PotemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mówi głosem policjantki, ale widzę, jak wyciąga dłoń w Twoim kierunku. Bierzesz ją za rękę.

– Podobno ogień pojawił się w pracowni plastycznej na pierwszym piętrze. Budynek był stary, miał puste przestrzenie w sufitach, ścianach i dachu, czyli elementach łączących różne pomieszczenia, przez co dym i ogień mogły się błyskawicznie rozprzestrzenić. Drzwi ognioodporne i inne zabezpieczenia nie mogły powstrzymać ognia. To jest jeden z powodów, dlaczego pożar objął cały budynek tak szybko.

– A podpalenie? – słyszę, że to słowo rani Twoje usta.

– Jest bardziej niż prawdopodobne, że użyto przyspieszacza, być może benzyny lakowej, która powoduje powstawanie określonego rodzaju dymu, jaki zaobserwował strażak znajdujący się na miejscu. W pracowni plastycznej obecność benzyny lakowej wprawdzie nie dziwi, ale musiało jej być tam bardzo dużo, żeby pożar wybuchł z taką siłą. Nauczycielka plastyki twierdzi, że trzymała ją w zamkniętej szafce po prawej stronie pracowni. Jednak naszym zdaniem ogień pojawił się w lewym rogu pomieszczenia. Jutro teren zostanie zbadany za pomocą wykrywacza oparów węglowodoru, co powinno pomóc nam w ustaleniu prawdy.

– A więc nie ma wątpliwości?

– Przykro mi, Mike.

– Co jeszcze? – pytasz. Musisz wiedzieć wszystko. Jesteś człowiekiem, który musi znać wszystkie fakty.

– Zespół badający przyczyny pożaru ustalił, że wszystkie okna na górnych piętrach były szeroko otwarte, co jest kolejną poszlaką sugerującą podpalenie. Przeciąg przyczynił się do szybszego rozprzestrzenienia się ognia w budynku, zwłaszcza przy tak silnym wietrze jak dzisiaj. Dyrektorka powiedziała nam, że okna nigdy nie były szeroko otwierane z uwagi na ryzyko, że mogłoby wypaść przez nie któreś z dzieci.

– Co jeszcze? – pytasz, a Sara rozumie, że musisz wiedzieć.

– Uważamy, że pracownię plastyczną wybrano celowo – odpowiada. – Nie tylko ze względu na prawdopodobieństwo, że podpalaczowi uda się zatuszować własne działania dzięki zastosowaniu przyspieszacza zaliczanego do materiałów plastycznych, ale też dlatego, że jest to najgorsze z możliwych miejsce, w którym mógł wybuchnąć pożar. Nauczycielka plastyki przedstawiła nam listę znajdujących się tam przedmiotów i substancji chemicznych. Oprócz mnóstwa papieru były i inne rzeczy, dzięki którym ogień mógł się z łatwością rozprzestrzeniać: różne farby i kleje, toksyczne i łatwopalne, także próbki starych tapet, które nauczycielka przyniosła, żeby zrobić kolaże. Przypuszczamy, że tapety były pokryte trującym lakierem.

Gdy Sara opisuje piekło trujących wyziewów i duszącego dymu, myślę o dzieciach wykonujących kolaże przedstawiające balony i maski z papier-mâché[7].

Ponaglasz ją ruchem głowy, by kontynuowała.

– W sali znajdowały się też puszki kleju w aerozolu – ciągnie. – Kiedy są poddane działaniu wysokiej temperatury, ciśnienie wewnątrz nich rośnie i wybuchają. Opary kleju rozchodzą się przy ziemi na dużą odległość i docierają do źródła ognia, po czym zapalają się. Obok pracowni znajduje się maleńkie pomieszczenie, niewiele większe od szafy, w którym przechowywano środki czystości. One również zawierają łatwopalne i toksyczne substancje.

Przerywa i patrzy na Ciebie. Widzi, jak bardzo pobladłeś.

– Czy ty w ogóle coś jadłeś?

To pytanie Cię irytuje.

– Nie, ale...

– Kontynuujmy rozmowę w bufecie. Jest niedaleko.

Ta kwestia nie podlega dyskusji. Czy gdy byłeś młodszy, przekupywała Cię, żebyś jadł? „Obejrzysz ulubiony program w telewizji, jeśli dokończysz placek z mięsem”.

– Powiem personelowi szpitalnemu, gdzie będziesz. Tak na wszelki wypadek – mówi, niszcząc Twój opór w zarodku.

Cieszę się, że zmusza Cię do jedzenia.

Sara idzie powiedzieć personelowi z „mojego” oddziału neurologii, gdzie będziesz.

Ty udajesz się na oddział oparzeniowy.

Gdy tylko wychodzisz, Jenny odwraca się do mnie.

