PotemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4

W dużym szpitalnym holu roiło się od dziennikarzy. Przyciągnęła ich Twoja sława, którą dała Ci seria Wrogie żywioły. „To nie sława, Gracie”, poprawiłeś mnie swego czasu, „tylko swojskość. Jestem jak puszka z pieczoną fasolą”.

W holu pojawił się jakiś elegancko ubrany człowiek i dziennikarze, kręcący się wokół z kamerami i mikrofonami, otoczyli go ciasnym kordonem. Zastanawiałam się, czy Jenny również czuła się zagrożona i bezbronna w tym mrowiu, ale nawet jeśli tak było, nie pokazywała tego po sobie. Zawsze miała w sobie tę Twoją odwagę.

– To będzie tylko krótkie oświadczenie – powiedział ubrany w garnitur mężczyzna, który wydawał się zdenerwowany obecnością dziennikarzy. – Dziś o godzinie piętnastej Grace i Jennifer Covey odniosły poważne obrażenia. Obecnie znajdują się na oddziałach specjalnych, gdzie staramy się im pomóc. Ucierpiała również Rowena White, która została lekko poparzona i zatruła się dymem. W tej chwili nie mamy więcej informacji. Będę wdzięczny, jeśli opuszczą państwo szpital i zaczekają na wieści przed budynkiem.

– Co zapoczątkowało pożar? – zapytał eleganckiego mężczyznę jeden z dziennikarzy.

– To pytanie należy skierować do policji, a nie do nas. Jeśli państwo wybaczą...

Wykrzykiwali pytania za oddalającym się mężczyzną, a my wypatrywałyśmy za szklanymi ścianami holu Ciebie. Szukałam wzrokiem Twojej toyoty prius. Jenny zobaczyła Cię jako pierwsza.

– Jest.

Wysiadałeś z obcego samochodu. Pewnie przywieźli Cię nim z BBC.

Niekiedy, gdy patrzę na Twoją twarz, mam wrażenie, że spoglądam w lustro – znam ja tak dobrze, że stała się częścią mnie. Twój normalny wyraz twarzy skrywała tym razem maska lęku, przez co wyglądałeś dziwnie. Nie zdawałam sobie dotąd sprawy z tego, że prawie zawsze się uśmiechałeś.

Wszedłeś do szpitala. Tak bardzo nie pasowałeś do tego nerwowego, potwornie sterylnego miejsca. Kojarzysz mi się z kuchnią i butelką wina, którą wyjmujesz z lodówki, albo z kolejną ofensywą przeciwko ślimakom w ogrodzie, z wyjściem na kolację ze mną u boku, z narzekaniem na korki uliczne i z wychwalaniem nawigacji satelitarnej. Twoje miejsce znajduje się na kanapie obok mnie i po prawej stronie łóżka, w którym nocą powoli przysuwasz się coraz bliżej. Nawet gdy telewizja pokazywała jakiś film z Tobą, nakręcony w dżungli gdzieś na końcu świata, ja i dzieciaki oglądaliśmy Cię wciśnięci w naszą miękką kanapę; swojskość zawsze łagodziła nieco obcość.

Nie pasowałeś tutaj.

Jenny podbiegła do Ciebie i objęła Cię, ale nie wiedziałeś, że ona tam jest, i pędziłeś dalej, prawie biegiem, wprost do recepcji. Z powodu szoku Twój chód był bardzo nerwowy.

– Podobno są tu moja żona i córka. Grace i Jenny Covey.

Recepcjonistka potrzebowała chwili na reakcję; pewnie widziała Cię kiedyś w telewizji. Spojrzała na Ciebie ze współczuciem.

– Wezwę doktora Gawande. Natychmiast do pana przyjdzie.

Bębniłeś palcami w blat i rozglądałeś się wkoło niczym zwierzę zagonione do narożnika.

Dziennikarze jeszcze Cię nie dostrzegli. Może zmyliła ich maska na Twojej twarzy. I wtedy podeszła do Ciebie Tara, moja upiorna koleżanka z „Richmont Post”. I gdy już stała obok, uśmiechnęła się. Uśmiechnęła!

– Tara Connor. Pracuję z pańską żoną.

Zignorowałeś ją. Wciąż się rozglądałeś i zauważyłeś młodego lekarza idącego spiesznie w Twoim kierunku.

– Doktor Gawande? – zapytałeś.

– Tak.

– Jak one się czują? – Twój cichy głos był w istocie krzykiem.

Inni dziennikarze też Cię rozpoznali i zaczęli iść w Twoim kierunku.

– Konsultanci będą w stanie przedstawić panu pełniejszy obraz sytuacji – odparł doktor Gawande. – Żonę zabrano na rezonans magnetyczny. Po badaniu trafi z powrotem na oddział neurologii. Córkę przewieziono na oddział oparzeniowy.

