczynki, ale mieli syna czy córkę w podobnym wieku i zdobywali się na refleksję: „Boże, przecież to samo mogło spotkać mnie”. Pomagali też ci, których po prostu przyciągały tego rodzaju działania.

Organizowano akcje poszukiwania Jennifer w parku. Zaspani ochotnicy zbierali się o szóstej rano w Hunter Park, ustawiali się w tyralierę przypominającą formację drużyny futbolowej przy wykopie, a potem przeczesywali gęste zarośla aż do stawu. W ciągu kilku pierwszych tygodni działała całodobowa telefoniczna Linia Specjalna Jennifer, której operatorzy pochłaniali cysterny kawy dostarczanej gratis przez miejscowy lokal Dunkin’ Donuts. W domu Kristalów przy Maple Street uruchomiono rotacyjną grupę wsparcia, która przynosiła zapiekanki z makaronem, gulasze, bajgle i inne wiktuały, by Laurie, Jake i ich syn Ben mieli co jeść. Wprawdzie Laurie i Jake przez pierwszy tydzień nie potrzebowali zbyt wielu kalorii, ale ośmioletni wówczas Ben wiecznie miał lukier z pączków na górnej wardze.

W auli miejscowej szkoły odbyło się nawet spotkanie, na którym zapłakani rodzice wystąpili w przepełnionej sali i błagali wszystkich, którzy coś zauważyli, cokolwiek – obcy samochód, osobę o dziwnym wyglądzie – albo usłyszeli jakąś uwagę, choćby odrobinę podejrzaną, by koniecznie zgłosili to pod numer Linii Jennifer. Prowadzący śledztwo detektyw Looper, weteran z dwudziestoletnim stażem, wtrącił dość posępną przestrogę, że kluczowe dla szczęśliwego zakończenia sytuacji takiej jak ta jest kilka pierwszych dni – powiedział to, mimo że te pierwsze dni właśnie dobiegały końca.

Kiedy dochodzenie Loopera utknęło w martwym punkcie, miejsce nominalnego eksperta zajęli inni: wynajęty przez Kristalów prywatny detektyw Lundowski, który brał pięćset dolarów dziennie za „wytrwałe poszukiwania”; jasnowidząca, madame Laurette, która twierdziła, że pomogła policji rozwiązać wiele spraw w związku z tajemniczymi zaginięciami; a później – dużo później – detektyw od spraw niewyjaśnionych, Joe Pennebaker, który skrupulatnie od nowa badał każdy dowód. Brzmi to szumnie w zderzeniu z rzeczywistością, bo właściwie nie było żadnych dowodów – w każdym razie fizycznych.

Jak to bywa w takich okolicznościach, odnotowano parę fałszywych alarmów – ustalono, że w pobliżu domu Kristalów mieszka człowiek notowany za przestępstwa seksualne, potem do winy przyznał się niejaki Ton Doak, starszy mężczyzna, który w piwnicy trzymał pornografię z udziałem dziewczynek w nieokreślonym wieku. Okazało się jednak, że przestępca seksualny ma niezbite alibi, a Doak wielokrotnie przyznawał się policji do różnych czynów, między innymi do zabójstwa Medgara Eversa, Johna Lennona, a nawet samego prezydenta Kennedy’ego, choć wtedy chyba dopiero zaczynał chodzić do drugiej klasy.

Po pewnym czasie pierwsze ogłoszenie na słupie, podobnie jak zainteresowanie zniknięciem Jennifer, zaczęło blaknąć. Pogrążonym w żalu rodzicom trudno było to pojąć, ale tak już jest. Wdziera się zwyczajne życie; trzeba się zmierzyć z różnymi sprawami rodzinnymi – tragicznymi, dobrymi albo banalnymi, jak ukończenie szkoły, rozwody, rocznice i pogrzeby. Zresztą w tym kraju wyraźnie nasilają się objawy społecznego deficytu uwagi – prawdopodobnie z winy Internetu, gdzie w zasięgu kliknięcia jest kolejne zdjęcie dziecka palącego papierosa czy historia upadku następnej celebrytki. Ludzie tracą zainteresowanie z prędkością światła.