– To, co pani Healey powiedziała o oknach, to prawda. Nie otwiera się ich. Od tego wypadku podczas ćwiczeń ewakuacji w razie pożaru wszyscy mają paranoję, że jakieś dziecko mogłoby wypaść i zrobić sobie krzywdę. Pani Healey co i rusz osobiście sprawdza, czy okna są zamknięte.

Przerywa, ale widzę, że czuje się niezręcznie. Wydaje się nawet zażenowana.

– Kiedy podeszłam do twojego łóżka... – mówi. – Zanim tata przyszedł...

– Tak?

– Wydawałaś się taka... – waha się.

Wiem, o co chce zapytać. Jak to możliwe, że ja, w porównaniu z nią, wydaję się nietknięta przez ogień.

– Nie przebywałam w tym budynku tak długo jak ty – odpowiadam. – I nie znajdowałam się tak blisko ognia. Byłam też lepiej zabezpieczona.

Nie mówię, że miałam na sobie bawełnianą koszulę z długimi rękawami, które mogłam naciągnąć na dłonie, oraz dżinsy, skarpety i tenisówki, a nie miniówkę, skąpą koszulkę i sandały. I tak się domyśla.

– Uważasz mnie za ofiarę mody.

– Chyba nie przepadam za wisielczym humorem, Jen.

– W porządku.

– Pozytywne żarty, nawet głupie, są w porządku. Super. Czarny humor też może być. Ale wisielczy... To już dla mnie zbyt wiele.

– Rozumiem, mamo.

Równie dobrze mogłybyśmy siedzieć przy naszym kuchennym stole.

Idziemy za Tobą do szpitalnego bufetu o absurdalnej nazwie Palms Café. Blaty stolików z plastikowego laminatu odbijają światło jarzeniówek.

– Świetna atmosfera – mówi Jenny i przez chwilę nie mogę stwierdzić, czy ta uwaga jest przejawem niezłomnie pozytywnego nastawienia do życia odziedziczonego po Tobie, czy też poczucia humoru po mnie. Biedna Jen: któreś z nas zawsze będzie przypisywało sobie zasługi za to, jaki ma charakter.

Sara dołącza do Ciebie i stawia przed Tobą talerz z jedzeniem. Nie zauważasz go.

– Kto to zrobił? – pytasz.

– Jeszcze nie wiemy, ale dowiemy się. Obiecuję.

– Przecież ktoś musiał tego kogoś widzieć – upierasz się. – To nie jest taki wielki budynek. Ktoś musiał widzieć.

Siostra kładzie dłoń na Twoim ramieniu.

– Musisz coś wiedzieć – mówisz.

– Niewiele.

– Wiesz, co jej robili, gdy wyszedłem? – pytasz.

– Jen, wyjdź, proszę – zwracam się do niej, ale ona ani drgnie.

– Robili jej toaletę oczu. Na Boga, toaletę oczu.

Czuję, jak Jenny sztywnieje, jakby naciągając zbroję, która uchroni ją przed tą informacją. Do oczu Sary napływają łzy. Nigdy nie widziałam, żeby płakała.

Jeszcze nie zapytała o stan Jenny. Widzę, jak się do tego szykuje. Chciałabym jej w tym przeszkodzić.

– Czy powiedzieli ci, jakie są szanse...? – pyta łamiącym się głosem. Nie jest w stanie dokończyć zdania. Przepytywanie ludzi to jej praca, z tego żyje, ale tym razem nie potrafi zadać pytania.

– Ma mniej niż pięćdziesiąt procent szans na przeżycie – mówisz, powtarzając dokładnie słowa doktora Sandhu; może tak jest łatwiej, niż wypowiedzieć to własnymi słowami.

Widzę, jak Sara blednie. W okamgnieniu robi się biała jak papier i kolor jej twarzy uświadamia mi, jak bardzo kocha Jenny.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – pyta Cię Sara. Równie dobrze to pytanie mogłaby mi zadać Jenny.

– Bo ona dojdzie do siebie – mówisz prawie ze złością. – Wydobrzeje.

– Oprócz Jenny w zawodach sportowych nie brało udziału dwoje ludzi z personelu – mówi Twoja siostra. – Jest bardzo mało prawdopodobne, aby to był ktoś z nich. Szkolna brama jest na stałe zamknięta na zamek z szyfrem. Sekretarka wpuszcza wchodzących przez domofon umieszczony w sekretariacie. Ani rodzice, ani dzieci nie znają kodu wejściowego. Wszyscy muszą dzwonić. Personel zna kod, ale pracownicy bez wyjątku przebywali na boisku. Najpewniej szukamy kogoś z zewnątrz.