– Chcę je zobaczyć.

– Naturalnie. Najpierw zabiorę pana do córki. Żonę będzie pan mógł odwiedzić, gdy tylko zakończy się badanie, czyli mniej więcej za dwadzieścia minut.

Gdy wychodziłeś z holu za młodym lekarzem, dziennikarze zatrzymali się, okazując Ci niespodziewane współczucie. Jedynie Tara bezczelnie szła za Tobą.

– Co pan myśli o Silasie Hymanie?

Jej pytanie dotarło do Ciebie i odwróciłeś się na krótką chwilę w jej stronę, po czym szybko odszedłeś.

Młody lekarz przeprowadził Cię przez poradnię ambulatoryjną, która była już pusta. Zgaszono światła, tylko w jednym pomieszczeniu zostawiono włączony telewizor. Zatrzymałeś się na moment.

Dziennikarz z BBC News 24 stał przed bramą szkoły. Za nim widać było szczątki budynku; osmalone ramy okienne stanowiły oprawę dla obrazów zniszczenia jego wnętrza. Przyjazna fasada, która nierozerwalnie kojarzyła mi się z ciepłą dłonią Adama w mojej o poranku i widokiem jego uśmiechniętej buzi, gdy z ulgą wybiegał ze szkoły na koniec dnia, została brutalnie zmasakrowana.

Wyglądałeś na zszokowanego i wiedziałam, co czułeś, ponieważ ja czułam to samo, gdy dywan topił się pod moimi dłońmi, a wokół waliły się ściany: skoro ogień był w stanie strawić nawet cegły, jak bardzo mógł zniszczyć ciało dziewczyny?

– Jak się stamtąd wydostałyśmy? – zapytała Jenny.

– Nie wiem.

Dziennikarz w telewizji podawał fakty, ale zdumiona obrazem na ekranie usłyszałam tylko fragmenty jego wypowiedzi. Nie sądzę, żebyś Ty tego słuchał. Wpatrywałeś się tylko w martwą szkołę.

– ...prywatna szkoła w zachodnim Londynie... przyczyny jeszcze nie znamy. Na szczęście większość dzieci brała udział w zawodach sportowych. W przeciwnym razie rannych i zabitych... służby ratownicze nie mogły dotrzeć na miejsce, ponieważ rodzice... Wyjaśnienia wymaga przybycie prasy przed pojawieniem się strażaków...

Na ekranie pojawiła się pani Healey i operator skupił się na niej, oszczędzając nam widoku szkoły w tle.

– Godzinę temu – ciągnął dziennikarz – rozmawiałem z Sally Healey, dyrektorką szkoły podstawowej Sidley House.

Poszedłeś dalej z młodym lekarzem, a Jenny i ja zostałyśmy jeszcze chwilę, żeby obejrzeć Sally Healey. Wyglądała nieskazitelnie w różowej lnianej bluzce i kremowych spodniach, od czasu do czasu pokazywała zadbane paznokcie. Zauważyłam, że miała nienaganny makijaż – pewnie zdążyła go poprawić.

– Czy w szkole były jakieś dzieci, gdy wybuchł pożar? – zapytał dziennikarz.

– Tak, ale nie ucierpiał żaden z uczniów, co chciałabym podkreślić.

– Nie do wiary, że się umalowała – zauważyła Jenny.

– Jest jak te francuskie parlamentarzystki – odparłam. – Noszą błyszczyk razem z dokumentami wagi państwowej. Makijaż jest ich bronią w obliczu przeciwności.

Jenny uśmiechnęła się. Moja słodka, dzielna dziewczynka.

– W chwili, gdy pojawił się ogień, w szkole przebywało dwadzieścioro dzieci z zerówki – ciągnęła Sally Healey. – Ich klasa znajduje się na parterze.

Mówiła głosem znanym nam z apeli: zdecydowanym, ale przystępnym.

– Wszystkie nasze dzieci, także i ta klasa, ćwiczyły ewakuację na wypadek pożaru. Udało się wyprowadzić maluchy z budynku w niecałe trzy minuty. Na szczęście druga grupa zerówki wybrała się na kończący semestr piknik w Kew Gardens.

– Ktoś jednak poważnie ucierpiał, prawda? – dopytywał się dziennikarz.

– Nie mogę tego komentować, przykro mi.

Byłam zadowolona z tego, że nie zamierzała mówić o mnie i o Jenny. Nie byłam pewna, czy naprawdę nic nie wiedziała, czy celowo zachowywała dyskrecję, czy też usiłowała nie wychylać się zza swej różowo-lnianej fasady i upartego twierdzenia, że wszystko przebiegało zgodnie z planem.

– Domyśla się pani, jaka była przyczyna pożaru?

