Świt Wolności

Tekst
Autor:Ryk Brown
Z serii: The Frontiers Saga #4
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wchodzimy na pokład! – wrzasnął Enrique. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, to żeby Marcus pociągnął za spust i zrobił mu dziurę w brzuchu.

– Co tam się dzieje? – zapytał Marcus.

– Mieszkańcy Corinair się buntują – odpowiedział Enrique.

– Bez żartów. O co im chodzi?

– Nie wiem i nie obchodzi mnie to – odparł Enrique. – Mam rozkaz zabrać ten prom z powrotem na „Aurorę”, więc odpal go i ruszajmy.

– A gdzie jest pilot? – zapytał Marcus.

– Patrzę na niego.

Marcus obejrzał się za siebie, jakby się spodziewał, że zobaczy tam jeszcze kogoś.

– Mówisz poważnie?

– Księżniczka rebeliantów powiedziała, że umiesz tym latać. Miała rację?

– Kto? Co? No tak, jeślibym musiał…

– Niestety, musisz. Nie wiemy, jak długo ochrona będzie w stanie utrzymać tłum pod kontrolą.

Marcus jęknął, odwrócił się i skierował do kokpitu.

– Sprawdźcie otoczenie promu, żeby się upewnić, czy nie ma żadnych przeszkód, i możemy spokojnie wystartować – polecił Enrique dwóm żołnierzom. – Ale zróbcie to szybko. Chcę od razu oderwać się od ziemi.

Zgodnie z rozkazem marines wybiegli przez tylną rampę, a Enrique obrócił się, by dołączyć do Marcusa w kokpicie.

Marcus opadł na fotel pilota i włączył sekwencer automatycznego startu. Silniki zostały uruchomione, a niskie wibracje zaczęły się przenosić przez stary kadłub, gdy następowało włączanie reaktora oraz turbin powietrznych. Spoglądając na kontrolki, wymamrotał coś do siebie, próbując sobie przypomnieć, co właściwie widzi.

– Umiesz tym latać, prawda? – Enrique zauważył niepewność pilota.

– Tak, ale…

– Ale co?

– Ale niezbyt dobrze, rozumiesz?

– Możesz nas zabrać z powrotem na „Aurorę” czy nie? – zapytał Enrique.

– Jasne, mogę cię zawieźć z powrotem – odparł Marcus. – To jest ta łatwa część. Martwię się o lądowanie.

Marcus spojrzał na Enrique, który wlepił w niego wzrok.

– Przestań tak na mnie patrzeć – zaprotestował pilot. – I powiedz swoim chłopakom, żeby wrócili do środka, zanim to coś wystartuje bez nich.

Chwilę później marines wrócili na pokład. Tylna rampa wejściowa podnosiła się powoli, podczas gdy prom zaczął już startować.

– O w mordę! – zawołał jeden z marines siedzących z tyłu. Gdy prom startował, żołnierz nacisnął przycisk, zatrzymując rampę w pozycji półotwartej, aby móc się lepiej przyjrzeć sytuacji na zewnątrz. Dzięki temu zauważył kolejne ogniska zamieszek poza terenem portu kosmicznego.

– Sir! – zawołał. – Widzi pan to?

Gdy prom minął ogrodzenie zabezpieczające i zaczął się wznosić, Enrique spojrzał na miejsce, które wskazywał żołnierz. Po niecałej minucie statek znalazł się zbyt wysoko, by dało się dostrzec jakiekolwiek szczegóły, ale na podstawie tego, co udało się zobaczyć, można było wywnioskować, że rozruchy miały miejsce w całym mieście.

– Ci ludzie są szaleni! – wykrzyknął.

– No cóż, oni chyba bardzo łatwo się rozgrzewają, jeśli wiesz, co mam na myśli – rzekł Marcus.

Na panelu zaświeciła się czerwona kontrolka, przyciągając uwagę pilota.

– Co się dzieje? – zapytał Enrique, zauważając ponury wyraz twarzy Marcusa.

– Powiedz swoim chłopakom, żeby szybko zamknęli właz, bo powietrze się rozrzedzi.

***

Nathan musiał trzymać się mocno, gdy transportowiec przelatywał nisko nad ruinami miasta, lawirując między budynkami, które jeszcze istniały. Jak na tak niezgrabnie wyglądający statek powietrzny, był niezwykle zwrotny, ponieważ czasem leciał do tyłu, od czasu do czasu podskakiwał i opadał, a także przemieszczał się na boki. Jak zauważył Nathan, nie wybierali najkrótszej trasy wiodącej do celu, a poza tym co chwilę zbliżali się bardzo nie tylko do budynków, ale także do samej powierzchni ziemi.