– Jak udało mu się wejść? – pytasz. Chciałeś znaleźć winowajcę, ale teraz zdaje się, że nie chcesz pogodzić się z myślą, że ta osoba miała dostęp do szkoły. Jakbyś udowadniając, że to niemożliwe, mógł zmienić bieg wydarzeń.

– Podpalacz mógł się zakraść do środka wcześniej, w ciągu dnia – odpowiada Sara. – Być może z kimś uprawnionym do wejścia. Może był w przebraniu i rodzice myśleli, że to ktoś z personelu, albo pracownicy szkoły wzięli go za jednego z rodziców ich podopiecznych. W szkołach jest sporo zamieszania, wielu ludzi wchodzi i wychodzi. Sprawca mógł też podejrzeć, jak ktoś z pracowników wstukiwał kod, zapamiętał go i wrócił, gdy wszyscy pozostali byli na zawodach.

– Przecież nie da się tam wejść ot, tak, po prostu. Nie da się...

– Za główną bramą nie ma już zabezpieczeń. Drzwi wejściowe do szkoły nie są zamykane. Nie ma też systemu kamer czy innych urządzeń. Naprawdę, na razie mamy tylko to. Nawet nie ogłosiliśmy publicznie, że to było podpalenie. Dochodzenie jest jednak prowadzone szybko. Skierowano do niego tylu ludzi, ilu tylko było można. Sprawę prowadzi komisarz Baker. Dowiem się, czy będzie chciał się z tobą spotkać, ale muszę cię uprzedzić, że nie jest to najsympatyczniejszy z ludzi.

– Pragnę tylko, żeby policja znalazła tego, kto to zrobił. A wtedy dobiorę się do niego. Skrzywdzę go tak, jak on skrzywdził moją rodzinę.

[5] Czcigodny Jan z Fiesole, Fra Angelico, (zm. 1455 r.), dominikanin, który zasłynął z malowania ekspresyjnych portretów świętych.

[6] Górzysta szkocka wyspa położona w archipelagu Hebrydów Wewnętrznych.

[7] Masa z rozdrobnionego i rozmiękczonego w wodzie papieru, zmieszanego z klejem, gipsem, kredą; używana zwłaszcza do wykonywania plastycznych elementów dekoracyjnych (zamiast stiuku), w teatrze także masek i kukiełek.

ROZDZIAŁ 6

– Czy według ciebie „wszystko będzie dobrze” to więcej niż pięćdziesiąt procent szans na śmierć? – pyta Jenny i wydaje mi się, że słyszę w jej tonie nutkę przekomarzania się.

 

– Przepraszam.

– Nie chcę na siebie patrzeć, ale chciałabym wiedzieć, co się dzieje. Muszę znać prawdę. Dobrze? Jeśli o nią pytam, to znaczy, że mogę ją przyjąć.

Potakuję i milczę. Dostałam burę.

– Jeśli chodzi o blizny, to powiedziałam Ci prawdę.

Dostrzegam wyraz ulgi.

– Wydobrzeję. Tak, jak mówił tata. Wiem, że wydobrzeję. Ty też. Będzie z nami lepiej.

Niegdyś martwił mnie ten jej optymizm. Uważałam, że chowa się za nim, zamiast zmierzyć się z rzeczywistością.

„Pod pewnym względem to dobrze”, skomentowała swój oblany egzamin. „Lepiej dowiedzieć się teraz, że nie jestem stworzona do studiowania, niż za trzy lata, po zaciągnięciu kredytu na naukę”.

– Naturalnie, że dojdziemy do siebie – mówię do niej.

Dostrzegamy w korytarzu Tarę. Zbliża się do Ciebie. Pamiętam, że widziałam ją wcześniej pośród innych dziennikarzy. Znalazła Cię tutaj. Jenny też ją zauważyła.

– To ona myśli, że „Richmont Gazette” to „Washington Post”? – pyta, przypominając sobie nasz żart.

– Zgadza się.

Podchodzi do Ciebie. Patrzysz na nią skonsternowany.

– Michael? – pyta swoim miękkim głosem.

Mężczyźni zwykle dają się omamić jej dziewczęcej różowej twarzy, szczupłej sylwetce i pięknym, lśniącym włosom. Jej czarowi nie ulegnie jednak mężczyzna, którego żona jest nieprzytomna, a córka walczy o życie. Cofasz się przed nią, starając się trzymać ją na dystans. Dołącza do Ciebie Sara.

– Wcześniej pytała mnie o Silasa Hymana – informujesz swoją siostrę.

– Znasz ją?

– Nie.

– Jestem przyjaciółką Grace – wtrąca spokojnie Tara.

– Wątpię – ucinasz.

– No, może raczej koleżanką. Pracuję z Grace w „Richmond Gazette”.

– A więc dziennikarka – zauważa Sara. – Pora, żeby pani stąd poszła.