– Jeszcze nic nie wiemy. Zapewniam jednak, że posiadaliśmy wszelkie możliwe zabezpieczenia. Nasze czujniki podwyższonej temperatury i dymu mają bezpośrednie połączenie ze strażą pożarną i...

Dziennikarz przerwał jej w pół słowa.

– Wozy strażackie nie mogły dojechać do szkoły.

– Nie wiem, jak organizowany jest ich dojazd do szkoły. Wiem tylko, że alarm dotarł do nich natychmiast. Dwa tygodnie temu byli u nas strażacy, którzy rozmawiali z uczniami pierwszej klasy i pozwolili im obejrzeć wóz. Nikt z nas nie sądził, że...

Głos się jej załamał. Błyszczyk i ton z apeli nie sprawdzały się. Zaczynała się rozpadać pod tą starannie wypracowaną fasadą. Spodobało mi się to.

Dogoniłyśmy Cię w korytarzu prowadzącym na oddział oparzeniowy. Widziałam, że jesteś spięty i starałeś się jakoś przygotować, ale wiedziałam, że nic nie jest w stanie przygotować Cię na to, co miałeś zobaczyć w środku. Poczułam, że Jenny się cofnęła.

– Nie chcę tam wchodzić.

– Jasne. Rozumiem.

Przeszedłeś przez wahadłowe drzwi razem z młodym lekarzem.

– Powinnaś być przy tacie – zauważyła Jenny.

– Ale...

– Na jakimś poziomie będzie wiedział, że jesteś obok.

– Nie chcę cię tu zostawiać samej.

– Nie potrzebuję opiekunki, naprawdę. To ja pracuję jako opiekunka, pamiętasz? Poza tym musisz mnie poinformować o moich postępach. Lub ich braku.

– Dobra. Zaraz wrócę. Tylko nigdzie nie odchodź.

Nie zniosłabym ponownych poszukiwań.

– W porządku. I nie będę rozmawiała z nieznajomymi, słowo.

Dołączyłam do Ciebie, gdy wprowadzono Cię do małego gabinetu. Byłam im wdzięczna za to, że robią to etapami. Lekarz podał Ci rękę. Pomyślałam, że wygląda niemal nieprzyzwoicie zdrowo – jego brązowa skóra odcinała się od białych ścian gabinetu, a ciemne oczy lśniły.

– Doktor Sandhu. Jestem odpowiedzialny za opiekę nad pańską córką.

Zauważyłam, że gdy uścisnął Ci dłoń, drugą poklepał Cię po ramieniu. Zorientowałam się po tym, że też jest ojcem.

 

– Proszę wejść. I usiąść. Pan usiądzie...

Stałeś jak zawsze, gdy jesteś spięty. Kiedyś powiedziałeś mi, że to atawizm, zwierzęcy pierwiastek – jesteś gotów do natychmiastowej walki lub ucieczki. Aż do tej pory tego nie rozumiałam. Dokąd jednak moglibyśmy uciekać i z kim walczyć? Przecież nie z doktorem Sandhu o błyszczących oczach i łagodnie zdecydowanym głosie.

– Zacznę od tego, co jest pozytywne – powiedział, a Ty przytaknąłeś mu żarliwie; mówił w Twoim stylu. „Bez względu na to, jak surowe jest dane środowisko”, mawiasz w jakiejś zapadłej dziurze, „zawsze można znaleźć strategię pozwalającą przetrwać”.

Lecz Ty jej jeszcze nie widziałeś, w przeciwieństwie do mnie. Przypuszczałam, że „zaczynanie od tego, co jest pozytywne” oznaczało ułożenie kilku miękkich poduch na dnie przepaści, do której za chwilę oboje mieliśmy zostać zepchnięci.

– Pańska córka osiągnęła jedną z najtrudniejszych rzeczy – ciągnął doktor Sandhu. – Otóż uszła z takiego pożaru z życiem. Na pewno cechuje ją silny charakter i hart ducha.

– Owszem – odpowiedziałeś z dumą.

– To zwiększa jej szanse, ponieważ to jej wewnętrzna walka zaważy o wszystkim.

Oderwałam wzrok od lekarza i spojrzałam na Ciebie. Zmarszczki od śmiechu wokół oczu nadal były na miejscu, zbyt głęboko wyrzeźbione przez dawne szczęście, by mogły je zmazać obecne wydarzenia.

– Muszę być z panem szczery. Nie będzie pan w stanie zrozumieć naszego żargonu medycznego, więc ujmę to prościej. Będziemy mogli porozmawiać... na pewno jeszcze porozmawiamy.

Dostrzegłam, jak drgnęła Ci noga, jakbyś walczył z odruchem ucieczki. Musieliśmy jednak słuchać.