Wokół wiele się działo i amatorzy tragedii mieli co przeżywać. Dla zdeklarowanych republikanów w dzielnicy – a Long Island pozostała jednym z ich ostatnich bastionów na południu stanu – taką tragedią była przegrana w wyborach prezydenckich bohatera wojennego Johna McCaina z liberałem z Chicago, który ledwie chwilę zdążył pobyć senatorem. Plakat wyborczy McCain/Palin pojawił się na słupie tuż pod ogłoszeniem ze zdjęciem Jenny, która mimo półtora roku niepogody zachowała promienny uśmiech, choć oczy mocno wyblakły i upodobniły się do matowych monet. Ktoś niebieskim sprayem skreślił nazwiska MCCAIN/PALIN i zastąpił je hasłem NADZIEJA I ZMIANA, SKARBIE.

Nadzieja prawie już wygasła w domu przy Maple Street, gdzie wciąż mieszkali Laurie i Jake. Nie chcieli porzucić miejsca zbrodni, bo przecież wiązało się z nim całe życie Jennifer – tu obchodziła pierwsze urodziny, wypowiedziała pierwsze słowa, stawiała pierwsze kroki. Zostali także dlatego, że to naturalne zachowanie rodziców zaginionych dzieci – gdyby się wyprowadzili, jak odnalazłaby drogę do domu?

 

Do 2012 roku ocalała tylko połowa ogłoszenia, a resztę przykryły ulotki Mitta Romneya i Chucka Schumera. To była górna połowa, nadal było widać oczy Jennifer Kristal, które jak u Mona Lisy zdawały się patrzeć na obserwatora bez względu na to, z której strony ulicy zbliżał się do słupa. Niektórzy mijali go, nie wiedząc, kim jest osoba ze zdjęcia – ludzie, którzy niedawno sprowadzili się do dzielnicy, a nawet część dawnych mieszkańców, którzy po prostu zapomnieli o zaginionej dziewczynce.

Jej rodzice nie mieli tego szczęścia. W piątą rocznicę zaginięcia Jenny Jake wystąpił w miejscowej telewizji na Long Island z nową prośbą – przypominało to wiadomości, które NASA wysyłała w wystrzeliwanych w przestrzeń sondach międzyplanetarnych, mimo wątpliwości, czy ktokolwiek je odczyta, ale uznał, że warto spróbować: „Jenny, jeżeli mnie słyszysz, chcę ci powiedzieć, że nigdy nie przestaliśmy cię szukać. A jeżeli ogląda to jej porywacz, niech wie, że zależy nam tylko na jej powrocie. Proszę, niczego więcej nie chcemy. Nie zawiadomimy policji. Chcemy tylko odzyskać córkę”.

Lokalny dziennikarz uzupełnił ten apel przygnębiającymi danymi statystycznymi, które pokazywały, jakie jest prawdopodobieństwo, że Jennifer – lub inne zaginione dziecko – nadal żyje po upływie tak długiego czasu. Szanse wynosiły mniej więcej tyle, co wygrana w loterii nowojorskiej (według Urzędu Statystycznego Stanu Nowy Jork – jeden do 3 838 380). Aby jednak nie pozostawiać widzów bez okrucha nadziei, wspomniano o kilku sprawach, na przykład Elizabeth Smart, dziewczynki znalezionej w Utah, i paru innych, gdzie zaginione dziecko zostało cudem odnalezione albo samo zgłosiło się pewnego dnia na posterunek policji i potwierdziła się jego tożsamość. Na ekranie wyświetlono to samo zdjęcie, które było wydrukowane na ogłoszeniu przybitym do słupa, a obok niego dzieło policyjnego portrecisty przedstawiające, jak dziś mogła wyglądać Jennifer. Nastolatka niezbyt przypominała Jenny, nie miała tego czarującego uśmiechu i radości w oczach, jak gdyby autor portretu starał się odcisnąć w jej rysach niezliczone okropności, których ofiarą mogła paść w ciągu tych lat.

