Transformers 1. Powieść filmowaTekst

Z serii: Transformers
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Transformers 1. Powieść filmowa
Transformers 1. Powieść filmowa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 44,98  35,98 
Transformers 1. Powieść filmowa
Transformers 1. Powieść filmowa
Audiobook
Czyta Damian Kulec
24,99  18,24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

S.G. Wilkens

Transformers 1 – Powieść filmowa

Saga

Transformers 1 – Powieść filmowa

Tłumaczenie z języka angielskiego: Michalina Roś

Transformers – Movie 1 junior novel

HASBRO oraz logo TRANSFORMERS oraz wszystkie powiązane znaki są znakami towarowymi należącymi do Hasbro i wykorzystanymi za zgodą producenta. © 2020 Hasbro. All Rights Reserved. © 2007 DreamWorks LLC and Paramount Pictures Corporation. All Rights Reserved.

ISBN: 9788726534771

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont

PROLOG

Milion lat przed nastaniem ludzkości, odległą planetę pustoszyła wojna między tymi, co wielbili chaos, a tymi, którzy podążali za wolnością.

Mieszkańcy owej planety walczyli o kontrolę nad najwyższą mocą, Wszechiskrą, będącą jedynym pozostałym źródłem ich życiowej siły, która utworzyła ich rasę. Walka trwała, aż wreszcie na świecie zapanowała śmierć, niegdyś potężne miasta zapadły się pod ziemię i obie strony na zawsze straciły Wszechiskrę wśród bezkresnych gwiazd.

Poszybowała w przestrzeń… lecz nagle jej kierunek się zmienił. Podryfowała w stronę pewnej małej, ale ciekawej planety – Ziemi.

Wielu wojowników wolności szukało Wszechiskry, chcąc ją odnaleźć, zanim uczyniłyby to mroczne legiony. Było już jednak za późno.

ARKTYKA, 1897

Kapitan Archibald Witwicky patrzył na ludzi rąbiących lód.

– Przyłóżcie się – krzyknął – albo będziemy siekać całą drogę z powrotem do Stanów!

Statek kapitana, Discovery, zawadził o górę lodową, co opóźniło przebieg wielkiej arktycznej wyprawy, która miała miejsce w 1897 roku. Jej celem było zbadanie olbrzymiego obszaru, a uczestnicy mieli bardzo niewiele czasu.

Kapitan strzepnął z okularów trochę lodu, kiedy psy rasy husky zaczęły szczekać i ciągnąć za smycze. Wtem liny pękły i zwierzęta wystrzeliły w śnieg.

– Tam coś jest – powiedział pierwszy oficer.

Kapitan Witwicky chwycił strzelbę i lampę.

– Wy dwaj. – Wskazał na dwóch członków swojej załogi. – Chodźcie ze mną.

Ledwie widzieli pędzące psy. Nagle husky zatrzymały się, zaskamlały cicho i zaczęły kopać w śniegu.

– Cokolwiek to jest, znajduje się pod lodem – szepnął jeden z ludzi Witwicky’ego.

– Nic nie przeżyłoby pod pokrywą lodu – przypomniał mu kapitan.

Nagle grunt pękł. Powstała ogromna dziura, która pochłonęła otaczający ją lód, śnieg i jednego z psów. Kapitan Witwicky próbował wyciągnąć zwierzę na powierzchnię, ale to husky pociągnął go dziesięć metrów w dół.

Wylądowali z głuchym trzaskiem. Oszołomiony, ale cały, kapitan otworzył oczy. W dole było bardzo ciemno i zimno. Migoczące światło latarni rzucało cienie na bladoniebieskie, zamarznięte ściany.

– Nic mi nie jest, chłopcy! – zawołał w stronę powierzchni.

Kapitan obrócił się i otworzył usta ze zdumienia. Zaledwie kilkanaście centymetrów od niego było ogromne… coś. Przypominało twarz, której olbrzymie żuchwy były szeroko otwarte, jakby skamieniałe w niemym krzyku. Gdy oczy kapitana przywykły do ciemności, zobaczył gigantyczne ciało skute lodem. To coś miało kształt człowieka – głowę, tors, ręce i nogi.

