Świt Wolności

Tekst
Autor:Ryk Brown
Z serii: The Frontiers Saga #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mam nadzieję, że przynajmniej będą mieli lepsze jedzenie na pokładzie.

Marcus odwrócił się i spojrzał na Enrique z uśmiechem.

– Słuszna uwaga. Nie wiem jak ty, ale ja mam już dość molo.

***

– Jak, do diabła, takiemu trepowi udało się wymyślić, w jaki sposób włączyć takarańskiego autopilota? – zażartował Enrique, gdy schodzili po tylnej rampie promu.

– To nie ja zrobiłem, sir – przyznał sierżant Weatherly i wskazał podporucznika Willarda po swojej lewej stronie. – To sprawka tego faceta. To podporucznik Michael Willard, syn Roberta z Aitkenny – wyjaśnił, naśladując sposób, w jaki podporucznik przedstawił się wcześniej.

– Aitkenna – zauważył Marcus. – Jesteś z Corinair?

– Tak jest. Urodziłem się tam i wychowałem. Historia mojego klanu sięga aż do pierwotnych kolonii ludu Corinair – wyjaśnił z dumą oficer.

Enrique spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– Czy masz coś przeciwko temu, abym cię zapytał, co, do diabła, robisz na takarańskim okręcie, a zwłaszcza takim, który właśnie próbował stopić twoją planetę?

– Myślę, że dlatego właśnie wywołał bunt i poddał okręt – wyjaśnił sierżant Weatherly.

– Ach, więc on to zrobił? – zapytał Marcus, spoglądając z zainteresowaniem na młodego podporucznika. – Nie wygląda na takiego mądralę. Do diabła, przecież to jeszcze dzieciak.

– Cóż, ten dzieciak najwyraźniej rzucił się na swojego kapitana i wziął go na zakładnika. Wydaje się, że na pokładzie jest więcej ludzi z Corinair. Wygląda na to, że ci żołnierze pochodzą z różnych światów i zostali po prostu zmuszeni do służby.

– Oczywiście. Przecież tak było od zawsze. Podatki, surowce i młodzi mężczyźni do służby w wojsku. Wszystkie światy podbite przez Ta’Akarów muszą wypełnić swoje limity, aby nadal mogły być niezależne. – Marcus zachichotał ponuro. – Daj nam swoje pieniądze, planetę i świeżutkich młodych chłopaków… To taki mały żart.

Enrique zbliżył się do podporucznika Willarda.

– Czy zrobiłeś to dlatego, żeby ocalić swój świat?

– A ty nie zrobiłbyś tego samego? – odpowiedział pytaniem podporucznik.

– Cholera, tak. Dziękuję ci. – Enrique chrząknął.

– Za co? – zapytał podporucznik Willard. – Za poddanie się czy włączenie automatycznego sterowania lotem?

– Myślę, że za obie te rzeczy. Ale mam jeszcze jedno pytanie. Czy macie coś do żarcia na tym wraku? Od wielu dni jemy tylko suszone świństwa i molo.

– Chyba mogę wam w tym pomóc.

– W takim razie prowadź – odparł Enrique, wskazując wyjście.

– Dlaczego musieliście jeść molo? – zapytał podporucznik. – My nie karmilibyśmy nim nawet naszych psów.

Enrique rzucił Marcusowi oskarżycielskie spojrzenie.

– Słuchaj, nie patrz tak na mnie. Przecież to nie ja powiedziałem twojemu kapitanowi, żeby kupił cały transport tego obrzydliwego grzyba.

***

Podróż z lewego hangaru trwała krótko, ponieważ kuchnia, która obsługiwała załogę „Yamaro”, znajdowała się pośrodku okrętu. Pierwszą rzeczą, jaką zauważył Enrique, było to, że sam okręt znacznie się różnił w środku od „Aurory”. Jego jednostka miała wiele rur, przewodów i kanałów biegnących wzdłuż ścian i sufitów, co powodowało, że pozostawało bardzo mało wolnej powierzchni. Ściany i sufity „Yamaro” były stosunkowo puste, a jedyne urozmaicenie stanowiły strategicznie rozmieszczone panele interfejsów lub konsole komunikacyjne, znajdujące się na wysokości ramion.

Inna różnica polegała na tym, że dolne krawędzie drzwi były zrównane z podłogą. Na „Aurorze”, poza kilkoma wyjątkami, włazy znajdowały się zawsze dwadzieścia centymetrów nad powierzchnią pokładu. Na „Yamaro” zostały zautomatyzowane i po otwarciu znikały w grodziach. Większość drzwi „Aurory” była typu zawiasowego i musiała być obsługiwana ręcznie, z wyłączeniem oczywiście kilku, które odgradzały krytyczne obszary lub przechodziły przez główne grodzie.

