Zadra

Tekst
Z serii: Bernard Gross #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zadra
Zadra
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Zadra
Audio
Zadra
Audiobook
Czyta Piotr Grabowski
36,90  26,94 
Szczegóły
Zadra
Zadra
E-book
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Trudna sprawa – stwierdziła Raszeja.

– Jak sądzisz, dlaczego to zrobił?

– Pytasz o samobójstwo? – Sięgnęła po papierosa i zaciągnęła się dymem.

– Nie.

– A, o to. – Uniosła brwi i się zamyśliła. – Rzeczywiście dziwne.

Wypuściwszy dym, odchyliła się na oparcie fotela i przymknęła oczy. Żółtymi od tytoniu palcami strzepnęła do popielniczki długi ogonek siwego popiołu.

– Widziałam już wisielców, którzy zanim się powiesili, krępowali sobie ręce – dodała. – Ale rzeczywiście pierwszy raz spotykam się z tym, żeby ktoś zrobił to przy pomocy opasek samozaciskowych.

Gross przypomniał sobie to, co niedawno zobaczył, zanim Raszeja przecięła ubrania i odsłoniła gnijące w nich kończyny górne pozbawione dłoni. Przyjrzeli się wtedy zakończeniom kości łokciowej i promieniowej.

– Nie widać żadnych śladów cięć – powiedziała, pochylając się nad szczątkami ze szkłem powiększającym. – Wszystko wskazuje na to, że dłonie odpadły same w wyniku przegnicia stawów i tkanki chrzęstnej. Podobnie głowa.

Spojrzała jeszcze do papierowej koperty i wysypała do stalowej nerki trzy odnalezione w leśnym poszyciu, pod zwłokami, niewielkie kości. Nieprzyjemnie głośno zagrzechotały w naczyniu.

– Kość trójgraniasta lewego nadgarstka – stwierdziła, biorąc w szczypce jedną z nich i odkładając na bok. Potem to samo zrobiła z drugą i trzecią. – Tu mamy kość łódeczkowatą i główkowatą, ale prawej dłoni.

Gross ocknął się ze wspomnienia i znowu spojrzał na lekarkę.

– Ciągle myślę o tych opaskach – stwierdził.

Raszeja przekrzywiła głowę i zaciągnęła się ponownie. Delikatne smugi dymu przysłoniły jej twarz.

– Zrobicie badania i wszystko będzie jasne. Jeśli odnajdziecie na nich ślady naskórka, a nie wątpię, że tak właśnie będzie, to przestaniesz się zadręczać.

– Ale wciąż dziwi mnie jedno.

– Co takiego?

– Sznur pozostał w bruździe wisielczej, a opaski odpadły od ciała – odparł.

Raszeja pokiwała głową i w ciszy wypaliła papierosa.

– To może zacznijmy od początku – zaproponowała, zgniatając peta w popielniczce. – Po stanie rozkładu kończyn górnych i jednej dolnej uznałabym, że śmierć mężczyzny nastąpiła około dwóch tygodni temu. Odnaleziona kość udowa i czaszka należą do tych samych zwłok, ale w tym wypadku poczekajmy na badania porównawcze DNA z materiałem genetycznym ściągniętym przez waszych ludzi ze szczoteczki do zębów i bielizny pościelowej. Bo rozumiem, że to zrobiliście, prawda?

– To standardowa procedura – wyjaśnił Gross. – Prześlę ci jeszcze skan karty dentystycznej.

– Świetnie, to przyspieszy proces identyfikacji. Ale wróćmy do meritum. – poprosiła. – Kiedy odnaleźliście denata, lina była zwiotczała, a bezgłowe, klęczące zwłoki opierały się o pień sosny, prawda? Ale żeby mężczyzna mógł się udusić, sznur oczywiście musiał się naprężyć, bo tylko wtedy pętla wisielcza może się zacisnąć. – Spojrzała na Grossa. – Wiem, że to truizm. Ale chodzi o to, że wówczas jego ciało na pewno odchyliło się od pnia sosny w kierunku krzewu. Wniosek z tego taki, że kąt zgięcia nogi w stawie kolanowym mógł być kątem rozwartym, a nie ostrym.

Gross zastanawiał się, do czego zmierza Raszeja.

– Mężczyzna nie udusił się w pozycji siadu klęcznego, czyli takiego, w którym pośladki spoczywają na piętach – odezwała się po przerwie, jakby czytała komisarzowi w myślach. – Gdyby tak było, wówczas prawdopodobnie obie kończyny dolne pozostałyby na swoich miejscach, czyż nie?

Komisarz odchrząknął. Dym papierosowy przenikał powietrze w gabinecie i drapał w gardło.