Ciało nie składała się jednak z mięśni – wyglądało na zrobione z metalu. Kapitan spojrzał dokładniej zza okularów. Czyżby to była maszyna? Jakiegoś rodzaju dziwny pojazd? Strzepał z ciała śnieg, by obejrzeć znak wygrawerowany na piersi giganta. Był to pięciokąt o ostro zakończonych górnych rogach. W środku miał symbol przypominający maskę.

Z narastającą ekscytacją kapitan odrąbał kilofem lód, otaczający głowę i tors Człowieka Lodu. To było marzenie każdego badacza. Dzięki takiemu odkryciu Witwicky z pewnością dorówna sławą takim postaciom, jak Pizarro, Cortés czy Kolumb.

Gdy kilof trafił w pewien punkt na piersi Człowieka Lodu, rozległ się okropny, ogłuszający zgrzyt. Z olbrzyma wystrzeliła wiązka jasnego, silnego światła, która zalała jaskinię bielą. Kapitan zasłonił oczy i upadł na ziemię, z trudem łapiąc oddech. Przez kilka sekund nie widział nic, poza milionami dziwnych symboli, które przypominały kod.

– Kapitanie? – wołali jego ludzie. – Kapitanie?

Nagle zgrzytanie ustąpiło, a światło zamrugało i zgasło. Kapitan po omacku szukał okularów, które eksplozja światła strąciła mu z nosa. Gdy nieporadnie usiłował je znaleźć, zdał sobie sprawę, że nie widzi. Nie był w stanie dostrzec nic. Był ślepy!

Gdy towarzysze zdołali wreszcie wyciągnąć go na powierzchnię, kapitan był przemarznięty, wygłodzony i ledwie żywy. Ciągle opowiadał o napotkanej w jaskini postaci, o ogromnym Człowieku Lodu, którego oczy strzelały wiązkami światła, i który na piersi miał dziwny symbol w kształcie maski. Załoga statku przypuszczała, że owo ciężkie przeżycie źle wpłynęło na stan umysłu kapitana i dlatego nikt go nie słuchał.

To był ich błąd.

1. BAZA U.S. SOCCENT, PUSTYNIA W KATARZE, CZASY WSPÓŁCZESNE

Sierżant William Lennox, podczas lotu nad pustynią w Katarze, spogląda przez okno samolotu sił powietrznych CV-22. On i jego ludzie z piątej drużyny Bezpieczeństwa Sił Specjalnych, zakończyli właśnie ciężką misję i nareszcie wracali do bazy. Obrócił się w stronę siedzącego obok żołnierza, starszego chorążego Johna Figuerosy.

– Jaka będzie pierwsza rzecz, którą zrobisz po powrocie do domu? – zapytał.

– Pojadę w stronę turkusowej wody z deską surfingową na dachu – odpowiedział Figuerosa, zwany przez wszystkich Fig, ze swym charakterystycznym akcentem z Luizjany.

– Rozumiem – odrzekł Lennox.

Ich pustynna wyprawa miała potrwać jeszcze szesnaście miesięcy, ale myślami wszyscy byli już w domu.

– To będzie idealny dzień – ciągnął Fig. – Taki, w którym wszystko się świetnie układa. – Obrócił się w stronę towarzysza. – A ty Lennox? Co byś zrobił?

Lennox utkwił wzrok w swoich znoszonych butach.

– Wziąłbym w ramiona moją córeczkę. Po raz pierwszy w życiu.

Helikopter zbliżył się do bazy, Zadaniowego Centrum Operacji Specjalnych SOCCENT. Lennox poczuł przypływ energii. Teraz, po zakończonej misji, pojawiła się szansa na chwilę spokoju. Może znajdzie nawet czas na telefon do żony – Sary, i posłucha gaworzenia ich córeczki – Annabelle, która przyszła na świat zaledwie dwa tygodnie po jego wyjeździe. To by mu wystarczyło do szczęścia, przynajmniej na razie.