– Jennifer odniosła poważne obrażenia cała, w tym również twarzy. Ze względu na poparzenia, przyjrzeliśmy się uważnie jej narządom wewnętrznym. Ucierpiała również z powodu wdychania dymu. To oznacza, że drogi oddechowe, a także część jej płuc, są poparzone i nie funkcjonują.

A więc ma też obrażenia wewnętrzne.

Również.

– Obawiam się, że w tej chwili mogę panu powiedzieć, że ma mniej niż pięćdziesiąt procent szans na przeżycie.

Krzyknęłam do doktora:

– Nie!

Mój krzyk nawet nie poruszył powietrza.

Objęłam Cię, bo potrzebowałam Twojej bliskości. Odwróciłeś się lekko w moją stronę, jakbyś mnie poczuł.

– Podaliśmy jej silne środki uspokajające, żeby nie odczuwała bólu. Jest też podłączona do respiratora. Mamy tu wysoce wyspecjalizowany zespół, który zrobi wszystko, co tylko można.

– Chcę ją zobaczyć – powiedziałeś głosem, którego nie rozpoznałam.

Stałam blisko Ciebie, gdy na nią patrzyliśmy.

Robiliśmy tak, kiedy była mała i wracaliśmy z przyjęcia. Szliśmy do jej pokoju i patrzyliśmy na nią, śpiącą – delikatne różowe stópki wystawały spod bawełnianej koszuli nocnej, jedwabiste włosy oplatały uniesione rączki, które jeszcze nie sięgały nad główkę. „To my ją poczęliśmy”, myśleliśmy. Udało nam się sprowadzić na świat to cudowne dziecko. Mawiałeś wówczas, że to są nasze „czekoladowe chwile” wynagradzające nam zarwane noce, wyczerpanie i wojnę o kiełki brokułu[4]. Potem każde z nas tuliło ją lub całowało i – przyznaję – z uczuciem dumy i zadowolenia szliśmy do naszego pokoju.

Ucieszyłam się, że na twarzy miała już opatrunek i nie musiałeś jej oglądać. Widać było tylko opuchnięte powieki i spalone usta. Poparzone kończyny wsunięto w jakiś plastik.

Gdy tak na nią patrzyliśmy, zdanie wypowiedziane przez doktora Sandhu wiło się w nas jak wąż: „Ma mniej niż pięćdziesiąt procent szans na przeżycie”.

Wtem wyprostowałeś się i powiedziałeś mocnym głosem:

– Wszystko będzie dobrze, Jen, obiecuję. Poczujesz się lepiej.

Przysięga. Jako ojciec masz ją chronić. A gdy Ci się nie udało, postarasz się, żeby było lepiej.

Doktor Sandhu opowiedział nam o kroplówkach, monitorach i opatrunkach, i, choć nie było to jego zamiarem, szybko stało się jasne, że jeśli Jenny poczuje się lepiej, to nie dzięki Tobie, lecz dzięki niemu.

Nie poddasz się tak łatwo. Nie przekażesz komuś tak po prostu władzy nad swoją córką. Zadawałeś więc pytania o to, za co dokładnie odpowiada ta rura? A tamta? Do czego to służy? Uczyłeś się żargonu, techniki. Teraz to był świat Twojej córki, a więc i Twój, zatem musiałeś poznać rządzące nim zasady i opanować je. Jesteś człowiekiem, który rozebrał silnik samochodu w wieku szesnastu lat i złożył go z powrotem, posiłkując się podręcznikiem użytkownika – musisz wiedzieć dokładnie, czemu ufasz.

W wieku szesnastu lat czytałam George’a Eliota; równie bezużyteczna lektura, jak podręcznik użytkowania silnika.

– Jak rozległe będą blizny? – zapytałeś.

Twój optymizm był wspaniały! Odwaga w obliczu tego wszystkiego – cudowna. Wiedziałam, że guzik Cię obchodziło, jak będzie wyglądała, skoro nie było wiadomo, czy przeżyje. Zadałeś to pytanie po to, by pokazać, iż wierzysz, że Jenny będzie żyć, a problem blizn ma wymiar rzeczywisty, ponieważ pewnego dnia ona znowu stanie przed światem.

Zawsze byłeś optymistą, a ja pesymistką („pragmatyczką”, poprawiałam Cię). Teraz jednak Twój optymizm był boją, której się trzymałam.

Doktor Sandhu, uprzejmy człowiek, gdy udzielał odpowiedzi, nie wspomniał ani słowem o beznadziejności Twojego pytania.

– Doznała poparzeń drugiego stopnia. Takie poparzenia mogą być albo powierzchowne, co oznacza, że dopływ krwi jest niezaburzony i skóra będzie się goić, albo głębokie, a wówczas blizny są nieuniknione. Niestety dopiero po kilku dniach zdołamy określić, który to rodzaj poparzeń.

Weszła pielęgniarka.

– Szykujemy dla pana pokój na noc. Żonę przywieziono już na oddział neurologii, który znajduje się po drodze.