– No to idźmy dalej. Odkryta skóra i fragmenty tkanek uległy mumifikacji. Warunki pogodowe temu sprzyjały. A jednocześnie reszta ciała, w tym kończyny, które pozostały w ubraniu, poddała się procesom gnilnym. W początkowej fazie ciało mogło zostać skolonizowane przez larwy muchówek, o czym mówił zresztą Krystian Kowalik, ale chodziło zaledwie o kilka zapłodnionych samic, które złożyły jaja. Osy, jak widać, też znalazły w tym wszystkim coś dla siebie i zdołały utworzyć kokon.

Gross gestem dał znać, że zgadza się z takim tokiem myślenia.

– I teraz wracamy do interesującej cię kwestii, czyli sznura, który utkwił w bruździe wisielczej. – Lekarka uniosła wzrok i paznokciami wystukała rytm na blacie biurka. Po chwili spojrzała na swojego gościa. – Głowa odpadła, bo była ciężka. Prawo grawitacji. Naprężenie liny już wtedy zwiotczało. A ponieważ znowu zmienił się środek ciężkości zwłok, które na tym etapie rozkładu, pozbawione wnętrzności i częściowo zmumifikowane, były lekkie, to pierwotnie wychylone ciało oparło się o pień sosny. Nie jest też wykluczone, że z powodu mniejszego nacisku zwłok na konary krzewu roślina odzyskała swoją dawną formę. W każdym razie to oraz wyżłobiona w twardej, zmumifikowanej skórze bruzda sprawiły, że pętla wisielcza pozostała na swoim miejscu.

– A dłonie i noga?

– Z nogą musiało być podobnie. Procesy gnilne postępowały, a zmiana środka ciężkości ciała mogła spowodować przesunięcie kończyny i jej wyprostowanie się. Za resztę mogą odpowiadać wilki albo lisy. – Raszeja podniosła paczkę davidoffów i wygrzebała kolejnego cienkiego papierosa. – A co do dłoni… – Potarła zapałkę o draskę i przystawiła płomień, który odbijał się w szkłach jej lenonnek. – Zaciśnięcie opasek na przegubach mogło spowolnić zachodzenie procesu gnilnego przynajmniej w pierwszym etapie, bo przyżyciowo zablokowano dostęp krwi do dłoni. Ale post mortem nie miało to już znaczenia, bo, jak wiesz, wówczas krew przesiąka poprzez tkanki do niżej położonych partii ciała.

– Po co to zrobił? – Gross przerwał jej wywód. – Po co zacisnął sobie opaski na dłoniach?

Raszeja oparła łokcie na blacie biurka, na którym stał duży mikroskop. Wokół leżały zagraniczne czasopisma medyczne i kilka otwartych pudełek z preparatami. Zestaw komputerowy z monitorem znajdował się obok, na mniejszym biurku.

– Może bał się, że stchórzy? – spytała, wydmuchując dym ku sufitowi.

Gross zaprzeczył ruchem głowy.

– Wówczas powiesiłby się klasycznie, z pełnym zwieszeniem ciała – dodał.

Drzwi do gabinetu się otworzyły i Gross ujrzał w nich technika kryminalistyki.

– Bernardzie – powiedział Bloch. – Możesz podejść?

Komisarz popatrzył na Raszeję, która wysunęła papierosa z ust.

– Stało się coś? – zapytała.

Technik zamrugał. Oczy miał przekrwione. Sprawiał wrażenie zupełnie nieobecnego.

Poszli za nim do piwnicy i z powrotem znaleźli się w wychłodzonej sali sekcyjnej wypełnionej resztkami mdławego smrodu gnijącego ciała. Raszeja zaciągnęła się ostatni raz i zgasiła papierosa, po czym wyrzuciła go do kratki odpływowej w podłodze.

Jarek Bloch stanął przy stole sekcyjnym, na którym zostały pocięte ciuchy denata. Zmierzwił sobie włosy, a potem przetarł oczy i całą twarz.

– Przeoczyłem coś – rzucił, wskazując palcem na pozostałości ubrań.

Gross podszedł do stołu. Na blacie leżała duża brązowa koperta.

– Tkwiła tu, w wewnętrznej kieszeni kurtki. – Technik wskazał fragment okrycia wierzchniego.

Z powodu plam ociekliny trupiej komisarz nie zauważył wąskiego nacięcia materiału, który mógł sugerować, że znajduje się tam kieszeń.

– Ale co konkretnie? – spytał Gross.

Bloch sięgnął po aparat fotograficzny, a następnie odszukał na wyświetlaczu zdjęcie i pokazał je komisarzowi i Raszei. Oboje przysunęli się do aparatu.

– Chusta? – spytał Gross, przyglądając się pomiętemu czerwonemu materiałowi z białymi wzorkami.

– Bandana – sprostował Bloch. – Zakładana na głowę lub rękę, a może i przywiązywana do szlufki spodni. Zabezpieczyłem w papierowym pakiecie i opisałem.

– Świetnie – uznał Gross.

– Ale coś jest nie tak. – Bloch pokręcił głową.