– Czy naprawdę muszą lecieć tak nisko?

– Ta’Akarowie robią tak samo – wyjaśnił Tug. – Chodzi o to, by uniknąć przenośnych pocisków używanych przez Karuzari, którzy rzadziej strzelają w dół, w obawie przed skrzywdzeniem niewinnych cywilów.

– I nie mają nic przeciwko narażaniu w taki sposób swoich ludzi?

– W czasie konfliktu robisz wszystko, żeby przeżyć – stwierdził Tug.

Nathan nadal spoglądał przez okno, a pod nim przesuwały się sceny zniszczenia. W pewnym momencie zauważył, że jacyś ludzie pomagają sobie wzajemnie wśród gruzów. Po chwili dostrzegł, że inni walczą bez żadnej określonej przyczyny. Co prawda siły bezpieczeństwa próbowały przywrócić porządek, ale nawet niektórzy ratownicy byli atakowani, gdy próbowali pomóc potrzebującym.

– Co tam się na dole dzieje? – zastanawiał się głośno, gdy transportowiec gwałtownie przechylił się na bok i okrążył budynek, którego górnej połowy najwyraźniej brakowało. Jedną ręką złapał uchwyt, aby zabezpieczyć się przed dzikimi manewrami.

– Lojaliści – odpowiedział dowódca załogi przez komunikator. Jego wymowa była o dziwo zrozumiała. – Wspierają Ta’Akarów, obwiniają wyznawców, obwiniają wszystkich innych – wyjaśnił w łamanym Angla.

Nathan był zdumiony, że szalone zakręty i nagłe zmiany wysokości zdawały się nie mieć wpływu na dowódcę załogi.

– O rany! – zawołała Jessica. – Czy wszyscy tutaj znają Angla?

– Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wszyscy mówili w Angla – wyjaśnił Tug. – A dokładniej, oprócz języka ojczystego potrafili także używać Angla. Jeszcze nie tak dawno temu wszystkie dzieci uczyły się Angla w szkole. Ale w miarę jak Caius stawał się coraz potężniejszy, restrykcje dotyczące tego języka były coraz bardziej rygorystyczne, sprowadzając go wreszcie do podziemia. Obecnie, zwłaszcza w przypadku większych światów, posługuje się nim mniej niż połowa populacji w gromadzie Pentaura, i to tylko w kontaktach prywatnych. Oprócz Takary system Darvano jest najbardziej zaludnionym systemem imperium. Pierwotnie był on sojusznikiem Ta’Akarów. Nieco ponad trzydzieści lat temu został jednak podbity i zmuszony do zaakceptowania rządów Caiusa. Podejrzewam, że większość starszej generacji nadal pamięta język Angla, nawet jeśli nie mówili nim od dziesięcioleci.

Gdy transporter mocno przechylił się na lewą stronę, Tug spojrzał przez okno.

– Zauważ, że większość agresorów to młodzi mężczyźni. Prawdopodobnie mają rodziców, którzy byli lojalni wobec takarańskiego reżimu albo ze względów bezpieczeństwa wybrali oportunistyczny sposób życia. Ci młodzi ludzie prawdopodobnie nigdy nie byli nauczani Angla i całym sercem wierzą w Doktrynę Caiusa.

– Chcesz powiedzieć, że dla nich Caius jest bogiem? – zapytał Nathan.

– Nikt tak naprawdę nie wierzy, że jest bogiem – wyjaśnił Tug, gdy transportowiec znów przechylił się na lewą stronę, a następnie gwałtownie opadł. – Z wyjątkiem może kilku fanatyków, którzy znajdą się wszędzie.

– Albo karygodnych szaleńców – mruknęła Jessica. Zauważyła, że zbielały jej kostki, gdy trzymała się uchwytu.

– Pewnie tak – odpowiedział Tug nieco rozbawiony jej komentarzem.

– Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego walczą ze sobą – powiedział Nathan.

– Lojaliści winią wyznawców Zakonu za bombardowanie planety – wyjaśnił Tug. – Wiadomości o zmasakrowaniu planety Saliya, na której była ukryta nasza ostatnia baza, dotarły do tego świata zaledwie kilka dni temu. Wyobrażam sobie, że od tamtego czasu napięcie między lojalistami a wyznawcami wciąż rosło.