Siedem lat później, kiedy tamto ogłoszenie stało się ledwie widoczne i prawie zupełnie wyblakło – został tylko zarys bladego widma czającego się pod innymi – gdy deszcz, śnieg, błoto i czas prawie zupełnie mnie zatarły, w końcu wróciłam do domu.

1

Forest Avenue, centralna oś dzielnicy z trzema pasami ruchu w każdą stronę, i Forest Avenue Diner – knajpka, gdzie od piątej po południu dostawało się zniżki na kolację, łącznie z deserem i kawą – stała na północno-zachodnim rogu jak na posterunku… A może to był róg północno-wschodni? Uwaga: sprawdzić kierunki. Nieważne, tego lokalu przecież nie zapomniałam.

Jadałam w nim, to była niedzielna tradycja rodziny Kristalów, która zaczęła się, gdy byłam tak mała, że mieściłam się w czerwonym plastikowym krzesełku dla dzieci.

Ciekawe, czy jeszcze tam chodzą – mam na myśli mamę, tatę i Bena – na przekór wszystkiemu podtrzymując tradycję, a jeżeli dawno ją porzucili, to czy wybrali jakąś inną restaurację, w której jadali niedzielne śniadania, a może w ogóle przestali wychodzić.

Gdy przechodziłam obok lokalu, otworzyły się drzwi. Poczułam dobiegający zza nich zapach naleśników, syropu i smażonych jajek. Fakt, byłam głodna. Ale z drugiej strony zawsze byłam głodna – odkąd pamiętam, czułam głód.

W kieszeni dżinsów miałam zmięte banknoty, chyba dwa dolary. Za mało na muffinkę czy nawet jajko. Może wystarczyłoby na kawę, ale co mi po kawie?

Poszybowałam dalej – właśnie tak się czułam, jakbym unosiła się nad tym małym przedmieściem, jak we śnie, kiedy równocześnie jest się w środku i patrzy się z góry, wszystko na wpół się przypomina, na wpół nie, wszystko wygląda dokładnie tak samo i zarazem niepokojąco inaczej. Jak ja.

Była późna jesień, ale tak ciepła, że chciało się rozpiąć i zrzucić kurtkę. Suche brązowe liście na chodniku kruszyły się w pył pod moimi butami.

Zrobiłam sobie nawet z tego zabawę, nie tyle szłam ulicą, ile oznajmiałam swoją obecność każdym krokiem, który miażdżył liście. Cześć, wróciłam. Poruszałam się trochę zygzakiem – niektórzy sklepikarze zgarnęli liście na sterty, musiałam więc od czasu do czasu skakać w bok, żeby nie przerywać chrzęszczącego rytmu. Zastanawiałam się, czy wyglądam jak na haju, jak gdybym wracała chwiejnym krokiem z całonocnej imprezy.

Właśnie wtedy je zobaczyłam – spojrzałam w oczy dawnej sześcioletniej sobie. Ledwie widoczne oczy – trzeba było naprawdę wytężyć wzrok, by je dostrzec w białej pustce. Ogłoszenie wisiało na słupie telefonicznym przed pizzerią. Dół słupa obwąchiwał pies, nie mogąc się zdecydować, czy okrasić go moczem, a jego właścicielka, kobieta w średnim wieku, flegmatycznie przeglądała coś w telefonie i zachowywała się tak, jak gdyby wcale nie trzymała smyczy z uwiązanym na końcu psem.

Chciałam podejść do słupa i przyjrzeć się uważniej, ale bałam się psów. Zaczekałam więc, aż kobieta wreszcie przestanie gapić się w ekran komórki i pociągnie ulubieńca, mimo że nie skończył sikać.