Tara najwyraźniej nie zamierza rezygnować, zatem Sara macha jej przed nosem policyjną legitymacją.

– Sierżant McBride – czyta Tara z uśmiechem. – A więc jest w to zaangażowana policja. Domyślam się, że Silas Hyman, ten nauczyciel, zostanie przesłuchany?

– Wynocha. W tej chwili – nakazuje jej Sara swoim oficjalnym, ostrym głosem.

Patrzymy z Jenny, jak stanowczo odprowadza Tarę do windy.

– Jest fantastyczna, no nie? – zachwyca się Jenny. Potakuję, bynajmniej nie łaskawie.

– Wcześniej jednak się myliła – ciągnie Jenny. – Albo przynajmniej pani Healey była w błędzie, kiedy mówiła o kodzie przy bramie: że niby nikt go nie zna. Niektórzy rodzice go znają. Widziałam, jak wchodzili sami, gdy Annette zbyt późno reagowała na dzwonek. Kilkoro dzieciaków też go zna, choć niby nie powinno.

Ja nie znam kodu, ale przecież nie kumpluję się z wtajemniczonymi matkami.

– Tak więc jakiś rodzic mógł wejść do środka – upewniam się.

– Wszyscy rodzice byli na zawodach.

– Może ktoś oddalił się z boiska?

Staram się wrócić myślami do minionego popołudnia. Czy widziałam coś, nie zdając sobie z tego sprawy?

Pierwszą rzeczą, jaką sobie przypominam, jest to, jak kibicowałam Adamowi podczas pierwszego sprintu. Na jego buzi malowały się niecierpliwość i skupienie; przebierał swoimi tyczkowatymi nogami najszybciej, jak potrafił, bo nie chciał zawieść drużyny „zielonych”. Bałam się, że dobiegnie do mety jako ostatni. Martwiłam się też tym, że Ciebie nie było i że Jen będzie miała poprawkę. Nie dostrzegałam wspaniałej prawdy, jaką było to, że wszyscy żyliśmy, cali i zdrowi. Bo gdybym to widziała, biegałabym po boisku jak wariatka i zdarłabym sobie gardło, krzycząc z zachwytu, jak fantastyczne i cudowne jest nasze życie. Błękitne niebo, zielona trawa i biała droga życia; cennego, uporządkowanego i pełnego.

Muszę się skupić. Skupić.

Pamiętam grupę rodziców z klasy Adama, którzy pytali, czy wezmę udział w wyścigu matek.

– Ależ Grace! Przecież lubisz zabawę.

– Tak. Ale powolną – odparłam.

Przyglądam się ponownie uśmiechniętym, znajomym twarzom. Czy ktoś z nich chwilę później poszedł do szkoły? Może w bagażniku samochodu należącego do któregoś z rodziców kolegów Adama znajdował się pojemnik z benzyną lakową? Czy ktoś miał w kieszeni zapalniczkę? Nie, ich uśmiechy były zbyt swobodne i szczere, by mogły skrywać jakieś podłe intencje.

Chwilę później przybiegł Adam, aby mi powiedzieć, że idzie po swój tort. Rowena musiała przynieść medale ze szkoły, więc poszła razem z nim. Gdy się oddalali, pomyślałam o tym, jak dojrzale wyglądała w lnianych spodniach i białej bluzce; aż dziw, że jeszcze nie tak dawno temu była psotną koleżanką Jenny.

Przepraszam, to jest zupełnie bez związku. Muszę się postarać jeszcze bardziej.

Odwracam się od Adama i Roweny. Rozglądam się na prawo i lewo, ale wspomnień nie da się odtworzyć w ten sposób i niestety nic nie przyciąga mojej uwagi.

W owym czasie przyglądałam się boisku, skupiałam się na jego wymiarach i wypatrywałam mającej nadejść Jenny. Może jeśli skoncentruję się na tym wspomnieniu, dostrzegę coś istotnego.

„Będzie znudzona”, myślałam, patrząc na boisko. „Jest sama w gabinecie lekarskim. Na pewno skończy dyżur wcześniej”.

Na skraju boiska widzę jakąś postać, na wpół zasłoniętą azaliami sięgającymi jej do piersi.

Postać stoi nieruchomo i właśnie to przyciągnęło moją uwagę.

Przyjrzałam się jej jednak tylko na tyle długo, by móc stwierdzić, że to nie Jenny. Próbuję podejść bliżej, ale nie widzę żadnych szczegółów. Tylko zacienioną postać na obrzeżu boiska; pamięć nie podsuwa mi niczego więcej.

Ten ktoś mnie niepokoi. Wyobrażam sobie, jak wchodzi do klas na górnym piętrze i otwiera szeroko okna; widzę, jak rysunki dzieci, rozwieszone i przypięte na sznurkach w klasach, powiewają na wietrze.