– Więc to nie twoi ludzie walczą z lojalistami? – zdziwiła się Jessica.

– Nie – zapewnił Tug. – Wolimy dyskretniejsze metody. Nie dalibyśmy się sprowokować i wciągnąć w otwarty konflikt. Przecież w takim przypadku stracilibyśmy anonimowość. A zdolność skutecznego ukrywania się wśród wrogów była zawsze naszą największą siłą. Osoby walczące na dole to najprawdopodobniej wyznawcy Zakonu, którzy po prostu bronią się przed atakami lojalistów.

Jessica zauważyła, że Jalea nie dołączyła do rozmowy. Zwróciła również uwagę na to, że nie spodobało jej się coś, co w pewnym momencie powiedział Tug. Przez chwilę Jessica zastanawiała się, czy szalona jazda, której wszyscy doświadczali, może być dla Jalei zbyt męcząca, ale natychmiast odrzuciła tę myśl.

Dowódca załogi, po wysłuchaniu ich rozmowy przez komunikator, pomimo niezbyt dobrej znajomości języka poczuł się zmuszony do przedstawienia swojego zdania.

– Ludzie przestraszeni. Lojaliści chcą być posłuszni Ta’Akar, więc oszczędzeni. Wyznawcy wierzą tobie – powiedział, wskazując na Nathana. – Wierzą, że Na-Tan przychodzi uwolnić wszystkich i pokonać Caiusa.

– A ty w co wierzysz? – zapytała go Jessica.

– Wierzę, że planeta Corinair powinna być wolna.

– A co myślisz o naszym Na-Tanie? – spytała. – Czy też w niego wierzysz?

Dowódca załogi spojrzał na Nathana i przez chwilę przyglądał mu się dokładnie, po czym szturchnął go w ramię palcem w rękawiczce.

– Wierzę, że Na-Tan jest po prostu człowiek. Może wspaniały człowiek. Jeszcze nie wiem.

Jessica zachichotała.

– Tak, sąd jeszcze nie wydał orzeczenia w tej sprawie – zażartowała.

– Nie rozumiem – powiedział Nathan, ignorując uwagę Jessiki. – Jeśli Ta’Akarowie są tak źli, dlaczego ci ludzie nie walczą z nimi?

– Kary za nieposłuszeństwo są dość surowe – odpowiedział Tug. – Na początku ludzie walczyli. W taki sposób powstali Karuzari. Ale przez dziesięciolecia wiele osób zaakceptowało swój los. Łatwiej jest spokojnie żyć w kłamstwie, niż umrzeć za prawdę. Tak naprawdę większości z nich nie obchodzą te sprawy, dopóki żyje im się dobrze.

Nathan jeszcze raz spojrzał przez okno, podczas gdy transportowiec wciąż przechylał się i skręcał, prześlizgując się przez płonące miasto.

– Życie nie wygląda teraz zbyt dobrze.

– Prawda. Uważam, że tym razem Ta’Akarowie mogli przesadzić. Mieszkańcy Corinair to dumni ludzie. Podporządkowanie się woli Caiusa nie było dla nich łatwe. Być może teraz znajdą wolę do walki.

– Przygotujcie się – przerwał dowódca jednostki. – Teraz zabawa się zaczyna.

 

– Co? – zapytał Nathan, patrząc na Jessicę. Wzruszyła tylko ramionami.

Nathan w samą porę ponownie wyjrzał przez okno, by zobaczyć, że opuszczają miasto i pojawiają się nad otwartym terenem. Obszary przemysłowe na obrzeżach szybko zamieniły się w krajobraz usiany małymi gospodarstwami i polami uprawnymi.

Nagle transportowiec podskoczył i zaczął wznosić się w niewiarygodnym tempie. Nathana bez ostrzeżenia wcisnęło w fotel. To przyspieszenie było tak gwałtowne, że wycisnęło mu prawie całe powietrze z płuc. Przypomniał sobie podróż na orbitę starym promem, z portu kosmicznego Akademii Floty Północnoamerykańskiej na „Aurorę”, wciąż zadokowaną na orbitalnej platformie montażowej. Jednak teraz było jeszcze gorzej.