To trochę przypomina spoglądanie w lustro, pomyślałam, stając przed ogłoszeniem, ale lustro magiczne, które pokazuje wydarzenia z przeszłości – po drugiej stronie czaił się równoległy obłąkany świat. Właśnie wracałam z tego świata. I zamierzałam przestąpić próg swojego pokoju sześciolatki, gdzie wszystkie zabawki stały tak, jak je zostawiłam. Pamiętaj: lalka Bratz. Elmo. Dwie Barbie. Stado plastikowych koni – wśród nich palomino, któremu dałam na imię Goldy.

Pamiętaj…

– Siema.

Dopiero po drugim nosowym „siema” zorientowałam się, że ktoś zwraca się do mnie.

Chłopak. Nic nowego. Kiedy pojawiam się gdzieś na chodniku, często podchodzi jakiś gość i próbuje mnie zagadnąć. Ten mógł być starszy ode mnie, chociaż nosił się bardziej młodzieżowo: z tylnej kieszeni wystawała czerwona bandanka, a dżinsy biodrówki niebezpiecznie nisko wisiały na kościach miednicy, ukazując parę centymetrów paskudnych brązowych bokserek.

– Masz fajkę? – zapytał.

– Nie.

Nie odszedł. Może próbował się popisać przed kumplami, bo od wejścia do pizzerii przyglądała się nam publiczność złożona z chłopaków – wyglądali na młodszych od niego.

– Nie jesteś stąd. – Stwierdzenie zabrzmiało trochę jak pytanie.

– Kto tak powiedział?

– No bo nigdy cię tu nie widziałem…

Próbował zapuścić bródkę – z naciskiem na „próbował”, bo wyglądała jak nieregularne kępki włosów, jakie można zobaczyć u chorych na raka.

– Fakt, trudno powiedzieć – odparłam.

– Czyli nie jesteś…

– Co nie jestem?!

– Z tej dzielni.

– Jestem. Tyle że ostatnio mnie nie było.

– Aha…

Widziałam, że nie bardzo rozumie. Przez chwilę gapił się na słup i zauważyłam, że spojrzał w moje oczy. Te dawne oczy. Zanim zobaczyły masę rzeczy, których nie powinny oglądać.

Przestąpił z nogi na nogę, bo wyraźnie wyczerpał mu się repertuar.

Odwróciłam się od niego i znowu utkwiłam wzrok w słupie, dając mu jasny komunikat: spadaj. Po kilku sekundach zrozumiał aluzję – no dobrze, raczej polecenie – i chyłkiem się wycofał, ale zadanie chyba zostało wykonane, bo z loży komentatorów usłyszałam przytłumione okrzyki i odgłos przybijanych piątek.

Kiedy skończyłam spotkanie twarzą w twarz z resztkami własnej twarzy, zerknęłam w jego stronę i zobaczyłam, że ciągle się na mnie gapi, tym razem jednak bez udawanej drwiny. Miał w oczach coś innego. Przez moment wydawało mi się, że wiem, co to jest. Błysk rozpoznania, ale tego rodzaju, gdy człowiek nie wie, co właściwie poznaje.

Nie. Niemożliwe.

Ruszyłam w dalszą drogę, szybciej, niż zamierzałam, mimo że wciąż szłam jakby bez celu, chociaż miałam w głowie mglisty cel. Nie miałam już wrażenia, że się unoszę. Stąpałam twardo po ziemi. Nagle żołądek zmroziła mi panika, bo z obu stron mijali mnie ludzie – to była sobota, prawda? Mnóstwo ludzi wyszło z domu, żeby się nacieszyć zaskakująco ciepłym dniem.

Pochłaniała mnie ta ludzka fala przewalająca się chodnikiem, jakby się dokądś spieszyła i koniecznie chciała mnie zabrać ze sobą, ale znałam to, już tego próbowałam, dzięki, nie miałam ochoty skorzystać. Przestawałam panować nad sytuacją. Nie mogłam o sobie decydować.