Jednak w wieży obserwacyjnej bazy działo się coś niepokojącego.

– Zbliża się niezidentyfikowany obiekt. Odległość dziesięć mil – ostrzegł dowódcę sierżant straży, pokazując migające czerwone światełko na ekranie radaru.

Dowódca odsunął sierżanta na bok, popatrzył na radar i ze spokojem chwycił mikrofon.

– Znajdujecie się w przestrzeni powietrznej należącej do wojska Stanów Zjednoczonych – zawołał w stronę nieznanego samolotu. – Zidentyfikujcie się i lećcie na wschód od obszaru zastrzeżonego.

Nie dostał żadnej odpowiedzi. Dowódca zmarszczył czoło. No trudno. Połączył się z dwoma samolotami zwiadowczymi, które nieustannie krążyły wokół bazy.

– Raptory Jeden i Dwa. Przejąć niezidentyfikowaną jednostkę.

Raptor Jeden wykonał ostry manewr, by dopaść intruza. Oczy pilota rozszerzyły się ze zdumienia, gdy zdał sobie sprawę, że to helikopter Zarządu Operacji Specjalnych. Był ogromny… i rzadko spotykany w tych stronach.

– Do niezidentyfikowanej jednostki! – Raptor połączył się z obcym śmigłowcem przez radio. – Eskortujemy was do bazy lotniczej U.S. SOCCENT. W razie sprzeciwu użyjemy śmiercionośnej siły.

Mimo że śmigłowiec się nie zidentyfikował, zaczął schodzić do lądowania. Pilot Raptora podążał tuż za nim, ponownie zwracając się do wieży.

– Zniża się do lądowania – powiedział. – Ma na ogonie numer identyfikacyjny 4500X-ray.

Chwilę później technicy z centrum operacyjnego rozszyfrowali podany identyfikator.

– Nie uwierzysz – powiedział jeden z nich do dowódcy. – 4500X został zestrzelony trzy miesiące temu. W Afganistanie.

Kapitan zmarszczył czoło. Zestrzelony?

– To musi być jakiś błąd.

Helikopter wylądował powoli wśród chmury pyłu. Otoczyły go uzbrojone pojazdy terenowe.

– Do niezidentyfikowanej jednostki! Wyłączyć silnik i natychmiast wyjść – krzyknął dowódca przez głośnik. Wyjął lornetkę i zrobił zbliżenie na kokpit obcego śmigłowca. Jego pilot – wąsaty mężczyzna, siedział bez ruchu. Kiedy żołnierze z wozów terenowych skierowali broń w stronę helikoptera, pilot nawet nie drgnął.

Wtem dowódca dostrzegł przez lornetkę coś, co sprawiło, że na moment stanęło mu serce. Pilot zaczął migać i znikać niczym niewyraźny obraz telewizora. W ciągu kilku sekund rozpłynął się w powietrzu.

Lennox i jego ludzie przed chwilą wyszli na płytę lotniska, gdy obcy śmigłowiec wylądował obok nich. Żołnierze z samochodów terenowych wydali rozkaz, aby się wycofali i znaleźli schronienie. Oni także widzieli, jak wąsaty pilot mieni się i znika. A potem stało się coś jeszcze dziwniejszego. Śmigłowiec zaczął się przekształcać.

Najpierw schowały się śmigła. Stalowa rama oderwała się i pękła, a jej części nałożyły się na siebie, stając się wyższe. Kokpit oraz koła zmieniły się w nogi, wnętrze maszyny i jej silnik utworzyły tors, a kadłub odpadł, ukazując głowę i parę potężnych ramion. Na klatce piersiowej stwora widniał znak w kształcie pięciokąta o zaostrzonych górnych końcach. W środku miał symbol przypominający maskę.

 

Lennox zakrył usta dłonią. Śmigłowiec całkowicie przekształcił się w ogromnego człowieka w zbroi. Górował nad pozostałymi pojazdami w bazie.