Zaledwie chwilę po rozpoczęciu wznoszenia się w kokpicie rozległy się alarmy. Jednocześnie załoga zaczęła wymieniać pospieszne uwagi, rzucać komendy i ostrzeżenia.

– Co się dzieje? – zapytał Nathan.

– Pociski – odpowiedział dowódca.

Nathan obrócił się, by spojrzeć do przodu, ale zza konsoli kokpitu nie mógł nic zobaczyć. Odwrócił się więc na miejscu i spojrzał na ziemię, która szybko się oddalała. Przed nimi i po lewej stronie zauważył dwie małe smugi rakiet.

– Pod nami dwa pociski na dziesiątej!

– Jeszcze dwa po tej stronie – dodał Tug.

Nathan patrzył, jak dwie eskortujące ich jednostki zanurkowały pod transportowcem w kierunku rakiet nadlatujących z lewej strony. Nagle kabina zatrzęsła się i dało się słyszeć dźwięki co najmniej kilku uderzeń dochodzących zza tylnej grodzi.

– Co to było, do cholery? – zapytała Jessica.

– Prawdopodobnie wystrzeliwują cele pozorne – wyjaśnił Tug, odwracając się, by spojrzeć do tyłu. – Tak, widzę je!

Po obu stronach transportowców leciały małe drony z zadartymi dziobami. Przez kilka sekund nie były jakby zdecydowane, co robić, ale nagle przyspieszyły i rozproszyły się. W tym samym momencie transportowiec zaczął gwałtownie zmieniać kurs, żeby nadlatujące pociski namierzyły któryś z celów pozornych.

Wszyscy zmagali się z ciągłym przyspieszeniem wznoszącym. Statek gwałtownie wibrował.

– Co on próbuje zrobić? Wejść na orbitę?

– To prawdopodobnie przenośne rakiety ziemia–powietrze odpalane z ramienia. Są bardzo tanią bronią, a więc nie mają wielkich możliwości. Ich zasięg i pułap są ograniczone. Za mniej niż minutę powinniśmy znaleźć się w bezpiecznej strefie – wyjaśnił Tug.

Nathan nadal obserwował, jak wszystkie cztery eskortujące jednostki oddalają się od nich w kierunku nadlatujących pocisków. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Gdyby był w myśliwcu, odpaliłby cele pozorne, a następnie wysłałby pociski przechwytujące, aby strącić nadciągające rakiety. Jednak w jego świecie takie pociski były trochę nieporęczne. Gdyby na Corinair miały zostać użyte podobne technologie, wątpiłby poważnie, czy tak małe maszyny mogłyby przenosić tego typu broń. Był ciekawy, w jaki sposób zostały zaprojektowane te pojazdy, aby skutecznie walczyć z zagrożeniami.

***

Jednostki eskorty podzieliły się na dwie pary i zanurkowały w stronę nadlatujących pocisków. Kilka sekund później ich dziobowe wieżyczki zaczęły emitować czerwone wiązki energii, które trafiały w pociski. Trzy z nich zostały natychmiast zniszczone, ale czwartemu udało się namierzyć jeden z pojazdów bojowych i trafić go tuż za kokpitem. Eksplozja całkowicie oderwała zespół wentylatora kanałowego, co spowodowało, że mała maszyna bojowa obróciła się i zaczęła spadać. Kilka sekund później uderzyła w ziemię i eksplodowała.

Pozostałe trzy okręciki zakończyły lot nurkowy zaledwie kilka metrów nad wierzchołkami drzew. Następnie poleciały w różnych kierunkach. Dwa kolejne pociski wyskoczyły zza drzew, ścigając parę pojazdów skręcających w prawo. Wówczas trzeci wykonał półpętlę, a następnie półobrót, dzięki czemu wyrównał lot z dziobem skierowanym w obszar, z którego wystrzelono rakiety.

Pilot trzeciego pojazdu przestawił przełącznik wyboru broni na rakiety. Z obu burt wysunęły się dwie małe kapsuły umieszczone tuż za kokpitem. Mógłby co prawda użyć bardziej precyzyjnej broni energetycznej, ale krytycznym czynnikiem był czas, a maksymalna siła uderzenia została już zatwierdzona przez dowództwo. Posługując się ekranem obsługi broni, wybrał obszar docelowy i nacisnął mały przycisk na joysticku. Milisekundę później grad miniaturowych rakiet został wyrzucony z zasobników i runął w kierunku drzew. Pociski, opadając, zaczęły się równomiernie rozpraszać. Po chwili w oślepiającym błysku czerwieni, pomarańczu i bieli co najmniej czterdzieści metrów kwadratowych lasu zniknęło w dymie i płomieniach. Statek powietrzny przestał strzelać i skręcił w lewo, aby uniknąć odpowiedzi ogniem, jednak nie był wystarczająco szybki.