Stój.

Głębokie oddechy. Wdech, wydech. Głęboko…

Zorientowałam się, że stoję oparta o szary samochód zaparkowany na środku chodnika. To dziwne uczucie, gdy człowiek stwierdza, że robi coś, nie mając pojęcia, że to robi, jak gdyby lunatykował i ktoś zapalił światło.

Zobaczyłam, że ktoś mi się przygląda – kobieta z wózkiem spacerowym, w którym siedział dzieciak z niebieskim smoczkiem w buzi. Niebieski jest dla chłopców. Wahała się, pewnie dlatego, że widziała, co się ze mną dzieje.

– Czy, hm, wszystko w porządku? – Nagle znalazła się tuż obok mnie, zostawiwszy wózek parę metrów dalej, żeby się zająć dziewczyną w beżowej kurtce i brudnych dżinsach. Chciałam jej powiedzieć: nie, nie zostawiaj tego wózka. Nie masz pojęcia, co się może stać. Myślisz pewnie, że jesteś blisko dziecka, ale tak samo blisko może być coś innego, może się zdarzyć coś niewyobrażalnego. Niewybaczalnego. Wracaj.

Właśnie to chciałam jej powiedzieć.

Powiedziałam jednak:

– Muszę się widzieć z policjantem. Proszę. Jestem Jenny Kristal i muszę porozmawiać z policjantem.

2

Przesłuchiwała mnie kobieta, bo tego zapewne wymagały standardowe procedury. Przechodziłam z rąk do rąk, od gliniarza, który przez całą drogę na posterunek przyglądał mi się w lusterku wstecznym, przez dyżurnego, który lekko licząc, miał dwadzieścia kilo nadwagi, aż wreszcie przejęła mnie ta policjantka, przedstawiła się jako Mary.

Zachowywała się dość uprzejmie, spytała mnie, czy jestem głodna – Tak, umieram z głodu; czy chcę skorzystać z toalety – Tak, wstrzymuję się od wielu godzin; czy chcę, żeby zbadał mnie lekarz – Nie, nic mi nie jest.

Potem jeszcze raz zapytała mnie o imię i nazwisko – oficjalnie.

– Jenny Kristal. – W ciągu pół godziny przedstawiałam się już trzeciej osobie – właściwie czwartej, jeżeli liczyć kobietę z wózkiem, która zadzwoniła pod 911, po tym jak mi powiedziała, że moje imię i nazwisko wydają jej się znajome.

Powtórzyła to policjantowi, który pojawił się pięć minut później i dla mojego bezpieczeństwa zapakował mnie do radiowozu.

Kiedy chodziłam do szkoły średniej, zaginęła mała dziewczynka – szepnęła. W okolicy było o tym głośno. Chyba nazywała się Jenny Kristal, ale to przecież nie może być ona, prawda?

Gliniarz odparł, że nie wie. Ale gdy usiadł za kierownicą, zapytał mnie o to.

Wcześniej pytał, czy jestem pod wpływem narkotyków – kobieta z wózkiem uznała, że mogłam się czegoś naćpać, bo zobaczyła, jak przytulam się do zaparkowanego samochodu. Chyba zasłabła czy coś – poinformowała gliniarza, który nazywał się Farley.

Odpowiedziałam mu, że nie brałam żadnych prochów, a jeżeli mi nie wierzy, mogę zrobić testy, i że chciałam tylko porozmawiać z kimś na posterunku.

W takim razie co ci jest? Ta kobieta mówiła, że zemdlałaś – jesteś na środkach przeciwbólowych?

Długo nic nie jadłam. Proszę mnie odwieźć na posterunek, dobrze?

Wezwę karetkę…

Nie potrzebuję karetki. Potrzebuję Big Maca.

Czyli nie zgadzasz się na wezwanie karetki?

Może mnie pan po prostu zawieźć na posterunek?