– W jakim sensie?

Raszeja spojrzała na nich.

Technik zmarszczył czoło i otworzył usta, ale się nie odezwał. Chwilę trwało, zanim zebrał myśli.

– Chodzi o to, że ta chusta była w reklamówce.

Gross wziął do ręki aparat i przyjrzał się wyświetlonemu zdjęciu. Raszeja zerkała mu przez ramię.

– To nie wszystko – dodał Bloch. – Są na niej brunatne ślady.

Komisarz oderwał wzrok od niewielkiego monitora.

– Chcesz powiedzieć, że jest na nich krew? – spytał.

– To prawdopodobne, ale… – Bloch zawiesił głos.

Gross bezwiednie przygryzł policzek i cierpliwie czekał.

– Tej krwi musiało być dużo – dokończył technik. – Jakby ktoś zanurzył w niej chustę.


Rozpadało się na dobre.

Grube krople deszczu tłukły o spękany asfalt pokryty warstwą opadłych liści i rozbryzgiwały się na mniejsze. Droga błyszczała.

Gross pobiegł wzdłuż skrzydła obiektu dla śpiochów, jak nazywano osoby pozostające w śpiączce. Schował się na parterze i odsapnął. Wszedł na pierwsze piętro i skierował się do pokoju, w którym od lat przebywała jego żona. Przystanął w progu zaskoczony, bo na łóżku tuż przy drzwiach leżała młoda kobieta, krótko ostrzyżona korpulentna szatynka, którą widział pierwszy raz. W jej czaszce, po prawej stronie, było spore, nieregularne wklęśnięcie, w którym układał się teraz złowrogo półcień. Oczy miała przymknięte, a w otwartych ustach połyskiwały dwa duże siekacze.

Zamknął za sobą drzwi, podszedł do łóżka Agnieszki i oparł dłoń na jej stopach ukrytych pod grubą warstwą kołdry i zielonego koca. Leżała na boku, zwrócona do okna i drzwi balkonowych. Martwy wzrok miała utkwiony w szybie, po której jedna za drugą uciekały zygzakami krople deszczu. Obserwował je, nasłuchując szumu ulewy, który wzmagał się, po czym cichł nagle, by za chwilę przypomnieć o sobie głośnym chrobotaniem w okna i bulgotaniem w rynnach.

„Ucieczka”, pomyślał.

Ile razy właśnie w tym miejscu przychodził mu do głowy ten pomysł. Z coraz większym wysiłkiem dźwigał ciężar, na który złożyła się nie tylko tragedia Agnieszki, lecz także pustka, wypełniająca go po brzegi od czasu, kiedy opuścił go syn. Syn, którego zaniedbał, o którego miłość w ogóle nie walczył i o którego potrzebach – co zdawało mu się niemożliwe – zupełnie zapomniał, oddając się całkowicie pracy. Jedynemu narkotykowi, który tak silnie go uzależnił i wytworzył w nim pancerz. Tych dziesięć lat, od kiedy stracił żonę i zaczął tracić syna, wydawało mu się czarną dziurą, potężną wyrwą w jego czasoprzestrzeni, której nic już nie mogło zasklepić. Być może dlatego tak bardzo chciał uciec i rozpocząć nowy etap u boku innej kobiety. Ale na tym rozdrożu sam ogradzał się kolejnymi zasiekami.

 

Wsunąwszy dłoń pod kołdrę, pogładził żonę po stopach, a potem wyżej, po łydkach, wyczuwając pod palcami miękkie owłosienie.

Cofnął rękę.

Ale czy umiałby to zrobić? Czy mógłby kochać się nad ranem z Malwiną, a potem przyjeżdżać tutaj i ocierać ślinę z ust kobiety, której obiecywał miłość i troskę, której czytał na głos książki, obcinał przydługie, pożółkłe ze starości paznokcie, wcierał krem w czoło?

Tuż za obsadzonym starymi drzewami skwerem dostrzegł kuriera w służbowym polarze, ze sporym kartonem w rękach. Mężczyzna zmierzał do starego budynku, przeznaczonego na hospicjum.

Gross odprowadził go wzrokiem do wejścia, a potem spojrzał na żonę. Wymizerniała twarz, zapadające się policzki i przerzedzające się krótkie spłowiałe włosy sprawiały wrażenie, jakby na łóżku leżała zupełnie obca osoba. Jego Agnieszka przecież nigdy tak nie wyglądała, była atrakcyjną blondynką z błyskiem w oku, wysportowaną, mądrą kobietą i matką.

Widocznie w jego życiu były dwie różne Agnieszki.

„Od której z nich chcesz uciec?”, spytał siebie w myślach.