Ułamek sekundy po wystrzeleniu oba pociski uderzyły w niego i rozbiły na fragmenty, które płonąc, spadły na ziemię i podpaliły kolejną część lasu.

***

Dowódca załogi zaklął głośno, uderzając pięścią w częściową przegrodę oddzielającą kabinę pasażerską od kokpitu, a nagły wybuch złości zaskoczył pasażerów. Jalea próbowała coś do niego powiedzieć w jego ojczystym języku, ale mężczyzna w ogóle nie zwracał na nią uwagi. Opadł na fotel, a jego oczy zaszły łzami.

– Jego brat był pilotem tamtej maszyny – wyjaśnił przez komunikator jakiś głos w silnie akcentowanym Angla. – Ale przed śmiercią zabił dwóch wrogów.

Były to słowa drugiego pilota. Nathan zobaczył, że mężczyzna odwrócił głowę, aby sprawdzić, co dzieje się z dowódcą, a następnie powiedział coś do niego w corinairiańskim, a także uścisnął mu ramię prawą ręką, by go pocieszyć i wesprzeć. Dowódca szybko odzyskał panowanie nad sobą i niewyraźnie podziękował.

***

Na dole, przy powierzchni, dwie pozostałe jednostki zakończyły wykonywanie szerokiego skrętu i wyrównały lot, dzięki czemu mogły zlokalizować innych napastników. W ciągu kilku sekund wrogowie zostali pochłonięci przez wir składający się z ognia i rozpadających się drzew, gdy ponad pięćdziesiąt małych rakiet eksplodowało nad lasem. Pojazdy śmignęły, pędząc prosto przez rosnące chmury ognia i dymu. Następnie wyskoczyły w górę, aby dołączyć do transportowców, które do tej pory zdążyły wejść na bezpieczną wysokość.

***

Nathan widział, że dowódca załogi stara się wziąć w garść. Chciał coś do niego powiedzieć, żeby poczuł się lepiej, ale nie był pewien, czy będzie to właściwie odebrane. To była inna kultura. Pozornie niewinne kondolencje mogłyby tutaj zostać błędnie zinterpretowane. Zamiast tego po prostu odwrócił się i wyjrzał przez okno, żeby obserwować dwie ocalałe jednostki, które wznosiły się, by dołączyć do transportowców.

Po kilku minutach milczenia pilot wywołał dowódcę, któremu udało się już nieco przyjść do siebie. Zwrócił się do pasażerów:

– Wkrótce rozpoczniemy podchodzenie do lądowania. Przygotujcie się. Postaramy się to zrobić jak najszybciej.

Nathan czuł, że choćby z samego szacunku musi teraz coś powiedzieć. Starał się mówić powoli i wyraźnie, mając nadzieję, że nie zostanie źle zrozumiany.

– Przykro mi z powodu twojego brata.

– Dziękuję – odpowiedział dowódca. Przez chwilę wpatrywał się w pokład, po czym ponownie spojrzał w górę.

– Wiele osób dzisiaj umiera. Dobrzy ludzie. To nie w porządku, co Ta’Akarowie dziś robią. – Dowódca patrzył przez chwilę na pasażera. – Naprawdę jesteś Na-Tan, tak?

– Właściwie wymawia się to „Nathan” – uśmiechnął się Scott. – A ty jak się nazywasz?

– Montrose – odpowiedział dowódca załogi. – Doran Montrose.

– A jak miał na imię twój brat?

– Kyle – odparł z dumą dowódca.

Pilot znów się odezwał, a w odpowiedzi dowódca załogi złapał mocno uchwyt, dając znak, aby inni poszli za jego przykładem.

Transportowiec zaczął tak szybko obniżać wysokość, jakby jego silniki po prostu przestały działać. Nathanowi żołądek podskoczył do gardła. Niecałe trzydzieści sekund później ich opadanie zakończyło się niemal tak gwałtownie, jak się zaczęło. Wszyscy zostali z niewiarygodną siłą wciśnięci w fotele. Następnie transportowiec przeszedł do typowego lotu na niskich wysokościach i przeleciał nad ogrodzeniem z drutu kolczastego, zbliżając się do lotniska tuż obok Centrum Zarządzania Kryzysowego.