Musisz powiedzieć, że odmawiasz wezwania karetki. Tego wymaga procedura. Możesz odmówić, jeżeli tego chcesz, ale musisz to powiedzieć. Masz skończone osiemnaście lat?

Tak.

I odmawiasz wezwania karetki.

Tak.

Wtedy posadził mnie na tylnym siedzeniu radiowozu.

Zanim jednak uruchomił silnik, odwrócił się i popatrzył na mnie przez siatkową przegrodę, zatrzymując wzrok mniej więcej na wysokości biustu, i zapytał, czy byłam kiedyś ofiarą porwania.

Ta pani, która zadzwoniła po pomoc, mówiła, że jakieś dwanaście lat temu porwano tu kogoś, kto nazywał się tak jak ty – tak jej się przynajmniej wydaje. To ty?

Moja samarytanka sądziła, że wzywa pomoc do narkomanki, którą trzeba zabrać z ulicy. Chciałam porozmawiać na posterunku z kimś innym niż Farley, bo pytanie o skończone osiemnaście lat zadał takim tonem, jakby chciał się upewnić, czy nie narazi się na zarzut kontaktów seksualnych z nieletnią.

Przestałam się odzywać.

 

Tylko rogi skrzyżowań; próbowałam nie zwracać uwagi na ludzi – starszą panią z balkonikiem, czarnoskórego kuriera UPS, który balansował z sześcioma paczkami ułożonymi w piramidkę, dwóch chłopaków na rowerach – zaglądających do radiowozu, by zobaczyć, kogo dziś odwożą do aresztu. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć… Dzięki liczeniu miałam co robić i nie musiałam rozmawiać z Farleyem ani zastanawiać się, jak będą teraz wyglądać, co powiedzą i co poczuję, kiedy znowu znajdę się w ich ramionach. Każdy róg wyglądał mniej więcej tak samo – pusty i zasypany suchymi liśćmi – tylko na rogu Elm zauważyłam narysowane kredą klasy i próbowałam sobie przypomnieć, jak się gra w klasy – rzucało się kamyk do kwadratu, a potem wskakiwało się na pole, żeby go podnieść, a przy tym utrzymać równowagę – to było najtrudniejsze.

Na rogu numer jedenaście było głębokie pęknięcie przypominające pajęczynę, sięgające od jednego końca do drugiego. Ten widok coś we mnie poruszył i nie dawał mi spokoju.

O co chodzi? – spytał zza kierownicy Farley.

Czyżbym coś krzyknęła? Walnęłam w szybę pięścią i błagałam, żeby mnie wypuścił?

Maple Street… To tu kiedyś mieszkałam?

Detektyw Mary miała włosy związane w ascetyczny kok – w ogóle miała ascetyczną i surową twarz. Pewnie tak się wygląda, kiedy w pracy codziennie ma się do czynienia z podejrzanymi typami.

– No dobrze, Jenny – zaczęła detektyw Mary. – Posterunkowy Farley przekazał, że podobno kiedyś mieszkałaś przy Maple Street. Tam właśnie mieszkała Jenny Kristal, zanim zniknęła. Twierdzisz, że to ty?

Uwaga: detektyw Mary nie powiedziała, kiedy zaginęła Jennifer Kristal – nie podała daty. Czekała, aż ja to zrobię.

Pęknięcie na rogu Maple Street znalazło się nagle w centrum mojej uwagi. Naprawdę było aż tak szerokie, że pochłonęło mnie całą?

– Tak – odparłam. – Jestem… Jenny Kristal. Szłam do swojej przyjaciółki Toni Kelly i zostałam uprowadzona. – Detektyw Mary wysłała kogoś po Big Maca, o którym tak marzyłam, i nagle coś mi się przypomniało. – Poprzedniego dnia wieczorem, zanim… zanim zostałam porwana, poszliśmy wszyscy do McDonalda. Wtedy ostatni raz widziałam tatę, bo następnego dnia rano go nie było… Wyszedł do pracy…

W tym momencie detektyw Mary przestała wyglądać tak surowo. Nagrywała naszą rozmowę, spytała mnie wcześ­niej, czy mam coś przeciwko temu – nie – chyba dlatego, że chciała utrzymać ze mną kontakt wzrokowy, zamiast wszystko spisywać, więc zobaczyłam, jak jej oczy trochę łagodnieją.