Przysunął krzesło, ale nie usiadł. Zdjął mokrą kurtkę i zawiesił ją na oparciu. Ze stolika nocnego, na którym leżała paczka chusteczek higienicznych, zabrał pomadkę ochroną i próbował przetrzeć sztyftem przesuszone usta Agnieszki, z których obłaził naskórek. Przytrzymał i uniósł lekko jej brodę, na tyle, na ile pozwalało wyczuwalne w jej ciele napięcie mięśniowe. Udało mu się, ale sztyft był twardy. Pomadka z trudem zostawiała na miękkich wargach cienki, błyszczący film.

Następnie nasmarował jej zesztywniałe dłonie warstwą kremu, którego pozostałość wtarł we własne ręce.

Nie miał przy sobie książki, więc usiadł, założył nogę na nogę i zwiesił głowę.

„Powiedz coś do niej”, zwrócił się do siebie w myślach. „Odezwij się wreszcie jak mąż do żony”.

W pokoju i na zewnątrz panował półmrok.

Spojrzał na Agnieszkę, na delikatnie, ale rytmicznie unoszącą się klatkę piersiową.

Deszcz szumiał jednostajnie, zza drzwi dochodziły odgłosy krzątania się personelu i stukot drewniaków, którego echo odbijało się między ścianami szerokiego korytarza. Czasami słyszał śmiech i rozmowy, raz bliższe, raz dalsze, ale zawsze niezrozumiałe.

Dopiero po chwili zauważył, że na półce stolika nocnego leżała książka. Ostatnio czytał Agnieszce Następne życie Atticusa Lisha, ale tamta powieść była w jasnej, twardej oprawie, obłożona folią z kodem kreskowym w górnym rogu. Wypożyczyła mu ją Malwina Lemańska.

Gross nachylił się i sięgnął po książkę. Szara okładka miała pośrodku nieregularne wycięcie, przez które widział prosty rysunek na drugiej kartce, przedstawiający morskie fale, ze srebrzystymi kreskami na szczytach ich łuków, które równie dobrze mogły być spienionymi bałwanami, co refleksem światła.

Wewnątrz książki, na pięćdziesiątej stronie, tkwiła kolorowa zakładka.

Do tej pory sądził, że tylko on czyta na głos swojej żonie. Tymczasem ktoś z personelu podłapał tę formę kontaktu i Gross był za to wdzięczny.

Rzucił okiem na tylną okładkę, żeby się zorientować, o czym jest powieść Czeszki, Bianki Bellovej, pod tytułem Jezioro, a następnie przekartkował w ciszy początek powieści, żeby wejść w historię o Namim, chłopcu z wioski Boros położonej nad skażonym akwenem, który całe swoje krótkie życie, naznaczone traumą i cierpieniem, poszukiwał matki.

Gross wrócił do strony pięćdziesiątej i zaczął czytać. Najpierw szeptem, a potem normalnie, aż jego głos zmieszał się z szumem deszczu dzwoniącego o blaszane parapety. Czytał o tym, jak umierała babka chłopca i jak cała społeczność wioski żegnała ją na pomoście. Ktoś odepchnął łódkę, w której jeszcze żywa, ale konająca kobieta, została wysłana w ostatni rejs do Ducha Jeziora. W pewnej chwili Nami wskoczył do niej, babka ubłagała go jednak, by wrócił na ląd. Zrobił to, ale jednocześnie zdał sobie sprawę, że wraz z babką odpłynie największa tajemnica, czyli wiedza o losie jego matki. Nie mógł jej pamiętać, ale mimo wielu przeciwności losu zapragnął odnaleźć kobietę, która dała mu życie.

Zanim Gross się spostrzegł, upłynęły dwie godziny.

Zaznaczywszy zakładką miejsce, w którym skończył czytać, odłożył książkę i pocałował żonę w chłodne czoło.

Wyszedł na korytarz i udał się do szefowej ośrodka. Drzwi były jednak zamknięte, więc zapukał do sekretariatu i przywitał się z uśmiechniętą blondynką.

– Dzień dobry, panie Bernardzie. Szefowej nie ma – uprzedziła jego pytanie. – Mam coś przekazać?

– Nie, dziękuję. Kiedy indziej. Do widzenia. – Zamknął za sobą drzwi i ruszył w stronę klatki schodowej.

Ale wrócił.

– Ktoś oprócz mnie czyta mojej żonie powieść, prawda? – spytał zaskoczoną kobietę. – Myślę, że to dla niej ważne. Kochała książki. – Zawiesił głos. – To znaczy kocha książki. – Nie wiedział, jak się zachować, więc zamknął drzwi, nie czekając na jej reakcję.

Na zewnątrz pod ciężkim dachem chmur nieprzerwanie lał rzęsisty, zimny deszcz.

Gross przebiegł truchtem przez parking, omijając największe kałuże.

Wsiadł do samochodu, po czym machinalnie zapiął pas. Położył dłonie na kierownicy i wówczas zastygł. Długo wpatrywał się w mur odgradzający śmietnik od miejsc postojowych. Chociaż siedział nieruchomo, w myślach uciekał. Błądził, powracał i znowu podejmował kolejne próby ucieczki. „Perpetuum mobile”, pomyślał.