Istota ożyła, strzelając w ziemię serią jasnych, silnych wiązek światła i niszcząc rząd samolotów transportowych. Stanęła na pustym hangarze i uderzyła w baraki. Żołnierze z pojazdów terenowych próbowali do niej strzelać, ale kule odbijały się od zbroi.

Kiedy robot chwycił grubą, ciasno splecioną wiązkę przewodów zawieszonych nad barakami, ludzie w wieży wpadli w panikę – te kable były podłączone do wszystkich urządzeń elektronicznych i komputerów na terenie całej bazy! Przewody w upiorny sposób ożyły, zwijając się i skręcając w powietrzu, niczym zahipnotyzowane węże. Maszyna ścisnęła je mocno i wydała z siebie przeszywający krzyk.

W wieży na monitorze komputera dowódcy pojawiła się złowieszcza wiadomość: ŁADOWANIE PLIKU: PROJEKT CZŁOWIEK LODU: ULTRA TAJNE: DOSTĘP TYLKO DLA SEKTORA SIÓDMEGO.

To coś hakowało ich pliki.

– Odciąć prąd! Odciąć prąd! – wrzeszczał dowódca.

Szeregowy żołnierz zerwał ze ściany topór i zaczął siekać główne centrum kontrolne. Chwilę później monitory wszystkich komputerów pociemniały, a kable zasyczały i opadły bezwładnie w rękach robota, który z wściekłością wpatrywał się w wieżę obserwacyjną. Jasnoczerwona lampka ostrzegawcza na jego piersi zaczęła migać, a w ciągu kilku sekund z ramienia robota wystrzelił rozgrzany do białości laser, paląc kolejny rząd samolotów.

Lennox i jego ludzie rzucili się w poszukiwaniu kryjówki. Ale jedyna droga w bezpieczne miejsce biegła między olbrzymimi, stalowymi nogami. Robili uniki i kluczyli, omalże nie tracąc życia, zdeptani gigantycznymi stopami potwora. Fig potknął się o szrapnel i pokoziołkował do przodu. Wylądował twardo na ziemi, pod nogami olbrzyma. Mimo że zdawał sobie sprawę z ryzyka, Fig wyciągnął termowizor i szybko sfotografował skomplikowane podbrzusze potwora.

– Nie! – krzyknął Lennox, pokazując towarzyszowi, by uciekał. – To wyczuwa twój termowizor!

Robot zmierzył Figa złowrogim spojrzeniem. Czerwona lampka ostrzegawcza na jego piersi znów zaczęła migać. Fig próbował się ratować, a wielkie kule ognia omiatały ziemię. Niewiele myśląc, chwycił wysokiej mocy wyrzutnię laserową i zaczął strzelać na oślep w kierunku potwora, aby odwrócić jego uwagę. Wiązki lasera przecinały powietrze. Jedna z nich trafiła robota prosto w pierś. Ten zatoczył się do tyłu, krzycząc z bólu. Jego kończyny zadrżały i z hukiem padł na ziemię. Gdy kurz opadł, Lennox i pozostali ujrzeli istotę leżącą bez ruchu na plecach.

– Wynośmy się stąd! – krzyknął Lennox. Tak właśnie zrobili.

2. LICEUM W TRANQUILITY, TRANQUILITY, STANY ZJEDNOCZONE

Na lekcji historii, Sam Witwicky siedział z tyłu klasy i gapił się na Mikaelę Banes, najpiękniejszą dziewczynę w liceum, w Tranquility. Byłaby z nich świetna para. Co z tego, że jest nieco wyższa ode mnie? – pomyślał. Dlaczego musi chodzić z tym frajerem, Trentem DeMarco?

– W porządku Sam, twoja kolej – zawołał nauczyciel, pan Hosney.

Serio, co ma w sobie Trent, czego ja nie mam? Poza tym, że gra w drużynie futbolowej i ma fajny samochód…

– Stary. – Najlepszy przyjaciel Sama, Miles, pstryknął mu palcami przed twarzą. – Halo, tu Ziemia.