Statki różniły się też estetyką. „Aurora” była prosta i funkcjonalna. W przeciwieństwie do niej „Yamaro” miał dużo więcej ozdób, a herby Caiusa Wielkiego były widoczne prawie wszędzie. Podczas gdy korytarze i sufity ziemskiego okrętu zostały zaplanowane z myślą o wykorzystaniu miejsca, „Yamaro” został zaprojektowany tak, aby zaimponować gościom wspaniałymi pomieszczeniami i nadmiernie wielkimi wymiarami związanymi z każdym aspektem jego struktury. W trakcie drogi do kuchni Enrique wciąż się zastanawiał, ile kosztowało wyprodukowanie takiego okrętu. Mimo że faktycznie robił wrażenie, cała dodatkowa przestrzeń i dekoracje wydawały się zwykłym marnotrawstwem.

– Chyba już mówiłeś, ile osób jest zakwaterowanych na tym okręcie? – zapytał Enrique.

– Standardowo załoga liczy dwieście osiemdziesiąt sześć osób – odpowiedział podporucznik Willard.

– To kilkanaście mniej niż na „Aurorze”. Wydaje mi się, że to za mało na okręt tej wielkości.

– Jest w większości zautomatyzowany. Do jego obsługi w rzeczywistości potrzeba tylko jednej czwartej tej liczby osób.

– Więc dlaczego jest tak duży? – spytał Enrique, gdy weszli do mesy, która mogła pomieścić ponad dwukrotnie więcej osób, niż liczyła standardowa załoga.

Podporucznik uśmiechnął się.

– Tak, rozumiem, że jest to mylące. Spójrzcie, z tych urządzeń wydaje się jedzenie. – Wskazał zespół maszyn wbudowanych w przeciwległą ścianę wielkiego pomieszczenia.

Enrique gestem nakazał mu iść dalej, w stronę dystrybutorów żywności. Kiedy szli między rzędami stołów, podporucznik kontynuował wyjaśnienia:

– Widzicie, nierzadko zdarza się, że oprócz swojej załogi operacyjnej ten okręt przewozi także siły uderzeniowe.

– Ale teraz niczego nie przewozicie, prawda? – Marcus przerwał mu, rozglądając się, jakby oczekiwał, że z ciemnych zakamarków słabo oświetlonego pomieszczenia wybiegnie szwadron uzbrojonych żołnierzy.

– Nie, nie na tym patrolu. Byliśmy w drodze, aby odebrać grupę nowych rekrutów i przetransportować ich z powrotem na Takarę.

– Przecież jesteście jednostką wojenną – powiedział Enrique. – Nie macie innych maszyn do wykonywania tych zadań, takich jak transportowce do przewożenia żołnierzy czy coś takiego?

– Zwykle tak jest. W ostatnich latach dużo zasobów zostało jednak zużytych z powodu rebelii.

– Ale to nie jest zwykła kanonierka, ale ciężki krążownik. Jeśli o mnie chodzi, sądzę, że to kiepskie wykorzystanie zasobów.

– Nie pytają nas o zgodę – odpowiedział podporucznik, śmiejąc się cicho. – Poza tym plotka głosi, że kapitan de Winter wypadł z łask na czyjś rozkaz.

– Ach, widzę, że również twoje wojsko schodzi na manowce – skomentował Enrique.

Podporucznik spojrzał na niego z zastanowieniem.

– To nie jest moje wojsko – poprawił, a następnie podszedł do zestawu maszyn. Wyglądało na to, że istnieją cztery wersje urządzeń, jednak zewnętrznie nie różniły się od siebie.

– To są podstawowe dystrybutory żywności – wyjaśnił. – Wybierasz, co chciałbyś zjeść, a zostanie to dostarczone przez te przegródki na dole. Czerwone drzwiczki są przeznaczone do dań gorących, pomarańczowe do dań o temperaturze pokojowej, a niebieskie do zimnych.

– To wszystko jest opisane w takarańskim. – Enrique przejrzał instrukcje na ekranie.

– Oczywiście – odpowiedział podporucznik. – Wszyscy musieliśmy się nauczyć tego języka.

– Przepuśćcie mnie – zaproponował Marcus, a następnie odepchnął Enrique na bok i podszedł do dozownika.

– Znasz takarański? – zapytał nieco zaskoczony podporucznik Willard.

– Odkąd skończyłem pięć lat – odpowiedział Marcus tonem, który jasno wskazywał, że uważa pytanie za głupie. Następnie dodał: – Poza tym po kilkunastu wspólnych posiłkach z tymi ludźmi mam już całkiem niezłe pojęcie, co lubią.