Wracam na boisko. Maisie przyszła po Rowenę i powiedziałam jej, że dziewczyna poszła do szkoły. Pamiętam, jak za nią patrzyłam. I nagle coś przyciąga moją uwagę. W tamtej chwili dostrzegłam na obrzeżach boiska coś jeszcze, coś znaczącego. Wrażenie wymyka mi się, nieuchwytne, i im bardziej staram się je wydobyć z pamięci, tym dalej się odsuwa.

Nie ma sensu się tak męczyć. Podpalacz pootwierał już wszystkie okna, wylał cały zapas benzyny lakowej i rozstawił puszki z klejem w aerozolu. I niebawem silny, zesłany przez Boga wiatr wessie ogień na trzecie piętro.

Nauczyciel WF-u dmie w gwizdek i już niebawem zobaczę czarny, gęsty dym.

I zacznę biec.

– Mamo?

Zmartwiony głos Jenny sprowadza mnie z powrotem do jasno oświetlonego szpitalnego korytarza.

– Próbowałam sobie coś przypomnieć – mówi. – No wiesz, czy widziałam coś lub kogoś podejrzanego, ale gdy tak się staram i myślę o pożarze, nie mogę...

Przerywa mi i zaczyna się trząść. Biorę ją za rękę.

– Kiedy myślę o gabinecie lekarskim, nic się nie dzieje – ciągnie. – Pisaliśmy z Ivo SMS-y do siebie. Mówiłam ci o tym, prawda? Ostatnią wiadomość wysłałam o czternastej trzydzieści. Pamiętam to dokładnie, bo na Barbados była osiemnasta trzydzieści i trwała „happy hour”. Ale potem... jakbym już nie mogła myśleć. Mogę tylko czuć. Tylko czuję.

Przeszywa ją ból lub strach.

– Nie musisz do tego wracać – pocieszam ją. – Ekipa cioci Sary dowie się, co się stało.

Nie mówię jej o zacienionej postaci, którą widziałam niewyraźnie na skraju boiska, bo przecież to nic jej nie da, prawda?

– Martwiłam się, że będziesz się nudziła na dyżurze – mówię lekkim tonem. – Powinnam była się domyśleć, że będziesz wysyłała wiadomości do Ivo.

Ich SMS-y, gdyby je pozbierać, miałyby już pewnie objętość Wojny i pokoju.

Gdy byłam w jej wieku, chłopcy nie mówili wiele dziewczynom, nie wspominając o pisaniu. Pojawienie się telefonów komórkowych zmieniło reguły gry. Mam wrażenie, że Ivo podoba się to wysyłanie na odległość miłosnych sonetów i romantycznych krótkich haiku[8].

Tylko ja uważam, że esemesowa poezja Ivo jest nieco zniewieściała. Ty, o dziwo, stoisz mocno po jego stronie.

Jenny poszła z Tobą, a ja postanowiłam, że „skoczę na mój oddział, żeby się zorientować, co u mnie słychać” – zupełnie jakbym szła do kiosku kupić sobie „Evening Standard”.

Przy moim łóżku siedzi Maisie, trzyma mnie za rękę i mówi do mnie. Jestem wzruszona: jest przekonana o tym, że ją słyszę.

– Z Jen-Jen też będzie wszystko w porządku – oznajmia. – Jak najbardziej.

Jen-Jen. Używaliśmy tego imienia, gdy Jenny była mała i nawet teraz niekiedy nam się ono wymyka.

– Dojdzie do siebie, zobaczysz. Ty też. Spójrz na siebie, Gracie. Nie wyglądasz najgorzej. Wszystko będzie z wami dobrze.

Czuję jej niosące otuchę ciepło i staje mi przed oczami, jak żywe, kolejne wspomnienie z zawodów. Nie ma w nim żadnych detektywistycznych spostrzeżeń, jest dla mnie pocieszeniem; pozwolę sobie pobawić się nim przez chwilę – to taki paracetamol dla mojego zbolałego umysłu.

Maisie biegła przez zielony trawnik w swojej zabawnej koszulce i przeskakiwała nad wymalowanymi białymi liniami; nad sobą miała błękitne niebo.

– Gracie... – powiedziała, obejmując mnie jak należy, a nie „całując powietrze”. – Przyjechałam, żeby podwieźć Rowenę do domu. Jakiś czas temu przysłała mi wiadomość. Napisała, że metro nie działa. Mama-szofer kłania się do usług!

Powiedziałam jej, że Rowena poszła wziąć medale ze szkoły i że Addie odbiera swój czekoladowy tort przerobiony na sieć okopów z okresu pierwszej wojny światowej.

– Fantastyczne! – stwierdziła ze śmiechem.