Sam podskoczył, chwycił plecak i podszedł do tablicy. Dzieciaki zaczęły chichotać i rzucać w jego plecy zmiętymi kawałkami papieru.

– Emm, a więc tematem mojej pracy o historii rodziny jest mój prapradziadek, kapitan Archibald Witwicky, jeden z pierwszych odkrywców, którzy dotarli na koło podbiegunowe północne – zaczął.

Otwierając plecak poczuł, że w jego włosach wylądowało coś miękkiego. Wyjął to powoli i zmrużył oczy. Czerwona żelka w kształcie robaka.

– O, wiśniowa. Mój ulubiony smak.

Starając się zachować godność, rozłożył na biurku artefakty prapradziadka. Kompas… sekstant… para staromodnych okularów…

– No więc to są stare narzędzia do nawigacji – zaczął, podnosząc je po kolei w górę. Uczniowie wyglądali na znudzonych. – Sprzedaję je w Internecie, żeby odłożyć na samochód. Świetnie się nadadzą na prezenty świąteczne. Dostępne w niezwykle niskiej cenie...

– Sam… – przerwał mu pan Hosney.

Sam wrócił do swojej pracy.

– No dobrze, w każdym razie wydaje mi się, że lata hipotermii wymroziły mojemu prapradziadkowi mózg i skończył ślepy i obłąkany w sanatorium. Cały czas tylko rysował te dziwne symbole i gadał o gigantycznym człowieku lodu.

Podniósł wycinek z gazety z roku 1897. Nagłówek głosił: PODRÓŻNIK TWIERDZI, ŻE ODNALAZŁ CZŁOWIEKA LODU PODCZAS WYPRAWY NA ARKTYKĘ. Niżej widniało zdjęcie kapitana Witwicky’ego, prezentującego niewyraźne szkice symbolu w kształcie maski, który widział na klatce piersiowej Człowieka Lodu.

Sam otworzył usta, by mówić dalej, ale zadzwonił dzwonek. Gdy uczniowie wychodzili, pan Hosney zmierzył chłopaka wzrokiem.

– Ocalony przez dzwonek – skomentował, zachowując powagę.

– A więc… jaką dostanę ocenę? – spytał Sam.

– Solidne cztery z minusem.

– Cztery z minusem? A co z rekwizytami?

Pan Hosney wzruszył ramionami.

– Jakoś to do mnie nie przemówiło.

– Nie, pan nie rozumie – ciągnął Sam z desperacją. – W zeszłym roku mój tata powiedział, że jak skończę szesnaście lat, uzbieram dwa tysiące dolarów i dostanę trzy piątki, dołoży mi się do samochodu. Mam już pieniądze i dwie piątki… więc potrzebuję jeszcze przynajmniej pięć minus.

Ale pan Hosney nie wyglądał na przekonanego.

– Proszę – powiedział Sam, praktycznie rzucając się do stóp nauczyciela. – Moja przyszłość – moja wolność – moja męskość – jest w pana łaskawych rękach.

Pan Hosney westchnął. Chłopak wiedział, że udało mu się go przekonać.

Zaraz po szkole – ciągle oszołomiony tym, co się wydarzyło – siedział obok ojca, gdy przejeżdżali przez rejon Tranquility, w którym sprzedawano samochody. Nie mógł się już doczekać, aż wybierze sobie nowiutki wóz! Kiedy podjechali do Bolivia’s Auto Resale, sprzedawcy samochodów używanych, nie krył rozczarowania.

– Tutaj? – krzyknął Sam. – Nie, nie, nie, nie, tato! Te samochody mówią do dziewczyn: „Uciekaj byle dalej od tego przegrywa.

Ojciec zaparkował i wysiadł z auta.

– Moim zdaniem mówią, że jesteś facetem, który zna wartość ciężko zarobionych pieniędzy, synu. Bez poświęcenia nie ma zwycięstwa.

Sam westchnął. Tata zawsze to powtarzał.

Z biura sprzedawcy wybiegł do nich mężczyzna o wyglądzie cwaniaka, ubrany w połyskujący niebieski garnitur.