– Kiedy to dokładnie było, Jenny? Kiedy zostałaś porwana?

Jasne, ciągle sprawdza.

– Latem. Dziesiątego lipca dwa tysiące siódmego.

– Hm… – mruknęła detektyw Mary, jak gdybym powiedziała coś wyjątkowo interesującego. – Zastanawiam się tylko… Ile wtedy miałaś lat?

– Sześć – powtórzyłam.

– Mhm. Miałaś sześć lat i pamiętasz dokładną datę? Dziwię się, bo większość dzieci w tym wieku nie zwraca uwagi na czas tak jak my.

– Pamiętam datę, bo to były moje urodziny.

Uniosła wzrok i zacisnęła usta, jak gdyby przyłapała mnie na wielkim kłamstwie.

– Zostałaś porwana w swoje urodziny?

– Odtąd to były moje urodziny.

– Nie rozumiem.

– Moje nowe urodziny. Powiedział mi, że to początek mojego nowego życia, więc to będą moje nowe urodziny. – Poczułam wilgoć w kącikach oczu.

– Powiedział? Kto, Jenny?

– Ojciec.

– Ojciec? Człowiek, który cię porwał? Jak się naprawdę nazywał?

– Właśnie tak. Ojciec. Tak go musiałam nazywać.

– Zanim do tego przejdziemy, a wiem, że to musi być dla ciebie bardzo trudne, Jenny, mogłybyśmy porozmawiać jeszcze raz o tym dniu, zanim to się wszystko zdarzyło?

– Po co? – Wiedziałam po co, oczywiście, że tak – chciałam jednak, żeby tym razem ona to powiedziała.

– Niestety, to konieczne. Taką mamy procedurę. Trzeba uporządkować wszystko chronologicznie. Od punktu A do B. Zgadzasz się?

– Jasne. Nie ma sprawy.

– Świetnie. Możemy się więc trochę cofnąć? Jakie wtedy było lato? Co na przykład zapamiętałaś o mamie i tacie? I o pozostałych członkach rodziny. Masz jakieś rodzeństwo?

– Bena – powiedziałam. – Brata. – Mimo że doskonale wiedziała, czy mam jakieś rodzeństwo, i wiedziała, że brat ma na imię Ben. Prawdopodobnie wiedziała też, że ma bliznę w zgięciu lewego kolana po tym, jak popchnęłam go na metalową tyczkę do pomidorów w ogrodzie, kiedy miał sześć lat. I że najbardziej lubił żelki – w każdym razie wtedy – i że w Halloween oddawałam mu swoje żelki w zamian za batoniki Almond Joy. I że Ben miał na drugie imię Horace, bo tak miał na imię nasz dziadek. I że Ben na plaży lubił budować zamki z piasku, a jego ulubionym bohaterem telewizyjnych kreskówek był parowóz Tomek – i woził piasek z jednej kupki na drugą swoim zabawkowym pociągiem, którego też nazywał Tomkiem.

Prawdopodobnie wszystko to już wiedziała, mimo to zamierzała jednak pytać.

– Dobrze, Ben – powiedziała. – Młodszy?

– Dwa lata starszy. Kiedy… to się stało, miał osiem lat.

– Rozumiem. A twoi rodzice?

– Co – rodzice?

– Nie wiem. Opowiedz mi coś o nich. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu.

Ciekawe, co by się stało, gdybym powiedziała: Szczerze mówiąc, mam. Zostałam porwana, więc można mi chyba oszczędzić takiego przesłuchania, nie sądzi pani? Nie ma pani nic przeciwko temu, że ja mam coś przeciwko temu?