Maisie, moja zaskakująca bratnia dusza. Nasze córki, zupełnie do siebie niepodobne, nigdy się nie zaprzyjaźniły, w przeciwieństwie do nas. Spotykałyśmy się i opowiadałyśmy sobie o szczegółach z życia naszych dzieci: o łzach Roweny, gdy nie dostała się do drużyny netballu i o tym, jak Maisie zaproponowała panu Cobinowi nowe stroje dla zespołu lub seks, jeśli ustawi Rowenę na pozycji skrzydłowej ataku (musiała mu wyjaśnić, że ta druga propozycja była żartem!). O przerażeniu Roweny, gdy wyrżnęły się jej duże zęby, i jej żądaniu udania się do dentysty, żeby ten oddał jej stare, małe ząbki. Ja zrewanżowałam się opowieścią o tym, jak Jenny odmawiała jedzenia i uśmiechania się do czasu, gdy dentysta, który założył jej zwykły aparat ortodontyczny, znalazł dla niej nowy, w jaskrawoniebieskim kolorze.

To do Maisie zwróciłam się z prośbą o pomoc, gdy zbliżało się trzecie poronienie, akurat podczas siódmych urodzin Jenny. Ciebie nie było – kręciłeś materiał.

„Posłuchajcie, dzieciaki! Mama Jenny musi teraz odwiedzić Świętego Mikołaja. Tak, wiem, że to trzy miesiące przed czasem, ale jego trzeba informować z wyprzedzeniem o naprawdę grzecznych dzieciach. Byliście dzisiaj fantastyczni, dlatego mama Jenny chce mieć pewność, że znajdziecie w swoich skarpetach wyjątkowy prezent”. Już tylko do mnie powiedziała na stronie: „Materializm i Święty Mikołaj zawsze się sprawdzają”. A potem rzuciła: „Bawmy się dalej! Wszyscy gotowi?”.

I wszystko było dobrze. Nikt się o niczym nie dowiedział. Maisie zabawiała dwadzieścioro dzieci, podczas gdy ja pojechałam do szpitala. I przenocowała u siebie Jenny.

Trzy lata później czekała ze mną dwanaście tygodni, do czasu, gdy Adam na dobre we mnie zagościł i lekarz stwierdził, że utrzymanie ciąży jest bardzo prawdopodobne. Rozumiała, niczym członek rodziny, jak cenny jest dla nas nasz synek. Tak bardzo się o niego staraliśmy.

A teraz moja stara przyjaciółka siedzi obok mnie i płacze. Płacze bezustannie – podczas śpiewania kolęd stwierdziłaby zapewne, że to „tak głupio ckliwe”, tym razem jednak są to łzy bólu. Ściska mocniej moją dłoń.

– To moja wina – mówi. – Byłam w środku, gdy rozległ się alarm. Szłam do toalety. Nie miałam pojęcia, że Jenny była w budynku. Nie wiedziałam, gdzie jej szukać. Poszłam tylko po Rowenę i Adama. Nic im się nie stało i niebawem znaleźli się na zewnątrz.

W czasie zawodów powiedziałam jej, że Adam i Rowena są w szkole. Gdybym dodała: „Jenny też”, poszłaby po nią. Zabrałaby ją stamtąd, zanim ogień się rozszalał.

Dwa słowa.

Ja zamiast tego rozprawiałam o torcie Adama.

Maisie mówi szeptem.

– Wtedy zobaczyłam, jak biegniesz w stronę szkoły. I widziałam, jaką ulgę poczułaś, gdy okazało się, że Addie jest bezpieczny.

Pamiętam widok Maisie pocieszającej nauczycielkę z zerówki i Roweny uspokajającej Adama przy statuetce z brązu przedstawiającej dziecko, podczas gdy czarny dym unoszony przez wiatr brukał błękit nieba.

 

– I zawołałaś Jenny. Wtedy zrozumiałam, że ona jest w budynku. Wbiegłaś tam – milknie na chwilę. Jest blada. – Nie poszłam ci pomóc.

Jak ona może myśleć, że ją za to obwiniam? Jestem wzruszona, że choć przez moment pomyślała o tym, by wejść do środka za mną. Słyszę w jej głosie poczucie winy.

– Wiedziałam, że powinnam ci pomóc – ciągnie. – To oczywiste, że powinnam. Ale nie byłam dość odważna. Pobiegłam więc w stronę wozów strażackich, które wciąż stały na moście. Uciekłam od ognia. Powiedziałam im, że w środku są ludzie. Pomyślałam, że jeśli będą o tym wiedzieli, dotrą na miejsce szybciej, bo sprawa nabierze wagi. I tak się stało. Kiedy im to powiedziałam, jeden z wozów najechał na samochód i zepchnął go na chodnik. Ludzie, którzy stali przed nim, zrozumieli, co się dzieje, i wysiedli ze swoich aut. Strażacy krzyczeli, że w szkole są uwięzieni ludzie. Usuwaliśmy samochody z drogi. Wszyscy je przepychali, żeby tylko straż mogła dostać się na miejsce.