– Kto powiedział, że lubimy to, co ostatnio jedliśmy? – zaperzył się Enrique.

Marcus przeszedł przez kilka opcji menu, wreszcie wyświetlacz zaczął pokazywać obrazy. Po przejrzeniu kilku zdjęć gotowych posiłków zatrzymał się na jednym.

– Co o tym myślicie? – zapytał Enrique i pozostałych.

Enrique i sierżant Weatherly zbliżyli się do Marcusa, żeby lepiej przyjrzeć się obrazowi. Wyglądało to na coś w rodzaju upieczonego czerwonego mięsa, polanego jasnobrązowym sosem. Obok leżało bladozielone warzywo, podobne do zielonej fasoli, ale o dziwnym odcieniu.

– Co to jest? – zapytał Weatherly.

– To coś podobnego do mięsa, które nazywacie wołowiną – odpowiedział Marcus.

– W porządku – oświadczył Enrique. – Zamów nam trochę tego.

Marcus wybrał pozycję. Maszyna wydała kilka cichych dźwięków, a pół minuty później drzwiczki do dań ciepłych i zimnych otworzyły się na wysokości jego pasa. Marcus wyciągnął szklankę zimnej wody i tackę z jedzeniem zawierającą takie samo danie, jakie pojawiło się na ekranie.

– Proszę bardzo – powiedział do Enrique. – Jedzenie godne króla.

– Nie – poprawił go podporucznik Willard – nie tutaj. Ale może w mesie oficerskiej.

Enrique badawczo obwąchał danie.

– Pachnie całkiem nieźle. Zamów po jednym dla każdego.

– A kim ja jestem, kelnerem?

– Bardziej kelnerem niż pilotem – zażartował Enrique, a następnie zapytał podporucznika Willarda: – Jesteś głodny?

– Prawdę mówiąc, tak.

– Rozkuj go – polecił sierżantowi Enrique.

Sierżant Weatherly wyjął z kieszeni pilot, przycisnął go do metalowych kajdanków i nacisnął przycisk odblokowania. Oba urządzenia zabezpieczające otworzyły się jednocześnie. Sierżant zdjął je z rąk młodego podporucznika i włożył do bocznej kieszeni na broń.

– Dziękuję – powiedział Willard, pocierając nadgarstki.

– Przynajmniej to mogliśmy zrobić za to, że nas nakarmiłeś.

Podporucznik wziął jedzenie i napój od Enrique.

– Śmiało, usiądź – zachęcił Enrique, gdy Marcus podał mu kolejny talerz z jedzeniem i szklankę wody.

Podporucznik Willard usiadł przy najbliższym stole, natomiast Enrique usadowił się naprzeciw niego. Podporucznik natychmiast zaczął jeść. Nie miał nic w ustach od ponad ośmiu godzin, czyli od czasu, gdy dotarli nad jego rodzinną planetę. Po kilku kęsach zauważył, że Enrique przygląda mu się uważnie i nawet nie próbuje skosztować własnego posiłku.

 

– Nie jesteś głodny?

– Oczywiście, że jestem.

Na twarzy podporucznika pojawił się wyraz zrozumienia.

– Gdy jadasz z wrogiem, zawsze pozwól jemu się pożywić – powiedział z uśmiechem.

– Coś w tym stylu – odpowiedział Enrique, również się uśmiechając.

Podporucznik Willard nadal jadł.

– Zapewniam, że nie mam zamiaru cię otruć – wyjaśnił pomiędzy kęsami. – Wręcz przeciwnie, jesteś moją jedyną szansą na powrót do domu.

– Mam nadzieję, że cię nie uraziłem – rzekł Enrique, biorąc swój pierwszy kęs.

– Oczywiście, że nie. W rzeczywistości odczuwam ulgę, że ci, którzy mają być naszymi sprzymierzeńcami, nie są głupcami.

– Słuchajcie, to nie jest złe! – powiedział ze zdziwieniem Enrique, przeżuwając pierwszy kęs niezwykłego mięsa.

– Wszystko jest lepsze od molo – stwierdził krótko Marcus, siadając do jedzenia. – Bierzcie – dodał, rzucając na stół koszyk. – Przyniosłem wam też kilka bułek.

– Masz rację – skomentował sierżant Weatherly. – To jest całkiem niezłe.

– Możecie mi nie wierzyć, ale jedzenie sztabu dowodzenia jest o wiele lepsze – stwierdził porucznik Willard.

– Skąd wiesz? – zapytał Enrique. Jego szkolenie w jednostkach specjalnych obejmowało także przeprowadzanie przesłuchań. Wspólny posiłek był doskonałym sposobem, aby skłonić kogoś do otwarcia się przed drugą osobą, i to w taki sposób, żeby nawet nie zdawał sobie sprawy, że to robi.