– Mogę ją teraz zobaczyć?

– Wskażę panu drogę.

Jenny czekała na mnie w korytarzu.

– I...?

– Wszystko będzie dobrze. Masz przed sobą długą drogę, ale wydobrzejesz.

Nadal trwałam przy Twoim optymizmie. Nie potrafiłabym jej przekazać słów doktora Sandhu.

– Nie wiedzą jeszcze nic o bliznach – ciągnęłam. – Jeśli poparzenia są głębokie, blizny zostaną.

– Ale może ich nie być? – zapytała z nadzieją w głosie.

– Tak.

– Bałam się, że będę tak wyglądała już zawsze – w jej tonie wyczuwałam niemal euforię. – No, może nie tak źle, ale jak maska na Halloween. Więc naprawdę może ich nie być?

– Tak powiedział lekarz.

Na jej twarzy pojawiła się ulga; promieniała.

Wpatrując się we mnie, nie zauważyła, że wyszedłeś z oddziału oparzeniowego. Odwróciłeś się w stronę ściany i uderzyłeś w nią dłońmi, jakbyś w ten sposób chciał wyrzucić z siebie to, co usłyszałeś i zobaczyłeś. Wiedziałam, jak wysoką cenę płaciłeś za swoją nadzieję, ile wymagała ona odwagi i wysiłku. Jenny tego nie widziała.

Usłyszałyśmy kroki w korytarzu.

To Twoja siostra biegła do Ciebie. Policyjne radio syczało na pasku u jej boku.

Od razu poczułam się gorsza. Gdyby pies Pawłowa miał taką bratową jak Sara, podobną reakcję emocjonalną uznano by za odruch bezwarunkowy. Wiem, to nie jest w porządku. Lecz takie „kolczaste” uczucia trochę mnie uodparniają. Przecież to nie jest aż takie zaskakujące, prawda? Ta kobieta była w Twoim życiu najważniejsza, odkąd skończyłeś dziesięć lat i zanim poznałeś mnie. Bratowa i teściowa zlały się w jedno. Nic dziwnego, że mnie onieśmielała.

Brakowało jej tchu.

– Byłam u Barnesa, zajmowałam się ich narkotykami... Na Boga! Przecież to bez znaczenia, gdzie byłam. Tak mi przykro, Mikey.

Zwróciła się do Ciebie, używając tego dziecinnego zdrobnienia. Kiedy użyła go ostatnio?

Objęła Cię mocno.

Przez chwilę nic nie mówiła. Zobaczyłam, jak twarz jej tężeje i szykuje się, by coś Ci powiedzieć.

– To było podpalenie.

[4] Nawiązanie do sprawy z 2000 roku, ciągnącej się ponad dwa lata w USA, w której All Greg Lynn z Harmony Farms spierał się z naukowcami z Uniwersytetu Johna Hopkinsa, którzy odkryli, że w kiełkach brokułu znajduje się często duża ilość substancji SGS mającej działanie przeciwrakowe. Produkcję kiełków zawierających szczególnie wysokie stężenie tego związku opatentowano, a wyłączne prawo do korzystania z patentu uzyskała firma Brassica Protection Products. Firma Harmony Farms produkowała kiełki z nasion wykorzystywanych przez Brassica Protection Products, przy czym Lynn nie informował klientów, że sprzedaje produkt przeciwrakowy, a poza tym twierdził, że nie można opatentować daru natury.

ROZDZIAŁ 5

Każde słowo Sary było ostrzem, które musieliśmy przełknąć, niczym cyrkowi połykacze noży.

Ktoś zrobił to celowo. Mój Boże. Celowo.

– Ale dlaczego? – zapytała Jenny.

Gdy miała cztery latka, ochrzciliśmy ją mianem „ptaszka czemu?-czemu?”.

„Dlaczego księżyc na nas nie spada?”, „Czemu jestem dziewczynką, a nie chłopcem?”, „Czemu Mowgli je mrówki?”, „Dlaczego dziadek nie może wyzdrowieć?”. (Odpowiedzi: „Dzięki grawitacji”, „Sprawa genów”, „Są pikantne i pożywne”. Pod koniec dnia byliśmy wyczerpani: „Tak to już jest, kochanie”. Marna to odpowiedź, ale jednak odpowiedź).

Tym razem nie było odpowiedzi.

– Pamiętasz cokolwiek, Jen? – spytałam.

– Nie. Pamiętam tylko, że o trzynastej trzydzieści Ivo przysłał mi odpowiedź. To wszystko. Nie pamiętam nic, co działo się później. Zupełnie nic.

Sara dotknęła delikatnie Twojego ramienia. Drgnąłeś.

– Ktokolwiek to zrobił, zabiję go.