Minutę później transportowiec delikatnie zadrżał, lądując na powierzchni lotniska, i pojechał w stronę wyznaczonego stanowiska. Gdy się zatrzymali, Nathan zauważył w pobliżu dwie pozostałe jednostki bojowe, które unosiły się nieruchomo. Ich dzioby nieustannie obracały się we wszystkich kierunkach.

Drzwi transportowca otworzyła z zewnątrz obsługa naziemna. Gdy się rozsunęły, z pojazdu wysunął się mały trap, po którym zeszła Jalea, a za nią Tug i Jessica. Gdy Nathan chciał ruszyć za nimi, Montrose chwycił go za ramię.

– Jeśli będziesz chciał walczyć z Ta’Akarami, wezwij nas. Będziemy z tobą.

Nathan spojrzał w oczy dowódcy i zobaczył w nich determinację. Montrose mówił serio. Nathan rzucił też spojrzenie na kokpit. Obaj piloci patrzyli na niego z poważnymi wyrazem twarzy. Nic nie powiedzieli, tylko razem z dowódcą skinęli głowami. Nathan odwzajemnił pozdrowienie.

Stojąc już na ziemi, Nathan pomyślał, że powinien się obrócić i spojrzeć na pojazd, z którego wysiadł. Ku swojemu zaskoczeniu zauważył, że dowódca załogi i piloci mu salutują. Gdy statek zaczął się podnosić, Nathan również zasalutował.

Ktoś z personelu naziemnego chwycił go za ramię, zachęcając, by poszedł za innymi. Nathan odwrócił się i udał razem z Tugiem, Jaleą, Jessicą i lokalnymi funkcjonariuszami ochrony do głównego budynku, oddalonego o zaledwie dziesięć metrów. W środku zostali przywitani przez poważnie wyglądających mężczyzn w pełnym rynsztunku, wymachujących dość złowieszczo wyglądającą bronią energetyczną. Ci ludzie nie byli pracownikami ochrony. Podobnie jak załoga pojazdu transportowego, wyglądali na bardziej doświadczonych i byli lepiej wyposażeni. Ich mundury także były inne. Podczas gdy uniformy personelu ochrony miały ułatwić identyfikację osób zajmujących wyższe stanowiska, stroje tych mężczyzn były czysto funkcjonalne: czarne z matowoszarymi lamówkami, ozdobione jedynie naszywką z nazwiskiem, nazwą jednostki i stopniem.

– Sir! – młody mężczyzna w czarnym mundurze zwrócił się do Nathana w silnie akcentowanym Angla. – Muszę prosić pana i pozostałe osoby o oddanie całej broni przed wejściem do centrum dowodzenia.

– Zaczekaj chwilę – zaczęła Jessica.

Nathan rozejrzał się po pomieszczeniu i dostrzegł, że mężczyźni napięli mięśnie. Jessica też to zauważyła.

– Jess, naprawdę nie sądzę, żebyśmy mieli wybór.

– Wasza broń zostanie zwrócona po wyjeździe, sir. Ale ze względów bezpieczeństwa jedynie upoważniony personel Corinari może być w tym obiekcie uzbrojony.

Jessica powoli odpięła automatyczną broń, trzymając ją za lufę, aby w pomieszczeniu pełnym uzbrojonych żołnierzy nie sprowokować błędnej reakcji.

– W porządku – powiedziała, wręczając funkcjonariuszowi karabin, a następnie pistolet.

Nathan poszedł w jej ślady, podobnie jak Tug i Jalea.

Scott już miał ruszyć do przodu, gdy funkcjonariusz znacząco chrząknął i spojrzał na Jessicę, która przewróciła oczami i uśmiechnęła się.

– Oj! – wykrzyknęła, wyciągając z pochwy przy pasku duży nóż bojowy, a także mniejszy z prawego buta. – Chyba zapomniałam o kilku rzeczach.

– Coś jeszcze? – Nathan spojrzał na nią.

– Tylko te małe granaty błyskowe – przyznała i wyjęła cztery małe pomarańczowe kule z woreczka przy pasku.

– Jesteś pewna, że to wszystko? – zapytał ponownie Nathan, a na jego twarzy pojawił się uśmiech.