– Każdy młodszy oficer jest przynajmniej raz zapraszany na obiad z kapitanem – wyjaśnił podporucznik, kontynuując spożywanie. – Niektórzy myślą, że kapitan robi to po to, aby można było zobaczyć, jak żyją klasy wyższe. Rozumiecie, coś w stylu zachęty. Ale większość z nas i tak wie lepiej, o co chodzi.

– W takim razie opowiedz nam o tym.

– Pozwól, że coś wyjaśnię. W ciągu czterech lat mojej służby nigdy nie widziałem oficera w randze dowódcy, który nie urodziłby się na Takarze.

– Dlaczego?

– Ta’Akarowie myślą, że ich gówna nie śmierdzą! – wykrzyknął Marcus. – Zwłaszcza te dobrze sytuowane dranie.

– Twój przyjaciel ma rację – potwierdził podporucznik Willard.

– Ale czy sam nie jesteś oficerem?

– Formalnie rzecz biorąc, jestem. Jednak takim oficerem, którego nazywają „zwykłym”. Moja ranga pozwala mi na dostęp do tych jedynie obszarów statku, na których muszę przebywać ze względu na obowiązki. I to wyłącznie dlatego, że mam unikatowe umiejętności, które są dla nich wartościowe. Nie wolno mi pojawiać się na górnych pokładach, chyba że zostałbym zaproszony lub tego wymagałaby sytuacja.

– Górne pokłady? – zapytał Enrique.

– Ogólnie mówiąc, okręt jest podzielony na cztery pokłady. Dwa górne są oficerskie, co w zasadzie oznacza tylko arystokrację. Nie zezwalają na przebywanie tam personelu spoza Takary. Nie byliście jeszcze na mostku?

– Ja nie – odparł Enrique i popatrzył na sierżanta Weatherly’ego. – A ty?

– Byłem w pierwotnym zespole abordażowym. Od tamtej pory jestem na tym pokładzie.

– Czy zauważyłeś dwie klatki schodowe rozdzielone środkowym chodnikiem? – zapytał podporucznik Willard. – Ten chodnik łączy mostek z pokładami, na których mieszkają i pracują arystokraci. Pozostali „zwykli ludzie” schodzą po schodach na niższe pokłady. Większość załogi nigdy nawet nie wchodzi po tych schodach, używają ich nieliczni, głównie zwykli oficerowie oraz personel opiekujący się arystokracją.

– To wyjaśnia, dlaczego ta część była o wiele ładniejsza. – Sierżant Weatherly odchrząknął.

Enrique popatrzył na niego.

– Duże, szerokie korytarze, luksusowe apartamenty, centrum rekreacyjne… To było jak statek wycieczkowy. Na początku myśleliśmy, że znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu – mówił dalej sierżant.

Enrique spojrzał na podporucznika Willarda. Coś go w nim niepokoiło – coś nie pasowało do całości.

– Jeśli istnieje tak duża separacja klas, więc w takim razie w jaki sposób zdobyłeś broń na mostku?

– Kto powiedział, że miałem broń? – odpowiedział podporucznik, a na jego skądinąd posępnej twarzy pojawił się cień dumy.

– Załatwiłeś bez broni mostek pełen arystokracji? – Enrique nie mógł tego zrozumieć.

– Oprócz noży i pistoletów istnieje też inna użyteczna broń. – Podporucznik uśmiechnął się i odchylił w fotelu. – Byłem mieszkańcem Corinair na długo przed tym, zanim zostałem takarańskim oficerem do spraw komunikacji. I jeszcze przez długi czas po zakończeniu kariery służbowej pozostanę obywatelem Corinair, podobnie jak inni żołnierze z Corinair służący również na tym statku. Jeden z nich zajmował się kontrolą środowiska. Gdy tylko kapitan zarządził atak, wiedziałem, że muszę coś szybko zrobić, aby ocalić swój świat. Wysłałem więc tajną wiadomość do mojego przyjaciela, żeby na mostku i górnych pokładach obniżył ciśnienie atmosferyczne i nasycenie tlenem. Ta’Akarowie są przyzwyczajeni do znacznie wyższego ciśnienia i zawartości tlenu. Zajęło to trochę czasu, ponieważ trzeba było to zrobić powoli, żeby nikogo nie zaniepokoić, ale w końcu osłabiło ich fizycznie i pogorszyło sprawność umysłową. Gdy nadszedł właściwy czas, dość łatwo pokonaliśmy obu takarańskich strażników i zdobyliśmy ich broń.

– A co z uderzeniem kapitana? – zapytał sierżant Weatherly.