Nigdy nie widziałam Cię tak wściekłego. Wyglądałeś, jakbyś walczył o przetrwanie. Cieszyła mnie ta Twoja złość; przyjąłeś złowieszczą informację z podniesionym czołem, gotów do walki.

– Teraz muszę zobaczyć Grace. A potem powiesz mi wszystko, co wiesz. Ale dopiero potem. Wszystko.

Pobiegłam do sali, w której leżało moje ciało, bo chciałam dowiedzieć się przed Tobą, w jakim byłam stanie. Zupełnie, jakbym mogła Cię jakoś przygotować na mój widok.

Do mojego ciała podłączono już przeróżne tuby i monitory, ale oddychałam bez żadnego sprzętu i pomyślałam, że to dobry znak. Owszem, byłam nieprzytomna, ale wydawałam się prawie nietknięta, z wyjątkiem schludnie opatrzonej rany na głowie. Może nie było aż tak źle.

– Będę na zewnątrz – powiedziała Jenny.

Nigdy wcześniej nie zapewniała nam poczucia prywatności. Zdaje się, że nigdy nie przyszło jej do głowy, że moglibyśmy tego potrzebować. To Adam wybiega z kuchni, gdy się obejmujemy i całujemy: „Ale się migdalicie. Fe!”. Radar Jenny nie wykrywał żadnej namiętności rodziców. Może, jak wszystkie nastolatki, myśli, że żar między jej rodzicami już dawno wygasł, podczas gdy one same właśnie go odkrywają i zawłaszczają dla siebie. Wzruszyła mnie.

Czekałam na Ciebie, wsłuchując się w odgłosy wózków, pikające urządzenia i miękkie kroki pielęgniarek w tenisówkach. Chciałam usłyszeć twoje kroki. Twój głos.

Mijały sekundy. Potrzebowałam Twojej bliskości. W tej chwili. Proszę!

I wtedy dostrzegłam Cię, jak biegłeś po śliskim linoleum w kierunku mojego łóżka. Pielęgniarka odepchnęła wózek stojący Ci na drodze.

Objąłeś mnie swoimi silnymi ramionami i mocno tuliłeś. Twoja koszula z miękkiego lnu, zakładana na specjalne okazje, zetknęła się z moją szorstką szpitalną koszulą. Na chwilę salę wypełnił zapach persilu i Ciebie; zniknęła szpitalna woń.

Pocałowałeś mnie. Raz w usta i po razie w każdą z zamkniętych powiek. Pomyślałam, że jak w pewnej bajce o królewnie w starej książeczce Jenny, Twoje trzy pocałunki złamią zaklęcie, a ja się obudzę i poczuję Twój pocałunek – o tej porze dnia Twój zarost już mnie drapie.

Wygląda jednak na to, że trzydzieści dziewięć lat to trochę za dużo dla śpiącej królewny.

I być może walnięcia w głowę nie da się cofnąć tak łatwo, jak zaklęcia czarownicy.

Nagle przypomniałam sobie – jak mogłam zapomnieć nawet na czas tych trzech pocałunków?! – że na zewnątrz czeka na mnie Jenny.

Wiedziałam, że nie mogę się obudzić, nie wolno mi nawet próbować, jeszcze nie, ponieważ nie mogłam jej zostawić samej.

Rozumiesz to, prawda? Twoim zadaniem jako ojca jest chronienie dziecka i doprowadzanie go do porządku, gdy coś mu się stanie, a moim jako matki jest być przy nim.

– Moja dzielna żona – powiedziałeś.

Nazwałeś mnie tak samo, gdy urodziłam Jenny. Wtedy czułam się taka dumna, zupełnie jakbym przestała być zwykłą sobą i co najmniej zjechała na linie z Księżyca.

 

Tym razem nie zasługiwałam na te słowa.

– Nie dotarłam do niej na czas – odrzekłam, a w moim głosie pobrzmiewało poczucie winy. – Powinnam była wcześniej się zorientować, że coś jest nie tak. Powinnam była być przy niej wcześniej.

Nie słyszałeś mnie.

Milczeliśmy. Kiedy to ostatnio milczeliśmy w swoim towarzystwie?

– Co się stało? – zapytałeś, a głos Ci się łamał, jakbyś powrócił do czasów bycia nastolatkiem. – Co się, do diabła, stało?

Jakby zrozumienie tej sytuacji mogło cokolwiek zmienić.


Masz zamknięte oczy, jakbyś w ten sposób chciał i mógł się ze mną połączyć. Opowiedziałam Ci o wszystkim, o czym wiedziałam.

Naturalnie, nie mogłeś mnie słyszeć.

„Więc po co to?”, słyszę apodyktyczny głos niańki. „To strata czasu. Nie warto zdzierać gardła!”. Psycholog poznawczy na pewno kazałby mi się z nią pożegnać, ale ja się do niej przyzwyczaiłam, a poza tym uważam, że matka powinna mieć kogoś, kto nią rządzi, żeby wiedziała, jak to jest.