– A co, chciałbyś sprawdzić mój stanik? – odpowiedziała z figlarnym uśmiechem.

Nathan zamyślił się przez chwilę, przypominając sobie spotkanie w domu jego ojca tej nocy, gdy się poznali. To był krótki, ale pełen pasji moment, w którym uczestniczyło dwoje nieco nietrzeźwych i nieznających się ludzi. W tamtym czasie żadne z nich nie wiedziało, że będą służyć razem, zwłaszcza tutaj, tysiące lat świetlnych od domu.

Kilku strażników prawdopodobnie rozumiało Angla, ponieważ także się uśmiechnęli. Dowódca zabrał całą broń i umieścił ją w bezpiecznym miejscu.

– Proszę za mną – polecił funkcjonariusz. Poprowadził ich długim korytarzem. Mijali drzwi i okna, przez które można było zobaczyć różne pomieszczenia. Najczęściej znajdował się w nich personel, teraz zajęty radzeniem sobie z ogólnoświatowym kryzysem.

Gdy szli korytarzem, Jalea przybliżyła się do Tuga i zaczęła do niego mówić w ich własnym języku, a na wypadek gdyby ich eskorta również go znała, dodatkowo ściszyła głos.

– Uważam, że najlepiej byłoby, gdybyś pozwolił Nathanowi przemówić – zaczęła delikatnie nalegać.

– W jakim celu? – Gdy minęli pierwszy narożnik korytarza, Tug próbował ukryć zaciekawienie przed innymi.

 

– Wyznawcy na tym świecie uważają go teraz za bohatera legendy. Może to być bardzo przydatne dla naszej sprawy.

– Nie przepadam za taką taktyką. Bardziej niż ktokolwiek powinnaś być tego świadoma.

– Nie sugeruję, żebyśmy to wykorzystali, tylko abyś świadomie nie zrezygnował z tego pomysłu. Pomimo twoich moralnych zastrzeżeń taka taktyka może okazać się zbyt cenna, by ją odrzucić.

– Jalea, ci ludzie stoją teraz w obliczu największego zagrożenia w całej tysiącletniej historii. Czy nie sądzisz, że mają prawo poznać prawdę o tym, że pewne okoliczności zostały im narzucone?

– Czy masz na myśli to, że przywódca Karuzari i jego była kochanka spreparowali znak, który rzekomo miał być przekazany od Boga i świadczyć o tym, że wkrótce przybędzie Na-Tan, bohater legendy?

– Nie wiedziałem wcześniej o twoich oszustwach, przecież wiesz. – Tug spojrzał na nią spod oka.

– Tak, i oczywiście mogłabym im o tym powiedzieć. Ale czyby uwierzyli?

Tug zdawał sobie sprawę, że nim manipulowała. Jalea nie pierwszy raz postępowała w taki sposób. Zawsze miała zły nawyk brania spraw w swoje ręce, co zwykle, niestety, czyniła nieostrożnie. Tym razem jednak ryzykowała życie miliardów niewinnych ludzi. Nie mógł pojąć, jak mogła usprawiedliwić takie działania.

– Bardziej prawdopodobne jest to, że po prostu od razu by nas rozstrzelali – kontynuowała – a przynajmniej aresztowali i przekazali przedstawicielom Ta’Akarów jako dowód lojalności.

Brak odpowiedzi ze strony Tuga uznała za zgodę. Wyprzedziła go, a na jej twarzy pojawił się lekki wyraz satysfakcji.

Tug wiedział, że Jalea ma rację. W zależności od tego, kto kontrolowałby Corinair w momencie ujawnienia ich tożsamości, mogli zostać przyjęci jako bojownicy o wolność albo ofiarowani Caiusowi jako zdrajcy. Tug nie miał innego wyboru, jak posłuchać jej rady.

Po skręceniu w kolejny korytarz zostali doprowadzeni do pomieszczenia z oknem. Po jednej stronie stał duży stół konferencyjny, otoczony kilkunastoma fotelami. Po drugiej było widać kilka większych, wygodniejszych foteli, a także długą kanapę.

– Bardzo proszę zająć miejsca, premier wkrótce do was dołączy.

– Dziękuję – odpowiedział Nathan. Funkcjonariusz wyszedł z pokoju. Rozległo się wyraźne kliknięcie, kiedy zamknął drzwi. Nathan i Jessica wymienili spojrzenia, kobieta delikatnie spróbowała przekręcić klamkę.