Ocknął się dopiero, gdy świat zaczął znikać za wypełzającą na szyby samochodu parą.


Jeszcze w Toruniu zjechał na BP, gdzie przy niewielkim stoliku w końcu sali, w pobliżu lodówek z napojami, zjadł hot-doga i wypił gorącą herbatę. Przyglądał się parze młodych, którzy stojąc w kolejce do kasy, trzymali się za ręce. Zupełnie bezwiednie ściągnął wzrok kobiety w eleganckim płaszczu i ze skórzaną torebką przewieszoną przez ramię, po czym speszony spuścił głowę i odgryzł kolejny kęs ciepłej bułki.

Herbatę zabrał do samochodu i sączył ją aż do Chełmży, gdzie wystygła zupełnie. Zaparkował pod komisariatem i wykorzystując przerwę w opadach, przeciął biegnącą do jeziora jezdnię, po której spływały strugi wody ze starówki.

Znalazłszy się na pierwszym piętrze, usłyszał głos sekretarki Beaty Różyckiej.

– Bernardzie!

Gross odwrócił się i zajrzał przez otwarte drzwi sekretariatu.

– Szefowa prosi. – Różycka skinęła głową w kierunku gabinetu komendantki.

– Od dawna mnie szuka? – spytał szeptem, podchodząc bliżej.

– Mniej więcej od godziny.

– Nie dzwoniła na komórkę – zastrzegł, ale Różycka wzruszyła tylko pulchnymi ramionami. – Mówiła, czego chce?

– Nie.

Westchnął, a potem nacisnął klamkę i wszedł do gabinetu komendantki, odprowadzony miłym uśmiechem koleżanki.

– O, jesteś wreszcie – powiedziała młodsza inspektorka Lucyna Wojtasik. Siedziała za biurkiem z otwartą teczką z korespondencją. Kiedy dokonywała dekretacji, stalówka pióra zgrzytała nieprzyjemnie po papierze.

Gross podszedł i usiadł przy stole do odpraw sąsiadującym z jej biurkiem.

– Trzymaj. – Podała mu kserokopię pisma.

Kolejne w ciągu dwóch miesięcy zgłoszenie Zofii Płockiej w sprawie przemocy domowej. Pijany mąż bije ją regularnie, a w tle krzyk i płacz dwójki kilkulatków i niedawno urodzonego dziecka.

Wzdrygnął się i nieznacznie przygryzł wargę.

Kiedy zło dotyka dzieci, świat powinien zatrząść się w posadach, zatrzymać i wrzeszczeć milionami gardeł. Ale zło w rodzinie działa podstępnie i po cichu. Gross bał się słów, które miał wypowiedzieć.

– Nic z tego nie będzie – stwierdził, odłożywszy pismo na stół.

– Co to ma znaczyć? – Wojtasik zawiesiła pióro nad kartką i spojrzała na niego.

– Nic ponad to, co usłyszałaś. Ola Jojczyk – Gross miał na myśli szefową wydziału prewencji – na odprawach wspomniała o tej sprawie. Maltretowana kobieta nie chce dać sobie pomóc. Za każdym razem wycofuje oskarżenia. Bóg jeden wie, dlaczego w ogóle je pisze. – Uniósł kserokopię.

– Pisze, bo szuka…

– Wiem, że szuka pomocy – przerwał jej Gross. – Ale kiedy wyciągamy do niej rękę, odtrąca ją.

– Musisz się tym zająć, zanim będzie za późno.

Pokręcił głową.

– To wciąż sprawa prewencji. Ola Jojczyk…

– Tam wkrótce dojdzie do tragedii – weszła mu w słowo – i wtedy to będzie już twoja sprawa. Całe szambo wyleje się na nas. Wiesz o tym równie dobrze co ja, prawda? – stwierdziła, nie oczekując odpowiedzi.

Gross przyglądał się szefowej, która zatknęła skuwkę pióra i odchrząknęła znacząco.

– Bernardzie, to moja osobista prośba.

– Osobista?

Przymknęła powieki.

– Wolałbym to dać Nubińskiemu albo Łoniewiczowi, bo, jak zapewne pamiętasz, z końcem grudnia mam przejść na emeryturę. – Gross przypomniał niedawne ustalenia z zastępcą Wojtasik, podinspektorem Gabrielem Kąckim.

Zdecydował tak po rozwiązaniu trudnej sprawy z upalnego lata tego roku, kiedy to na leśnej polanie w pobliżu plaży płatnej odnalazł zakrwawiony namiot, ale nigdzie wokół nie było ani ciała, ani narzędzia zbrodni.

– Nie – odparła bez większego nacisku.

– Sam nie dam rady – powiedział twardo. – Jeśli mam się tego podjąć, wtajemniczę Skalską.