No i ma rację, prawda?

Po co mam do Ciebie mówić, skoro mnie nie słyszysz?

W wypowiedzianych słowach jest tlen: powietrze, którym oddycha małżeństwo. Rozmawiamy ze sobą od dziewiętnastu lat. Czułabym się samotna, gdybym z Tobą nie rozmawiała. Tak więc żaden psychoterapeuta na świecie, bez względu na to, jaką kierowałby się logiką, nie zdoła mnie powstrzymać.

Jakaś lekarka zmierza w naszą stronę. Czuję się bezpieczniej, widząc, że jest po pięćdziesiątce i że bije od niej aura profesjonalizmu. Do praktycznej granatowej spódnicy założyła czerwone spiczaste szpilki. Wiem, to głupiutkie spostrzeżenie. Patrzysz na plakietkę z jej nazwiskiem i stopniem naukowym – to są ważne rzeczy.

– Doktor Anna-Maria Bailstrom. Neurolog. Konsultantka.

Czy to Anna-Maria kazała jej założyć te czerwone buty?

– Myślałem, że będzie wyglądała gorzej – mówisz do doktor Bailstrom, neurolog i konsultantki. – Prawie nie doznała obrażeń. No i oddycha samodzielnie.

Nawlekasz słowa na nić poczucia ulgi.

– Obawiam się, że uraz głowy jest poważny. Strażak poinformował nas, że spadł na nią kawałek sufitu.

Słowa doktor Bailstrom są nanizane na nić napięcia.

– Jej źrenice nie reagują jednakowo. Poza tym żona nie reaguje na bodźce – ciągnie, a jej głos jest napięty jak struna. – Rezonans magnetyczny, który jeszcze powtórzymy, wykazuje znaczące uszkodzenie mózgu.

– Dojdzie do siebie – Twój głos brzmi żarliwie. Splatasz mocno swoje palce z moimi. – Wszystko będzie dobrze, kochanie.

Oczywiście! Mogę z pamięci cytować średniowieczną poezję i opowiedzieć coś o Bracie Anielskim[5], reformach systemu zdrowia Obamy lub bohaterach serii Beast Quest. Jak wielu ludzi to potrafi? Nawet moja apodyktyczna niańka nadal jest na swoim miejscu, w swoim środowisku. Myśląca część mnie przebywa nie w ciele, lecz tutaj, Kochany. Mój umysł nie ucierpiał.

– Muszę pana ostrzec. Istnieje prawdopodobieństwo, że żona nigdy nie odzyska świadomości.

Odwracasz się od niej i Twoje ciało krzyczy: „Bzdura!”.

Sądzę, że masz rację. Jestem pewna, że gdybym się postarała, mogłabym wrócić do swojego ciała. A wtedy, może nie od razu, ale wkrótce, obudziłabym się. Odzyskałabym świadomość, jeśli ująć to słowami doktor Bailstrom.

Lekarka wychodzi. Stąpa niepewnie w swoich czerwonych szpilkach po śliskim linoleum. Pewnie chce dać Ci trochę czasu na oswojenie się ze złymi wiadomościami. Mój ojciec, który był lekarzem pierwszego kontaktu, głęboko wierzył w sens tej procedury.

Mówię za dużo. Problem z przebywaniem poza ciałem polega na tym, że nie trzeba brać wdechu przed wygłoszeniem kolejnego zdania i przez to w wypowiedzi brakuje naturalnych pauz.

A Ty jesteś taki milczący. Chyba przestałeś ze mną w ogóle rozmawiać. Boję się, że krzyczę na Ciebie.

– Jenny odniosła poważne obrażenia, skarbie – mówisz. Moja obawa znika zastąpiona przez współczucie dla Ciebie. Opowiadasz, że będzie z nią dobrze. I ze mną też. Znowu będziemy „zdrowe jak ryby”.

Kiedy tak mówisz, patrzę na Twoje ramiona; mocne ramiona, które przed laty przeniosły na raz trzy wielkie pudła z książkami z parteru akademika do mojego pokoju na ostatnim piętrze. A we wtorek wniosły nową komodę do sypialni Jenny na piętrze.

Czy Twój charakter jest równie silny? Czy naprawdę można być tak dzielnym, jak Ty w tej chwili? Czy można mieć w sobie tyle nadziei?

Opowiadasz o wakacjach, jakie sobie zorganizujemy, gdy będzie już „po wszystkim”.

– Pojedziemy na Skye[6]. Pod namioty. Adam będzie zachwycony. Będziemy palić ogniska i łowić ryby na kolację. Jenny i ja zdobędziemy góry Cuillin. Addie zdoła wejść w niższe partie. Będziesz mogła zabrać ze sobą masę książek i czytać nad wodą. Co ty na to?