– Czołem, panowie – powiedział, wyciągając do nich rękę. – Bobby Bolivia, do usług.

– Mój syn chce kupić swój pierwszy samochód – wyjaśnił ojciec Sama.

Bobby wyszczerzył się krzywo do chłopaka.

– Jestem w tej branży od dawna i wiem z doświadczenia, że to nie kierowca wybiera samochód, o nie. To samochód wybiera kierowcę. Tworzy się mistyczna więź między mężczyzną a jego maszyną.

Sam chodził tam i z powrotem wzdłuż rzędów aut, szybko tracąc nadzieję. Każdy samochód był brzydszy i bardziej pokiereszowany od drugiego. Sam zawahał się nad żółtym, poobijanym Chevroletem Camaro. Przesunął palcem po czarnych paskach tandetnie doczepionych do karoserii. Przynajmniej nie był to minivan.

Bobby pospiesznie dołączył do Sama i zdezorientowany popatrzył na Camaro.

– Chwila. Skąd to się tu wzięło? – Spojrzał przez ramię w stronę rozpadającego się biura. – Manny! – krzyknął – Co to jest to diaska?

Sam otworzył drzwi samochodu. Zauważył działający magnetofon. Wtem wzrok chłopaka przyciągnął jakiś błysk. Na kierownicy dostrzegł nietypowy symbol. Przypomniał Samowi tamtą niedorzeczną maskę, którą jego prapradziadek rysował zamknięty w wariatkowie.

– Ile? – Pan Witwicky zwrócił się do sprzedawcy.

Bobby podrapał się po głowie.

– Mmm… pięć kawałków.

– Nie damy więcej niż cztery.

Sprzedawca posłał im wrogie spojrzenie.

– Młody, ręce precz od auta.

– Mówił pan, że to samochód wybiera kierowcę – zaprotestował Sam.

– No cóż, czasami trafiają na kogoś spoza swojego przedziału cenowego. – Bobby pokazał palcem jakiegoś grata dwa rzędy dalej. – Proszę bardzo, oto całkiem elegancki…

Nagle rozległ się ryk klaksonu Camaro. Huk był tak głośny, że wszyscy podskoczyli, a szyby każdego z pozostałych samochodów pękły. Sam cofnął się gwałtownie, kiedy kawałki szkła poleciały na ziemię.

– Co to było? – krzyknął.

– O nieee! – wrzasnął Bobby.

Szkło wciąż spadało na beton, rozpadając się na niebezpieczne odłamki.

– Manny! Chodź tutaj!

Pan Witwicky chwycił Sama za rękę i poprowadził go z powrotem do samochodu.

– Czekajcie! – Bobby pobiegł za nimi. – No dobra, to wasz szczęśliwy dzień! Z powodu usterek, sprzedam wam Camaro za cztery tysiące.

Sam popatrzył na tatę.

– Proszę!

Pan Witwicky wyglądał na niezdecydowanego, ale wreszcie kiwnął głową.

– Tak! – wykrzyknął Sam.

3. GŁÓWNA SIEDZIBA RAND CORPORATION, WASZYNGTON, STANY ZJEDNOCZONE

Maggie Marconi nie mogła uwierzyć we własnego pecha. Rano musiała się chować przed właścicielem mieszkania, bo zalegała z czynszem, przez co spóźniła się na pociąg i musiała wziąć taksówkę… która następnie utkwiła w korku na czterdzieści pięć minut. Że też akurat dzisiaj wszystko musiało iść nie tak – równo o czwartej po południu miała pierwsze szkolenie z szyfrowania dla nowego pracodawcy – Rand Corporation. Nie chciała od początku robić złego wrażenia – albo od razu wylecieć, dokładnie tak, jak z poprzedniej pracy.

Gdy rozgorączkowana wpadła do kompleksu Rand, dwóch agentów w lustrzanych okularach stuknęło ją w ramię.

– Maggie Marconi? – Jeden z nich pokazał odznakę służb specjalnych. – Proszę z nami. – Chwycił ją za ramię.