– To była sprawa osobista. – Podporucznik uśmiechnął się jeszcze szerzej.

***

Komendant Dumar przez chwilę śledził obraz z kamer monitoringu znajdujących się na dachu. Zobaczył, że wszystkie pięć kalibri bezpiecznie wylądowało na platformie. Jego wzrok był jednak przede wszystkim skoncentrowany na bieżących raportach z akcji, przewijających się na dużym ekranie wbudowanym w stół planowania pośrodku centrum dowodzenia. W samej Aitkennie było aktywnych ponad dwadzieścia zespołów wzniecających konflikty między lojalistami a wyznawcami. Ponadto komunikaty z innych placówek na kontynencie informowały, że są tam prowadzone podobne operacje, choć nie tak skomplikowane jak w stolicy. W końcu znajdowała się tu siedziba rządu Corinair, więc jeśli miał go zdestabilizować, było to najodpowiedniejsze miejsce.

Zaledwie kilka minut po powrocie z misji, która doprowadziła do uwolnienia dowództwa „Yamaro”, kapitan de Winter wpadł do centrum dowodzenia. Jak każdy arystokrata, spodziewał się, że wszyscy będą mu się przyglądać z podziwem.

– Gdzie komendant? – ryknął. Dopiero po chwili zauważył dowódcę przy stole planowania.

Komendant wpatrywał się w wyświetlacze. Na głównym ekranie w co najmniej kilkunastu oddzielnych oknach były odtwarzane transmisje na żywo z rozmaitych źródeł. Większość pochodziła z ręcznych kamer cyfrowych, przekazujących dane do sieci planetarnej za pomocą połączeń mobilnych. Inne powadziły profesjonalne serwisy informacyjne, nadal działające w zrujnowanym mieście, którym zezwolono na kontynuowanie nadawania ze względu na ich zdecydowanie lojalistyczny punkt widzenia. Podczas katastrof zawsze używano mnóstwa kamer, które rejestrowały zdarzenia z każdego możliwego kąta widzenia. To znacznie ułatwiało zdobywanie bieżących informacji. Ponieważ komendant Dumar decydował, które agencje mogą nadal nadawać, mógł też odpowiednio manipulować mieszkańcami.

– Muszę z panem natychmiast porozmawiać! – stwierdził kategorycznie de Winter, zbliżając się do komendanta.

Jakby na znak całkowitego braku zainteresowania kapitanem i szacunku dla niego, dowódca odpowiedział, nie podnosząc nawet wzroku:

– W czym mogę panu pomóc, kapitanie?

– Potrzebuję okrętów i uzbrojonego personelu; najlepszego, jakim pan dysponuje.

– Ma pan na myśli ludzi, którzy właśnie uwolnili pana i pańskich oficerów?

Kapitan usłyszał sarkazm w głosie komendanta, ale na razie zdecydował się go zignorować. Gdyby przebywali na Takarze, ton dowódcy byłby pełen szacunku.

– Mogą być, jeśli nie ma pan nic lepszego pod ręką.

– A jakiego typu pojazdów pan potrzebuje, kapitanie?

– Co najmniej dwóch promów orbitalnych eskortowanych przez myśliwce i okręty.

– Przykro mi, że pana rozczaruję, kapitanie, ale obawiam się, że w tej konkretnej chwili nie mogę panu tego wszystkiego zapewnić.

– A kiedy będzie pan mógł? – zapytał kapitan.

– Za kilka dni, jeśli się nam poszczęści. Najprawdopodobniej potrwa to jednak kilka tygodni.

– Takie rozwiązanie mi nie odpowiada – zaprotestował de Winter, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej zdenerwowany z powodu lekceważącego zachowania komendanta.

– Przykro mi to słyszeć, kapitanie. – Dumar zastanawiał się, ile jeszcze może potrwać taka wymiana zdań, zanim pompatyczny arystokrata straci panowanie nad sobą.

– Komendancie, myślę, że nie rozumie pan sytuacji. – Sposób, w jaki kapitan wypowiedział to zdanie miał na celu zademonstrowanie wyższości. – Musimy odzyskać „Yamaro” i przechwycić ten obcy okręt!

– Ma pan na myśli ten okręt, który pana pokonał? – przerwał mu komendant. Wiedział, że to zdanie może być kroplą przepełniającą czarę wytrzymałości kapitana.

– Ci aroganccy kretyni nikogo nie pokonali, komendancie. W ostatniej sekundzie zbuntowała się przeciwko mnie moja własna załoga. Gdyby tak się nie stało, siedziałbym teraz na mostku „Aurory”, zamiast tracić czas na kłótnie o priorytetach operacji.