Westchnęła, zgadzając się niechętnie. Widział to po jej minie, po wykrzywionych w niesmaku ustach.

– Ale proszę, informuj mnie o efektach. Tylko na razie nic nie mów Jojczykowej, dobrze? – I zaraz dodała: – A teraz opowiadaj, co wiemy w sprawie z Grodna.

Gross dał sobie czas na zebranie myśli.

– Odnaleziona czaszka i kość udowa to części szkieletu mieszkańca Chełmży – zaczął. – Oczywiście poczekamy na wyniki badań DNA, ale Raszeja jest pewna. Porównała długość obu kości.

Komisarz wyczuł, że Wojtasik uważnie go obserwuje. Wreszcie na nią spojrzał.

– Coś ci jednak nie pasuje, prawda? – odezwała się.

Wzruszył ramionami, a potem zmrużył oczy.

– Jest w tym samobójstwie kilka niewiadomych – powiedział.

– Co na przykład?

– Mężczyzna powiesił się z dala od domu i w głębi lasu.

– I co ci to mówi?

– Zastanawiam się, dlaczego nie zrobił tego w domu, w piwnicy. Albo na pierwszym lepszym drzewie.

– Czyli? – zainteresowała się Wojtasik.

Niebo za oknem przesłoniły ciemne chmury, a w pomieszczeniu zapadł mrok. Wojtasik włączyła stojącą na biurku lampkę. Ciepłe światło rozlało się okręgiem po błyszczącym blacie.

Gross odchrząknął.

– Przygotował się do tego, by jego ciała nikt nie odnalazł. Powiesił się z niepełnym zwieszeniem ciała, opierając kolana na konarach gęstego krzewu rosnącego między dwoma sosnami. – Westchnął. – On się po prostu ukrył.

– Jak to się ukrył?

– Dzięki ubraniu moro pozostawał zupełnie niewidoczny z zewnątrz. Wojsko przechodziło tamtędy, szukając trucheł dzików, a jego nikt nie znalazł. Gdyby nie leżące w pobliżu kość udowa i czaszka, nie odnaleźlibyśmy tego faceta przez długie lata, a być może nigdy – zauważył Gross. – Legner stanął naprzeciwko krzaka i też go nie widział.

– A nie zostawił po sobie żadnego listu?

– Przy nim niczego nie znaleźliśmy. Być może zostawił coś w domu, ale to wątpliwe. Rodzina pewnie by o tym wspomniała przy zgłaszaniu zaginięcia. A tak się przecież nie stało.

– Rozumiem. Z czym zatem masz kłopot?

Gross oparł łokcie na stole i splótł dłonie.

– Denat w kieszeni kurtki miał niewielką reklamówkę, a w niej bandanę. Taki rodzaj chusty wiązanej na głowie lub ręce.

– Czy ty masz mnie za idiotkę? Wyjaśniałeś mi już, czym jest diastema, a teraz to – zdenerwowała się. – Wiem, co to bandana, do cholery.

Nie spuszczał z niej wzroku.

– Pytanie, dlaczego miał ją w reklamówce? – Wojtasik zamknęła teczkę z korespondencją.

– Zdaniem technika materiał poznaczony jest brunatnymi plamami – kontynuował Gross.

– To krew? – upewniła się. – Sprawdził te ślady hemophanem?

– Nie. Rozmawiałem z nim o tym później, ale stwierdził, że w czymkolwiek nurzała się ta bandana, to musiało być dawno temu. Ślady wyglądały na stare. Wolał więc je dobrze zabezpieczyć i przesłać od razu do laboratorium.

 

– Materiał genetyczny może być zdegradowany, jeśli chusta od dawna przebywała w reklamówce – zauważyła.

– Też się tego obawiam, ale w tym przypadku nie pozostaje nam nic innego, jak czekać na wyniki. – Gross przyglądał się błyszczącemu blatowi stołu, w którym dopiero po chwili dostrzegł odbicie swojej twarzy z wyraźnymi fałdami skóry ciągnącymi się od nozdrzy w kierunku kącików ust.

Wojtasik wolno obracała w palcach eleganckie pióro.

– A co na to wszystko prokurator Legner? – spytała po dłuższej przerwie.

– Marzy, żeby to było samobójstwo – odparł, a szefowa pokiwała znacząco głową.

– A ty co zamierzasz?

– Na razie nic. – Wzruszył ramionami. – Musimy czekać na wyniki. Ale to nie wszystko. Najbardziej zaskakujące jest to, że zanim mężczyzna odebrał sobie życie, prawdopodobnie spiął oba nadgarstki samoblokującymi się opaskami.

– Co to takiego? – zdziwiła się, a gdy Gross jej wyjaśnił, powiedziała: – A, czyli te, no… Trytki. – Uśmiechnęła się. – Mój mąż spina nimi kołpaki do felg, żeby nie odpadły w czasie jazdy.