– Tak, są zamknięte – oznajmiła.

– Jesteśmy więźniami? – zapytał Nathan z niedowierzaniem. Trzydzieści minut temu tłumy mieszkańców Corinair wiwatowały, witając go jako bohatera.

– Wątpię, czy taki był ich zamiar – spróbowała ich uspokoić Jalea.

– Ona ma rację – zgodził się Tug. – Prawdopodobnie nie chcą, żebyśmy się swobodnie poruszali. Procedury związane z bezpieczeństwem nakazują w czasie kryzysu kontrolowanie ruchu, zwłaszcza obcych.

– Zgadza się – potwierdziła Jessica. – Szczególnie takich, którzy przybyli z bronią.

– W porządku. – Nathan odwrócił się i ruszył za Jessicą w głąb sali konferencyjnej.

– Co teraz zrobimy? – zapytała Jessica, opadając na kanapę.

– Co ty masz z tymi kanapami? – pomyślał głośno Scott. Jessica po prostu wzruszyła ramionami.

– Czekamy, aż premier będzie dostępny – odpowiedziała Jalea. – Jestem pewna, że gdy tylko będzie to możliwe, wyjaśni szczegółowo, co się dzieje.

– Mam tylko nadzieję, że nie potrwa to zbyt długo. Cameron potrzebuje pomocy medycznej, a ja nie miałem nawet okazji, żeby ich o to poprosić. – Nathan westchnął.

– Jak myślisz, co się tam dzieje? – Jessica zwróciła się do Tuga.

– Podejrzewam, że lojaliści obwiniają wyznawców Zakonu o to, co dzieje się z ich światem.

– Masz na myśli bombardowanie przez takarański okręt? – Nathan spojrzał na Tuga, zaskoczony jego słowami.

– Tak. Postrzegają to jako karę za otwarte przeciwstawienie się Doktrynie.

– Przecież to nie ma sensu.

– Podejrzewam, że takie postawy są wzmacniane przez tych, którzy chcą, aby konflikt wciąż trwał – powiedziała Jalea.

Tug zauważył zmieszanie na twarzy Nathana.

– Od pewnego czasu podejrzewano, że Ta’Akarowie mają tajne jednostki działające na wszystkich podbitych światach.

– Podobnie jak na światach, które wcześniej były pod ich kontrolą – dodała Jalea.

– To by wyjaśniało, w jaki sposób te grupy uderzeniowe zaatakowały nas tak szybko na Przystani – skomentowała Jessica ze swojego miejsca na kanapie.

– Zgadza się – potwierdził Tug. – Jeśli takie jednostki działałyby również na tym świecie, ich celem byłoby przynajmniej stłumienie powstania, i to za pomocą wszelkich dostępnych środków.

– Ale przecież „Yamaro” właśnie zbombardował własne wojska – zauważył Nathan. – Po co nastawiać mieszkańców Corinair przeciwko sobie?

– To proste – odparła Jessica. – Takie działanie pogłębia chaos. A im większy chaos, tym tego typu jednostki mogą swobodniej działać, nie wywołując zaniepokojenia ani nie prowokując czynnego oporu. Do diabła, nie zdziwiłabym się, gdyby nawet tu się kręcili w przebraniu żołnierzy Corinair.

– Co oznacza… – zaczął Nathan.

– Że musimy zachować ostrożność podczas podejmowania decyzji, komu zaufać – dokończyła za niego Jalea.

– Tak, trochę to ironiczne, prawda? – powiedziała Jessica, patrząc na Jaleę.

– Właściwie może w najbliższej przyszłości lepiej nie ufać nikomu, a przynajmniej nie do końca – dodał Tug.

– Cóż, przynajmniej na razie powinniśmy być tutaj bezpieczni – stwierdził Nathan.

– Tak, pod warunkiem że te transportery, które zabrały nas z portu kosmicznego, były z Corinair – zauważyła Jessica. – I jeśli to jest rzeczywiście miejscowy ośrodek dowodzenia.

Nathan zastanowił się nad tym, co sugerowała Jessica, ale przypomniał sobie również wyraz twarzy dowódcy i reszty załogi, gdy wysiadali z transportera. Wątpił, żeby to zostało wyreżyserowane.

– Jesteś zbyt podejrzliwa – odpowiedział jej.

– Ryzyko zawodowe – odrzekła, śmiejąc się lekko – szczególnie pod twoim dowództwem.