Przy ostatnim zdaniu kapitan prawie stracił panowanie nad sobą, więc komendant uznał, że nadszedł czas zakończyć rozmowę.

– Cóż, przynajmniej w tym się zgadzamy – odparł, wciąż wpatrując się w ekrany. – To była strata czasu.

– Komendancie, czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że mogę teraz wydać panu bezpośredni rozkaz?

Komendant miał już dość.

– Niestety, nie może pan tego zrobić, kapitanie – przerwał arystokracie, podnosząc głowę i odwracając się twarzą do rozwścieczonego kapitana. – Widzi pan, jestem planetarnym dowódcą operacyjnym zarządzającym wszystkimi działaniami przeciwko rebeliantom. Moim zadaniem jest podejmowanie wszelkich działań, jakie uznam za konieczne, żeby zapobiec aktom buntu lub rebelii przeciwko imperium. W takich sytuacjach mam pełne uprawnienia dowódcze. Kapitanie, tylko sam Caius może mi teraz wydawać bezpośrednie rozkazy.

Komendant miał rację, jednak spodziewał się, że kapitan Winter jeszcze bardziej się zdenerwuje.

– Zdobycie tego okrętu jest o wiele ważniejsze niż cokolwiek, co dzieje się teraz na tym małym śmiesznym świecie!

– Czy to dlatego zdecydował się pan go zbombardować z orbity? – zapytał dowódca.

– Komendancie, miałem odpowiednie uprawnienia. Nie chcę się panu tłumaczyć, ale było to konieczne, aby zmusić kapitana „Aurory” do ujawnienia się. Poza tym przecież odebrał pan sygnał ostrzegawczy.

– Tak, dziękuję, że wziął mnie pan pod uwagę, kapitanie.

– Komendancie… – kapitan złagodził ton – przepraszam, nie przekazano mi pana nazwiska.

Dowódca był zaskoczony zmianą zachowania rozmówcy.

– Dumar, komendant Travon Dumar – przedstawił się. – Dowódca operacyjny wszystkich sił przeciwpartyzanckich w układzie Darvano.

– Czy mógłbym zamienić z panem słowo na osobności? Proszę.

Użycie słowa „proszę” wystarczyło, aby przekonać dowódcę do osobistego spotkania.

– Jak sobie pan życzy – zgodził się i odwrócił, chcąc wyjść z centrum dowodzenia. – Proszę iść za mną.

Kapitan de Winter wyszedł za dowódcą i udał się do sąsiadującego gabinetu. Nieprzyzwyczajony do podążania za kimkolwiek, wstrzymał się jednak na chwilę, zamierzając zagrać swoją kartą atutową na osobności, gdzie mogłoby to przynieść największy efekt. Jego rodzina była bardzo faworyzowana przez Caiusa i mimo że kapitan nie wyróżnił się jeszcze podczas służby, jego ojciec i dziadek byli wielokrotnie doceniani i nagradzani. Był pewien, że sam ten fakt wystarczy, aby komendant spełnił jego prośbę.

***

Gabinet komendanta, choć nie tak gustownie urządzony jak większość innych pomieszczeń zajmowanych przez osoby o podobnej randze, był najwyraźniej używany od dłuższego czasu. Wszędzie widać było osobiste pamiątki. Najbardziej rzucały się w oczy liczne zdjęcia wiszące na ścianach. Większość przedstawiała rodzinę i przyjaciół, było także kilka wspólnych zdjęć z kolegami. Oczywiście wisiał też obowiązkowy wizerunek Caiusa Wielkiego. Jednak tym, co przykuło uwagę kapitana i skłoniło go do zatrzymania się i ponownego przemyślenia swojego planu, było zdjęcie znajdujące się po lewej stronie portretu Caiusa. Widniał na nim elitarny oddział królewskich strażników. Przy końcu pierwszego rzędu widać było siedzącego komendanta Dumara, z pewnością nieco młodszego i mającego niższą rangę, ale wciąż i tak najwyższą wśród osób na zdjęciu.

– Komendancie Dumar, proszę przyjąć moje przeprosiny. Niestety, pozwoliłem, by emocje wzięły górę. Chciałbym się jednak upewnić, że rozumie pan cały ciężar mojej misji.

 

– Pana misji, kapitanie? Może tej, którą pan sobie wymyślił?

– Gdybym w tym przypadku czekał na upoważnienie, jestem pewien, że byłoby już za późno.

„Za późno na zdobycie chwały” – pomyślał komendant. Gdy wchodzili do pomieszczenia, zauważył, że oczy kapitana zatrzymują się na zdjęciach na ścianie, i wiedział, że zrobiły na nim duże wrażenie.

– Być może – stwierdził, siadając za biurkiem. – Proszę kontynuować, kapitanie.