– Trytki? – Gross pierwszy raz słyszał to słowo.

– Tak je nazywa – odparła i zapadło milczenie.

Inspektorka otworzyła drugą teczkę z korespondencją. Błysnęła stalówka, a Wojtasik, skrobiąc piórem po papierze, dokonała kolejnej dekretacji.

Za oknem rozległ się głośny rozruch silnika na ropę, a po chwili błysnęły czerwone światła, które prześlizgnęły się kilkukrotnie po suficie. Nie towarzyszył im dźwięk syreny. Gross był pewien, że znajdująca się obok komenda straży pożarnej ma w taką pogodę huk roboty.

– Dlaczego to zrobił? – rzucił komisarz, kiedy silnik wozu przycichł, ale wciąż dobiegał z oddali.

– Czasami nie znajdujemy odpowiedzi na tak proste pytania – zauważyła filozoficznie. – Przygotuj się na to. Szczególnie jeśli nie mamy listu pożegnalnego.

Ulewa gwałtownie uderzyła o szyby. Oboje odwrócili się w stronę okien.

– Chryste, co za pogoda – jęknęła Wojtasik, po czym wróciła do rozmowy. – Wiemy już, jak on się nazywa?

– Tak. Wszystko wskazuje, że to jeden z naszych zaginionych. Był w bazie. Nazywa się Rafał Becker.

Komendantka uniosła wzrok do sufitu i myślała nad czymś intensywnie.

– Coś kojarzę – powiedziała wreszcie.

– Co konkretnie?

– Właśnie nie wiem – zirytowała się. – Ale dojdę do tego.

Porozmawiali jeszcze chwilę o bieżących sprawach, a następnie Gross wstał i zabrał kserokopię pisma w sprawie zgłoszenia przemocy domowej, nakreślonego odręcznie na wyrwanej z zeszytu kartce formatu A4. Dotarł do drzwi, gdy usłyszał głos Wojtasik:

– Proszę, weź to sobie do serca.

Odwrócił się zdziwiony.

– Chodzi mi o tę przemoc domową. – Uniosła brodę w kierunku kartki papieru, którą trzymał w dłoniach. – I bądź czujny.

Policjant niechętnie pokiwał głową i opuścił gabinet.


Telefon Malwiny Lemańskiej nie był podłączony do sieci.

Rozładował się albo go wyłączyła, bo kiedy wybierał jej numer, komunikat operatora uruchamiał się automatycznie.

Gross potarł czoło i odłożył aparat na biurko. Skupił na nim wzrok, jakby próbował zmusić urządzenie do rozdzwonienia się. Chciał dostrzec na rozświetlonym ekranie imię i nazwisko bibliotekarki, której wczoraj nie zdążył odwiedzić z powodu pilnego wyjazdu do Grodna.

Ale nic takiego się nie wydarzyło. Ekran pozostawał czarny.

Powinien podejść do biblioteki i z nią porozmawiać, ale nie chciał robić tego przy świadkach.

Komisarz odsunął od siebie aparat, który stykał się teraz z brązową kopertą zawierającą kartę dentystyczną wisielca, i zalogował się do Krajowego Systemu Informacji Policji. Wybrał odpowiednią zakładkę i wpisał nazwisko „Becker”. Dookreślił też miejsce zdarzenia, wpisując w pole formularza nazwę miasta – Chełmża.

Na ekranie pojawiło się kółko kręcące się wokół własnej osi. Dobrze wiedział, co to oznaczało.

Test na cierpliwość.

Komisarz odchylił się na oparcie krzesła i spojrzał na czajnik z resztką wody. Może na pół szklanki. Mimo to włączył urządzenie, które wkrótce głośno zaszumiało. Zdziwił się, że w kubku jest świeża torebka ekspresówki. Widocznie rano nie zdążył jej zalać.

Ponownie rzucił okiem na ekran.

Dwa wyniki.

W tej samej chwili zabrzęczał telefon stacjonarny. Gross spojrzał na aparat, ale nie podniósł słuchawki. Popatrzył na otrzymane rekordy. Potarł zmęczone powieki. Piekły go, jakby tkwiły pod nimi ziarna piasku.

Pierwszy rekord wprowadzono nieco ponad dwa tygodnie temu i był to link do akt sprawy zaginięcia Rafała Beckera.

Gross wybrał jednak drugi z wyników, odwołujący się do jednej ze starych spraw, i znowu musiał czekać na załadowanie danych.

A telefon ciągle dzwonił. Komisarz wziął go na przeczekanie.

W końcu uporczywy dźwięk aparatu ustał, a woda w czajniku zabulgotała. Gross zaparzył herbatę, wypełniając resztką wrzącej wody niemal trzy czwarte szklanki. Patrzył z niedowierzaniem w monitor, gdy kątem oka dostrzegł w progu Lucynę Wojtasik.