Widzę, że przeszłość miesza się jej z teraźniejszością – przeżywa to, o czym opowiada; czuje zapachy i słyszy dźwięki: spaliny z silników Diesla, krzyki ludzi i ryk klaksonów, woń spalenizny docierającą już do mostu.

Chciałabym ją wyrwać z tej zadumy, uratować. Mam ochotę zapytać, czy z Roweną wszystko w porządku, bo przecież widziałam ją w izbie przyjęć, gdy szukałam Jenny. Pamiętam też, że mężczyzna w garniturze mówił dziennikarzom, że Rowena również leży w szpitalu. A ja od tamtej pory nawet o niej nie pomyślałam. Lęk o moje dziecko nie pozostawił miejsca dla nikogo więcej.

Dlaczego Rowena jest ranna, skoro widziałam ją bezpieczną, stojącą z Adamem obok posążka?

Wchodzi doktor Bailstrom w swoich czerwonych szpilkach i Maisie musi wyjść. Wydaje mi się, że wycofuje się niechętnie, jakby chciała powiedzieć mi coś więcej.

Jest już późno i tęsknota staje się nieznośna. Za domem. Za własnym łóżkiem. Za życiem – tak bardzo bym chciała, żeby jutro wyglądało jak zwykle.

Dzwonisz do Adama i przez kilka chwil stoję obok, jakby czekając na swoją kolej rozmowy z nim. Potem przysuwam się bliżej, żeby słyszeć jego głos.

– Zostanę na noc z mamą i Jenny. Zobaczę się z tobą, jak tylko będę mógł, dobrze?

Słyszę jego oddech. Krótki i szybki.

– Wszystko w porządku, Ads?

Nadal tylko oddech, przestraszony oddech.

– Musisz być teraz dzielnym żołnierzem, Addie. Proszę.

Powinieneś go poprosić, aby był rycerzem, a nie żołnierzem. On nie chce być żołnierzem.

Nadal się nie odzywa. Słyszę, że jest między wami przepaść, która niegdyś tylko mnie martwiła, lecz teraz – przeraża.

– Zatem dobranoc. Śpij dobrze i pozdrów ode mnie babcię G.

Czuję, że muszę go natychmiast uściskać, poczuć jego ciepłe ciałko, zmierzwić jego miękkie włosy i powiedzieć mu, jak bardzo go kocham.

– Babcia G. na pewno przyprowadzi go jutro do ciebie – mówi Jenny, jakby czytała w moich myślach. – Mnie by się pewnie przestraszył, ale ty wyglądasz w porządku.

Chciałbyś spędzić tę noc przy mnie i równocześnie przy Jenny. Pragnąłbyś się rozdwoić, żeby móc czuwać przy nas obydwu.

Pielęgniarka stara się nakłonić Cię, żebyś położył się do łóżka, które dla Ciebie przygotowano. Mówi Ci, że jestem nieprzytomna i nie zdaję sobie sprawy z tego, że przy mnie jesteś. Jenny też podano zbyt silne środki, aby mogła mieć kontakt z otoczeniem. Kiedy pielęgniarka wygłasza te słowa, Jenny robi głupią minę i wybucham śmiechem. Naprawdę mamy tu mnóstwo okazji do uprawiania farsy i chyba Jenny wreszcie mnie do tego przekona.

Pielęgniarka obiecuje Ci, że jeśli stan Jenny lub mój się pogorszy, natychmiast Cię o tym poinformują.

Mówi też, że żadna z nas nie umrze bez Ciebie.

Może trochę się pospieszyłam z tą farsą.

Nadal nie chcesz się położyć.

– Jest późno, Mike – mówi zdecydowanym głosem Twoja siostra. – Jesteś wykończony. Jutro musisz być w formie. Dla Jenny. I dla Grace.

Zostajemy z Jenny przy Twoim łóżku, które dostałeś w pokoju dla rodziny znajdującym się tuż obok oddziału oparzeniowego. Obserwujemy, jak niespokojnie zasypiasz. Twoje dłonie są napięte.

Jestem myślami przy Adamie leżącym w swoim piętrowym łóżku.

– Wśród całej menażerii jego miękkich zabawek znajduje się kilka lwów – mówię Ci. – Ulubionym lwem jest Aslan. Adam go potrzebuje, żeby zasnąć. Jeśli Aslan spadł z łóżka, musisz go znaleźć. Czasami trzeba odsunąć całe łóżko, bo pluszak wpada za nie.

– Mamo? – przerywa mi Jenny. – Tata śpi.