Arystokrata zdecydował się pozostać w pozycji stojącej. Była to oznaka szacunku dla mężczyzny, który choć miał niższą rangę, posiadał odpowiednie uprawnienia, aby przydzielić mu zasoby, których tak bardzo potrzebował.

– Okręt wroga na orbicie…

– „Aurora” – wtrącił dowódca, choćby po to, by zademonstrować kapitanowi, że nie jest całkowicie nieświadomy sytuacji.

– Zgadza się. – Wiedza komendanta o okręcie wroga spowodowała, że kapitan na chwilę się zawahał. – „Aurora”… choć mała i słabo uzbrojona, ma unikatową technologię na pokładzie. Urządzenie, pewnego rodzaju system napędowy, który daje możliwość przeskakiwania w mgnieniu oka pomiędzy punktami w przestrzeni.

– Naprawdę? – Komendant uznał to za mało prawdopodobne. – A w jaki sposób ustalił pan, że to urządzenie rzeczywiście istnieje?

– Proszę mi zaufać, komendancie. Ono istnieje.

– Niech mnie pan przekona, kapitanie. Jestem z natury dociekliwy.

Kapitan zajął miejsce po drugiej stronie biurka, starając się mówić do komendanta w taki sposób, jakby byli równymi sobie towarzyszami broni.

– „Aurora” używała tego urządzenia podczas walki, aby wielokrotnie wskakiwać do wnętrza naszego pola siłowego i z niego wyskakiwać, co pozwoliło jej spowodować imponującą liczbę uszkodzeń, zanim zdążyliśmy oddać choćby pojedynczy strzał.

– A o jakiej długości skoków mówimy?

– Podczas starcia namierzyliśmy ją tylko raz albo dwa. Za każdym razem była oddalona nieco ponad minutę świetlną od nas. Myślę jednak, że może skoczyć znacznie dalej.

– Na czym opiera pan to założenie?

– Na powierzchnię planety zostaliśmy przetransportowani promem tego samego typu, którego używają zespoły zbierające w systemie Przystani. Poza tym rozpoznałem pilota. Była to kobieta będąca jednym z liderów Karuzari, którym udało się uciec podczas bombardowania systemu Taroa. Posiłki przybyłe wkrótce po zniszczeniu „Campaglii” zgłosiły obecność okrętu o nieznanym typie, który pozornie zniknął, gdy zbliżono się do niego na zasięg strzału. Myślę, że tym okrętem była „Aurora”. Jak pan wie, naszym najszybszym statkom podróż między Taroa i Darvano zajęłaby prawie rok, a nawet trzy razy dłużej, gdyby najpierw dotarły do Przystani. Nawet nasze drony komunikacyjne potrzebują kilku tygodni na pokonanie tej odległości.

– Ale Karuzari nie mają takiego urządzenia, kapitanie. Jego stworzenie wymagałoby dziesiątków lat pracy całej armii ekspertów. Oni nigdy nie mieli dostępu do takich zasobów.

– Okręt nie należy do nich – uśmiechnął się kapitan.

– Czy sugeruje pan, że Legenda Początków jest prawdą? – Wiadomość o znaku, która od wczorajszego wieczora przetoczyła się przez całą planetę, zaczęła się komendantowi nagle wydawać mniej nieprawdopodobna, niż początkowo sądził.

– Oczywiście, że nie – powiedział kapitan, unosząc brwi, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. – Byłoby to bezpośrednie naruszenie Doktryny – dodał w najbardziej politycznie poprawny sposób, na jaki mógł się zdobyć. – Mimo że prawdziwe pochodzenie okrętu ma dla nas niewielkie znaczenie, jednak technologia budzi wielki niepokój. Pan także powinien być tym zaniepokojony, komendancie.

Dowódca odchylił się na chwilę w fotelu, rozważając słowa kapitana. Nigdy nie wierzył w Doktrynę. Po prostu podporządkował się administracji, tak samo jak większość, a prawdopodobnie także siedzący przed nim mężczyzna. Niestety, jeśli okazałoby się, że okręt wroga pochodzi z Ziemi, stłumienie buntu wyznawców Zakonu stałoby znacznie trudniejsze. Wierzyli już w Legendę Początków, a także w tę mityczną postać Na-Tana, który miał być zwiastunem zbawienia i pochodzić z dawno zapomnianej kolebki ludzkości.

– Rzeczywiście, coś w tym jest – odpowiedział w zamyśleniu.

– Może pan więc zrozumieć moją niecierpliwość. Po zdobyciu takiej technologii imperium odniosłoby wielkie korzyści, takie, których nie możemy sobie teraz wyobrazić.