– Dzwoniłam! – rzuciła ze złością.

– Widzisz przecież, że jestem zajęty – bąknął, sczytując dalsze informacje.

– Do jasnej cholery, chciałam ci powiedzieć, że..

– Wiem, co chciałaś mi powiedzieć – przerwał jej i dopiero wtedy oderwał wzrok od monitora. – O siostrze naszego wisielca, która zaginęła w dwa tysiące drugim roku.

– Słucham? – Komendantka nie kryła zdziwienia.

– Nie to miałaś na myśli? Nie to chodziło ci po głowie podczas naszej rozmowy? – Wskazał na ekran.

– Jezus Maria! Racja!

Na jej twarzy nagle pojawił się wyraz ciekawości.

Wszedłszy do pokoju, minęła stół do odpraw i stanęła obok Grossa. Nachyliła się do monitora. Tkwiła tak jakiś czas, przyswajając treść sprawy w skupieniu.

– Pamiętam to dokładnie. Dwoje młodych ludzi. – Odszukała palcem nazwisko na ekranie. – Ojciec zaginionego Marcina Korczyńskiego, Wiktor, był kuzynem ówczesnego komendanta w Toruniu, Jana Stelmacha. Ten to nam dał do wiwatu.

– Pracowałaś już wtedy w Chełmży? – zagadnął Gross.

– Nie, ale sprawa odbiła się echem nawet w wojewódzkiej. – Wojtasik się wyprostowała. – Kiedy objęłam ten komisariat, akta Beckerówny i Korczyńskiego ponownie wylądowały na moim biurku. Wiktor Korczyński stale naciskał na Stelmacha, a ten wyładowywał swoją frustrację na miejscowych. Dał nam nawet kilku funkcjonariuszy z miejskiej, ale nie posunęliśmy sprawy nawet o krok.

– Co zawiodło?

– Szesnaście lat temu zawodziło wszystko. Wyszukaj ich teczki w archiwum, a sam się dowiesz – poradziła i skierowała się do drzwi.

Gross popatrzył za nią.

– To może mieć znaczenie – powiedział.

– Znaczenie? – Nagle wydała mu się rozkojarzona.

– Zaginiona siostra i powieszenie się brata.

Pokiwała w milczeniu głową.

– A co chciałaś mi powiedzieć? – zagadnął ją ponownie .

– Słucham? – odwróciła się.

– Nie przyszłaś tu w sprawie zaginionych studentów.

– Ach, no tak. – Westchnęła i posmutniała. – Chodzi o to, że Brandol… Dzwoniła jego żona i… – Wojtasik zamilkła, oczy się jej zaszkliły.

Podkomisarz Arkadiusz Brandol był do niedawna szefem wydziału kryminalnego chełmżyńskiego komisariatu, ale choroba nowotworowa nie pozwoliła mu dalej pełnić tej funkcji. Latem odszedł na emeryturę, a Gross został zmuszony do przejęcia jego obowiązków. Komisarz odwiedził Brandola w związku ze śledztwem w sprawie zaginionej ze Strużala, ale ten pod wpływem dawki morfiny pozostawał wpółprzytomny, z jakby wyrzeźbionym grymasem bólu na twarzy.

– Kiedy pogrzeb? – spytał rzeczowo Gross.

– W poniedziałek. Przekaż wszystkim w swoim wydziale – odparła Wojtasik i zamknęła za sobą drzwi.

Komisarz z trudem wstał i oparł dłonie na biodrach. Zerknął przez okno na szare miasto przykryte sinymi chmurami i ukryte za zasłoną siekącego deszczu.

Parę miesięcy temu, wiosną, był na pogrzebie podwładnego, aspiranta Grzegorza Otremby, który strzelił sobie w głowę. Latem zastąpił go Janusz Stefański. Ten postawny, misiowaty facet zginął, rozbiwszy samochód o drzewo, gdy wracał z Brodnicy, z rozpoznania sprawy, którą prowadził wówczas Gross.

Przeżył dwa zgony podwładnych w tak krótkim czasie. Za oba brał na siebie pełną odpowiedzialność, bo inaczej nie umiał. Wówczas wśród pozostałych funkcjonariuszy komisariatu zyskał przydomek „Komisarz Śmierć”. Kartkę z takim tekstem znalazł wsuniętą w szparę pod drzwiami gabinetu.

A teraz Komisarzowi Śmierć przyjdzie pożegnać swojego dawnego szefa. I chociaż nie zawsze było im po drodze, to ostatecznie się szanowali i nie wchodzili sobie w paradę.

Gross podszedł do biurka i podniósł słuchawkę aparatu stacjonarnego. Wybrał wewnętrzny do Judyckiej. Kiedy młoda policjantka się odezwała, przekazał jej informacje o Brandolu, a następnie poprosił o wyszukanie w archiwum teczki ze sprawą zaginionych studentów.