Rozmawiamy tak, jakbyś mógł mnie słyszeć na jawie. Wzrusza mnie to rozróżnienie.

– A poza tym, na pewno wie o Aslanie – ciągnie.

– Tak myślisz?

– Oczywiście.

Wcale nie jestem tego taka pewna. Uważasz, że lepiej by było, żeby Adam wyrósł już z pluszowych zabawek, bo przecież ma już osiem lat. To nie tak: on ma tylko osiem lat.

– Niedługo znów będziesz mogła układać Adama do snu – stwierdza Jenny. – I znajdziesz Aslana. I w ogóle.

Wyobrażam sobie, jak trzymam Adama za rączkę, gdy odpływa w sen. I w ogóle.

– Tak.

No, oczywiście, że jutro będę w domu. Muszę.

– Czy mogę iść na spacer? – pyta Jenny. – Czuję, że zaczyna mi odwalać.

– Jasne.

Biedna Jenny. Lubi przebywać na świeżym powietrzu, poza budynkami. Jak Ty. Musi się czuć okropnie zamknięta w tym szpitalu.

Jesteśmy sami. Spoglądam na Twoją pogrążoną we śnie twarz.

Pamiętam, jak przyglądałam Ci się, gdy spałeś, krótko po tym, jak zaczęliśmy się spotykać. Przychodził mi wówczas na myśl fragment z Miasteczka Middlemarch. Wiem, to niesprawiedliwe! Mogę go zacytować nawet w tej chwili i nic na to nie poradzisz. Mam na myśli scenę, w której biedna heroina pojmuje, że w głowie jej starego męża są tylko zakurzone korytarze i zatęchłe strychy. Ja wyobrażałam sobie, że w Twojej są łąki i góry, rzeki i prerie – wielkie otwarte przestrzenie, owiane wiatrem pod rozległym nieboskłonem.

Nie powiedziałeś jeszcze, że mnie kochasz. Ale przecież to oczywiste, prawda? Jasne, jak „dwa razy dwa”, co pokazały ostatnie lata. Na początku pisałeś te słowa na zaparowanym lustrze w łazience po tym, jak się goliłeś, żebym mogła przeczytać to wyznanie, gdy przyjdę umyć zęby. Dzwoniłeś do mnie tylko po to, żeby to powiedzieć. Kiedy siadałam przy komputerze, okazywało się, że zmieniłeś wygaszacz ekranu i przewijał się przezeń napis: „Kocham Cię”. Nigdy wcześniej nie robiłeś takich rzeczy dla nikogo i wyglądało to tak, jakbyś stale musiał ćwiczyć.

Wiem, że emocje tak naprawdę nie są przechowywane w sercu. Musi jednak gdzieś w nas istnieć dla nich jakieś miejsce. To miejsce ma poszarpane i ostre krawędzie, dopóki ktoś nas nie pokocha. I wtedy, zupełnie jak szorstki kamień dotykany przez rzesze pielgrzymów, po dziewiętnastu latach owe krawędzie stają się gładkie.

Ktoś właśnie przeszedł obok pokoju. Dostrzegłam to kątem oka za szkłem w drzwiach; przez szparę na dole wpadł cień. Powinnam to sprawdzić.

Jakaś postać idzie spiesznie korytarzem oddziału oparzeniowego. Z jakiegoś powodu myślę sobie, że jest to osoba ze skraju boiska.

Zmierza w stronę sali Jenny.

Wchodzi do środka i przez uchylone drzwi widzę, jak pochyla się nad nią.

Krzyczę, nie wydając z siebie dźwięku.

Widzę pielęgniarkę, która idzie w kierunku sali Jenny. Jej tenisówki wydają piskliwe dźwięki na pokrytej linoleum podłodze, ostrzegając stojącą przy łóżku postać, która ucieka.

Pielęgniarka zagląda do Jenny. Nie dostrzegam żadnych zmian, ale przecież nie znam się na tym, co pokazują monitory. Według mnie nic się nie zmieniło. Pielęgniarka w piszczących tenisówkach sprawdza jedno z urządzeń.

Postać z korytarza zniknęła.

Nie byłam na tyle blisko, by zobaczyć jej twarz; widziałam tylko zarys długiego granatowego płaszcza. Drzwi prowadzące na oddział są zamknięte, więc musiał to być ktoś, kto miał prawo tu wejść. Pewnie jakiś lekarz, a może pielęgniarz kończący zmianę – dlatego nie miał na sobie białego kitla. Może po prostu chciał zajrzeć do Jenny przed pójściem do domu.

Widzę powracającą Jenny i uśmiecham się do niej.

Lecz czuję strach.

Bo kto chodzi w długim ciemnym płaszczu w połowie lipca?

[8] Gatunek sylabicznej poezji japońskiej; początki haiku sięgają okresu Edo (1603–1868).