– Być może – zgodził się dowódca. – Podobne korzyści odniesie również pańska reputacja i miejsce w historii pana rodu.

– To niewielka nagroda w porównaniu z chwałą naszego imperium – zapewnił de Winter.

– Niewątpliwie – stwierdził komendant z lekkim sarkazmem. – Ponieważ jednak ta technologia może mieć ogromny wpływ na dobrobyt imperium, można sobie wyobrazić, że mogłaby być dla niego równie katastrofalna. Zakładając oczywiście, że pana plany wezmą w łeb.

– Zapewniam pana, komendancie, że moje działania okażą się skuteczne.

– Czy mam uwierzyć w te słowa, biorąc pod uwagę, hmm, ostatni występ, w czasie którego próbował pan sobie poradzić z tym okrętem?

– Okoliczności, w których zamierzam się zmierzyć z „Aurorą”, będą zupełnie inne. Teraz jest dla mnie oczywiste, że ze względu na jej umiejętność wykonywania skoków niemożliwe byłoby zwycięstwo w tradycyjnym scenariuszu walki. Musimy znaleźć sposób, aby dostać się na pokład tego okrętu. Jeśli trzeba, należy to zrobić potajemnie. – De Winter starał się kontrolować swoje reakcje.

– Dlaczego uważa pan, że tak łatwo przyjdzie dokonać abordażu?

Kapitan uśmiechnął się, ciesząc się ze swojego dedukcyjnego rozumowania, którego wynik zamierzał przekazać komendantowi.

– Fakt, że używają zniszczonego promu, niepochodzącego z ich własnego świata i na którym zresztą latają obcy ludzie, jest całkiem wymowny, podobnie jak młody wiek ich kapitana. Uważam, że prawdopodobnie z powodu spotkania z „Campaglią” na tej jednostce nie ma obecnie wystarczająco ludzi do obsługi.

Komendant rozważał słowa kapitana. Jeśli, jak podejrzewał kapitan, „Aurora” rzeczywiście miała za mało personelu, znacznie zwiększyłoby to szanse na udaną akcję abordażową. Oprócz tego, gdyby faktycznie się okazało, że ludzie z „Yamaro” są więzieni w jego ładowniach, na co zresztą wskazywały dane telemetryczne, załoga „Aurory” musiałaby zostać jeszcze bardziej okrojona, ponieważ jej część zostałaby przydzielona do pilnowania jeńców.

– Tak, kapitan „Aurory” wydawał się młody – przyznał komendant, przypominając sobie wiadomości, które wcześniej oglądał.

– Zgadza się. Jeśli będziemy działać szybko, możemy jeszcze przechwycić prom w porcie kosmicznym i użyć go, żeby dostać się na pokład.

– Obawiam się, że przyszedł pan za późno, kapitanie. – Komendant skrzywił się. – Ten prom opuścił kosmodrom w tym samym czasie co pan. Tak naprawdę wylądował na pokładzie „Yamaro” kilka minut przed pana przybyciem tutaj.

– „Yamaro”? W takim razie może zamierzają przetransportować moją załogę na powierzchnię planety? To może być nasza okazja.

– Wątpię. Sytuacja na Corinair jest w tej chwili zbyt niestabilna. Minister bezpieczeństwa nie jest na tyle głupi, by zgodzić się na przyjęcie kilkuset żołnierzy wroga, zwłaszcza po tym, gdy w tak łatwy sposób wyzwoliliśmy pierwszą grupę, która postawiła stopę na tym świecie.

– Musi być jakiś inny sposób – nalegał kapitan, a w jego głosie brzmiała desperacja.

– „Aurora” może się ponownie gdzieś pojawić – stwierdził komendant. – Do tego czasu powinniśmy podjąć kroki, aby ją zniszczyć, ponieważ stanowi niedopuszczalne zagrożenie dla imperium.

Kapitan nie chciał oczywiście, żeby „Aurora” i jej technologia zostały bezpowrotnie utracone. Nie miał jednak innego wyjścia, dlatego musiał się teraz zgodzić z komendantem, aby jak najdłużej zachować możliwość wyboru.

– W porządku. Ale nie działajmy zbyt szybko, komendancie. Wątpię, czy „Aurora” zamierza gdziekolwiek lecieć, ponieważ jej kapitan znajduje się wciąż na powierzchni planety.

– Zgadzam się. Jednak tymczasem podejmijmy kroki w celu przejęcia kontroli nad rakietami obronnymi ziemia–orbita, obecnie przechwyconymi przez oddziały ochotników Corinari. Możemy potrzebować tego sprzętu.

– Komendancie, te rakiety na niewiele się przydadzą przeciwko „Aurorze”. Po prostu odskoczy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?