Serce Maggie biło jak szalone. Oho. Ciekawe, co przeskrobałam. Ona i jej znajomy haker, Glen Whitman, czasami robili rzeczy, których nie powinni, na przykład przejmowali kontrolę nad sygnalizacją świetlną, by zmienić wszystkie światła na zielone na szczególnie ruchliwej ulicy.

– Hej, mam prawo wiedzieć dokąd mnie zabieracie – zawołała.

– Zaraz się przekonasz – odpowiedział drugi z agentów, popychając ją przez podwójne drzwi. Na trawniku przed siedzibą Rand stał śmigłowiec. Ku kompletnemu zdumieniu Maggie, wsiedli do niego i ruszyli w kierunku Pentagonu.

Gdy dotarli na miejsce, przeszli przez wiele korytarzy, aż dotarli do szeregu zamkniętych podwójnych drzwi. Maggie zatrzymał jakiś sierżant.

– Musi pani podpisać tajną umowę poufności.

Ręka Maggie drżała, gdy podpisywała dokument. Zastanawiała się, co ona tam w ogóle robiła… Teraz na pewno wyrzucą ją z Rand. Po chwili zaprowadzili ją do pokoju pełnego ludzi. Maggie usiadła na krześle niedaleko drzwi, obok młodego chłopaka, który wydawał się tak samo zdezorientowany jak ona.

Otworzyły się inne drzwi i wszedł przez nie wysoki, solidnie zbudowany mężczyzna. Wszyscy natychmiast wstali. Chłopak po lewej stronie Maggie zbladł.

– To John Keller, sekretarz obrony – mruknął, mimo że Maggie – podobnie jak cała reszta – doskonale wiedziała, kto to był.

– Siadać – nakazał John Keller i wszyscy posłuchali. – Zapewne zastanawiacie się, dlaczego tu jesteście. Fakty są następujące – wczoraj o dziewiątej czasu lokalnego zaatakowana została baza SOCCENT w Katarze. Nikt nie przeżył.

Zgromadzeni zaczęli się przekrzykiwać, zadawać pytania.

Keller ich uciszył.

– Napastnicy chcieli włamać się do naszej sieci wojskowej – nie jesteśmy pewni, czego szukali, ale wiemy, że w czasie ataku udało się ich odciąć. Podejrzewamy, że spróbują znowu. Nikt nie przyznał się do tej akcji, a naszą jedyną wskazówką jest ten sygnał.

Z głośników rozległ się donośny zgrzyt. Był to dźwięk, który wydała z siebie mechaniczna bestia, gdy ścisnęła w dłoni przewody w bazie na pustyni. Przypominał odgłos skrobania paznokciami po tablicy.

– To włamało się do naszej sieci – oznajmił Keller, kiedy sygnał ustał. – Próbujemy zbadać ten dźwięk, by dowiedzieć się, kto to zrobił, ale potrzebujemy waszej pomocy. Wszyscy wykazaliście się znacznymi umiejętnościami w dziedzinie analizy sygnałów. Klasnął w dłonie. – Sytuacja jest poważna. Najwyższej wagi. Powodzenia.

 

Maggie wstała razem z innymi.

– Maggie Marconi? – odezwał się jakiś głos.

Odwróciła się. Tuż obok niej stał John Keller.

– Słyszałem, że świetnie ci szło w NSA – powiedział. – Oczywiście przed tym, jak zostałaś zwolniona za dwukrotne poprawianie wniosków przełożonego.

Maggie zwiesiła głowę.

– Czasami mam problemy z samokontrolą. Ale pracuję nad tym, proszę pana.

– Ale miałaś rację. W obu przypadkach. Dlatego dostaniesz drugą szansę. Keller niemal się uśmiechnął.

– Słyszałem też, że jesteś świetna w łamaniu kodów.

– Dziękuję, proszę pana – wydyszała Maggie, mile połechtana. – Nie zmarnuję tego.

– Niektórzy twierdzą, że współpraca z tobą jest ryzykowna – powiedział Keller. – Nie zawiedź mnie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?