To mi wygląda na raj na ziemi, o którego istnieniu nie wiedziałam.

Podczas gdy ja chodzę z głową w chmurach, Ty wspinasz się na góry, by robić to samo.

Podobnie jak przy łóżku Jenny, przywieram do Twojej nadziei. Pozwalam jej się ponieść.

W przeciwległym końcu sali widzę Sarę. Rozmawia przez telefon. Zabiegana, skuteczna Sara. Gdy nas sobie przedstawiłeś, miałam wrażenie, że jestem na przesłuchaniu, bo zrobiłam coś złego. Tylko co? Popełniłam przestępstwo zakochania się w Tobie i próbowałam Cię zabrać? A może jeszcze gorzej – oszukiwałam w kwestii moich uczuć i nie kochałam Cię wystarczająco mocno? A może – i tę wersję wybrałam – nie byłam Ciebie godna; nie byłam tak interesująca, piękna i niezwykła jak powinnam, skoro zamierzałam zawłaszczyć jej brata i dołączyć do waszego klanu.

Już wcześniej miałam wrażenie, że pływam pontonem w stawie z kaczkami, podczas gdy ona ma wytyczony kurs, którym mknie wprost ku jasno określonemu celowi. I oto jestem tu, leżę na szpitalnym łóżku i nie jestem w stanie mówić, widzieć lub poruszyć się, nie wspominając już o niesieniu pomocy Tobie, Jenny lub Adamowi; moja głowa jest częściowo ogolona i jestem ubrana w szkaradną szpitalną koszulę. A Sara wpłynęła tu, jak zawsze kompetentna i sprawna.

Mój wewnętrzny głos byłby o wiele szczęśliwszy, gdybym bardziej przypominała Sarę. Zapewniłeś mnie, że Ciebie by to nie uszczęśliwiło.

Sarze towarzyszy pielęgniarka i dyskutują przy telefonie. Twoja siostra macha legitymacją policyjną, ale pielęgniarka jest niewzruszona i Sara wychodzi. Zauważasz ją w tym momencie, ale zostajesz ze mną.

Wracamy do tematu wyjazdu na Skye – ku błękitnemu niebu, spokojnej szaroniebieskiej wodzie i majestatycznym szaroniebieskim górom, których delikatne kolory są tak do siebie podobne, że niemal nie do odróżnienia. Wracamy do Jenny i Adama, Ciebie i mnie, też zlewających się ze sobą nie do odróżnienia. Do rodziny.

Wychodzimy z mojej sali i porzucamy piękną wyspę Skye. Zauważam czekającą na mnie Jenny.

– Co się z tobą dzieje? – pyta mnie zalęknionym głosem.

– Robią mi różne badania i w ogóle.

Zrozumiałam, że nie zapewniła nam prywatności ze względów romantycznych, ale medycznych; postąpiła tak, jak ja, gdy idę z nią na wizytę do lekarza pierwszego kontaktu.

– I to wszystko?

– Na razie tak. Z grubsza.

Nie wypytuje mnie bardziej szczegółowo – wydaje mi się, że boi się dowiedzieć więcej.

– Ciocia Sara jest w pokoju dla rodziny – informuje mnie. – Rozmawiała z kimś z komisariatu. To zabawne, ale miałam wrażenie, że wie o mojej obecności. Zerkała w moją stronę. Zupełnie, jakby mnie dostrzegła.

To by dopiero było ziszczenie się prawa Murphy’ego, gdyby jedyną osobą, która podejrzewałaby naszą obecność, była właśnie Twoja siostra.

Jest już pewnie późny wieczór. Ktoś – kto? – przyniósł do pokoju dla rodziny szczoteczkę do zębów i piżamę dla Ciebie, i ułożył je ładnie na skraju łóżka.

Sara wyłącza telefon, gdy Cię zauważa.

– Adam jest u kolegi ze szkoły – mówi. – Georgina jest w drodze z Oxfordshire i odbierze go. Pomyślałam sobie, że najlepiej będzie, jeśli położy się spać we własnym łóżku, a z mamą Grace jest szczególnie związany, prawda?

W całym tym zamieszaniu Sara znalazła czas, by pomyśleć o Adamie. Była na tyle uprzejma, by się nim przejąć. Nigdy dotąd nie byłam jej za nic wdzięczna.

Ty nie możesz zaprosić Adama na pokład – nie, gdy Jenny i ja już Cię tak bardzo obciążamy.

– Rozmawiałaś z policją? – pytasz.

Potakuje i czekasz, by coś powiedziała.

– Zbieramy zeznania. Będą mnie informować na bieżąco. Wiedzą, że ucierpiała moja siostrzenica. Straż pożarna bada na miejscu przyczyny wybuchu pożaru.