Mówiłam dalej.

– Moja mama… Czasem trudno było mi o niej pamiętać. Miałam nową matkę, ale musiałam zachować w sercu prawdziwą…

– Ten… Ojciec miał żonę?

– Mhm. To była Matka. Matka, Ojciec i Jobeth. Moje nowe imię. Pozwolili mi je samej wybrać, a nawet pozwolili zachować pierwszą literę mojego prawdziwego imienia. Uprzejmie z ich strony, nie sądzi pani? Tacy mili ludzie. Jaka wspaniałomyślność. – Przestań płakać, nakazałam sobie w duchu. Przestań.

– Wiem, że to dla ciebie trudne, Jenny. Dojdziemy do tego, obiecuję. Możemy najpierw porozmawiać o twojej rodzinie?

– Sama mnie pani zapytała. O Matkę.

– Tak, wiem. Trochę wybiegłam naprzód.

Uśmiechnęła się, przynajmniej mogło to uchodzić za uśmiech na twarzy osoby, która przypominała kobietę z obrazu American Gothic. W porządku, to trochę złośliwe z mojej strony – nie była aż taka zła. Po prostu detektyw Mary działała mi na nerwy.

– Może na razie zatrzymajmy się na twojej matce – zaproponowała.

– W porządku – odparłam. – Bardzo starałam się o niej pamiętać. Co noc próbowałam zachować tę więź, rozumie pani? Chcieli, żebym zapomniała. Mówili mi, że moja mama i tato mnie nie chcą. Że to oni odtąd będą moimi rodzicami. Że moja mama i tato prosili ich, żeby mnie zabrali. Wiedziałam, że kłamią. Wiedziałam. Ale miałam sześć lat, rozumie pani? Nie do końca się wtedy wie, ale co nieco tak – i trzymałam się tego kawałka świadomości. Słuchałam tego głosu co noc, po…

Jeżeli się poruszysz, będzie bardziej bolało…

– …gdy już leżałam w łóżku. I byłam zupełnie sama. Zmuszałam się, żeby pamiętać o wszystkim: o mamie, tacie i Benie, o dziadku i babci, o wszystkich. Przypominałam sobie, jak byliśmy w Disney World, gdy miałam pięć lat, i czekaliśmy ze dwie godziny na przejażdżkę karuzelą Dumbo, która trwała chyba sześć sekund, ale zapytałam tatę, czy możemy pojechać jeszcze raz, i staliśmy w kolejce następne dwie godziny. Ben zgubił się na Wyspie Tomka Sawyera – zabłądził w jaskini – i wszyscy musieliśmy go szukać, a kiedy się znalazł, płakał, więc kupiliśmy mu wielgachne lody w rożku – dostał większe niż ja tylko dlatego, że to on się zgubił, i myślałam sobie wtedy, że to strasznie niesprawiedliwe. Kiedy mnie porwali i leżałam w łóżku, przypominając sobie to wszystko, myślałam, że jeżeli mnie znajdą, jeżeli mama i tato w końcu mnie znajdą, powinnam dostać całą furę lodów, całą lodziarnię Baskins-Robbins.

Chyba słyszałaś, że masz się nie ruszać, prawda?

– Dobrze się czujesz, Jenny? Jeżeli chcesz, możemy zrobić przerwę.

– Nic mi nie jest.

– A tato?

– Mówiłam pani. Był… tatą. Kochałam go. Zabrał mnie do Disney World. Nosił mnie na plecach w moim pokoju i udawał konia. Bo gdy byłam mała, uwielbiałam konie. Nazywał mnie Cencikiem; znał sztuczkę z monetą, którą chował między palcami, a potem wyciągał mi ją z ucha – nigdy nie domyśliłam się, jak to robi, i ciągle go prosiłam, żeby jeszcze raz pokazał sztuczkę z cencikiem, więc zaczął mnie nazywać Cencikiem.